Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

wtorek, 18 czerwca 2013

Angelfall. Opowieść Penryn o końcu świata - Susan Ee

Wydawnictwo: Filia
Poznań 2013
Cykl: Angelfall, tom I
Okładka: miękka
Liczba stron: 308
Przekład: Jacek Konieczny
ISBN: 978-83-63622-15-2



Intrygująca okładka, pieknie do tego wykonana. Tytuł, który wskazuje, że bądź, co bądź będzie o aniołach, a ja anioły uwielbiam. Do tego zachęcający opis z tyłu:
"Ziemię ogarnęły ciemności. Państwa upadły, szpitale, szkoły i urzędy stoją puste, nie działają komórki. Na ulicach rządzą brutalne gangi. Prawdziwą grozę budzą jednak oni – bezwzględni Najeźdźcy. Anioły. Niektóre piękne, inne jakby wyjęte z najgorszych koszmarów, a wszystkie nadludzko potężne. Przez wieki uważaliśmy je za swoich stróżów, teraz okazały się agresorami siejącymi śmierć. Dlaczego zstąpiły na ziemię? Z czyjego rozkazu? Jaki mają plan? Czy ludzie zdołają im się przeciwstawić?"
Czegóż więcej można chcieć? W moim wypadku dużo więcej, bo już sporo takich książek przeszło przez moje ręce, a później trochę się zawiodłam, nieco przeliczyłam. Czy postapokaliptyczny świat Susan Ee sprostał moim wymaganiom? Owszem, nie mogę powiedzieć, że nie. Powieść wciągnęła mnie i właściwie ani się nie obejrzałam, a dotarłam do ostatniej strony.
Opowieść Penryn o końcu świata... Kim jest więc ta bohaterka, która w pierwszej osobie (i na dodatek w czasie teraźniejszym, o czym jednak nieco później) opowiada historię tego, co zostało z naszego świata (czy raczej ze Stanów Zjednoczonych, bo nie ukrywajmy, że akcja toczy się tam właśnie, bez jakichś częstszych odniesień do reszty globu) po... ataku aniołów. Tak, te śliczne stworzenia, do których co noc się modlą dziesiątki tysięcy dzieci okazały się żądnymi krwi okrutnikami, które napadły na biednych ludzi, zrównały większe miasta z ziemią i teraz sobie nad rasą ludzką panują. A najgorszy w tym wszystkim jest powód tego całego ludobójstwa... powód, którego Wam, oczywiście, nie zdradzę. Wracając do Penryn. Niby zwykła nastolatka. Ani specjalnie ładna, ani brzydka. Zwykła dziewczyna, która jednak potrafi walczyć (karate, judo i jeszcze różne inne sztuki walki, których nazw nie przytoczę są jej przynajmniej nieobce, a powód, dla którego jest z nimi tak dobrze obeznana okazuje się wstrząsający do bólu i szokujący) i przeżyć w naprawdę ciężkich warunkach. Opiekuje się matką, która jest chora psychicznie i młodsza siostrzyczką jeżdżącą na wózku inwalidzkim. Właściwie to ona jest głową tej rodziny, jedyną osobą odpowiedzialną za jej przetrwanie. Kiedy więc pewnego dnia jeden z aniołów porwie jej siostrzyczkę, Penryn zrobi wszystko, by odnaleźć i wyswobodzić małą Paige. Już samo to jest niesamowite, że Penryn wcale nie będzie ratować świata przed paskudnymi krwiopijcami. Ona po prostu chce odzyskać siostrę.
Konstrukcja bohaterów jest bardzo mocną stroną tej powieści . Są wyraziści, a każdy inny. Niby ludzie dobrzy, a anioły złe, ale nie do końca. Wiele tu odcieni szarości i przydymionej bieli. Nie ocenia się książki po okładce, a istoty tylko po tym, czy posiada skrzydła. Pierwszoplanowe postaci są wykreowane na naprawdę najwyższym poziomie, drugoplanowym tez niczego nie brakuje. Ot, choćby matka Penryn, która raczej nieszybko wyleci mi z pamięci, choć nawet nie poznajemy jej imienia. Bez niej cała ta historia nie trzymałaby się kupy...
Na początku trochę wkurzała mnie ta pierwszoosobowa narracja w czasie teraźniejszym. Próbowałam więc sobie wyobrazić poszczególne zdania w innym szyku i okazało się, że... najlepiej jest tak, jak jest. 
Nic w tej powieści nie jest oczywiste, niczego nie możemy się spodziewać. Autorka często zaskakuje i to jest genialne. Dzięki temu zaś, że zastosowała właśnie zabieg opowieści Penryn język jest prosty i przystępny. Książkę czyta się szybko i gładko i nikt nie może Susan Ee zarzucić tego, że nie pisze w sposób wyszukany. Proszę państwa, jaka amerykańska nastolatka, która ma na głowie szaloną matkę, siostrę na wózku i koniec świata wyrażałaby się jakoś super elokwentnie i w literackim stylu? Chyba bym takiej specjalnie nie polubiła, a Penryn po prostu nie da się nie lubić. Już o wiele trudniej jest podjąć decyzję, czy lubi się anioła, który jej towarzyszy – Raffego. Jak bowiem wspomniałam, nie każdy anioł jest zły, choć nie przesądza to wcale faktu, że Raffe jest jakoś specjalnie pokojowo do ludzi usposobiony. Zresztą, przeczytacie to się dowiecie, bo postać tego nieziemnskiego stworzenia o prawdziwy majstersztyk, który potrafi nieźle zaszokować. Ja nie mogę się już doczekać drugiego tomu, którego premierę światową zaplanowano na jesień tego roku, Na polską przyjdzie nam pewne poczekać przynajmniej do początków przyszłego...
Olbrzymim plusem tej powieści jest to, że bohaterowie są prawdziwi. Nie maja jakichś wyszukanych problemów, jak z brazylijskiej telenoweli. Każdy ma swoje problemy, swoje priorytety i swoje demony. opowiedzenie się po jednej ze stron światowego konfliktu wcale nie musi być takie proste, jasne i oczywiste. Świetnie, że Autorka wprowadziła tu watek ruchu oporu przeciwko najeźdźcy – pozwolił on ukazać różne postawy ludzi. Ciekawa jestem, jak się on rozwinie w kolejnych częściach cyklu. 
Strona techniczna? Okładka jest piękna, książka wydana na ładnym papierze. Korekta spisała się dobrze i tylko raz się zdenerwowałam, bo... Ludzie, co to, u diabła, jest niby... minimetr??? Nie wychwycić czegoś takiego to niemal grzech! reszta – absolutnie bez zarzutu. Czekam na drugi tom, na film, który jest w planach i polecam gorąco do dołączenia do fanów twórczości Susan Ee. Rewelacyjny debiut!

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Jezus z Judenfeldu. Alpejski przypadek księdza Grosera – Jan Grzegorczyk

Wydawnictwo: Zysk i s-ka
Poznań 2012
Oprawa: miękka ze szkrzydełkami
Liczba stron: 256
ISBN: 978-83-7785-129-6




Nigdy wcześniej nie czytałam żadnej powieści tego autora. Gdzieś tam kiedyś słyszałam o nim, ale nie bardzo kojarzyłam, z czym się go – kolokwialnie mówiąc – je. Mimo to bardzo chciałam mieć tę książkę. Dlatego też, kiedy wpadła w moje ręce (raz jeszcze wdzięczna jestem portalowi lubimyczytać.pl za zorganizowaną przez nich na IV Warszawskich Targach Książki wymianę), po prostu nie mogłam się doczekać lektury. Owszem chwila już od Targów minęła, miałam jednak kilka innych pozycji w kolejce, której staram się (z miernym skutkiem) zanadto nie burzyć.
Zabrałam się więc w niedzielny wieczór do czytania i... nie mogłam się oderwać. Czytałam, czytałam (z małą przerwą na wspólną kolację z Mężem) aż... na dworze zrobiło się jasno i nie potrzebowałam już lampki przy łóżku. Tak oto czyta się tę powieść. Z jednej strony wciąga, jak rwąca rzeka, z drugiej każe się co chwile zatrzymywać i zastanawiać nad przeczytanymi właśnie słowami. Powieść to bowiem niełatwa i poruszająca wiele ciężkich tematów. Najlepszym dowodem na to, że warto ją przeczytać jest ilość przyklejonych w różnych miejscach zielonych karteczek, które wskazywać mi mają na przyszłość fragmenty, do których pragnę powrócić. Może jednak od początku...
Ksiądz Wacław Groser jedzie sobie rowerem przez Alpy. Jego cel to Rzym – otrzymał zaproszenie na obiad. Zaproszenie od... papieża! Cóż, papieżowi się nie odmawia, a wycieczka przecież nie zaszkodzi, na dodatek widoki urokliwe. Tak urokliwe, że ani zauważy, a leży plackiem z kamieniem w buzi... No i noga złamana, gips, szpital... niby nic przyjemnego, nic ciekawego, bo w końcu szpital, nawet w Austrii, to żaden pięciogwiazdkowy hotel. Mogłoby się wydawać, że zanudzi się niemal na śmierć, aż tu nagle trafia się ewangelicki ksiądz Mateusz (nie mylić z postaci znaną ze znanego i bardzo przeze mnie lubianego serialu "Ojciec Mateusz"). Nota bene, Polak z pochodzenia...
I już na piętnastej stronie mocne uderzenie, które spowodowało przyklejenie pierwszej zielonej karteczki. Ksiądz Wacław wchodzi do ewangelickiego Kościoła i dostrzega brak krzyża. Ta myśl zostanie mi w głowie na długo i pewnie jeszcze wiele, wiele razy będzie powracać i dręczyć. Zacytuję, gdyż warto:
"– Nie ma u was krzyża? – spytał spontanicznie.
– Jest. Pomiędzy czterema żywiołami. Krzyż... dla tych, co go potrzebują. Każdy może sobie pustą przestrzeń pomiędzy tablicami wypełnić swoim 'krzyżem'. Przynieść tu swój ból. Patrzenie na krzyż ma sens tylko wtedy, gdy możesz odnieść do niego swoje życie. (...) Jest wyraźnie powiedziane  Ewangelii, że jeśli chcemy Go naśladować, mamy wziąć swój krzyż."
Takich głębokich myśli, ważnych słów, niezapomnianych dyskusji jest w tej powieści znacznie więcej. można się wręcz pokusić o stwierdzenie, że ona jest z nich zbudowana, a reszta to jedynie tło, choć i to nie do końca. Gdyż to w "Jezusie z Judenfeldu" jest także bardzo istotne, barwne i zmuszające do refleksji. 
Zderzenie dwóch światów – to chyba dobre określenie na relacje pomiędzy księdzem Groserem a księdzem (nie pastorem, a księdzem ewangelickim) Mateuszem Konopiukiem. Sama historia Konopiuka jest bardzo ciekawa – jego pójście do seminarium jeszcze tu, w Polsce, jego pierwsza plebania, bycie katolickim księdzem i poznanie Agnieszki, miłość, która ich połączyła, emigracja... Wszystko to jest tak obce Wacławowi, którego przecież obowiązuje celibat. Zresztą wiele kawałów i śmiesznych przytyków w powieści wiąże się właśnie z tymi różnicami pomiędzy katolicyzmem a protestantyzmem. jak się okazuje – życie w małżeństwie też ma swoje wady (sic!). 
Każda historia opowiedziana w tej powieści jest równie ważna. Nie ma bohaterów ważniejszych i mniej istotnych. Każdy z nich ma swoje życie, które dla niego przecież jest najważniejsze i... każdy ma przeszłość. Nie tylko swoją, ale i swoich przodków, a także te kilką, opisywana na stronicach podręczników historycznych, czytaną jednak przez pryzmat własnej rodziny, jej sukcesów, jej porażek, jej dumy, wstydu, strachu... Bo choć wojna skończyła się pół wieku temu (akcja "Jezusa z Judenfeldu" dzieje się w 1995 roku), to pamięć o niej jest wciąż żywa, gdyż wielu mieszkańców tego nietuzinkowego miasteczka jeszcze ją pamięta. C, którzy znają ją jedynie z opowieści tez są uwikłani w czyny, których dokonywali ich ojcowie. Nie da się uciec przed przeszłością... Wiele trudnych tematów, mnóstwo pytań bez odpowiedzi. Takich, na które odpowiedzieć musimy sobie ami, zgodnie z naszym sumieniem, z nasza wiarą... Niełatwych, dotykających tematu tabu... Bo jakże ocenić, czy lepszy ten Żyd, który dla ratowania swego życia dał się ukrywać w ciemnej komórce, ochrzcić i przez większość ego uratowanego życia ukrywać swoje prawdziwe nazwisko, czy może jego brat, który swoje życie poświęcić, nie chcąc zaprzeczyć sobie samemu i zginął z rąk hitlerowców? Jak osądzić, czy uratowanie jednego życia starczy za odkupienie wojennych zbrodni na wielu? I co w końcu jest lepsze – odnalezienie ojca, czy jego zgubienie, gdy ojciec ten mordował na rozkaz niewinne kobiety, dzieci i starców?
Kim jest tytułowy Jezus? Tego dowiecie się jedynie czytając książkę. Powieść nietuzinkową, wyjątkową i mądra w swej prostocie. Genialną, że odważę się użyć tego określenia. Humor i lekkość języka, przeplatają się w niej z ciężkimi problemami, których nie porusza żadna chyba z czytanych przeze mnie dotychczas książek. Czym jest wiara, czym przebaczenie, czy wszystko można przebaczyć i na czym właściwie polegają różnice, skoro Bóg jest tylko jeden? Historia przez duże H, oraz historie poszczególnych, zwyczajnych mieszkańców niewielkiej austriackiej miejscowości gdzieś w Alpach. Jak pisze sam Autor – "Judenfeldu nie ma. Wymyśliłem to miasteczko, ale większość spraw, która się w nim dzieje, mogła się wydarzyć naprawdę."
Jeśli chodzi o stronę techniczną – jeden błąd znalazłam. Jeśli jest ich więcej, cóż, zbyt istotna tematyka sprawiła, że je przeoczyłam. Kiedy przeczytacie powieść dowiecie się również skąd taka "dziwna" okładka i dlaczego biegają po niej świnie. Ja natomiast koniecznie chcę zobaczyć dzieło, z którego wychodzi ten zdecydowany palec Jana Chrzciciela.
bezsprzecznie jest to jedna z najlepszych książek, jakie ostatnio czytałam, a zdarzył mi się ten przywilej, że czytałam dobrych lektur naprawdę wiele. Gorąco polecam, z czystym sercem. Bardziej nawet niż moją własną powieść o księdzu ("Jak jabłka od jabłoni"). Jeszcze nie dorosłam Janowi Grzegorczykowi do pięt.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Oko Jelenia. Droga do Nidaros - Andrzej Pilipiuk

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2008
Cykl: Oko Jelenia, tom I
Oprawa: miękka
Liczba stron: 399
Ilustracje: Rafał Szłapa
ISBN: 978-83-6050-67-0



Zaczyna się jak u Hitchcocka. W dodatku nie od trzęsienia, lecz od całkowitej zagłady Ziemi. A potem… napięcie wciąż rośnie. 
Występują:
* Kosmiczni Nomadzi, którzy rąbnęli 5 milionów książek razem z opakowaniem, czyli gmachem Biblioteki Narodowej
* Przypadkowi turyści przeniesieni w czasie, ze swoich światów wrzuceni na dno średniowiecznego slumsu. Muszą przeżyć. I wypełnić misję – odnaleźć Oko jelenia. A najpierw ustaliwszy, co to, u diabła, jest!
* XVI-wieczni hanzeatyccy kupcy z duszą wojowników i explorerów.
Zapinamy pasy. Biuro Podróży Pilipiuk Travel zaprasza na kolejną wyprawę w czasie i przestrzeni. W programie: survival na lądzie i morzu, akcja do utraty tchu.

Tymi słowami zachęca nas tylna okładka pierwszego tomu sześcioksięgu "Oko Jelenia". Czy można nie ulec, jeśli dodamy do tego piękną oprawę graficzną w wydaniu Fabryki słów i nazwisko autora, które jest żywą reklamą każdego spłodzonego przez niego tekstu? Chyba nie można...
Zacznijmy jednak od początku, tak po Bożemu. Podróż z Pilipiuk Travel zaczyna się... właśnie od kompletnej i absolutnej anihilacji Ziemi, która weszła (jak to możliwe, że nikt tego wcześniej nie zauważył???) w kontakt z rojem meteorów antymateryjnych. No to jazda! Nie ma już naszej planety, bo co z tego, że jeszcze niby jest, skoro bez wątpienia za parę godzin zmieni się w bryłę lodu i taka pozostanie przez najbliższe kilka milionów lat? Jeśli dobrze pójdzie, bo może nawet i dużej. Kto liczy teraz na jakieś cudowne ocalenie w stylu "Armageddonu, czy innego hollywoodzkiego "dzieła" ten się przeliczy. Przyjmijcie do wiadomości – Ziemi nie da się uratować! Koniec! Kaput! Amen!
O czym więc tu pisać, skoro nie ma czwartej planety od Słońca? Otóż pojawiają się niespodziewanie pewne dziwaczne stworzenia z kosmosu, a właściwie to jeden ich przedstawiciel, zwany Skratem. Porywa sobie gmach Biblioteki Narodowej w Warszawie, razem z całym jej księgozbiorem. przyuważają to natomiast dwaj warszawiacy – nauczyciel informatyki i uczeń liceum. Cóż zrobią? Ano, trzeba się ratować! Za jaką cenę? Zgodzą się zostać niewolnikami owego Skrata, byleby tylko przeżyć. No i tu zaczyna się właściwa historia, która ciągnąć się będzie przez całe sześć tomów. W końcu wiemy dobrze, że drogi do domu nie ma. Nie ma powrotu – czas i miejsce, do którego trafią nasi współcześni bohaterowie staną się ich codziennością i będą się z tym musieli pogodzić...
Gdzie się znajdą? Jest Anno Domini 159, gdzieś w Norwegii. Marek, nauczyciel, budzi się nagle i... rozmawia sobie z łasicą. Trochę go to z początku dziwi, ale jakoś dość szybko sobie z tym problemem radzi. Podobnie nie będzie miał większych problemów z tym, że rozumie obce języki, a nawet całkiem biegle się nimi posługuje. Gdzie jest Staszek? Nie ma... Może nigd nie będzie. Nie wiadomo. Za to Ina, łasica, która też jest niewolnicą Skrata, przekazuje mu zadanie do wykonania – udać się do Nidaros (gdziekolwiek to jest), odnaleźć Alchemika Sebastiana (ktokolwiek to jes) i następnie Oko Jelenia (cokolwiek to jest). Wow! Więcej niewiadomych, niż informacji. Jest jeszcze coś – gdzieś w jakiejś jaskini nieopodal ktoś na niego czeka. To mówiąc, Ina znika, zapowiadając, że zjawi się, by go z zadania rozliczyć.
Rzeczywiście, na Marka czeka Helena, szlachcianka, którą Skrat w ostatniej chwili wyrwał z kozackich rąk w czasie powstania styczniowego. Jak dogada się informatyk z XXI wieku z taka dobrze ułożoną panienką z czasów zaborów i zrywów narodowościowych? Początkowo to mala katastrofa, ale że Hela okazuje się nad wyraz inteligentna, dojrzała i co chyba najważniejsze – ma otwarty umysł – sytuacja się polepsza. No dobrze, by się polepszyła, gdyby nie zostali brutalnie rozdzieleni. Przez kolejne około trzysta stron będziemy śledzili ich przygody symultanicznie.
O fabule nic więcej. Przeczytacie, poznacie, spodoba Wam się. teraz kilka słów o innych kwestiach. Bohaterowie. Ciekawi, choć trudno powiedzieć, że nietuzinkowi. Raczej zwykli przedstawiciele swych czasów. Marek – nie potrafiący rozpalić ognia bez zapałek, Staszek, który ie bardzo lubił szkołę, Hela – dobrze wychowana panienka ze szlacheckiej rodziny, która – jak na takową przystało – pragnie wyzwolenia swej uciemiężonej pod zaborcą Ojczyzny. Ot, nic nadzwyczajnego. i to właśnie jest fantastyczne u Pilipiuka. Ponieważ możemy się z tymi ludźmi identyfikować. Cóż, jak wielu z Was potrafi rozpalić ognisko za pomocą krzesiwa, umyć się dobrze bez mydła i skombinować sobie jako taki przyodziewek, miejsce do spania i – choćby i sezonową – robotę, ie mając doświadczenia, funduszy i znajomości? Ja nie umiem. Ok – maja pewne dość znaczące udogodnienie. W trakcie akcji przywracania im ciał, czy jakkolwiek Skrat to robi, wszczepiono im znajomość obcych języków. Bez problemu więc dogadają się po norwesku, duńsku, czy niemiecku, pojmą modlitwy odmawiane po łacinie, a nawet i po ormiańsku sobie pogawędzą. Bez tego byłoby rzeczywiście ciężko i chyba bardzo nieznośnie. Jeśli dodać do tego pewne wspomnienia, którymi została obdarowana Hela, a które należały do dziewczyny z pewnością urodzonej dobrze pięć dekad od jej śmierci... Ale i tak nie jest łatwo. i to właśnie te potyczki codziennego życia, z którymi przyjdzie im się zmierzyć są najciekawsze, najważniejsze dla kształtowania się ich osobowości, a także całej fabuły.
Powieść biegnie kilkutorowo. jaj już zaznaczyłam w większości Marka i Helenę oglądamy osobno. Przy okazji warto zwrócić uwagę, że PIlipiuk zastosował bardzo ciekawy zabieg – fragmenty dotyczące nauczyciela informatyki są opowiedziane w narracji pierwszoosobowej. Wyróżniają się dzięki temu, są bardziej osobiste, a jednocześnie dają pewność, że autor tych wypowiedzi, nie zginie. To chyba jedyny pewnik, ponieważ co do reszty bohaterów nie da się niczego przewidzieć – olbrzymi plus. Nie można jednak zapomnieć o tym, że podróżnicy w czasie i przestrzeni to nie jedyne ważne osobistości pierwszego planu – bo o drugim i trzecim nie będę już wspominać. Hanza. Kto coś wie o hanzie? Chyba trochę mało się o niej uczyliśmy na lekcjach historii. Jak zresztą zauważa Pilipiuk w jednym z dialogów – historycy uwielbiają bitwy, wojny, wodzów i krew, a rzadko opowiadają o zwykłej codzienności, która była udziałem miliardów ludzi. Prawda. Cóż więc z tą Hanzą? Mamy Mariusa Kovalika i Petera Hansavritsona. dzięki nim poznamy politykę i gospodarkę ówczesnego świata, a jednocześnie dowiemy się odrobinę więcej o tajemniczym Oku Jelenia. Jednakże nie liczcie na to, że ci dwaj panowie wniosą wiele w pierwszym tomie – jestem przekonana, że Autor zostawia ich sobie na deser i smakowicie nas jeszcze zaskoczy. wszakże przed nami jeszcze pięć tomów sagi.
Świetne są fragmenty, w których Staszek próbuje wymyślić biznes, pozwalający naszym bohaterom przeżycie (najlepiej na dobrym poziomie) i wprowadzenie unowocześnień w codziennym życiu szesnastowiecznej ludności. Nie bawimy się w żadne zasady dotyczące niezmieniania historii. Żadnych efektów motyla, paradoks dziadka, ani nic takiego. Na szczęście, bo to by mogło być nudnawe. Bohaterowie zdają sobie sprawę, że ich przyszłość nie istnieje. Świat, do którego trafili nie jest jakąś przeszłością – to ich tu i teraz. Możemy ja nazwać alternatywną historią. a więc to oni ja współtworzą, dlaczego więc nie wykorzystać wiedzy, która posiadają? Nie zbudują reaktora atomowego, ani nawet kolei żelaznej, ale takie rzeczy, jak mydło, czy wełniane swetry we wzory może by się sprawdziły? Dyskusje są zabawne i na poziomie, szczególnie, że wyłuskują wszystkie błędne założenia i wady pomysłów. Nie da się do nich przyczepić.
Jedyne, do czego można mieć pewne zastrzeżenia, to wiedza, którą dysponuje Marek. Nie wierzę, że nauczyciel informatyki, który do liceum poszedł dlatego, że lepszej pracy jako programista po prostu nie dostał, ma tak rozległą wiedzę historyczną, archeologiczną i społeczną. Coś mu ktoś mówił, coś opowiadał znajomy, coś gdzieś przeczytał i... zawsze mu się to przypomina w odpowiedniej chwili. Hela przynajmniej ma wszczepioną pamięć innej dziewczyny, a Marek? Cóż, może Piliiuk lepiej to wyjaśni w drugim tomie.
Fantastyczną sprawą są nazwy miejsc, które brzmią iście bajecznie. Nidaros, Visby... Gdzie to, co to? Czy to w ogóle nasze universum? Okazuje się, że owszem, a Nidaros to dawna nazwa Trondheim, z czasów, kiedy w Norwegii panował jeszcze katolicyzm. Bo w tej powieści bardzo duże znaczenie ma walka religijna. Trwa reformacja, katolicy się bronią, spotykają po lasach, jaskiniach, w sekrecie, a jednak są wyłapywani, skazywani bez sądu i paleni na stosach ku przestrodze innych. Tak więc tajemniczy różaniec, na którym widnieją wyryte nazwy czterech miejscowości (Nidaros, Visby, Bergen i Nowgorod) znaleziony przez Marka może mieć kluczowe znaczenie dla ich przygód.
Zmiana mentalności, jaka dokonuje się na przestrzeni lat i pokoleń, tak różne spojrzenie na codzienność, ot, choćby religijność dziewiętnastowiecznej panienki i ucznia z XXI wieku... Wszystko to jest niezmiernie istotne w powieści Pilipiuka, tworzy zgraną całość, pobudza do myślenia, do zadawania pytań, do rozważenia, jak my byśmy się zachowali, gdybyśmy zajęli miejsce bohaterów tej historii.
Dwa błędy na czterysta stron. Redakcja świetnie sobie poradziła. Genialna okładka, która niemal krzyczy do na – weź mnie i otwórz! Czytaj! Do tego piękne ozdobniki graficzne na każdej stronie, karty lekko pożółkłe, jakbyśmy czytali starą kronikę, spisaną właśnie przez Marka i jego przyjaciół, która dotrwała do naszych czasów, tuż, tuż przed zagładą, która nas bezsprzecznie lada moment czeka. Świetne wykonanie.
Za taka podróż, jaką oferuje nam Pilipiuk Travel warto zapłacić te – w zaokrągleniu – 240 PLN. I zdecydowanie przeczytać, kiedy tylko seria wpadnie nam w łapki. Ja wkrótce zabieram się za ciąg dalszy – muszę jeszcze tylko zdobyć drugi tom (trzeci czeka już na półeczce).

sobota, 8 czerwca 2013

Ono - Dorota Terakowska

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Kraków 2003
Oprawa: twarda
Liczba stron: 471
ISBN: 83-08-03366-0



Dorota Terakowska była jedną z tych autorek, które nie boją się trudnych tematów. Pokazują świat taki, jakim jest, obnażając jego wady i zwracając uwagę na jego zalety. W sposób prosty, bez udziwnień – jasno i na temat, jednocześnie budując napięcie i ściskając nas za serca. Powieść "Ono" jest właśnie jedną z takich historii.
Główną bohaterką jest – znów, podobnie, jak w "Tam spadają anioły" – Ewa. Inna osoba, a imię to samo. Może zastanawiać ten sentyment autorki do imienia pierwszej kobiety. Czy ma to jakieś znaczenie? W "Tam spadają anioły" miało i wydaje mi się, że i tym razem pozostaje nie bez znaczenia.
Kim jest Ewa? To nastolatka z niewielkiego i biednego miasteczka. Prosta dziewczyna, bez większych ambicji, bez matury, która nie bardzo widzi możliwość wyrwania się z otaczającego ją świata. W domu się nie przelewa, a nadto kontakty z rodzicami nie układają się najlepiej. Jedynie młodsza o jedenaście lat siostra, zwana w domu Złotkiem, zdaje się jakimś ostatnim promykiem nadziei. Jednak i ona coraz bardziej przyzwyczaja się do tego, co jest, coraz mniej walczy. Ewa ma swoje marzenia, czy są one jednak realne?
Wszystko się miało zmienić na tamtej imprezie. Wielka balanga, mnóstwo ludzi i ona w samym centrum. Wszystko się miało zmienić i... zmieniło się. Nie stała się sławna, nie wyrwała się ze swej dziury... Było ich trzech i jeden z nich zostawił jej pamiątkę... Teraz musi zdecydować, czy chować dziecko będące owocem gwałtu, czy nie. A jeśli tak, to co? Odnaleźć ojca? Upomnieć się o pomoc, o alimenty? Spróbować wybaczyć i założyć rodzinę? Jak, skoro nawet ich nie zna? Zaczyna więc poszukiwania – nie tylko tych nieszczęśników, którzy ją wykorzystali, ale także samej siebie, jednocześnie opowiadając nienarodzonemu dziecku, które zamieszkało w niej o tym, co dzieje się wokoło. Ponieważ... Ono słyszy...
Polska rzeczywistość jest smutna i Ewa zawsze o tym wiedziała. Teraz nagle zaczyna dostrzegać kolory świata, jego piękno. Terakowska w niesamowity sposób ukazuje nam życie codzienne przeciętnego Polaka, który właściwie wegetuje, nie zastanawiając się specjalnie nad tym, co dokoła. Jednocześni odsłania prawdę – jak bardzo potrafi być człowiek samotny pośród innych ludzi. Jakże łamie się serce, kiedy Ewa wypowiada słowa: "Po raz pierwszy w życiu mam kogoś, z kim mogę rozmawiać i coś, co jest tylko moje." Przecież ta dziewczyna pochodziła z normalnego domu, zupełnej rodziny bez patologii, a jednak... Nie sposób nie dostrzec,że Autorka stara się nam przekazać ważną wiadomość – nie tylko patologiczne w powszechnym rozumieniu rodziny mogą być dysfunkcyjne.
Powieść skłania do refleksji i na długo (w moim przypadku nawet na lata) pozostaje w pamięci, dotykając tematu, który w wielu środowiskach nadal pozostaje tabu.
Ewa, pomimo ciężkiej sytuacji, bezradności i kompletnie żadnej pomocy ze strony rodziców, stara się pokochać rosnące w niej maleństwo. Jednak "z miłością jest jak ze snem, nie da się odespać nieprzespanych nocy."
Wstrząsająca historia, która może się zdarzyć każdej dziewczynie. Opowiedziana w sposób, który odbiera wszelkie złudzenia. Łapiąca za serce i z zupełnie niespodziewanym (przynajmniej dla mnie) zakończeniem. Nie pozostaje nic innego, jak tylko gorąco polecić powieść "Ono" Doroty Terakowskiej wydanej przez Wydawnictwo Literackie.

piątek, 7 czerwca 2013

Dziewiąty Legion - Rosemary Sutcliff

Wydawnictwo: Telbit
Warszawa 2011
Cykl: Orzeł, tom I
Oprawa: twarda
Liczba stron: 283
Przekład: Dariusz Kopociński
Ilustracje: C. Walter Hodges
ISBN:978-83-62252-21-3



Piękna, twarda okładka z ładną grafiką. Starożytny Rzym, choć jak się okazuje, nie do końca. W każdym razie czasy Imperium Romanum. Wewnątrz wspaniałe ilustracje, a z tyłu zachęcający opis. Kiedy do tego wszystkiego dodać jeszcze informację, że "Dziewiąty Legion" został uznany za jedną z najlepszych powieści dla młodzieży w XX wieku, a na jego podstawie nakręcił film zdobywca Oscara, Kevin MacDonald... Kusząca propozycja, nieprawdaż?
Brzmi smakowicie. Co zatem mamy w środku? 283 strony (czyli nie za wiele, ale to w końcu powieść dla młodzieży i na dodatek dopiero pierwszy tom) historii opowiedzianej z rozmachem, urokliwym językiem, wyważeniem i... Ok – bardzo ładnie. Grzecznie, schludnie i tak... angielsko. Jest przygoda, jest podróż, jest główny bohater, którego lubi się właściwie od samego początku. Ponieważ centurion Marek Flawiusz Akwila nie jest typowym Rzymianinem. Choć marzy o podbojach i sławie wojennej, krzywo patrzy na niewolnictwo i nierówność między ludźmi. Jego najlepszym przyjacielem (i towarzyszem podróży) okaże się były gladiator, niewolnik, którego wyzwolił z więzów – Bryt Esca. Czy zatem można nie lubić tego osiemnastolatka, który nie załamał się, gdy wszystkie jego życiowe marzenia stały się nierealne już po pierwszej wojennej potyczce, w której odniósł rany? Nie, nie da się nie lubić Marka, ponieważ jest taki swojski, miły, odważny, bohaterski, przyjazny i honorowy. W końcu centurion, który przyjaźni się z niewolnikiem i nie gardzi barbarzyńcami to po prostu wymarzony Rzymianin!
Marek Markiem, ale jest tu jeszcze przecież przygoda. Przygoda niebagatelna i wymagająca nie lada odwagi. Sławny dziewiąty legion, zwany powszechnie Hispaną, zaginął gdzieś w północnej Brytanii. Mijały lata i nie słyszano o żadnym z jego członków. To by może nawet jakoś dało się przeżyć, ale... zaginął także legionowy orzeł, a tego przecież żaden Rzymianin nie mógł darować ikt jednak nie podjął się poszukiwań, nikt do czasu Marka. Cóż takiego spowodowało, że młodzieniec postanowił odzyskać ten symbol (swoją drogą tytuł oryginału powieści brzmi "Eagle of the Ninth", co tłumaczy się na "Orzeł dziewiątego Legionu" i myślę, że taki tytuł byłby lepszy)? Otóż Hispaną dowodził jego ojciec. Jest to więc nie tylko poszukiwanie legionu i jego orła, ale również podróż, która ma wyjaśnić Markowi, co stało się z człowiekiem, którego krew płynie w jego żyłach i za którego przykładem sam wstąpił do legionów. A to już nieco może zienić postać rzeczy.
Historia jest więc bardzo ciekawa i świetnie napisana. Tyle tylko, że chyba jestem na nią jednak nieco za stara. Nie demotywuje mnie na ogół do czytania informacja, że powieść, na którą mam ochotę zaklasyfikowano do literatury młodzieżowej. Tym razem jednak muszę przyznać, że ci mądrzy ludzie, którzy zajmują się klasyfikacją... mieli rację. Przypuszczam,że gdybym dorwała "Dziewiąty Legion" w wieku trzynastu, czy piętnastu lat to byłabym nim całkowicie oczarowana, szczególnie, że nie jest w żadnym razie stronniczy i nie ocenia żadnej ze stron – ani Rzymian, ani Brytów. To się raczej rzadko zdarza, tak w literaturze, jak i filmie. Na ogół jednak jedna strona jest z założenia dobra, a ruga zła. Jedna cywilizowana, druha zaś zacofana. Jedna broniąca swych ziem, a druga atakująca. Rosemary Sutcliff zaś zrobiła coś niespotykanego – napisała pięknym językiem genialna powieść młodzieżową, w której jest przygoda, wspaniały bohater, przyjaźń, honor i... mimo czasów, w których dzieje się akcja równość pomiędzy ludźmi. Szkoda więc, że ie mogę powiedzieć, iż jestem nią zachwycona. Po prostu chyba już wyrosłam...
Jak już wspomniałam – olbrzymi plus dla oprawy graficznej. Okładka jest rewelacyjna i od razu rzuca się w oczy na półce. Ilustracje zaś wykonał C. Walter Hodges – artysta i pisarz, znany na całym świecie z ilustrowania książek dla dzieci, który w 1964 roku został uhonorowany nagrodą Grenaway Medal w dziedzinie ilustracji brytyjskich książek dla dzieci.
Słów kilka również o autorce, bo nie sposób nie wspomnieć o tak niezwykłej osobie. Przytaczam jej króciutka biografię zamieszczoną z tyłu książki:
Rosemary Sutcliff urodziła się w Surrey jako córka oficera marynarki wojennej. W wieku dwóch lat zachorowała na wyniszczającą organizm chorobę Stilla i większą część życia spędziła na wózku inwalidzkim. We wczesnym dzieciństwie, kiedy była zmuszona leżeć na wznak, matka czytała jej powieści takich autorów jak Dickens, Thackeray i Trollope, a także historie z czasów świetności Rzymian i Greków. W szkole czyniła postępy praktycznie tylko w czytaniu, toteż w wieku czternastu lat przeniosła się do szkoły plastycznej, gdzie uczyła się malarstwa miniaturowego. W latach 40. XX w., tuż po wojnie, wystawiła pierwsze swoje miniatury pod egidą Królewskiego Stowarzyszenia Malarzy Miniaturzystów. W 1950 r. ukazała się drukiem jej pierwsza powieść dla młodzieży, The Queen Story. Od tamtej pory całkowicie oddała się pisaniu powieści historycznych dla młodzieży, co przyniosło jej rozgłos i uznanie. W roku 1975 otrzymała tytuł Oficera Orderu Imperium Brytyjskiego, a w 1992 - tytuł Komandora Orderu Imperium Brytyjskiego. Zmarła w roku 1992 w wieku 72 lat.
Przydatne są w tym wydaniu również mapa na początku oraz wykazy imion, nazw miejscowych, szkockich plemion oraz ich terytoriów, które możemy znaleźć z tyły książki.
Nie pozostaje więc nic innego, jak polecić powieść młodemu czytelnikowi, a jeśli mu się spodoba (co chyba jest nieuniknione), przypomnieć o kolejnych tomach cyklu "Orzeł".

środa, 5 czerwca 2013

Kuchnia z niespodzianką - Maria Terlikowska

Wydawnictwo: Krajowa Agencja Wydawnicza
Warszawa 1980
Oprawa: miękka
Liczba stron: 55
Ilustracje: Ewa Salamon
ISBN: brak informacji




Już w latach 80. ubiegłego wieku dzieci miały swoje kultowe książki kucharskie. Wszystko to za sprawą pani Marii Terlikowskiej, twórczyni wspaniałych dwóch pozycji: "Kuchni pełnej cudów" oraz "Kuchni z niespodzianką". Dzisiaj słów kilka o tej drugiej.
Tym razem spotkania kulinarne będą nieco poważniejsze, niż w pierwszym tomie, a poza tym bardziej... światowe. Dzieciaki bowiem (choć i my, dorośli) będą się mogły nauczyć np. tak wymyślnych dań jak Croque-Monsieur z kuchni francuskiej, zapiekankę po alzacku, czy... gorącego psa (chyba nie muszę tłumaczyć, jaki to fastfood, prawda?). 
Justyna i Tomek Kowalscy (wraz z Rodzicami i kotem Barnabą) przeżyją w kuchni wiele fascynujących i zabawnych przygód, bawiąc się jedzeniem  najlepszym tego słowa znaczeniem. Zgodnie bowiem z mottem Justyny – jedzenie musi nie tylko smakować, ale także wyglądać. Czy i Wy nie mielibyście ochoty na cztery kółka na talerzu? Zaintrygowani? Zajrzyjcie do tej niesamowitej, ciepłej i zabawnej książki, która poza przygotowaniem przeróżnych pyszności uczy równie ważnych zachowań w kuchni.
Oczywiście – niektóre fragmenty trącą myszką. Ot, choćby radość z nowozakupionego miksera, który dzisiaj ma na stanie raczej każda szanująca się gospodyni – o ile, rzecz jasna, już dawno ie zamieniła go na nowoczesnego robota. Jednakże mimo to, książeczkę czyta się z uśmiechem na twarzy i pewną nostalgią. Myślę też, że i młodego czytelnika, dla którego nie jest powrotem do szczęśliwych dni dziecięcych będzie lekturą ciekawą i mądrą.
Wielkie znaczenie maja tu doskonałe ilustracje Ewy Salamon. Bez nich ta książeczka po prostu nie byłaby pełna. Nie tylko dlatego, że krok po kroku prowadzą nas po przepisie. Są po prostu miłe dla oka i dodają całości kolorytu.
Dobra korekta, jak to w książkach wydawanych w dawnych latach dla dzieci – zreszta to Krajowa Agencja Wydawnicza, nie ma się więc co dziwić.
Gorąco polecam zakupienie i zapoznanie się z przecudowną rodziną Kowalskich. Także z pierwszym tomem, na który w obecnej chwili czekam.Otwierając bowiem "Kuchnię z niespodzianką" możemy śmiało zawołać... witaj przygodo!

wtorek, 4 czerwca 2013

ani żadnej rzeczy... - PM Nowak

Wydawnictwo: Czarna Owca
Warszawa, 2012
Czarna Seria
Oprawa: miękka
Liczba stron: 350
ISBN: 978-83-7554-444-2



„Bała się, jednak się bała. I była całkiem sama. Kot zniknął, chyba pod sofą, telefon był daleko, w przedpokoju. A przecież wszystko wskazywało na to, że będzie to zupełnie zwyczajne popołudnie, zwłaszcza kiedy udało jej się już bez żadnych niespodzianek dotrzeć z kuchni na werandę…” Tak właśnie rozpoczyna się debiut polskiego pisarza, kryjącego się pod inicjałami (czy na pewno?) PM Nowak.
Przyznam szczerze – zaczęłam czytać trochę przez przypadek. Miałam ochotę na kryminał. Czarna seria wydawała się świetnym pomysłem, więc chwyciłam "ani żadnej rzeczy...", nie mając nawet pojęcia, że autorem jest nasz rodak. Zdziwiłam się, na szczęście nie mogę powiedzieć, że tego wyboru żałuję.
"ani żadnej rzeczy..." to genialny kryminał, o którym można powiedzieć, że wpisuje się w kanon klasyki tego gatunku. Można spokojnie porównać go z pozycjami opowiadającymi przygody Sherlocka Holmesa, Colombo czy tych autorstwa Edgara Allana Poe, a to już niemały sukces, szczególnie dla debiutanckiej powieści.
Morderstwo w Podkowie Leśnej mogłoby zostać rozwiązane szybko, ale... Chociaż nie, znając nasz wspaniały wymiar sprawiedliwości – zdaje się cudem, że w ogóle zostało rozwiązane i to w mniej więcej tydzień. Nikt więc nie będzie narzekać, że jest ślamazarne, chociaż czepia się wieli faktów, wielu różnych osób. Top jest właśnie niesamowite w tej powieści – jasno widoczny główny wątek, wokół którego dzieje się wiele, a jednak nic go nie przyćmiewa. Wątki poboczne są tym waśnie, czym powinny – wątkami pobocznymi. I choć jest ich sporo jak na tak niedługą powieść, ani przez chwilę nie można się w nich zagubić, czy zastanawiać, o co właściwie autorowi chodziło. Sprawa jest jasna, jak słońce – choć akcja toczy się w listopadzie – kto zabił Katarzynę Cebulską? Czy jej mąż, czy może jego siostrzeniec (Mark Zuber), który przybył ze Stanów w nadziei zdobycia części rodzinnego majątku? A może to zupełnie obcy ludzie, czy też pierwszy małżonek denatki – były policjant, który spędził za pobicie ze skutkiem śmiertelnym aż osiem lat w więzieniu? Nie wykluczajmy jeszcze kilkunastoletniej córki z pierwszego małżeństwa, ani jej ukochanego psychoterapeuty. Podejrzani są także współpracownik Cebulskiego, lektor angielskiego, jego narzeczona, a przez ułamek sekundy i nauczyciel jazdy.Sporo ludzi, a jednak nie sposób się pogubić, kto jest kim. uważam, że to prawdziwy majstersztyk. Na dodatek każdy z bohaterów ma jakieś bardzo go wyróżniające cechy. Ot, choćby pan Cebulski nosi fioletowe garnitury, kapelusze i pali fajeczkę.
No dobrze. Kto prowadzi to śledztwo? Otóż mamy dwóch wybitnych osobników oraz całą plejadę przedstawicieli polskiego wymiaru sprawiedliwości na drugim planie. Pierwsze skrzypce zagrają w tej orkiestrze komisarz Jacek Zakrzeński i prokurator Kacper Wilk. Pierwszy z nich to stary policyjny wyga – wie, co, jak, kiedy, dlaczego... Od razu ma swoje podejrzenia, jakby wyczuwał zabójcę. Jednak i jemu przyjdzie się poważnie zastanowić nad tym, czy tym razem przypadkiem nie wytypował winnego zbyt szybko. Drugi to prawnik bez obycia, bez doświadczenia jeszcze. Niby młody (choć ojca ma bardzo wiekowego), a jednak straszliwie poważny. Nienaganne garnitury, odprasowane koszule, twarz gladka jak u niemowlaka. Jak im się będzie współpracowało i czy Kacper choć trochę się wyrobi przez te kilka dni, które przyjdzie mu spędzić w towarzystwie Zakrzeńskiego?
Genialnie Autor opisuje swych bohaterów, kreśląc ich portrety psychologiczne, a jednocześnie nie przygniatając nas nadmiarem wiedzy o nich, ani psychoanalityki. Są ludźmi z krwi i kości – takimi, jakich naprawdę możemy spotkać, czy to w Warszawie, czy w jakimś innym większym polskim mieście. Świetny był pomysł zmiany, jaką przeszedł w więzieniu Domaradzki, interesujący jest wątek córki Cebulskiej, ciekawe są fragmenty ukazujące, jak w takich sytuacjach działają dziennikarze, choć oczywiście nie można sobie Wojciecha Wolnego odczytywać jako ogół.
Właściwie rozwiązanie znajdujemy na ostatnich pięciu stronach. Już samo to sprawia, ze książka ma u mnie bardzo wysokie notowania. Nie udało mi się samodzielnie rozwiązać tej kryminalnej zagadki. PM Nowak tak skonstruował swą powieść, że zmusza poniekąd do analizy sprawy, jakby czytelnik był jednym ze śledczych. Niełatwo jednak odkryć prawdziwego zbrodniarza. każdy ma motyw i... każdy ma alibi. Kto zabił? Tego dowiecie się czytając "ani żadnej rzeczy...". To powieść z bardzo wysokiej półki, do samego końca nieprzewidywalna i trzymająca w napięciu, mimo że może się wydawać, iż momentami jest trochę powolna – jak to życie u progu zimy w Warszawie. 
Dobra korekta, intrygująca okładka i te niemal magiczne, a bardzo zachęcające dwa słowa: "Czarna seria". Nic dodać, nic ująć – tylko czytać. Polecam.