Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

piątek, 31 stycznia 2014

Rowerem na koniec świata – Bruno Wioska

Wydawnictwo: Sowa
Warszawa 2013
Okładka: miękka
Liczba stron: 126
ISBN: 978-83-64033-73-5


Ta niewielka książeczka, którą spokojnie można przeczytać w jedno popołudnie (i jeszcze mieć czas na coś innego wieczorem) jest naprawdę magiczna. Wprowadza nas do świata którego na co dzień nie dostrzegamy. My, ludzie XXI wieku, ciągle gdzieś gnający, spieszący się, nie mający czasu na chwilę odpoczynku, wytchnienia, na kilka minut przemyśleń w ciągu dnia. Takich oderwanych od rachunków, problemów w firmie, cen paliwa, czy męża zdradzającego sąsiadkę. Dla nas taka wycieczka na rowerze to coś nadzwyczajnego i... dla wielu niemożliwego. Nie, nie chodzi o to, że nie mamy sił.Na szczęście jeszcze aż tak się nie zasiedzieliśmy i nawet niezbyt długi trening dałby nam może siły. Ale czy naprawdę tego chcemy? Czy nie wygodniej pojechać samochodem? Albo polecieć samolotem? Szybciej, chyba bezpieczniej, można zabrać ze sobą niemalże wszystko, co chcemy. Aparat, laptopy, książki, ciuchów jak na dwa wyjazdy, sprzęt grający i Bóg jeden wie, co jeszcze. Czy rzeczywiście odważylibyście się wsiąść na rower, spakować do torby, powiedzmy dwa podkoszulki, bieliznę na zmianę, jakiś prowiant, na szyi zawiesić aparat fotograficzny i... dalej w drogę? Do innego kraju, setki kilometrów w ciągu zaledwie kilku dni? Przyznajcie się, ja wiem, że moja odpowiedź, niestety, brzmi na dzień dzisiejszy "nie". A Bruno Wioska to zrobił, choć był wówczas starszy ode mnie. I zabrał ze sobą kolegę (choć właściwie to który zabrał którego może być tu rzeczą sporną), emerytowanego żołnierza. A więc przynajmniej mężczyznę koło pięćdziesiątki. Jak im się udało i jak ze sobą wytrzymali?
Bruno wioska już na początku informuje nas, że od lat mieszka w Niemczech. Trudno stwierdzić, czy czuje się bardziej Polakiem, czy Niemcem.Myślę, przynajmniej czytając między liniami, że nie ma to dla niego aż takiego znaczenia. jest Europejczykiem. Przede wszystkim zaś artystą, który jeszcze na studiach na Akademii Sztuk Pięknych miał marzenie. Zaprzepaścił wówczas swą szanse i po latach postanawia je spełnić. Tak właśnie zaczyna się przygoda, dzięki której przejedzie na rowerze niemal półtora tysiąca kilometrów. Nie jest to jednak tylko jazda na rowerze. To spotkanie z historią. Spotkanie, które zaczyna się w czasach niemal współczesnych a kończy w epoce megalitu. To czas na docenienie przeszłych pokoleń i ich wkładu w Europę, jaką znamy dziś. To chwile pełne spokojnego obserwowania natury, poznawania innej kultury i rozmyślań o świecie. To podróż prawdziwie magiczna...
I nie tylko sama podróż. Książkę czyta się rewelacyjnie. Widać, że napisana jest z rozmysłem, a przy okazji Autorowi nie brakuje talentu. Nie wiem, jak się sprawdza jako malarz i grafik, ale jako pisarz – pierwszorzędnie. Mam prawdziwa ochotę zajrzeć do jego poprzednich publikacji i trzymać rękę na pulsie, by wiedzieć o następnych.
Razem z Panami przeniosłam się na chwil kilka do innego świata. I znów zachciało mi się odwiedzić Francję. Tym razem może już nie Paryż (choć tak bardzo go kocham i chce do niego znowu...), ale właśnie zamki nad Loarą. Poczuć ten podmuch wiatru we włosach... Wiatru, który przecież zna tyle pięknych i tyle straszliwych opowieści o tych murach, parkach i ludziach, którzy dawno już odeszli w zaświaty. Posłuchać tych opowieści, oddychać, choćby przez chwilę, tym samym powietrzem. Nawet, jeśli nie na rowerze, ale jednak...
Bardzo podoba mi się narracja tej książki. Przy okazji oglądania różnych zabytków, Bruno Wioska opowiada nam przeróżne historie. Ciekawostki o tych miejscach i ludziach, którzy w nich żyli. Bardzo często odnajduje w nich również polskie ślady. Zaczynając od opowiastki o zamku, przechodzi przez historie ich właścicieli, a następnie od jakieś wydarzenia z ich życia, nagle do zupełnie innej osoby i dalej o niej, by ładnie i zgrabnie powrócić do zamku, który właśnie odwiedza. Po prostu nie sposób się oderwać...
Były takie momenty, kiedy brakowało mi zdjęć. Zdarzało się to wówczas, kiedy czytałam, że Autor właśnie coś fotografuje i zdjęcie wyszło bardzo udane. Z drugiej jednak strony, mogłam sobie wszystko wyobrazić, a to tylko rozbudzało mój apetyt na podróż. Zdjęcia są najpiękniejsze, kiedy wiążą się z własnymi wspomnieniami. 
Jeśli chodzi o samo wydanie. Jest trochę literówek, choć niespecjalnie dużo. Dziwnie dużo przecinków. Nie wiem, czy kłaść tona karb faktu, że Autor od lat mieszka w Niemczech. Trudno stwierdzić. Nie mam pojęcia, jak często używa na co dzień, szczególnie w piśmie, rodzimego języka. Znalazłam dwa błędy merytoryczne. Jeden wynikał z liczenia. Autor w pewnej chwili podaje, z jaką jadą szybkością i ile zostało im kilometrów do hotelu. Dojeżdżają zaś do niego w czasie, który wskazuje, że podróżowali przynajmniej dwa razy wolniej. Następnie w podsumowaniu podaje największa prędkość, którą osiągnęli i jest ona niższa, niż ta podawana wcześniej. Mniejsze z tym. Drugi jest poważniejszy, ponieważ może zmylić poważnie kogoś, kto jednak w historii niespecjalnie się orientuje. Podaje bowiem datę powstania wandejskiego z czasów rewolucji francuskiej i datuje je na rok... 1894. Czyli o sto lat za późno. Być może to literówka (cyfrówka?), ale jednak dość poważny błąd. Poza tym są błędy w przypisach. Powinno ich być 7, jest 5, a ten opatrzony piątym numerem odnosi się do tekstu siódmego właśnie.
Pomijając te zastrzeżenia, "Rowerem na koniec świata" to wspaniała opowieść, a także rewelacyjny przewodnik dla każdego, kto zamierza wybrać się na wycieczkę do Francji. Znajdziecie tu nie tylko informacje o tym, co zwiedzić, ale i gdzie się zatrzymać, co i gdzie zjeść, które wina są najlepsze i dlaczego nazwa "Szampan" jest zastrzeżona. Właściwie wszystko, co najważniejsze dla podróżnika. Polecam gorąco.





Książka przeczytana w ramach Wyzwania


Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa SOWA
 http://www.sowadruk.pl/

środa, 29 stycznia 2014

Dzieci planety Ziemia – Luiza Dobrzyńska

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie Białe Pióro
Warszawa 2013
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 314
ISBN: 978-83-64426-00-1



Będzie to jedna z najcięższych recenzji, do jakich usiadłam w ostatnim czasie. Ta niepozorna ze względu na swą objętość (przecież zaledwie 300 stron właściwego tekstu) powieść spowodowała u mnie prawdziwą lawinę przemyśleń. Zarówno w sferze filozoficznej, jak i językowej. Dawno już nie zdarzyło się, bym tak drobiazgowo podeszła do jakiejkolwiek lektury i zrobiła sobie w czasie czytania tyle notatek. Czy to dobrze? Przekonajcie się sami.
Autorka ma już na koncie trzy powieści, a za "Duszę" zdobyła na zeszłorocznym Falkonie II nagrodę literacką Nautilius. Jest wielką fanką Star Treka i... to widać w jej powieści, o czym jeszcze wspomnę. Szczególnie, że widoczne to jest w zupełnie innych sferach, niż można by się spodziewać. "Dzieci planety Ziemia" nie mają właściwie wiele wspólnego ze space operą. Przypuszczam jednak, że gdyby miały – też, jako fanka serii – byłabym ukontentowana. Luiza Dobrzyńska idzie jednak o krok dalej i jest to dość duży krok.
Nie sądź książki po okładce? Dlaczego nie? Okładka powieści – o dziwo – bardzo mi się podoba. Z reguły wolę spokojniejsze, a jednak coś w niej jest. Zaproszenie do poznania tego nowego świata, planety Patris, na którą przybyli ludzie z dalekiej Ziemi? Chyba tak, zaproszenie to dobre słowo. Zastrzeżenia? Mało wyróżniający się tytuł. Wolałabym, by był zapisany czarną czcionką, jak nazwisko Autorki.
Przejdźmy do treści. Wspomniałam już, że rzecz się dzieje na planecie Patris. Ludzie przybywają tam w nie do końca jasnych dla mnie okolicznościach. Wiemy, że na Ziemi miała miejsce katastrofa ekologiczna i w związku z tym od lat prowadzony jest program kosmiczny mający na celu znalezienie miejsc, które staną się nowymi domami ludzkości. Dlaczego jednak na wyprawę udali się ci konkretni bohaterowie, nie wiemy. W niektórych miejscach wydaje się to zupełnie logiczne, aż tu nagle okazuje się, że wybudzona pasażerka w ogóle nie wiedziała, że wysłano ją w podróż kosmiczną. Innym razem znów wybudzony zostaje kryminalista, a przecież wiadomo, że tacy są w ziemskim społeczeństwie usuwani. Cóż... na amen, że tak kolokwialnie powiem. Takie maleńkie niekonsekwencje są do wychwycenia przy uważnym czytaniu, choć mimo wszystko nie przeszkadzają za bardzo. Chciałabym... przeczytać jakieś opowiadanie nawiązujące do tej powieści, które wytłumaczyłoby mi, jak wyglądał wybór tej załogi i pasażerów. Być może takie wyjaśnienie znajduje się w trzech wcześniejszych powieściach Autorki. Chyba się na nie skuszę ;)
"Dzieci planety Ziemia" to przygodówka, obyczajówka, kryminał, sf i romans w jednym. Pewnie jeszcze o jakimś gatunku zapomniałam, ponieważ powieść porusza tak wiele zagadnień i tak pięknie je łączy w spójną całość, że chylę czoła przed Luiza Dobrzyńską. Już samo to, że zaskakiwała mnie właściwie na każdej stronie jest wielkim sukcesem. Co prawda przewidziałam ostatnia scenę... chyba jest do przewidzenia dla wnikliwej czytelniczki. Tak, czytelniczki. Myślę, że mężczyźni mogą się nie domyślić. Jednakże jeśli chodzi o pozostałe strony – ciągle byłam zaskoczona. W pewnym momencie przestałam już nawet próbować zgadnąć, co się będzie dalej dziać. I tak bym nie zgadła, tyle tu niesamowitych niespodzianek. Rzeczywiście czułam się, jakbym wraz z kapitanem Kirkiem Willnerem, Estrellą Solis i resztą bohaterów trafiła na tę niesamowitą, pełną tajemnic planetę.
Patris wydawała się być niemalże rajem dla osób, które pamiętają jedynie miasta i nieliczne tereny ekologiczne, do których wstęp mieli tylko wybrańcy. To prawdziwa kraina mlekiem i miodem płynąca. Zieleń, mnóstwo przydatnych kopalin, zwierzęta, które w większości (poza harpoidami) zdają się nie być dla człowieka groźne, a stanowić mogą całkiem dobry pokarm. Szczególnie w porównaniu z chemicznymi zamiennikami jedzenia, do których załoga już przywykła. Owszem, zbudowanie całej infrastruktury, nowego świata właściwie, to nie jest coś prostego i zdają sobie z tego sprawę. Szczególnie teraz, kiedy utracili kontakt z rodzinną planetą i nawet nie wiedzą, czy ona jeszcze istnieje. Patris zdaje się oddawać im wszystko, co ma w sobie najlepszego. Czy jednak na pewno nie jest niebezpieczna? W końcu już wcześniej próbowano ją skolonizować, ale wieści o załodze Hawkinga przepadły. Jakby... stało się coś złego.
Świat, który opisuje Dobrzyńska jest zupełnie inny od tego, ktory znamy dzisiaj. A jednak... Tak łatwo uwierzyć, że do tego właśnie nieuchronnie zmierzamy. Czy "Dzieci planety Ziemia" mają być dla nas przestrogą? Swego rodzaju drogowskazem? Wszakże wiele już takich dzieł powstało, które to miały nas wystraszyć przed zgubnym zapatrzeniem w technologię, grzebaniem w ludzkim DNA czy próbami stworzenia sztucznej inteligencji... Przestrzegały, opisywały straszliwe skutki, my czytaliśmy, rozmawialiśmy, zastanawialiśmy się i... dalej przecież robimy swoje. Najlepszym tego dowodem jest fakt, że zamiast pisać teraz recenzję go gazety, siedzę na blogu. Jak daleko posunie się ludzkość, by ułatwić sobie codzienne życie? Czy powróci do programów eugenicznych, nad którymi przecież pracowano w hitlerowskich Niemczech? Czy spartańska zasada porzucania kalekich znów powróci do łask? Czy być może normalnym stanie się, że światem rządzić będzie wojsko, utrzymując pokój swą żelazną ręką, ręką naprawdę świetnie uzbrojoną? Co się stanie, jeśli naukowcom uda się stworzyć prawdziwe androidy, niczym Data ze Star Treka, czy Raul z powieści? Czym jest tak naprawdę człowiek, co sprawia, że jesteśmy gatunkiem wyróżniającym się spośród innych istot? Na te i wiele innych pytań Dobrzyńska stara się odpowiedzieć w swej najnowszej powieści. Choć chyba odpowiedzieć to złe słowo. Stara się nas naprowadzić, skierować nasz tok myśli na te problemy. Odpowiedzieć musimy sobie sami. A potem... już tylko działać, albo znów zapomnieć...
Muszę tu również pochwalić, że bohaterowie tej historii próbują naprawdę zrozumieć otaczający ich świat. I to nie tylko naukowo. Autorka świetnie pokazuje relatywizm ocen. To, czy coś jest dobre, czy złe. Wystarczy czasami jedno pokolenie, by zupełnie odwróciły się wartości, którymi ludzie się kierują. Kilkaset lat to prawdziwa przepaść i nieraz aż trudno pojąć, że o takiej jednej pewnej przecież rzeczy można było w ogóle myśleć w inny sposób. Bo jakże to? A jednak. Takie ukazanie zmian w świadomości społeczeństw bardzo podwyższa ocenę tej powieści.
No to jeszcze kilka plusów. Autorka zdecydowanie wie, o czym pisze. Jej wiedza w zakresie biologii, chemii, biochemii musi być olbrzymia. Wie także dużo na temat kształtowania się planet, życia na nich, kolejnych faz ewolucji. "Dzieci planety Ziemia" to naprawdę dobra powieść science fiction, a nie tylko fiction. Nagromadzenie danych jednak tak ładnie wplecione zostało w fabułę, że absolutnie nie razi. Zresztą na końcu książki znajduje się jeszcze słowniczek wyjaśniający niektóre trudne pojęcia oraz te, które Autorka stworzyła na potrzeby tego konkretnego tekstu. Niektóre hasła znalazły się tam – moim zdaniem – niepotrzebnie, być może jednak mniej zaznajomionemu z sf czytelnikowi się przydadzą. 
Bardzo ładnie komponują się z całością wyjątki z kroniki prowadzonej przez Estrellę, czyli Ettę. Być może wiecie już, że zawsze lubię takie dodatki, pokazujące zdarzenia z perspektywy danej osoby... pamiętniki, listy, zapiski wszelakie. Te akurat tworzą oficjalną i publiczną kronikę, a nie są jedynie zdaniami pisanymi do poduchy, ale i tak bardzo dobrze uzupełniają treść, przy okazji w żaden sposób nie zdradzając, co się za chwilę stanie.
Zanim dojdę do ostatniego plusa, zapoznajcie się z kilkoma negatywnymi uwagami. Przede wszystkim przecinki. Czasami postawione są w dziwnych miejscach, co dezorientowało mnie w czytaniu. To jest, niestety, największy minus całej książki. Trochę za często też pojawiały się w początkowej fazie wyrażenia w cudzysłowie. Nie pojmowałam tego zapisu, na szczęście około setnej strony Autorka przestała ich używać. Denerwowały mnie krótkie łączniki zamiast długich myślników, które powinny być używane w dialogach.
W jednym miejscu nastąpiła swego rodzaju konsternacja. Cały akapit został powtórzony słowo w słowo i już myślałam, że to błąd i jakieś fragmenty wydrukowano dwukrotnie. Okazało się, że jednak nie. Rozumiem, że zadano jedno i to samo pytanie dwa razy, w związku z czym udzielono takiej samej odpowiedzi. Jednak użyłabym innych słów, a nie przepisywała całą odpowiedź, jak wykutą na pamięć regułkę, szczególnie, że udzielał jej człowiek, a nie android, którego można by o takie powtórzenie posądzić.
Moje ostatnie "ale". Powieść napisana jest dojrzale, szczególnie w warstwie merytorycznej. Powiedziałabym nawet, że bardzo dojrzale. Dlatego dziwią w niektórych momentach frazy, które wyglądają, jakby wyszły prosto z wypracowania gimnazjalisty. Przypadków takich było, na szczęście, tylko kilka i można je pominąć, ale dziwiły bardzo, ponieważ reszta jest napisana na dość wysokim poziomie (pomijając nieszczęsne przecinki).
Ostatni plusik na zakończenie. Autorka puszcza oczko do fanów Star Treka. Jakie oczko? Ano takie, że niektórych swych bohaterów nazwała... trekowo. Np. jeden z nich to Rod Denberry (dla tych, którzy nie wiedzą, twórca kultowej serii to Gene Roddenberry), a kapitan ma na imię Kirk (nazwisko kapitana z oryginalnej serii ST). Ponadto pojawia się w powieści również doktor Derkacz, a kim w rzeczywistości jest Piotr Derkacz, fandom polski doskonale wie.
Podsumowanie? Cieszę się, że nie wprowadziłam systemu oceniania typu ileś punktów na ileś, bo wówczas – za te nieszczęsne przecinki – ocena mogła by okazać się znacznie zaniżona. Jeśli kogoś takie rzeczy nie denerwują, to koniecznie po tę powieść musi sięgnąć. Właściwie, nawet jeśli denerwują, to musi, ponieważ "Dzieci planety Ziemia" to historia niebagatelna, mądra, dobrze przemyślana, wciągająca... Po prostu naprawdę bardzo, bardzo dobra. Ma dużą szansę, by znaleźć się wśród najlepszych w tym roku, choć wiadomo – mamy dopiero styczeń. W każdym razie gorąco ją Wam polecam, a sama niedługo zorientuję się w kwestii zakupienia wcześniejszych pozycji autorstwa Luizy Dobrzyńskiej.




Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Literackiego Białe Pióro
http://bialepioro.pl/


Książka przeczytana w ramach Wyzwania



Książka przeczytana w ramach Wyzwania

niedziela, 26 stycznia 2014

Zawojować świat

W tym roku, jak być może zauważyliście, ostro ruszyłam z promocją blogów. Idzie całkiem nieźle, choć przecież nawet styczeń się jeszcze nie skończył. Bardzo mnie to cieszy. Nawiązałam wiele ciekawych kontaktów w ciągu tych trzech tygodni (pierwsze dni leniuchowałam trochę, tzn. czytałam). Mogę się pochwalić m.in. dwoma wywiadami, których udzieliłam. Jeśli jesteście zainteresowani, możecie je przeczytać od poniższymi adresami:
A teraz... Teraz wracam do pracy. Świat dzięki internetowi zrobił się podobno mały, chociaż ja nadal czuję, że jest przeogromny i mam ochotę go zawojować ;)

Liebster award

"Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."

Dziękuję za nominację Marceli z bloga http://mirror-of--soul.blogspot.com/ i zapraszam do odwiedzania jej wspaniałego świata.

Oto pytania, z którymi przyszło mi się zmierzyć:

1. Co spowodowało, że zainteresowałaś się literaturą?
Literaturę kocham od dziecka. Moi rodzice zawsze dużo czytali. Pamiętam książeczki z serii "Poczytaj mi, mamo. poczytaj mi, tato". Było ich w domu pełno. Czytali mi też dziadkowie. Wcześnie nauczylam się czytać i... zawsze sprawiało mi to wielką frajdę. Przenoszenie się do innych światów, innych czasów, nowi przyjaciele, których wybór należał do mnie. Książki to marzenia przeniesione na papier – opowiadają, kształcą, zmuszają do puszczenia wodzy wyobraźni.m Są prawdziwą skarbnicą wiedzy i nie bardzo potrafię zrozumieć, jak można ich nie kochać. 
2.  Dzwoni do ciebie sąsiadka i mówi, że ktoś wszedł do twojego mieszkania/domu. Biegniesz tam w te pędy, widzisz wyłamaną futrynę do swojego pokoju.... Wiesz że w środku miałeś okropnie drogi komputer, regał z książkami i skarbonkę z 100 tysiącami. Pierwsze to sprawdzasz czy jest... (wybierz z trzech podanych rzeczy i uzasadnij).
Ojej... Jaka masakra! Nie komputer, sru ze starym rzęchem. Mam zabezpieczone dane i sprzęty alternatywne. Jakoś sobie poradzę. Skarbonka ze 100 tysiącami? Nie, idąc do ubikacji na stacji benzynowej mam problem, bo brakuje mi drobniaków. Nie nosze przy sobie gotówki, a tym bardziej nie trzymam jej w domu. Ani w skarbonce, ani w skarpecie, ani żadnym innym miejscu.  Książki... Można kupić nowe, skoro na koncie grzeje się taka pokaźna sumka, ale... jestem przywiązana do moich woluminów, w tym wielu z autografami i personalizacjami od autorów. Niech no ktoś się poważy ruszać mój księgozbiór!
3. Z jakiej książki, którą posiadasz w biblioteczce jesteś najbardziej dumna i dlaczego?
Z tych kilkunastu setek mam wybrać jedną? Cóż... Najdłużej polowałam na "Dune" w skórzanej oprawie z bokami stron zdobionymi 22-karatowym złotem. Moja ukochana książka, w najładniejszym wydaniu na świecie. Wybór dość łatwy :) Chociaż... mam jeszcze pierwsze wydanie "Dune"... I co tu jest więcej warte??? A można wybrać dwie :P W każdym razie z pewnością będzie to moja ukochana "Diuna", a że wydań mam kilka...
4. Najbardziej nielubiany przez ciebie pisarz? I wprost odwrotnie – jaki jest ten najbardziej ulubiony? 
Ojejku. W szkole (kiedy to było...) nie przeczytałam dwóch lektur. "procesu" Kafki i "Chłopów" Reymonta. Nie cierpiałam "Ferdydurke" Gombrowicza... Jejku, nie wiem. To było wieki temu, choć nie sadze, by gut aż tak mi się zmienił i któryś z tych utworów nagle przypadł mi do gustu. Po prostu nie sięgam po autorów, których nie lubię. Wiem, co mi sprawia przyjemność, albo co mnie czegoś nauczy. Nie mam w zwyczaju skreślać człowieka tylko dlatego, że nie udała mu się jedna książka. I dlatego m.in. mam w planach przeczytanie "Ziemi obiecanej" Reymonta. 
Ulubiony? Tu już łatwiej ;) Frank Herbert – za "Diunę" i za całokształt. Aleksander Kamiński za "Kamienie na szaniec". Andrzej Pilipiuk i Ken Follett – za absolutnie wszystko, co mi w łapki wpadło. 
5. Co zainspirowało cię do stworzenia własnego bloga?
Kocham książki. Uwielbiam czytać. Bardzo lubię pisać. Przy okazji chciałam się dzielić z ludźmi tym, co czytam. Jeśli dodać do tego, że bałam się blogowania i postanowiłam przełamać lęk – dostajecie przepis na mojego bloga.
6. Jaką książkę bardzo chciałabyś przeczytać ale nie możesz? Dlaczego?
Nie przychodzi mi chyba do głowy żadna taka książka. Jeśli naprawdę chcę coś przeczytać to nie ma żadnego "nie moge". Czasem tylko czekam kilka miesięcy, zanim przyjdzie paczka ze Stanów, gdyż wiem, że na polskie tłumaczenie będę czekać jeszcze przynajmniej rok dłużej, jeśli w ogóle...
7. Pięć książek warte polecenia osobie nigdy nie czytającej, by ją zachęcić.
Czuję, że wchodzę pod górkę. Albo nawet i całkiem sporą górę? Pięć? Tylko pięć? Wszystkie niemal książki, których recenzja pojawiła się na moim blogu są warte polecenia, a jest ich... ponad dwieście. Do tego pewnie cała masa książek, które przeczytałam wcześniej... Dla osoby, która nie czyta... Czyli coś na pograniczu lekkości i prostoty z wielką dawką tego, co można nazwać uzależniaczem od czytania? Dobrze:
– któryś ze zbiorów opowiadań Pilipiuka (lekkie, mądre, z polotem i humorem, pełne tajemnic...);
– "Koniec pieśni" Wojciecha Zembatego (dla ludzi, którym niestraszne są wyzwania, bo książka jest naprawdę zakręcona na maxa, ale jej przeczytanie to jak zjedzenie wisienki z tortu);
– "Watykan 2035" Pietra de Paoli (piękna, wzruszająca historia człowieka, któremu przypadł zaszczyt wstrząśnięcia Kościołem – widziany z perspektywy jego najbliższych, w tym żony i córek)
– "Kamienie na szaniec" Aleksandra Kamińskiego (bo to książka o ludziach, którzy nie tylko potrafili pięknie umierać, ale i pięknie żyć);
– no i oczywiście "Diuna" Franka Herberta (zmuszająca do myślenia, do skupienia i tego wszystkiego, czego nie robią osoby nieczytające, ale z pewnością warta przeczytania i wracania do niej co jakiś czas).
8. Gdybyś miał możliwość wejścia na chwilę do JEDNEJ książki, co by to była za powieść i dlaczego?
Chciałabym się zmierzyć z moja niemożnością przebywania w klimacie, w którym nie można się spokojnie napić, umyć i normalnie o siebie zadbać. "Diuna", rzecz jasna, bo choć kocham tę powieść i ten świat, wiem, że nie chciałabym w nim żyć. Ale na chwilę – to by było fascynujące.
9. Wolisz wypożyczać książki z biblioteki czy kupować?
Kupować. Biblioteki się skończyły wraz z dyplomem magistra.
10. Co sądzisz o e-bookach i audiobookach?
Zacznę od tyłu. audiobooki nie są dla mnie. Nie potrafię się przy nich skupić i później okazuje się, że po przesłuchaniu książki, która ma 700 stron pamiętam jedną scenę, ponieważ w czasie słuchania... prałam,prasowałam, myłam podłogi, gotowałam, zmywałam naczynia, malowałam paznokcie i Bóg jeden wie, co jeszcze robiłam. Ewentualnie leżałam na łóżku i zasnęłam...
E-booki czytam, jeśli nie mogę w danej chwili dostać książki papierowej, albo jeśli jestem w podróży. Bardzo sobie chwalę to, że wsiadając do autobusu, czy samochodu (wówczas na siedzeniu pasażera) mogę zabrać ze sobą kilkadziesiąt książek, które nic nie ważą i w danej chwili podjąć decyzję, co czytam. Jeśli książka mi się spodoba, na ogół i tak później kupię wersję papierową.
11. Jedna szalona rzecz którą chciałabyś zrobić, ale nie wypada tego zrobić.
Dumam od pół godziny i nic mi do głowy nie przychodzi. Chyba już mi wyszły bokiem różne głupie pomysły...

A teraz czas na nominacje...

Na koniec zaś pytania...
1. Książka, która w jakiś sposób odmieniła Twoje życie? Jaka? Dlaczego? W jaki sposób?
2. Co dla Ciebie znaczy blogowanie?
3. Czy często odwiedzasz blogi innych osób? Komentujesz? Obserwujesz? Tylko czytasz?
4. Tytuł, który zdecydowanie odradzasz. Dlaczego?
5. Gdybyś mógł/mogła zaprosić na obiad do swojego domu jednego autora, kto by to był? Załóżmy, że nie ma życia po życiu i chodzi o kogoś, kto jeszcze stąpa po tej Ziemi.
6. Książka czy film? Co najpierw? Czy są wyjątki?
7. Co sądzisz o zrobieniu z krótkiej książeczki dla dzieci dziewięciogodzinnego filmu? Tak, chodzi o "Hobbita".
8. Okładka książki, która tak Ci się podoba, że chętnie byś sobie ją oprawił/a i powiesił/a w salonie (nad łóżkiem, w kuchni, łazience, czy jakimkolwiek innym pomieszczeniu, które jest dla Ciebie ważne).
9. Pisarz-Polak... Dorównuje zagranicznemu? Jest gorszy? A może przewyższa? Dlaczego?
10. Bohater powieści (opowiadania, nowelki...), z którym chętnie spędziłbyś/spędziłabyś trochę czasu.
11. Czy pożyczasz książki? Od ludzi. Ludziom. Z biblioteki. Czy może jednak kupujesz i trzymasz swe skarby, nie dopuszczając do nich łapek innych chętnych?

Gratuluję każdemu, komu udało się dobrnąć do końca. Dla mnie samej było to ciężkie :)


Zamek Laghortów – E. M. Thorhall

Wydawnictwo: Oficyna Wydawnicza RW2010
Poznań 2013
Cykl: Zbrojni, tom I
Liczba stron: 174
ISBN: 978-83-7949-006-6 (format pdf)




Czytuję e-booki, najczęściej w podróży.  W domu raczej zasiadam z książką papierową, choć różnie bywa. Tak, wolę papier. Pachnie farbą drukarską, czasem można ją nawet wyczuć pod palcami. Jest przyjemna, można ją przytulić. Z czytnikiem, tabletem, czy telefonem (czasami czytam na smartfonie) tego nie zrobię. Jednak mimo wszystko bardzo sobie chwalę nowoczesną technologię, dzięki której w podróż mogę zabrać cały zbiór książek, nie dokładając tym samym do bagażu ani grama. Zresztą, coraz częściej zdarza się, że niektóre pozycje czytelnicze są wydawane jedynie w e-booku. wówczas brak wyboru, a jeśli oferta jest ciekawa... Cóż, chce się czytać. Tak też jest w tym przypadku. "Zamek Laghortów", pierwszy tom czteroczęściowego cyklu "Zbrojni" można dostać jedynie w formie elektronicznej (w trzech formatach, do wyboru).
Czy warto? Owszem. Historia może się wydać niezbyt górnolotna, a jednak... Jeśli lepiej się wczytać, okazuje się naprawdę bardzo dobra. To ciekawa fantasy, w której wątki fantastyczne – przynajmniej na razie, w pierwszym tomie – są jedynie wspomniane kilka razy i odgrywają rolę raczej poboczną. ciekawa jestem, co będzie dalej. Autorka (kryjąca się pod inicjałami i niezbyt polsko brzmiącym nazwiskiem – ciekawe, czy to pseudonim, czy prawdziwe nazwisko) świetnie sobie radzi w średniowiecznym klimacie. Tak na zamku, jak i w gospodzie. Zna się na rzeczy, trzeba jej to przyznać. Gdy wchodzimy do zamkowej zbrojowni nie mówi nam o mieczach i szablach, ale dokładnie opisuje każdy oręż, ze szczegółami, których pewnie nie powstydziłby się specjalista od broni białej. Jedynie stosunki społeczne nie wychodzą jej najlepiej. Można to jednak położyć na karb konwencji i uznać, że w świecie przedstawionym przez panią Thorhall to, że lady Lyanna, pani na zamku, niemalże przyjaźni się ze swą służbą, a to, że pożycza własną suknie córce karczmarza, w której zakochał się jeden ze służących na zamku zbrojnych nie jest niczym dziwnym. Trochę razi, ale jakieś minusy pojawiają się nawet w powieściach nominowanych do literackiej nagrody Nobla, a myślę, że "Zamek Laghortów" do takiego miana nie pretenduje.
O czym? O dziewczynie, co ciekawi, kiedy wziąć pod uwagę tytuł cyklu. Ma na imię Kyla i jest sierota. Wychowuje ją wujostwo, choć właściwie o wychowaniu trudno tu mówić, a tym bardziej o miłości. Jednak jakoś sobie radzi. Do czasu... kiedy postanawiają ją, piękną siedemnastolatkę kochająca polowania, oddać za mąż za paskudnego, tłustego karczmarza i nawet nie ukrywają przed nią, że to dla nich świetny interes, gdyż u "narzeczonego" mają sporawy dług, który przyrzekł im darować. Co więc czyni urocza dzieweczka i wspaniałych włosach koloru zboża? Rzecz jasna, ucieka z domu. Pech chce jednak, że w lesie napotka na swej drodze pewnego stwora, a do tego jeszcze upiora... "Uratują" ją z opresji zbrojni sir Eryka i zabiorą na Zamek. Tam dla Kyli wszystko się zmieni. Pozna np. prawdziwą historię swych, zmarłych przed siedemnastu laty, rodziców. Przyjdzie jej jednak zmierzyć się z wieloma przeciwnościami losu, a przede wszystkim z pewnym czarnowłosym mężczyzną, który od pierwszego wejrzenia budzi w niej lęk...
Morht...Tajemniczy, czarnowłosy, czasami brutalny, choć przecież umie się śmiać, dowcipkować i zawsze staje w obronie kobiety... Bohater, którego do końca nie znamy. Unosi się wokół niego chmurka dziwnej magii, która przyprawia o dreszcze. Kyla go nie lubi, a jednak... On jej nie znosi, a mimo to... Coś, jakaś tajemnicza siła, przyciąga ich do siebie i – prawdę mówiąc – nie tylko ich. Co prawda jest dla mnie trochę za młody, ale gdyby miał jakieś dziesięć lat więcej, byłby wymarzonym księciem na białym rumaku. A nawet na jakiejś szarej, wygłodzonej szkapie, o ile tylko byłaby w stanie unieść jego wspaniałą... osobowość. Na dodatek jest... Vartheńczykiem. Co to właściwie znaczy i dlaczego napawa Kylę takim przerażeniem? Mam nadzieję, że dowiemy się prawdy w kolejnych tomach, ponieważ umieram niemal z ciekawości.
Początkowo miałam mały problem z ogarnięciem, kto jest kim. Imiona zdawały się takie dziwne i wszystkie do siebie podobne. Na szczęście nie trwało to długo i dość szybko załapałam, a potem czytało się już naprawdę wyśmienicie. Nawet nie spostrzegłam, że zbliżyłam się niebezpiecznie blisko ostatniej strony, a potem... Cóż, wszystko, co dobre, szybko się kończy (chyba, że jest kiełbasą).
Do 70 mniej więcej strony nie znalazłam żadnych błędów, a to niemały wyczyn. Niestety potem pojawiło się kilka, z czego większość polegała na niepoprawnej odmianie...imienia głównej bohaterki i to już raziło. Rzuciła mi się w oczy jedna powtórka słowa (dwa razy pod rząd ten sam wyraz w jednym zdaniu). Poza tym plik (osobiście czytałam w wersji pdf) jest bardzo ładnie wykonany i dopracowany. Na dodatek książka ma ładną okładkę i żałuję, że nie mogę jej postawić na półce.
Liczę, że kolejne części ukażą się jak najszybciej i będzie mi dane poznać dalsze dzieje mieszkańców Zamku Laghortów i ich najbliższych.



Książka przeczytana w ramach Projektu:
https://www.facebook.com/pages/Polacy-nie-g%C4%99si-i-swoich-autor%C3%B3w-maj%C4%85/199492823568700
 
Książka przeczytana w ramach Wyzwania


Książka przeczytana w ramach Wyzwania

sobota, 18 stycznia 2014

Uczta Lodu i Ognia – Chelsea Monroe-Cassel i Sarrian Lehrer

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Kraków 2013
Oprawa: twarda
Liczba stron: 236
Przekład (z angielskiego): Łukasz Małecki
Tytuł oryginału: A Feast of Ice and Fire
Fotografie: Kristin Teig, Chelsea Monroe-Cassel, Sarrian Lehrer
ISBN: 978-83-08-05229-7





Mój Mąż zawsze wie, jak sprawić mi przyjemność. Moje zamiłowanie do książek i do kuchni połączył tym razem z jednym z naszych ulubionych seriali, czyli "Grą o tron". Przyznaję bez bicia, że serii Martina jeszcze nie czytałam (choć właśnie Michał na Święta dostał pierwszy tom, więc lektura nieunikniona), za to produkcja HBO robi na nas olbrzymie, pozytywne oczywiście, wrażenie. Stąd właśnie z okazji urodzin dostałam tę oto książkę... "Ucztę Lodu i Ognia". Bez owijania w bawełnę mogę stwierdzić, że czytanie jej to prawdziwa uczta dla zmysłów. Zdążyłam też wypróbować jeden z przepisów – pisząc tę recenzję zajadam ciasteczka cytrynowe, czyli ulubiony smakołyk Sansy. Tak, jak tej postaci szczerze w serialu nie znoszę, tak muszę przyznać, że ma doprawdy dobry gust w kwestii słodyczy, a autorki książki... wiedzą, jak upiec przepyszne ciasteczka.
Zaczynając od początku... wstęp do książki napisał sam George R.R. Martin, który przyznaje, że niejednokrotnie proponowano mu wydanie książki kucharskiej. Niestety, autor Sagi nie potrafi gotować, stąd było to niewykonalne. Kiedy więc dwie młode dziewczyny prowadzące bloga kulinarnego, zafascynowane opisami pyszności wszelakich, które Martin podobno bardzo często na stronicach swych grubych powieści serwuje, dały znak, że chętnie podejmą się tego projektu, Martin dał im zielone światło. Sam zdążył już parę razy wypróbować ich zdolności kulinarne i był nimi zachwycony. Dziewczyny więc wzięły się do pracy i stworzyły dzieło niebagatelne – pełne ciekawych smaków, które łechcą podniebienie i pobudzają wyobraźnię. Wykonały swą prace naprawdę wzorowo. Nie tylko bowiem stworzyły od podstaw niemalże kuchnię Siedmiu Królestw. Uczyniły coś znacznie więcej. Przybliżyły czytelnikom stare, zapomniane od wieków przepisy, sięgając aż do średniowiecznych zapisków (a kilka razy nawet do starożytnych), by jak najlepiej oddać klimat kuchni, którą raczyli się Starkowie czy Lannisterowie. 
Cała książka podzielona jest na krainy – wszystko zgodnie ze światem stworzonym przez Martina. Jest to bardzo dobry pomysł i to nie tylko dla fanów serii. Dzięki niemu możemy lepiej dobrać posiłki gatunkowo i sami w domowych pieleszach przygotować niebagatelną ucztę w konkretnym klimacie. Inaczej przecież jedli członkowie Nocnej Straży (zimno, śnieżnie, lodowo, para z ust, jednym słowem koszmar), a inaczej w Królewskiej Przystani (gdzie można znaleźć najznamienitsze smakołyki z całego świata).
Dziewczyny poszły jednak o krok dalej. Zanim zabrały się do opisywania pyszności ze świata Pieśni Lodu i Ognia, opowiedziały nam trochę o kuchni... średniowiecznej. O wykorzystywanych wówczas przyprawach, o podstawowych daniach, bez których żaden kucharz by sobie nie poradził, o specyfice różnych składników i możliwości ich zastępowania tym, co jest dostępne w dzisiejszych sklepach.
Wachlarz przepisów jest szeroki. Od tak niesamowitych dań, jak choćby pieczony wąż, czy szarańcza w miodzie, albo pieczeń z żubra (zwierzę u nas chronione, więc nie radzę poszukiwać tego mięsiwa, próżne to poszukiwania) aż po tak proste przepisy, jak zupa z porów, czy grzane wino. Dzięki temu możecie stworzyć własne menu, posiłkując się podpowiedziami autorek przed każdym przepisem podają, z czym najlepiej podać daną potrawę), nie męcząc się za bardzo – łączycie po prostu przepis skomplikowany z przepisem łatwy, a i tak wychodzi coś nieprawdopodobnie egzotycznego i ciekawego, co na pewno Wasi goście zapamiętają na dłuższy czas.
Każdy niemalże przepis ma dwie wersje – stara (najczęściej średniowieczną) oraz unowocześnioną. Sami możecie wybrać, która odpowiada Wam najbardziej, albo też skorzystać z obu, coś pozmieniać, poeksperymentować. Jako i ja uczyniłam, piekąc ciasteczka Sansy. Zresztą autorki często zachęcają do modyfikowania przepisów. Osobiście przyznaję, że przestudiowałam je wszystkie dość dokładnie i bardziej odpowiadają mi te starsze wersje. Być może dlatego, że nowsze są dla mnie zbyt amerykańskie, nie ma się jednak co za bardzo temu dziwić. 
Całość wydana jest po prostu przepięknie. Gruba oprawa, kredowy papier. Świetnie dobrana kolorystyka, rustykalne zdobnictwo i do tego fotografie, na widok których po prostu dostaję ślinotoku. Autorki bowiem nie tylko świetnie radzą sobie przy przysłowiowych garach, ale potrafię też rewelacyjnie zaaranżować podawane przez siebie smakołyki. Dlatego nie podają ich na saskiej porcelanie, ale na drewnianych tacach, w mosiężnych dzbankach, albo glinianych miskach. 
Uczta dla każdego, kto lubi eksperymenty kuchenne i chce zaskoczyć znajomych czymś nowym na swoim stole. Polecam gorąco i... idę spałaszować jeszcze jedno ciasteczko.


Książka przeczytana w ramach Wyzwania

Promując siebie i literaturę

Kochani, zanim pojawi się tu kolejna recenzja (już dzisiaj, już niedługo), chciałabym się... pochwalić? Po prostu podzielić z Wami ciekawostką. 
Otóż w czym rzecz. Wywiady z gwiazdami to rzecz popularna i raczej nikogo nie dziwi. Celebryci opowiadają o swoim życiu, o przyjaźniach, o romansach, o stanie kont. Czasem o swoich problemach, nieraz o rzeczach naprawdę ważnych. Niektórzy biorą udział w różnych akcjach społecznych, niosąc pomoc innym. Do tego jesteśmy przyzwyczajeni.
Tym dziwniejsze więc może się wydawać, że ktoś zechciał przeprowadzić wywiad ze mną. W końcu niczego jeszcze nie wydałam, z niczego jakoś specjalnie nie zasłynęłam. A jednak... Okazuje się, że niektórzy uważają mnie za ciekawą osobę i bardzo mi to pochlebia. Nie, nie zamierzam wpaść w samouwielbienie. Wiele ciężkiej pracy przede mną, gdyż teraz nabrałam dodatkowej mocy, Cóż, co innego tonie spełnić własnych oczekiwań, a co innego powiedzieć o swoich planach i potem się z nich nie rozliczyć. A powiedziałam w sieci, więc trochę ludzi ma okazję się o nich dowiedzieć.
Cieszy mnie, że ktoś jeszcze chce przeprowadzać wywiady ze zwykłymi ludźmi. Że nadal liczy się słowo obywatela nieznanego, co wcale nie znaczy pospolitego. Każdy z nas ma coś do powiedzenia, każdy jest w pewien sposób ważny. Ja też się tak poczułam... nie będę temu przeczyć. Przez jedno krótkie popołudnie chodziłam napuszona z dumy, jak ten paw. A co, raz można. Teraz wracam do pracy, a Was zapraszam do przeczytania wywiadu, którego udzieliłam na: http://pomia.pl/component/content/article/248-aktualnosci/wywiady/2279-wywiad-ewa-skalec



niedziela, 12 stycznia 2014

Pułapka Tesli – Andrzej Ziemiański

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2013
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 295
ISBN: 978-83-7574-886-4





To moje pierwsze spotkanie z Ziemiańskim. Jak wypadło? Bardzo pozytywnie. Co mnie skłoniło do sięgnięcia po tę książkę? Dwa elementy. Po pierwsze (choć naprawdę było to drugorzędne) – urzekająca okładka. Po drugie (i najważniejsze) – tytuł, w którym wymienione jest nazwisko Tesli. Kto nie wie, kim był Nikola Tesla, niech szybko sięga po książki, albo chociaż poświęci chwilę na przeczytanie jego biografii na Wikipedii. Warto, naprawdę. ja postacią serbskiego wynalazcy jestem zachwycona już od kilku lat i kiedy tylko dowiaduję się, że w jakiejś książce się pojawia, muszę ją przeczytać. Tak samo jest z filmami i serialami – po prostu muszę je obejrzeć, nawet, jeśli biedny, zapomniany przez nam współczesnych Nikola, jest tam tylko "przelotem". Trudno wytłumaczyć to przyciąganie i myślę, że to nie miejsce na takie wywody. Grunt w tym, że dzięki postaci tego geniusza miała okazję zapoznać się z ciekawą twórczością Ziemiańskiego. Może nawet przekonam się w końcu do jego sztandarowej "Achai"...
Na zbiór składa się zaledwie pięć tekstów, a objętość całej książki to niecałe 300 stron. Szkoda, bo chciałoby się więcej. Czuję pewien niedosyt.
Bardzo spodobało mi się pierwsze opowiadanie pod tytułem "Polski dom". I choć gdzieś w połowie tego króciutkiego (niecałe 10 stron) tekstu domyśliłam się już zakończenia, to nadal bardzo mi się podoba. chciałabym wiedzieć, że jeśli mojej rodzinie przydarzy się kiedyś zagubić w nieznanej okolicy, z chorym dzieckiem i beż żadnej możliwości powrotu do cywilizacji – na naszej drodze pojawi się taki hrabia Bartkowski i ugości nas, zgodnie z polską gościnnością, w swym pałacyku, zameczku, czy choćby przybudówce dla służby, bylebyśmy nie stali w deszczu i nie zamarzali na śmierć.
Drugi tekst może być dla niektórych wstrząsający. Jako że przypomniał mi w pewnym sensie opowiadanie Michała Gacka ("Pora karmienia" w zbiorze "Kronika koszmarów"), to zrobił trochę mniejsze wrażenie. Mimo wszystko jednak uważam go za bardzo ciekawe opowiadanie – trochę kryminał, trochę thriller, w polskiej, a dokładnie wrocławskiej rzeczywistości, z ciekawym zakończeniem. Tu rzec należy, że Ziemiański pisze ciągle o Wrocławiu, sprowadzając swe ukochane miasto do roli jednego z bohaterów, a nie tylko tła dla historii. Bardzo o ciekawy zabieg i dodaje tekstom Ziemiańskiego smaczku. Szczególnie z pewnością docenić go mogą mieszkańcy tego pięknego miasta. O czym jest "Wypasacz"? O mężczyznach i kobietach. O straszliwym sekrecie, który ma być dowodem na prawdziwą miłość. O trudnych wyborach i sposobie, w jaki można określić, kto jest piękny, a kto nie. Nie wszystko jest w tym świecie takie jasne i oczywiste, jakby tego sobie życzyli kreatorzy mody i ikony stylu.
"Pułapka Tesli", czyli opowiadanie, z którego tytuł zaczerpnął cały zbiór... Moim zdaniem najlepsze i to nie tylko dlatego, że w końcu pojawia się w nim sam wynalazca. Czytając je oglądamy niejako dwa światy. Współczesny Wrocław i Darka, który dostał nietypowe zlecenie – zabić człowieka, który zmarł przed siedmioma dekadami. pomagać mu będzie (choć czy na pewno?) piękna Lucy. Druga rzeczywistość to czasy wielkich wynalazków – podsłuchamy liczne rozmowy Edisona, Bella i Marconiego, którzy spiskują przeciw Tesli. Spotkamy też i Serba, który buduje wielka wieżę i marzy o dokonaniu odkrycia, jakiego nikt jeszcze sobie nie wyobrażał. Czy się powiedzie? Czy ktoś to zauważy i jakie będą skutki? Czy rzeczywiście każdy z nas ma swoją aurę, coś, co można zmienić? I jaki w tym wszystkim udział będzie należał do Darka? Fantastyczne opowiadanie z równie genialnym zakończeniem. 
"Chłopaki, wszyscy idziecie do piekła" to zdecydowanie najsłabszy element tego zbioru. Zapowiada się ciekawie, potem jest całkiem dobrze, aż nagle jakiś kompletny spadek, po czym zakończenie, które niczego nie wnosi, niczego nie tłumaczy, niczego nie... kończy. Zupełnie go nie pojęłam. Znów jesteśmy we Wrocławiu, ale w przyszłości. Niezbyt dalekiej, mam nadzieję jeszcze chodzić po Ziemi, choć wolałabym, by mój świat na emeryturze wyglądał nieco barwniej. Krzysiek Walicki z pewnością nie sądził, że cały czas jest chroniony przez parę doskonale wyszkolonych ludzi, którzy gotowi są na wszystko, byle tylko włos mu z głowy nie spadł. Kiedy pozna rodzeństwo, Majkę i Maćka Śleszyńskich, wszystko się zmieni. Dowie się, że jego udziałem jest Przeznaczenie przez naprawdę wielkie P. Przepowiednie, które znają Majka i Maciek ukazały się na długo zanim Krzysiek miał się pojawić na świecie. Cóż z tego? Czy przyjmie ich pomoc, czy nią gardzi? Czy przeznaczenie jest nieodwołalne, czy może jednak przyszłość można zmienić? Ziemiański stawia ciekawe pytania i naprawdę bardzo szkoda, że nie udaje mu się tego lepiej rozwiązać.
Na zakończenie takie troszkę cpeery, trochę a'la "Incepcja", trochę jakby gry komputerowej... Czyli "A jeśli to ja jestem Bogiem?" – opowiadanie o leczeniu psychiatrycznym, choć przez architekta, w klinice prywatnej, do której trafiają tylko ludzie z naprawdę pełnymi portfelami (a właściwie kontami, na których jest wiele zer poprzedzonych inną cyfrą). Może i słowo leczenie nie jest tu odpowiednie, bo nie o to w tym wszystkim chodzi. Bardzo dobry pomysł, by pokazać moc snów, by zadać ważne pytania, czy śniąc jesteśmy nadal sobą i... co się dzieje z naszymi snami, kiedy się obudzimy. Ciekawie stworzone postaci, wartka akcja i wspaniale, plastycznie oddane mary senne. Opowiadanie naprawdę godne polecenia.
Co do całości. Można dopatrzeć się elementu wspólnego, czy też wspólnego bohatera – Wrocławia. Czy jednak można "Pułapkę Tesli" nazwać antologią? Nie posuwałabym się aż tak daleko. To bardzo udany zbiór, który przypadł mi do gustu. Pozwolił zastanowić nad kilkoma ważkimi sprawami, jednocześnie dostarczając rozrywki. Trochę przestraszył, trochę rozbawił. Jestem zadowolona, choć... Pilipiuka Ziemiański nie pobije.
Ładnie wydana, jak przystało na Fabrykę słów, choć bez ilustracji, a może by się przydały. Dobrze zredagowana. Czegóż więcej chcieć? Kolejnych opowiadań na wysokim poziomie...




Książka przeczytana w ramach Wyzwania

Książka przeczytana w ramach Wyzwania

sobota, 11 stycznia 2014

Jantar i Słońce – Joanna Terka

Wydawnictwo: Astra
Łódź 2008
Oprawa: Miękka
Liczba stron: 217
ISBN: 978-83-89727-37-4



Przeczytanie tej książki zaproponowała mi sama Autorka. Nieczęsto się to zdarza, więc z chęcią przystałam. Zresztą już w zeszłym roku postanowiłam się otworzyć na to, po co normalnie wcześniej sama nie sięgałam i muszę przyznać, że bardzo pozytywnie się zaskoczyłam i to kilka razy. Oczywiście były też błędy, ale takie życie. 
Dlaczego sama bym po tę powieść nie wyciągnęła moich librofilskich (ojej, jakie mi słowotwórstwo wyszło...) łapek? Okładka. Niby powiedzenie znane już z czasów naszych prapradziadów mówi wyraźnie, by książki po okładce nie osądzać, a jednak... Cóż, jestem tylko człowiekiem. Okładka mi się nie podoba – mam wrażenie, że to polska manga. Nie mam absolutnie nic przeciwko temu gatunkowi, kiedyś byłam wielką fanką, jednak nie tego teraz szukam. Na szczęście to jedynie okładka, w środku zaś wiele stron opowieści. Opowieści ciekawej, która wciąga, choć początkowo wydaje się bardzo prosta.
W gruncie rzeczy samo założenie nie jest jakieś wielce skomplikowane. Jantar należy do rasy Kromelian. Pewnego dnia odkryli oni, że wszelkie kataklizmy i klęski żywiołowe, które przytrafiają się ich ukochanej planecie spowodowane są... tym, co dzieje się na bliźniaczej Ziemi. Wysłali więc statek pełen najlepszych agentów, którzy wysyłani są na Ziemię z misją... zabicia ludzi, którzy mają wyrządzić obu planetom "krzywdę". Proste? Raczej tak. Jantar jest najlepsza agentką i dotychczas wszystkie miejsce wypełniała na medal. Coś się jednak zmieniło. Zakochała się w... swojej ofierze. Teraz staje przed Radą i wie, że spotka ją surowa kara. Nie to jest jednak najtrudniejsze do zniesienia. Co się stanie z ukochanym Marcusem i... Dalej nie zdradzę.
Różnice czasu pomiędzy Ziemią a statkiem Kromelian są kolejnym powodem licznych problemów, a właściwie również powodem tego największego. Jantar nie wie już, komu może ufać, a kto ja zdradzi. Choć tak naprawdę to ona zdradza... swój lud, swoją planetę. Z miłości do mężczyzny. I z jeszcze jednego ważnego powodu, którego nie zamierzam Wam wyjawiać, by nie psuć frajdy z czytania. Frajdy naprawdę sporej.
Autorka pisze prosto, ale bardzo malowniczo. Czułam się, jakbym oglądała barwny film, widziałam twarze bohaterów, szczególnie Jantar, która ma nieprawdopodobne zdolności), czułam delikatną morską bryzę. Ta plastyczność jest olbrzymim plusem powieści. Odwiedzamy Marsylię, Norwegię, statek Kromelian, a każde z tych miejsc zapada w pamięć.
Choć w powieści jest kilka wątków, które nie zostały do końca wyjaśnione, choć znalazłam parę nieścisłości, które zaburzają logikę i czasoprzestrzeń, a w całej tej science-fiction tak naprawdę niewiele jest elementów science... "Jantar i Słońce" wciągnęła mnie całkowicie. Przeczytałam za jednym zamachem i chciałam od razu jeszcze. Na szczęście Autorka pisze ciąg dalszy, a pierwsze rozdziały drugiego tomu można przeczytać na jej fanpage'u.
Co ciekawe, powieść ta może nie jest najwyższych lotów, a jednak czyta się rewelacyjnie i... nie zapomina po pięciu minutach. Mamy tu bowiem spisek, pościgi, miłość, przyjaźń i wielkie tajemnice. Wszystko, czego potrzeba, kiedy za oknem szaro, buro i zimno. Polecam, mimo kilku błędów (mam nadzieję, że zostaną one usunięte w planowanym drugim wydaniu).



Za książkę dziękuję Autorce




Książka przeczytana w ramach Wyzwania
 

piątek, 10 stycznia 2014

To, co zostało – Jodi Picoult

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Warszawa 2013
Oprawa: Miękka
Liczba stron: 558
Przekład (z angielskiego): Magdalena Moltzan-Małkowska
Tytuł oryginału: The storyteller
ISBN: 978-83-7839-604-8



Jodi Picoult jest bardzo poczytną autorką, której książki przetłumaczono już na 34 języki. W samej tylko Polsce znaleźć można na półkach księgarskich aż 23 tytuły. Jak to się więc stało, że wcześniej na nią nie trafiłam? Proste. Przyklejono jej etykietkę "Kobiety to czytają!", która mnie szczerze zniechęca do wszystkiego. Nie cierpię takiego szufladkowania, szczególnie, że często książki, które są polecane kobietom to niezbyt wysokich lotów romansidła. Da się je przeczytać, choć nie wszystkie, ale od razu się o nich zapomina i zalegają jedynie na półkach. Jestem więc bardzo zadowolona, że dostałam taki właśnie prezent na imieniny, gdyż sama bym pewnie w ogóle na tę półkę w księgarni nie spojrzała. 
Biorąc w rękę powieść amerykańskiej autorki raczej nie spodziewam się, że będę czytała (przynajmniej w dużej mierze) o... Polsce. Muszę przyznać, że mnie to zaskoczyło, a jednocześnie bardzo ucieszyło. i to chyba jedna z niewielu spraw, które w czasie lektury tej powieści rzeczywiście cieszą. Bo jakże cieszyć się, gdy czytamy o losach Minki, żydowskiej dziewczyny z Łodzi, która wraz z rodziną trafia do getta, a później snuje się od jednego obozu koncentracyjnego do drugiego? Jakże cieszyć się, gdy pewnego dnia starszy pan z sąsiedztwa prosi Sage o to, by pomogła mu umrzeć? Jak cieszyć się, kiedy twój przyjaciel przyznaje się, że był esesmanem, zabijał ludzi, mordował niewinnych? Cieszyć się? O, nie? Zapomnieć? Wybaczyć? Pomóc? A jeśli... Czy to będzie pomoc, czy po prostu morderstwo? Czy będzie oznaczać wybaczenie, czy będzie zwykłą zemstą, aktem nienawiści? "To, co zostało" jest powieścią bardzo złożoną, próbującą odpowiedzieć na wiele trudnych pytań, z którymi przyszło się zmierzyć każdemu czytelnikowi. Och, nie chciałabym nigdy stanąć na miejscu Sage i musieć podjąć takie decyzje, jakie były jej udziałem.
Po kolei jednak.
Sage ma swoje własne życiowe problem. Straciła oboje rodziców, z siostrami utrzymuje sporadyczny kontakt. Czuje, że obwiniają ją o śmierć matki, w związku z czym raczej stara się ich unikać. Poza tym ma na twarzy blizny i to chyba jej największy problem. Wszystkie problemy kładzie na karb śmierci mamy, z którą to śmiercią poradzić sobie nie potrafi. Unika ludzi, pracuje w nocy (jako piekarz i prace tę szczerze kocha), spotyka się z żonatym facetem (pracującym w zakładzie pogrzebowym), bo nie wierzy, że ktoś normalny,wolny i przystojny mógłby się nią zainteresować. Zwykła zakompleksiona młoda kobieta z kilkoma niestandardowymi wspomnieniami. Od trzech lat chodzi na spotkania grupy terapeutycznej. Liczy, że pomoże jej to pogodzić się z odejściem matki. Tam właśnie pewnego dnia poznaje Josefa – starszego pana z sąsiedztwa, który przez wiele lat uczył w szkole i jest bardzo lubianym i szanowanym człowiekiem. Powoli się zaprzyjaźniają, bo przecież Sage nie tak łatwo nawiązać znajomość. Wygląda na to, że wszystko teraz ułoży się w miarę dobrze, aż pewnego dnia... Joseph prosi dziewczynę, by pomogła mu umrzeć. Wstrząśnięta dziewczyna próbuje pojąć, jakimi kieruje się przesłankami. Josef niczego nie chce ukrywać. W przeszłości był esesmanem, brał udział w masowych mordach na ludności żydowskiej. Liczy na wybaczenie i odejście w spokoju. Dlaczego Sage? Ponieważ i ona jest Żydówką (a przynajmniej jej rodzice byli Żydami, choć ona odcięła się od wiary przodków). 
Opowieść Josefa jest o tyle wstrząsająca, że przecież, jak każdy z nas, był kiedyś zwykłym dzieckiem, nastolatkiem. Miał rodziców, brata, ładny dom. Szkołę, za którą nie przepadał. Jak tysiące niemieckich dzieciaków w tamtych czasach dał się wciągnąć w nazistowską machinę śmierci. Co się stało, co go odmieniło? Czy każdy z nas mógłby, jak on..? Wstrząsające wyznanie...
Sage jednak nie wierzy. To niemożliwe. Zresztą nawet, gdy podzieli się swym problemem z najlepszą przyjaciółką i jednocześnie pracodawcą... Któż mógłby w to uwierzyć? Policja? FBI/ Nie, nikt nie daje wiary jej słowom. Wszakże kto słyszał o zbiegłym naziście, który nagle, niespodziewanie i zupełnie bez powodu przyznaje się, że mordował setki, tysiące bezbronnych istot? W końcu zostaje skierowana do Wydziału Praw Człowieka i Specjalnych Spraw Karnych Departamentu Sprawiedliwości., konkretnie zaś do Leo Steina. teraz dopiero zacznie się prawdziwe "śledztwo". Jednak i tu możecie się zdziwić, gdyż zamiast wielkiego, rozdmuchanego procesu, sali sądowej, dziesiątków dziennikarzy i kilku świadków mamy... jednego świadka. Minkę, babcię Sage. Minkę, która opowie swoją historię, nawet nie wiedząc, do czego zmierza jej wnuczka. Nawet historia Josefa zostaje przyćmiona tym, co ma do powiedzenia Minka. Życie w getcie, obozy koncentracyjne... Ciągła walka o przetrwanie, o życie, a czasem "tylko" o godną śmierć. Mika opowiada bez oceniania. Nie wszyscy Niemcy byli źli, nie wszyscy Polacy, nie wszyscy Żydzi to nieskazitelne postaci godne bycia wzorem dla następnych pokoleń. Człowiek jest człowiekiem, niezależnie od koloru skóry, włosów, czy długości nosa. Niezależnie od wyznawanej wiary i języka, jakim się na co dzień posługuje. I to chyba najważniejsza lekcja płynąca z tej opowieści.
Niektórym może się więc wydać, że uczucie, które pojawia się pomiędzy Sage i Leo jest błahe, bezsensowne, że przy tych wszystkich upiornych wydarzeniach, o których wcześniej pisze, Picoult za wszelką cenę chce uczynić te powieść lżejszą, bardziej przystępną, bardziej pop... Ja jednak mam zupełnie inne zdanie. Dzięki temu, że połączyła ważne tematy (Holokaust, wybaczenie, zapomnienie) z prozą codziennego życia (romans z żonatym mężczyzną, odsunięcie się od sióstr, ukrywanie przed ludźmi swojej blizny) sprawia, że powieść staje się jeszcze bardziej wiarygodna. nie jest bowiem poematem o grozie i okrucieństwie, ani o wielkich czynach i ogromnej odwadze, chęci życia milionów gnębionych i tępionych przez hitlerowców ludzi. To opowieść o życiu, o wszelkich jego przejawach. O tych jasnych dniach i ciemnych nocach, a czasem, ciemnych dniach w popiołach z krematorium i jasnych nocach w piekarni. Picoult udało się połączyć dwa światy (a właściwie trzy, bo mamy jeszcze przecież Anię i Aleksandra) w jedną całość i nie zrobić przy tym zbyt wielkiego zamieszania. Wszystko się uzupełnia. Jeden umiera, drugi się rodzi. A ludzie? Ludzie niestety nie zawsze uczą się na błędach z przeszłości... Świat niczego się nie nauczył. Rozejrzyj się. Nadal mamy czystki etniczne. (…) Byłam pewna, że przeżyłam po to, aby coś takiego nigdy już się nie zdarzyło, ale chyba się myliłam. Bo to wciąż się dzieje, Sage. Każdego dnia, wyznaje z troską Minka.
No właśnie – Ania i Aleksander. Wspaniały pomysł na wplecenie tych bohaterów, niebanalna opowieść o upiorze, który ma przecież ludzką twarz. O tym, że ludzie zawsze boją się nieznanego. Na dodatek przez mniej więcej połowę książki nie wiadomo, kim naprawdę są Ania i Aleksander, a kiedy już się tego dowiadujemy... Nie zdradzę, ale ja byłam zaskoczona i bardzo mi się takie rozwiązanie spodobało.
Czytałam książkę przez całą noc, aż zrobiła się piąta. Gdyby teraz było lato, kończyłabym ją kiedy już jest jasno. Nie mogłam się oderwać. Tłumaczyłam się sama przed sobą (korzystając z mojego najlepszego, niezawodnego kłamstwa), że jeszcze tylko do końca rozdziału, jeszcze tylko strona, może jeszcze tylko ten krotki fragment o Ani, jeszcze tylko... I już tak do końca, przez ostatnie sto stron. Nie żałuję zakończenie wbiło mnie w poduszkę i nadal jeszcze (po tygodniu) przyprawia o dreszcze.
Uwagi do samego wydania? Nie rozumiem polskiego tytułu. Nie rozumiem go w ogóle. Ani jego sensu, ani tego, dlaczego tłumacz go sobie wymyślił, zamiast po prostu przetłumaczyć ładny tytuł oryginału. Tyle minusów, więc chyba nie macie wątpliwości, że warto, prawda?


wtorek, 7 stycznia 2014

2013 za nami, czyli podsumowanie czas wykonać

Zbierałam się, zbierałam, trochę już dni upłynęło, kiedy spojrzeć w kalendarz stojący nad biurkiem. Chyba już czas, moi Mili, choć ciężko jakoś, bo zupełnie nie wiem, od czego zacząć, tyle się działo...
To może tak:
W 2013 przeczytałam 80 książek (nie liczę tych, które zaczęłam, ale nie skończyłam). Razem wyszło tego 23.171 tysięcy stron. Dużo? Mało? Nie wiem. W tym roku zamierzam przeczytać więcej.
Nawiązałam współpracę z wydawnictwem Sowa. Dzięki ich uprzejmości zrecenzowałam dla Was trzy książki, w tym "Tajemnice Pigalonii", której recenzja była otwierana przez Was najczęściej. Poza tym również dwoje autorów poprosiło mnie o recenzje swoich książek: Michał Gacek i Joanna Terka. O pozycjach podesłanych przez Michała mogliście czytać już w 2013, powieść Joanny Terki znajdzie się na blogu lada dzień. 
Miałam okazję spotkać, ugościć i spędzić kilka godzin na rozmowie z autorem znanym na całym świecie, współautorem świata Diuny, piszącym również w universum Supermena, czy Star Wars... Kevinem J. Andersonem. 
Najfajniejsze książki? Te, które najbardziej zapady w pamięć, a przeczytałam je w 2013? Trochę tego jest. Choćby "W otchłani Imatry" Ławrowa, "Korona śniegu i krwi" Cherezińskiej, "Zima świata" Folleta, wspomniane "Tajemnice Pigalonii" Renerta, cały cykl Grzegorczyka o księdzu Groserze, "Ostatni wróg" Pipera (wchodzący w skład antologii "Złoty wiek SF"),, czy "Carska manierka" Pilipiuka. Najsłabsze? "Dziewiąty legion" Sutcliff (nie mój przedział wiekowy), "Czas Horusa" Abnetta (zdecydowanie nie moja bajka), "Syberia 2012. Dziennik podróży" Dlabogi (z powodu braku redakcji, roiło się od błędów) i "Lato Duńczyków" Peters (za duże oczekiwania po przeczytaniu kolejnego tomu cyklu).
W 2013 roku napotkałam na swej literackiej drodze dzieła takich autorów jak H. Beam Piper i Jan Grzegorczyk. To moi całkowici faworyci tego roku. Dochodzą do grupy moich ulubionych autorów. 
Blog? Ukazało się 79 postów. Niezbyt wiele, muszę przyznać. Nie będę się tłumaczyć brakiem czasu, tym, że miałam sporo tłumaczeń (dla wydawnictw: Solaris oraz Dobre Historie). Po prostu... ruszyłam w końcu z kopyta z projektem drugiego bloga, któremu w tym roku poświęciłam znacznie więcej czasu i nie żałuję. W końcu wyszło całkiem dobrze i jestem zadowolona z tego, jak obecnie wygląda Dla każdego... coś dobrego (http://fairyliterature.blogspot.com/)
Dune Fairytales zyskał nowych obserwatorów, cały czas reklamuję go na facebooku. Założyłam fanpage, ale przyznaję bez bicia – nie wykorzystałam tego potencjału i teraz zamierzam nadrobić (dzisiaj zaczęłam, zobaczymy, co z tego wyniknie).
Komentowaliście niewiele. Zaledwie 29 komentarzy przez cały rok, co daje niewiele ponad 2 miesięcznie. Smutno, bo zdarza się całkiem często, że wrzucam na fejsa informację o nowej recenzji i tam właśnie dostaję komentarze, a nie na blogu. To się zupełnie mija z celem i na razie jeszcze nie obmyśliłam, jak to zmienić. Ale myślę, myślę usilnie i w końcu  na jakiś genialny patent trafię.
To chyba tyle z podsumowań. Nie brałam w 2013 roku udziału w żadnych wyzwaniach literackich, dopiero gdzieś w połowie roku je odkryłam, w związku z czym podjęłam się dwóch teraz. Pozostaje liczyć na to, że i w 2014 trafię na fantastyczne lektury, podołam zadaniom, a Wy chętnie będziecie się zapoznawać z recenzjami i... może w końcu brać udział w dyskusjach na temat książek. Na blogu, a nie fejsie...


Zmierzch Orła – Frank S. Becker

Wydawnictwo: m
Kraków 2010
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 480
Przekład (z niemieckiego): Janusz Jurczyński SDB
Tytuł oryginału: Der Abend der Adlers
ISBN: 978-83-7595-154-7





Jak wiecie, a może i nie wiecie, dostaliśmy z Michałem z okazji ślubu książkę Franka S. Beckera pt. "Cena purpury". Recenzje do niej możecie zresztą znaleźć pod niżej opublikowanym linkiem. Dopiero jednak po zakończeniu lektury dowiedziałam się, że jest to właściwie drugi tom, dalszy ciąg przygód bohaterów. Spieszę więc powiadomić Was, ze ten pierwszy tom również za mną, a być może przed Wami. 
Przyznaję, że "Zmierzch orła" podobał mi się jeszcze bardziej. Może dlatego, że już wiedziałam, czego mogę się spodziewać. I nie chodzi o to, że znałam ciąg dalszy. Szczerze mówiąc, choć trochę wstyd, niezbyt wiele z "Ceny purpury" zapamiętałam, poza jakimiś głównymi watkami i postaciami. 
O czym to? Akcja dzieje się w okresie od 259 do 275 roku po narodzinach Chrystusa. Rzym chyli się powoli ku upadkowi. Wieczne miasto co i rusz napadane jest przez okolicznych (i nie tylko) barbarzyńców, najczęściej przez grasujących tu i tam Germanów. Możecie się jednak zawieść, jeśli liczycie na jakieś wielkie bitwy. Becker opowiada historię pojedynczych ludzi. Ludzi zamieszanych w wielką historię, mających na nią pewien wpływ, ale nieznanych z kart podręczników do historii. Owszem pojawią się na stronicach jego powieści kolejne imiona rzymskich cesarzy, najczęściej jednak po to tylko, by poinformować o ich zgonie (prawdopodobnie niezbyt naturalnym i raczej niespowodowanym starością, a spiskiem i walką o władzę).
Głównym bohaterem jest Flawiusz, które poznajemy jako dzieciaka, by właściwie po jednym rozdziale ujrzeć go w wieku młodzieńczym. Odtąd towarzyszymy jego życiu przez dobrą dekadę. Podróżujemy z nim wzdłuż i wszech Europy i Azji. Odwiedzamy Rzym, Babilon, Palmirę. Docieramy z nim do Persji. Po cóż? Czy naprawdę młodzi szlachetnie urodzeni Rzymianie nie mieli co począć ze swym życiem?
Flawiusz postanawia zdobyć majątek i pozycję. Przede wszystkim jednak marzy o tym, by odnaleźć swych rodziców. Piękną Germankę, Brygidę i dowódcę rzymskich legionów, Primusa. Oboje "Zapodziali się" gdzieś, kiedy był jeszcze małym chłopcem. Nie, żeby miłość wuja Juliusza mu nie wystarczała, jednak brak informacji o tym, co spotkało rodzicieli wywołuje jątrzącą się ranę, dziurę ziejącą pustką. A wiadomo, że akie dziury najlepiej jest po prostu zalepić...
Na swej drodze spotyka Flawiusz wielu ludzi – jak to w życiu bywa niektórzy staną się przyjaciółmi do przysłowiowej grobowej deski, inni zdradzą, oszukają, pojma w niewolę. Nie wszystko jednak, co na pierwszy rzut okaz wydaje się złe, takie musi być. Bo w czasie niewoli można spotkać dobra duszę, a w czasie tryumfu... Cóż, życie.
Najbardziej polubiłam Aqmat i to wcale nie dlatego, że znałam ja z dalszego ciągu historii. Dziewczyna przedstawiona na kartach "Zmierzchu orła" jest fantastyczną osobą. Sama nie pogardziłabym taka przyjaciółką. Gdy dodać do tego czasem trochę ciapowate zachowania Flawiusza, to nie wiem, co on by bez niej zrobił ze swym życiem. Druga postacią, którą bardzo sobie upodobałam był Ulixes – w pewnym stopniu nauczyciel, mentor, wzór cnót wszelakich, choć i on miał swoje sekrety i brudne porachunki. Jednak był tak ludzki, że aż czasami wydawało mi się, że wychodził z kart powieści po to tylko, by ze mną porozmawiać.
Spiski w schyłkowym okresie Imperium rzymskiego były chlebem powszednim, a Flawiusz i jego bliscy zostali wmieszani w niejeden z nich. Intrygi, zdrady, miłość, wielka historia w tle, ciekawi bohaterowie. Czegóż więcej chcieć? Powieść napisana tak, by wciągnąć nas w wir wydarzeń, przy okazji ma ładną okładkę i naprawdę dobra redakcję. Mogę Wam ją z czystym sercem polecić.




Frank S. Becker na Dune Fairytales:


Książka przeczytana w ramach Wyzwania

Burza. Ucieczka z Warszawy '40 – Maciej Parowski


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Poznań 2013
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 470
Ilustracje: Krzysztof Gawronkiewicz
ISBN: 978-83-7785-218-7



Macieja Parowskiego poznałam kilka lat temu – kiedy zaczęłam jeździć na konwenty fantastyczne i ogarniać jako tako polski fandom. Poznałam to chyba jednak za wielkie słowo. Spotkałam go, wysłuchałam kilka razy, zamieniłam parę słów. Dopiero z biegiem czasu zaczęło do mnie docierać, że to nie "autor jednej powieści", jak kiedyś o sobie powiedział, ale postać wyjątkowa i mająca naprawdę wiele do powiedzenia, szczególnie w temacie polskiej fantastyki. Pisarz, krytyk, felietonista, współtwórca komiksów, a przede wszystkim chyba redaktor pism takich jak "Fantastyka", "Nowa Fantastyka", czy "Czas Fantastyki" od ponad czterdziestu lat ma MOC kreowania polskiego rynku wydawniczego – tego, co czytamy: jakich autorów i jakie ich utwory. To postać nietuzinkowa i ważna... Dlaczego więc "Burza..." trafiła na moją półkę dopiero teraz, skoro pierwsze wydanie pojawiło się już niemal cztery lata temu? Otóż... w końcu zmądrzałam i mnie oświeciło. W końcu też nadarzyła się ku temu odpowiednia okazja i zamówiłam sobie taki właśnie prezent. Czy jestem nim usatysfakcjonowana? Przeczytajcie, a się dowiecie. 
Właściwie problem mam z tym, od czego zacząć. "Burza..." to nie po prostu kolejna książka, którą przeczytałam. To dzieło nadzwyczajne, bardzo złożone, zarówno w części fabularnej, jak i graficznej. wymagające sporego skupienia w czasie czytania, sporego obeznania w temacie dwudziestolecia międzywojennego i początków II wojny światowej. Nie chodzi jedynie o politykę, ale i kulturę, światopoglądy, ogólny styl życia. Ta złożoność  i wielość tematów lektury nie ułatwia, ale sprawia, że każde zdanie, każda strona to prawdziwa uczta intelektualna.
Może więc troszkę o treści i bohaterach. Z samego tytułu można wywnioskować, że akcja rozgrywa się w Warszawie w roku 1940. Dotyczy... No właśnie. Tytuł też trochę przewrotny, choć nie do końca. Częściowo prawdziwy, częściowo nie. Jak cała powieść. Jak, zresztą, przystało na dobra historię alternatywną. By za wielkiego rąbka tajemnicy Wam nie uchylić, a jednak zachęcić: owszem, Warszawa, tak – rok 1940. Ucieczka? Jest, ale nie taka, jakiej się spodziewacie. Niemcy tryumfujący, podbijający kolejne europejskie państwa. ZSRR nacierający ze Wschodu. Polski brak na mapach... Zaraz, zaraz. To nie tak. Wielki jasnowidz, Ossowiecki, pomylił się w swych czarnych wizjach. Ku pokrzepieniu serc – Polska zwyciężyła. Ku pokrzepieniu? No dobrze, nie przesadzajmy. W każdym razie Hitler zdyskredytowany, właśnie udaje się na wygnanie na Elbę, a odprowadzają go tam polskie niszczyciele "Burza", "Grom" i "Błyskawica". Jakże denerwujące są ich nazwy dla ex-fuhrera. Wszakże to właśnie burze z piorunami i wielkie ulewy sprawiły, że Polacy zwyciężyli w tym starciu. Przeprowadzili swój własny Blietzkrieg i stały się prawdziwą potęgą. Elba... Dziękuje Autorowi za te Elbę, choć serce trochę smuci się, że w jakiś sposób porównał Hitlera do, jakże przeze mnie uwielbianego, Napoleona.
Pokrzepienie serc? chyba jednak niekoniecznie. Wszakże zwycięzcy nie mają pojęcia, co by się mogło stać, gdyby przegrali. Oni żyją w swoim świecie, swojej rzeczywistości i jedynie niektórzy z nich są w ogóle w stanie wyobrazić sobie inny scenariusz jesieni 1939 roku. I te scenariusze są bardzo ciekawe. Spostrzeżenia tych właśnie bohaterów to oczko puszczone przez Parowskiego do ważnego i zorientowanego czytelnika. A już jego porównanie Pałacu Nauki i Kultury w Warszawie – który, nota bene nigdy w tym świecie nie powstanie, jako że Stalin za chwilę, lada moment upadnie i nigdy jego wpływy nie dotrą do naszej stolicy – do jakiegoś monstrum będącego skrzyżowaniem "kremlowskich wież z nowojorskim drapaczem chmur i szopką krakowską"... Wisienka na torcie czekoladowym z kremem maślano-waniliowym. Pyszne!
To wielkie zwycięstwo nie było zasłużone. To zwykły zbieg okoliczności. Jakieś jedno maleńkie wydarzenie z czasów przed wojną, które pozwoliło na uzyskanie troszkę większych możliwości. Kilka drobnych zmian, które prawdopodobnie do niczego by nie doprowadziły, gdyby nie wystąpiły równocześnie. no i te deszcze. A jednak, trudno się nie cieszyć, kiedy się wygrywa wojnę, kiedy się staje potęga. Szczególnie, gdy ma się na uwadze to, że Polska swego czasu taką potęgą w Europie była. Szczególnie pamiętając o tych ponad stu dwudziestu latach pod zaborami. Och, jakże się cieszą Polacy. Jakże chce im się żyć.
Warszawa. Stolica zwycięzców. Jesteśmy świadkami kongresu, na który zjeżdżają się obywatele – i to nie byle jacy – różnych państw. Na kartach książki spotkamy Witolda Gombrowicza, Witkacego, Ilję Erenburga, George'a Orwells, Arthura Koestlera, Alberta Camus, Bernarda Montgomery'ego, Edwarda Rydza-Śmigłego, Stanisława Sosabowskiego i... och, wielu innych, np. Alfreda Hitchcocka, Karola Wojtyłę, Marlenę Dietrich, Ingrid Bergman, Andrzeja Wajdę i bohaterów "Kamieni na szaniec". Wielość postaci może na początku trochę męczyć, jednak po kilku pierwszych, krótkich rozdziałach, docenicie ją i to bardzo.
Parowski wykonał kawał naprawdę dobrej rzemieślniczej roboty, a do tego wykonał to w iście artystyczny sposób. Prawdziwe małe arcydzieło. Zresztą nie takie małe, bo książka jest całkiem dużych rozmiarów, na dodatek bardzo ciężka, w dosłownym tego słowa znaczeniu. 464 strony wspaniałej lektury, do tego dość wyczerpująca i inspirująca bibliografia. duża czcionka. Grafiki pochodzące z komiksu "Burza" autorstwa Parowskiego i Gawronkiewicza. Mapa... Świetny pomysł z tą mapą, choć to jednak nie do końca mapa ucieczki z Warszawy. Mimo wszystko jednak bardzo udany dodatek, z którym proponuje zapoznać się na samym początku lektury, który polecam mieć pod ręką przez cały czas czytania, a który okazuje się również bardzo dobrym przypomnieniem i uzupełnieniem po zakończeniu ostatniego zdania. Przyznaję, że "Burza...' jest dopracowana do najdrobniejszego szczegółu, z wielką pieczołowitością. Nie ma się chyba jednak co dziwić – samo pisanie autorowi zajęło dwadzieścia lat życia, można (i trzeba) było więc poświęcić czas i moce przerobowe, by dzieło to wyglądało zacnie.
Dla Parowskiego wygrana w wojnie to jednak przede wszystkim pretekst do pokazania różnych osobowości. Bo "Burza..." to nie powieść o tym, jak to Polacy wspaniale zwyciężali na frontach i jak bardzo na to sobie zasłużyli. Nie ma tu wielkiego bohaterstwa, brakuje tu pompatyczności, rozmów o prawdziwym patriotyzmie, rozlewu krwi za ojczyznę. Tego się nie spodziewajcie, gdyż sromotnie się zawiedziecie. Jeśli jednak macie ochotę poznać punkt widzenia ważnych dla dwudziestolecia międzywojennego postaci na temat tego, co się liczy, kiedy panuje pokój, jeśli chcecie dowiedzieć się, kim mogli stać się ludzie odgrywający ważką rolę w działaniach II wojny światowej (a którzy tej roli nie odegrali, bo historia nie dala im takiej szansy)... to jest właśnie powieść dla Was. Bo wygrana wojna z Niemcami oznacza nie tylko brak obozów zagłady, brak cyklonu B, powstania w getcie... Oznacza również brak "Kamieni na szaniec", "dzienników" Gombrowicza, "Popiołu i diamentu". Oczywiście przeliczanie dziel literatury na ludzkie życia wypada... delikatnie mówiąc okrutnie, a jednak coś w tym jest i to coś Parowski zauważa. Bo czy, skoro nie stracił w wojnie ojca, Karol Wojtyła zostanie kapłanem, a później wielkim polskim papieżem 9świętym po zaledwie 9 latach od śmierci)?
W tym wszystkich ważne jest także połączenie bohaterów rzeczywiście występujących w naszej historii i tych fikcyjnych, stworzonych przez Autora. Najważniejszym z nich jest Antoś Powstaniec. Postać tak nietuzinkowa i tak dramatyczna, jak żadna inna na stronach tej powieści. Więcej o nim nie mówię, gdyż musicie go poznać osobiście. Poza tym Parowski świetnie poradził sobie z delikatnymi "przebitkami" naszego świata. Są widoczne, odgrywają pewną rolę, ale są jednocześnie delikatne, w żaden sposób nie można ich nazwać nachalnymi. Mistrzowski precyzja i wielki talent.
Jest jeszcze jeden bohater, o którym nie sposób nie wspomnieć, nawet jeśli na sam koniec. To Warszawa. niezburzona, choć trochę gruzów można w niektórych dzielnicach znaleźć. buzująca życiem, pachnąca wiosną, zwycięska stolica, jakiej nie znamy.
Jeśli chodzi o samo wydanie. Oceniam je bardzo wysoko. Błędów przez większość powieści nie znajdowałam dużo, dopiero na ostatnich mniej więcej 60 stronach zaczęło się ich trochę pojawiać, co tym bardziej denerwowało, że wcześniej ich nie było. Zupełnie, jakby ktoś zasnął przy redakcji tekstu. Ostatecznie naliczyłam ich 9, co nie jest jakimś strasznym wynikiem, mimo to szkoda, bo zaburza moją super wysoką ocenę całości.
Dla tych zaś, którzy za historią nie przepadają, którzy historii alternatywnej nie lubią, którzy do kultury za wielką miłością nie pałają... "Burza..." to nie tylko dramat, obyczajówka i fantastyka. To także powieść akcji, w której znajdziecie spiski międzynarodowe, zakazaną miłość i seanse spirytualistyczne. Wszystko, co przełom lat '30 i '40 ubiegłego stulecia miał najlepszego.
Gorąco, naprawdę gorąco polecam!


Książka przeczytana w ramach Wyzwania

Książka przeczytana w ramach Wyzwania