Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

środa, 28 marca 2018

Ogóras. Ale jazda! – Eliza Piotrowska

Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2018
Ilustracje: Joanna Gębal
Oprawa: twarda
Liczba stron: 80
ISBN: 978-83-280-5190-4








Rewelacyjna książka dla dużych i małych, nie tylko fanów motoryzacji.
Tytułowy Ogóras to nietypowy,  przynajmniej na pierwszy rzut oka, autobus. Stary model Jelcza rzeczywiście wygląda jak ogórek i ma z tego powodu niemało problemów. Na ulicy nowe samochody i autobusy wyśmiewają się z niego i właśnie w ten sposób otrzymał "niechlubne" imię. Często zastanawia się czy rzeczywiście jest takim starym gratem, właściwie nikomu niepotrzebnym. Cóż, może i by był, ale Ogóras jest naprawdę wyjątkowy. Jego właściciel otrzymał go po ojcu. To taki rodzinny spadek. Teraz jeżdżą razem na wycieczki. Często wożą dzieci albo ludzi starszych. Zresztą, jak to z wycieczkami bywa, pojawiają się różne osobistości. Razem z kierowcą jeździ w autobusie również przewodnik, który opowiada, co można zobaczyć przez szybę. Trasy biegną po Warszawie, Ogóras zna więc stolicą doskonale.
Różne ciekawe historie i perypetie, począwszy od czytania gazet i książek na parkingu samochodowym, poprzez spotkanie bardzo pewnego siebie autobusu, wystawę starych samochodów, odwiedziny koleżanki z Niemiec po wygraną w Totolotka. To wszystko znajdziecie w książce "Ogóras. Ale jazda!". Poza tym wiele rodzinnego ciepła i naprawdę ciekawie opowiedziana historia z perspektywy autobusu i samochodów. Wszyscy bohaterowie tej książki potrafią mówić. Również auta, ale tylko jeden Ogóras potrafi czytać. Stąd pewnego dnia, zamiast wyśmiewanym, staje się swego rodzaju bohaterem parkingu. Bo tylko dzięki niemu inne autobusy i samochody dowiadują się o tym, co je naprawdę interesuje.
A niespodzianek jeszcze co niemiara. Między innymi, co mogę chyba zdradzić, wspaniała pani Lena, która, choć jest człowiekiem, potrafi mówić w języku motoryzacji. To właśnie ona pomoże Ogórasowi w pewnej niezbyt miłej przygodzie.
Mocną stroną tej książki są również ilustracje. Historia historią, choć bardzo ciekawa, bez obrazków z pewnością wiele by straciła. Kreska przypomina mi takie stare plakaty z siermiężny lat. Plakaty, do których zawsze miałam duży sentyment. Tym przyjemniej więc oglądało mi się książkę w trakcie czytania.
Od razu zaznaczam, że w moim dziewczynkom tego jeszcze nie czytałam, sama jednak od deski do deski przerobiłam książkę bardzo szybko i okazało się, że jest doskonałym czytadłem również dla osób po trzydziestce.
Przyjaźń i miłość, problem starości, niedopasowania, tolerancji. Dużo ważnych tematów, dlatego dla starszych dzieciaków książka okaże się nie tylko ciekawą opowieścią, ale również bardzo ważną historią moralną. Nieraz uśmiechniemy się pod nosem, nieraz zakręci nam się łezka w oku, a zakończenie... jak to w bajkach będzie przyjemne.
Książka jest pięknie wydana, dopracowana w każdym najmniejszym szczególe, nie znalazłam tam ani jednego błędu i mogę ją z czystym sercem polecić wszystkim, zarówno dla dzieci w wieku przedszkolnym i szkolnym, jak i nawet dla nastolatków (choć ci to mają czasem wybredne gusta). A dla dorosłych to moc wspomnień z dzieciństwa.



Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Wilga

Seria czytanek o Króliku Franku Marty Krzemińskiej

"Królik Franek i problem krótkiego ogonka"
Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2018
Ilustracje: Ewelina Jaślan-Klisik
Oprawa: miękka
Liczba stron: 32
ISBN: 978-83-280-5068-6










"Królik Franek i tajemnica dobrej zabaawy"
Wydawnictwo: Wilga
Warszawa 2018
Ilustracje: Ewelina Jaślan-Klisik
Oprawa: miękka
Liczba stron: 32
ISBN: 978-83-280-5069-3





Obie książeczki urzekły nas od pierwszej chwili. Dziewczynki wpatrywały się w nie jak zaczarowane, choć jeszcze chwilę wcześniej biły się o jakąś zupełnie inną zabawkę. Jeszcze nigdy nie widziałem ich tak zainteresowanych żadną książeczką,  a książek mamy naprawdę wiele.
Królik Franek to sympatyczny chłopczyk chodzący do przedszkola. Obie historie opowiadają o trudnych chwilach w jego życiu, chwilach,  które przytrafić się mogą każdemu i to nie tylko przedszkolakowi.
Z wielką delikatnością, inteligencją i wrażliwością opowiedziano o sprawach,  z którymi dzieciaki mogą się zetknąć w każdej chwili. O inności, tolerancji i przyjaźni, o tym,  że warto bawić się razem i nie zawsze trzeba być zwycięzcą,  bo grunt to być razem i bawić się dobrze.
"Królik Franek i problem krótkiego ogonka" to opowieść o małej kotce Pusi, która doszła do grupy przedszkolnej Franka. Początkowo wszystkie przedszkolaki, z Frankiem na czele,  byli nią zachwyceni. Do czasu, kiedy Pusia obróciła się do nich tyłem i zauważyli, że ma wyjątkowo krótki ogonek. Nagle wielka chęć do wspólnej zabawy zmieniła się w odpychającą niechęć i wręcz strach, bo cóż by się stało, gdyby na przykład Franek zaraził się krótkością i zamiast długich króliczych uszu dostał uszek krótkich? Chłopiec nigdy wcześniej nie zetknął się z niepełnosprawnością, dlatego zupełnie sobie z nią nie radzi i okazuje się,  że potrafi być bardzo niemiły i sprawić kotce wielki ból psychiczny. Nawet rozmowa z mamą i z panią przedszkolanką niewiele zmienia. Okazuje się jednak,  że bycie innym nie oznacza niczego złego. Tak naprawdę w chwili próby to Pusia okazuje się najlepszą przyjaciółką Franka, a do chłopca dociera, że długość ogonka jest najważniejsza.
Książka w delikatny sposób przedstawia dzieciom problem osób z niepełnosprawnościami, osób w pewien sposób wykluczonych z towarzystwa. Pomaga też rodzicom,  którzy być może mają trudności w tłumaczeniu swoim dzieciom,  że ich koledzy nie zawsze wyglądają tak samo,  nie zawsze są tak samo dobrze rozwinięcie fizycznie czy psychicznie, a jednak należy ich traktować normalnie.
"Królik Franek i tajemnica dobrej zabawy", jak sam tytuł wskazuje, mówi o tym, że nie samo zwycięstwo się liczy, ale właśnie zabawa. Kiedy Franek dostał wymarzoną grę memo, był przekonany, że jest w niej mistrzem. W przedszkolu dotąd zawsze wygrywał. Rodzinne popołudnie z grą okazuje się dla niego ciężką przeprawą. Choć na początku wygrywa, nagle zaczyna przegrywać. Był zbyt pewny siebie i teraz zupełnie nie wie, co się dzieje. I oczywiście posądza wszystkich o oszustwo, bo przecież jest prawdziwym mistrzem w tej w grze i niemożliwe, by to on przegrał. Obrażony idzie do swojego pokoju i próbuje grać sam z sobą. Dochodzi jednak do wniosku,  że taka gra nie ma większego sensu i nie jest wcale przyjemna. Któregoś dnia podobna sytuacja zdarza mu się w przedszkolu, ale to on tym razem zostaje oskarżony o oszustwo. Dociera do niego,  że źle potraktował rodzinę,  źle ich ocenił i zupełnie nie zrozumiał sensu wspólnej gry.
Książeczka traktuje o tym, że chociaż współzawodnictwo może być zdrowe i dobre dla rozwoju dziecka (a także nas,  dorosłych)  to podstawą zabawy jest miłe spędzanie czasu w gronie bliskich osób.  Czy wygrywasz,  czy przegrywasz liczy się klimat w jakim przebywasz.
Obie książeczki napisane są ładnym językiem,  dużymi literami, co w przyszłości z pewnością pomoże dziewczynkom w nauce czytania. Przejrzyste i wykonane z dużą dbałością przepiękne obrazki, które są zdecydowanie integralną ich częścią, zasługują na wiele pochwał.  Jak wspomniałam na początku,  dziewczynki były zachwycone, a i ja z wielką przyjemnością oglądałam rysunki królika Franka,  jego rodziny i kolegów z przedszkola. Są to naprawdę małe dzieła sztuki dla dzieci. 
Na końcu każdej z książeczek znajdują się pytania "kontrolne", które pomogą rodzicom, a także samym dzieciom, sprawdzić czy młodzi czytelnicy zrozumieli przekaz opowiadania oraz zmuszą ich do przemyślenia kwestii, których Autorka dotknęła w swoich tekstach.
Jedynym mankamentem książeczek jest słabe klejenie. Moje dziewczynki od razu jak chwyciły książki i je rozłożyły do oglądania, usłyszały dziwny dźwięk, a ja zauważyłam, że klej puścił. Wiem, że książeczki o Franku są dla trochę starszych dzieciaczków,  ale mimo wszystko naprawdę rozkleiła nam się książka przy nawet dosyć delikatnym użytkowaniu i to już przy pierwszym czytaniu. Poza tym rewelacja. 



Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Wilga

poniedziałek, 19 marca 2018

Samotnia (tom 1) – Charles Dickens

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2018
Oprawa: twarda z obwolutą
Tytuł oryginału: Bleak house
Przełożył (z angielskiego): Tadeusz Jan Dehnel
Ilustracje: H. K. Browne
Liczba stron: 650
ISBN: 978-83-8116-184-8




Nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka ukazały się właśnie dwa tomy "Samotni" Charlesa Dickensa. Wznowienie najlepszej ponoć powieści brytyjskiego autora skusiło mnie na tyle, że nawet nie zwróciłam uwagi na liczbę stron, na których przeczytanie się porwałam. A liczba to niebagatelna. Czy żałuję, że podjęłam się tego wyzwania, czy też jestem z tego powodu bardzo ukontentowana? Przeczytajcie kilka słów na temat mojego spotkania z lekturą sprzed półtora wieku.
Powieść napisana jest z olbrzymim rozmachem i nie mam tu na myśli jedynie jej długości liczonej w stronach. Mnogość poruszonych tematów, bogactwo opisów, szeroka gama postaci, ciekawa – choć, trzeba to przyznać, niezbyt wartka – akcja. Wszystko doskonale przemyślane, wszystko na swoim miejscu, każde słowo wyważone, każde zdarzenie dokładnie zaplanowane. Nie można mieć wątpliwości, że "Samotnia" jest dziełem stworzonym przez prawdziwego mistrza. Jej kunszt uderza od pierwszych stron, chociaż początki lektury napawały mnie strachem i były trudne. Zanim "wkręciłam" się w akcję, zanim poznałam chociaż kilkoro głównych postaci, męczyłam się przez około 20-30 stron, próbując pojąć, o czym w ogóle czytam. Wiadomo – język osiemnastowiecznego pisarza i specyficzny styl Dickensa w pierwszej chwili przytłaczają. Jednak im dalej w las, tym lepiej.
Spośród wielu wątków poruszonych w powieści do głównych należy proces Jarndyce przeciwko Jarndyce toczący się od lat przed sądem kanclerskim. Dickens opowieść tę oparł o rzeczywisty proces, ciągnący się bez mała trzy dekady i przynoszący stale nowe koszty, a nie dający perspektyw na rychłe zakończenie. Stronami tego niechlubnego procederu są również główni bohaterowie powieści – znajdujące się pod kuratelą sądu kuzynostwo, Ada i Ryszard, ich opiekun, pan John Jarndyce, i jeszcze kilka ważnych postaci. By nie zdradzić za wiele, choć właściwie to dość trudne, napiszę jedynie, że proces przynosi wciąż to samo – od lat wielu adwokatów sprzecza się o koszty, strony w postępowaniu spadkowym popadają w biedę, obłęd, umierają i przekazują swe niechlubne dziedzictwo potomkom. Sąd kanclerski totalnie nie radzi sobie z całą sprawą. I to jedna z dwóch głównych osi powieści, a przynajmniej pierwszego tomu. 
Drugim jest życie w tytułowej Samotni, domu pana Johna, do którego sprowadzają się młodzi ludzie – Ada, Ryszard i, przydzielona im (a właściwie Adzie) do pomocy, Estera Summerson, sierota nie znająca prawdy o swoim pochodzeniu. I to właśnie Estera jest jednym z narratorów całej historii. Swoje przeżycia i spostrzeżenia przekazuje nam w pierwszej osobie, co jest bardzo ciekawym zabiegiem. Dickens, piszący w połowie XIX wieku, oddał znaczną część narracji nie tylko młodej dziewczynie, ale komuś ubogiemu, sierocie, która na dodatek od razu zaskarbia sobie ciepłe uczucia czytelnika.
Drugi narrator, trzecioosobowy, wszechwiedzący, przekazuje nam pozostałe części historii – opisuje toczący się proces, wątek kryminalny, w którym co prawda trup nie ściele się jakoś specjalnie gęsto, ale przyjdzie nam zobaczyć przynajmniej kilka pogrzebów osób umarłych w nie do końca jasnych okolicznościach, w końcu ukazuje nam angielskich bogaczy i biedaków, mieszkańców dworu Chesney Wold, ubogiego zaułka Tom-Sam-Jeden, adwokatów z kilku londyńskich kancelarii... Naprawdę nie sposób tutaj wymienić nawet połowy istotnych wątków tej powieści.
Dickens porusza całe mnóstwo ważnych tematów, precyzyjnie ilustrując angielskie społeczeństwo połowy XIX stulecia. Ukazuje szczegóły, o których prawdopodobnie wielu czytelników jemu współczesnych nie miało pojęcia. Jego powieść to dogłębna analiza ówczesnego społeczeństwa, a poniekąd, dzięki pewnym przerysowaniom (np. ciągle znudzona lady Dedlock) również satyra na nie (a na pewno na sąd kanclerski). 
Niektórych mogą denerwować długie, na pozór niczego nie wnoszące, opisy. Trzeba się do nich przyzwyczaić, ponieważ jest ich naprawdę sporo. To coś, czego w nam współczesnej literaturze brakuje. Coś, co jest często wyśmiewane i wyszydzane, nawet przez żyjących dzisiaj autorów (sama kilkakrotnie takie opinie słyszałam od nagradzanej wielokrotnie autorki, przez co bardzo ją "znielubiłam" i nie mam ochoty czytać tego, co napisała). Jednak opisy te i w ogóle język, jakim napisana jest "Samotnia" to arcydzieło, prawdziwa perła literatury, nijak nieprzypominająca wydawanej obecnie w tonach makulaturowej papki. To literatura, którą się smakuje powoli, docenia dopiero po chwili, której aromat zostaje na długo w powietrzu. Ja jestem zachwycona, choć ręce bardzo mnie bolą, bo trzymanie przez wiele godzin tak grubego tomiszcza powoduje, że ramiona omdlewają, a między palcami robią się odciski. Warto jednak trochę pocierpieć dla takiego dzieła.
Jestem bardzo ciekawa, co wydarzy się dalej. Czy Estera pozna swoją matkę, czy choćby dowie się, kim ona jest? A co z jej ojcem? Kim właścwie jest dla niej pan Jarndyce? Czy Ada i Ryszard znajdą wspólne szczęście, czy młody mężczyzna zostanie kolejną "ofiarą" tragicznego procesu przed sądem kanclerskim? I w końcu – gdzie w tym wszystkim znajduje się miejsce dla małego zamiatacza ulic, Jo? Odpowiedzi już wkrótce, tymczasem powolutku zabieram się do lektury dalszych stronic "Samotni". 
Książka została wydana w przepięknej szacie graficznej, w twardej, eleganckiej oprawie z ładną obwolutą. Wisienką na tym pysznym torcie są oryginalne ilustracje z pierwszego brytyjskiego wydania. Również do redakcji i korekty do ok. 500 strony nie mam zastrzeżeń. Niestety potem robi się gorzej, zupełnie jakby ktoś się zmęczył i zaczął przysypiać. Pozostaje mieć nadzieję, że w drugim tomie się to nie powtórzy.
Polecam z całego serca!






Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka: