Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

czwartek, 30 kwietnia 2015

Doradca smaku 2 – Michel Moran

Wydawnictwo: Muza S.A.
Warszawa 2015
Oprawa: miękka
Liczba stron: 176
ISBN: 978-83-287-0015-4





Jak być może część z Was wie, uwielbiam gotować, choć jeszcze większą frajdę sprawia mi pieczenie. Nie oglądam jednak telewizji i to prawdopodobnie dlatego nie spotkałam się wcześniej z postacią Michela Morana. Kiedy jednak zaproponowano mi zapoznanie się z jego najnowszą książką kucharską, postanowiłam się nieco dokształcić, ponieważ zastanowiło mnie, skąd postać ta jest znana polskim entuzjastom dobrej kuchni.
Dla tych, którzy dotąd żyli w równie słodkiej nieświadomości – kilka słów o Autorze. Moran jest francuskim mistrzem kuchni, a także restauratorem. W Polsce rozsławił go program telewizyjny "Doradca smaku", a także to, że był jednym z jurorów dość popularnego (podobno, nie wiem, nie oglądałam) programu MasterChef. Proponowane przez niego przepisy spotykają się z pozytywnym przyjęciem, stąd też pomysł wydania książki. Cieszy się ona popularnością, Autor postanowił zatem iść za ciosem i przekazać czytelnikom kolejne (tym razem osiemdziesiąt) przepisy.
Co wyróżnia tę pozycję na rynku? Przede wszystkim jest bardzo poręczna. Nie ma twardej oprawy, która, choć ładnie wygląda na półce, jest w kuchni bardzo niewygodna w użytku. Poza tym książka Morana dzieli się na trzy części, w których przekazuje on przepisy na dania: proste, lekkie, szybkie. Czytelnik sam wybiera, na którą z tych kategorii ma w danej chwili ochotę. W dzisiejszym świecie, w którym wciąż gdzieś pędzimy, taki podział może okazać się bardzo przydatny.
Przyznać należy, że również szata graficzna jest olbrzymim plusem tego wydania. Piękne fotografie powodują, że ślinianki pracują ze wzmożoną mocą, a w brzuchu zaczyna nam burczeć. Kiedy zaś przeczytamy kilka tytułów, ot tak, choćby przypadkowych (kaczka pieczona w cieście solnym, krupnik po michelsku, indyk w sosie curry czy jabłka miłości), jesteśmy po prostu zgubieni i już zaczynamy kombinować, kiedy te pyszności przyrządzić. Następnym krokiem jest oczywiście przestudiowanie składników, których wykaz sporządzono bardzo przejrzyście, co ułatwia zakupy. 
Teraz najważniejsze, czyli same przepisy. Napisane przystępnym, zrozumiałym językiem, opatrzone zdjęciami z różnych etapów przyrządzania dania. Podzielone są na akapity, nie są pisane ciągiem, co pozwala na łatwą kontrolę w czasie przyrządzania przysmaków. Nie sposób się zgubić.
Książka miała swą premierę przed tygodniem, także z pewnością znajdziecie ją już w księgarniach. Jeśli zainteresowały Was przepisy Michela Morana, zajrzyjcie również na profil Doradcy smaku.
Ja pędzę do kuchni.






Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Muza

Dobij mnie, Europo – Adam Bednarczyk

Wydawnictwo: WARBOOK
Ustroń 2015
Oprawa: miękka
Liczba stron: 251
Zdjęcia: archiwum Autora
ISBN: 978-83-64523-27-4








Tym razem nie wiem, od czego zacząć. Chciałabym napisać, że mam mieszane uczucia co do tej książki. Znaczyłoby to jednak, że jakieś pozytywne myśli przychodzą mi do głowy, a byłoby to sporym przekłamaniem. "Przemęczyłam ją" – to chyba najwłaściwsze wyrażenie, a szkoda, bo książka zapowiadała się naprawdę nieźle.
Liczyłam na wysoki poziom tekstu choćby dlatego, że Autorem jest dziennikarz i korespondent wojenny. Można więc było oczekiwać składnych zdań i choćby podstawowej wiedzy o budowaniu fabuły, nie mówiąc już o jako-takim formatowaniu tekstu, by był zrozumiały. Otóż tutaj również się zawiodłam. Zdania są koślawe, niegramatyczne, czasami trzeba je przeczytać po dwa razy, by później dalej domyślać się, o co Autorowi chodziło. Dialogi, nie dość, że drewniane, to jeszcze zapisane tak dziwacznie, że często nie wiadomo, kto z kim rozmawia, kto wypowiada daną kwestię, albo... w połowie zdania domyślasz się, że to już jakiś dialog, a nie narracja. Koszmar.
Pomińmy jednak formę, zajmijmy się treścią, bo wiele można przetrwać, jeśli treść jest dobra.
Wojna bałkańska, konflikt, który dla większości świata pozostał mało znany. Walki, które toczyły się w początkach lat '90 ubiegłego wieku na terenach byłej Jugosławii były straszliwe i bratobójcze. Tak, sąsiad zabijał sąsiada, a brat walczył przeciw bratu. Gdy znalazł się wspólny wróg, potrafili stanąć murem i bronić swej ziemi, by dzień, dwa dni później zabijać się nawzajem. Etniczno-religijna wojna, która do dzisiaj odbija się echem ludobójstwa. Echem odległym, echem niczym z innego świata, a przecież echem tak niedawnych zdarzeń. Nie chodzi o pompatyczny opis, w glorię dla tych, którzy walczyli i ginęli. Dla tych, którzy oddawali życie za przekonania i wiarę, ani tych, którzy szli z bronią w ręku w zamian za dobry żołd, bo w wojnie tej niemało było najemników. Nie chodzi o górnolotne wyrażenia i wielką powagę w opisie. Jednak to, co z tym opisem uczynił Autor przechodzi ludzkie pojęcie. Nie wiem, co chciał przedstawić w swym tekście, do jakiej ludzkiej wrażliwości trafić, co uwiecznić. Po lekturze tej książki, której nie można nazwać ani powieścią, ani reportażem, widzę walczących wciąż pijanych, zapitych często, strzelających dla frajdy (czyżby mieli nadmiar amunicji?), wykorzystujących wojskowy sprzęt do własnych celów (samochód wojskowy przykładowo służy po to, by pojechać do miasteczka po szampana), bawiących się na imprezach (ja rozumiem, że w czasie wojny ludzie biorą śluby i wesela i chyba o to Autorowi chodziło – by ukazać ludzki wymiar wojny, ale... coś tu nie zagrało, jak należy), podrywających miejscowe dziewczyny...
Rozmowy, które toczą się pomiędzy bohaterami zostały również bardzo spłaszczone. Ktoś coś zaczyna, ktoś mu odpowiada, szykuje się ciekawa debata, naprawdę poważny problem, a tu sru... Idą na piwo, albo ktoś przynosi rakiję, albo pojawia się ładna dziewczyna i koniec tematu.
Plusem książki mogły być zamieszczone na początku fotografie (choć nie wiem, po co powielono je raz jeszcze w tekście). Tyle, że są nudne i niczego właściwie nie wnoszą. Bo co to za zdjęcie, które przedstawia przydrożny znak, albo Autora ściskającego na weselu jakąś dziewczynę? Co ma o wojnie powiedzieć zdjęcie, które podpisano jako "oczywiście pozowane"?
Język książki jest niezrozumiały, redakcja ponoć była, ale jakby jej nie było (bo czyż to możliwe, że tekst przed redakcją był jeszcze słabszy?). Na siłę wpychane dialogi po chorwacku też nie mają większego sensu, bo i tak są od razu tłumaczone, więc po co w ogóle się pojawiły?
Chyba jedynym plusem są duże litery, dzięki którym te 220 stron (bo na 30 stronach są zdjęcia) czyta się umiarkowanie szybko.
Dobij mnie, Europo? Europa krzywdy mi nie wyrządziła, niestety jej miejsce zajęła ta książka, czy też raczej jej Autor. Głowa mi pęka i jest mi niezmiernie przykro, bo na wiele liczyłam. Zdecydowanie najsłabsza pozycja wydana przez Warbooka.






Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu WARBOOK

Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

środa, 29 kwietnia 2015

Zdobycze moje kochane

Jako obiecałam, tako pokazuję, cóż za cuda udało mi się zdobyć w czasie dwóch ostatnich wymian książkowych. Jedna z nich odbyła się w Warszawie, druga w Poznaniu, na Pyrkonie. Obie uważam za bardzo udane, a książeczki uśmiechają się do mnie przepięknie i chcą zostać przeczytane (jedną już przeczytałam). Teraz tylko... znaleźć im odpowiednie miejsce na półeczkach, by poczuły się naprawdę jak w domu. Jak się Wam podobają?






Zagubiona w śniegu – Holly Webb



Wydawnictwo: Zielona Sowa
Kraków 2011
Cykl: Kotka Pusia, tom 1
Oprawa: miękka
Liczba stron: 123
Tytuł oryginału: Lost in the Snow
Przekład (z angielskiego):Jacek Drewnowski
Ilustracje: Sophy Williams 
ISBN: 978-83-7623-992-7







Powiedzcie mi, czy można takiej Pusi nie kochać od pierwszego wejrzenia? Widzicie te oczka, które mówią "kocham cię"? Czujecie już tę mięciutką sierść?  Całkowicie zauroczona i zakochana w Pusi i twórczości Holly Webb (która staje się teraz jedną z moich ulubionych pisarek), napiszę kilka słów, zupełnie subiektywnych, okrytych puchem futerka i śniegu, słów o wspaniałej historii, która poruszyć może tak dzieci, jak i dorosłych.
Okładkę tej książeczki, jak i innych z serii, widziałam już w kilku miejscach, przy różnych okazjach. Jednak, jako że na razie dzieci nie posiadam, a sama i tak wydaję majątek na książki, postanowiłam się powstrzymać i tych książeczek jeszcze nie kupować. "Polowałam" jednak na nie w różnych miejscach. Możecie więc wyobrazić sobie, jak wielka była moja radość, gdy na wymianie książek wypatrzyłam aż dwie powieści Holly Webb. Wróciłam do domu i, zagłębiona w kanapę, okryta ciepłym kocykiem, zaczęłam czytać opowieść o wspaniałej kotce, która bardzo pragnęła mieć dom i być kochana oraz o małej Eli, której marzeniem było posiadanie zwierzątka.
Pusia to wyjątkowa kotka. Urodziła się najmniejsza, taka malutka, że nikt nie spodziewał się, że w ogóle przeżyje. Jej bracia i siostry znalazły nowe domy, ponieważ na farmie pani Moffat nie mogły zostać. Pusi jednak nikt nie chciał wziąć. Czy coś naprawdę było z nią nie tak, czy może po prostu nie znalazł się jeszcze odpowiedni opiekun? Wszak nie chodziło tylko o znalezienie pana, czy pani, ale  prawdziwego domu i prawdziwej, kochającej rodziny. 
Gdy pewnego dnia na farmie pojawia się Ela, od razu przypadają sobie z Pusią do gustu. Jednak mama Eli nie zgadza się na kotka w domu. Ela jest załamana, a Pusia kompletnie nie pojmuje, co się właśnie wydarzyło. Przecież ta dziewczynka chciała ją zabrać, dać jej miłość, ciepły dom, codzienną porcję pieszczot. 
Marząc o życiu u boku Eli, Pusia poznaje innego kandydata na nowego pana. Nie jest do niego przekonana, wręcz przeciwnie. Zresztą chłopiec również nie jest zachwycony opcją opiekowania się kotkiem. Pusia... ucieka z farmy w poszukiwaniu Eli.
Przygody w miasteczku, próba odnalezienia się na nieznanym terenie i zrozumienia zasad, jakie panują wśród ludzi (a także miasteczkowych zwierząt) to pierwszy tor opowieści. Drugim są zmagania Eli. Dziewczynka bowiem nie poddaje się i, dowiadując się o ucieczce wymarzonej kotki, postanawia ją odnaleźć. Boże Narodzenie tuż, tuż, z nieba sypie biały puch, a mała koteczka gdzieś się zawieruszyła.
"Zagubiona w śniegu" to wzruszająca historia o poszukiwaniu własnego miejsca na ziemi oraz miłości. Każdy przecież chce być kochany. Wielokrotnie płakałam w czasie lektury, tak przekonująco Autorka opisywała przygody Pusi i Eli. Co chwilkę miałam ochotę przygarnąć tego puchatego kocurka i pomiziać go za uszkiem. Jestem przekonana, że opowieść ta spodoba się każdemu czytelnikowi – małemu i dużemu, niekoniecznie tylko kociemu wielbicielowi. Jest ciepła mimo padającego śniegu i ma pozytywne przesłanie, choć łezkę z pewnością uronicie. 
Żywa akcja i wyraziste postaci, które od razu przypadają czytelnikowi do gustu to duże plusy tej powieści. Należy zwrócić również uwagę na jej szatę graficzną. Choć wydanie można zakwalifikować do kieszonkowych, książeczka jest naprawdę prześliczna. Duże, wyraźne litery pomogą z pewnością, gdy rodzic zechce czytać ją razem z dzieckiem, albo gdy mały czytelnik sam będzie chciał zapoznać się z bajką. Nie sposób również pominąć wspaniałych i rozkosznych ilustracji wykonanych przez Sophy William, które są dodatkowym i naprawdę sporym atutem całej historii.
Tłumacz rewelacyjnie poradził sobie z tekstem brytyjskiej Autorki, tworząc atmosferę, która jest wyjątkowa również dla polskiego czytelnika. Jest to szczególnie trudne w opowieściach dla dzieci, tym bardziej więc należą mu się słowa uznania.
Minusy? Książeczka jest krótka i można ją dosłownie "połknąć" w dwie godzinki, nawet jeśli ktoś czyta tak wolno, jak ja. Chciałoby się więcej, choć rozumiem, że książeczki dla dzieci nie mogą być zbyt długie. Czekam zatem, kiedy w moje łapki wpadnie tom drugi i znów przyjdzie mi zamartwiać się o Pusię.



Bractwo nieśmiertelnych – Vladimir Wolff

Wydawnictwo: WARBOOK
Ustroń 2015
Oprawa: miękka
Liczba stron: 332
ISBN: 978-83-64523-31-1







Niezmiernie ucieszyłam się, gdy dotarły do mnie wieści, że szykuje się ciąg dalszy przygód (a właściwie zupełnie nowa przygoda) znanego czytelnikom z "Tropiciela" Matta Pulaskiego. Czy "Bractwo nieśmiertelnych" jest równie dobrą lekturą, jak "Tropiciel" i z jakim przeciwnikiem tym razem będzie się musiał zmierzyć amerykański agent, którego ojciec jest Polakiem, a matka Indianką? Przekonajcie się sami.
Dziwiłam się przez pierwsze pięćdziesiąt stron, ponieważ o Pulaskim ani widu, ani słychu. Pojawia się bodaj na stronie 53. Dopiero? Dlaczego tak? Jak to, przecież jest głównym bohaterem, może już nie tytułowym, ale jednak. Otóż, choć Matt jest w nowej powieści Wolffa bardzo ważny, to chyba jednak nie on gra tu pierwsze skrzypce. Szczerze mówiąc, podoba mi się taka zmiana, taki powiew świeżości. Szczególnie, gdy wziąć pod uwagę niesamowite upały, jakie panują w Polsce i z jakimi przyjdzie się bohaterom zmierzyć. A upalne powietrze i niespełniające się prognozy zwiastujące ochłodzenie to jedynie drobiazg przy aferze, jaka właśnie wybucha na terenie III RP. Południowoamerykański kartel narkotykowy wysyła tu swoich ludzi, którzy – powiedzmy sobie szczerze – nie stronią od "towaru", który powoduje u ludzi wzrost sił fizycznych, daje im więcej wiary w siebie i czyni naprawdę niebezpiecznymi, niebojącymi się niczego wojownikami. Atak zombie, o którym wspomniano na tylnej okładce, na szczęście nie jest rzeczywisty, bo gdyby był, powieść straciłaby pewnie sporo w moich oczach. Nie mogę pojąć tej fascynacji zombie, a tym bardziej wpychania ich w lektury gdzie popadnie. Trochę się przestraszyłam, kiedy czytałam tę okładkową zajawkę, ale żadnych bezmózgich potworów nie było.
Zacznijmy jednak od początku. Po aferze opisanej w "Tropicielu" Oliwię przeniesiono do Krakowa. Nie jest z tego powodu szczęśliwa, nudzi się biurową pracą i marzy o jakimś konkretnym zadaniu. Do tego wciąż jest zła na Matta i zawiedziona tym, że zerwał z nią kontakt. Kiedy więc natrafia, zupełnie przez przypadek, na nie do końca dla niej oczywistą i naturalną śmierć obcokrajowca, zaczyna węszyć. Z pewnością nie przypuszcza, że ma to jakikolwiek związek z okrutnym morderstwem starego profesora, który był znanym i poważanym ekspertem zajmującym się historią i kulturą Inków. Jego największym marzeniem było odnalezienie pewnego inkaskiego skarbu i odczytanie kipu. Kipu? Cóż to takiego? Możecie, oczywiście, sprawdzić w encyklopedii i prawdopodobnie coś niecoś się dowiecie. Ja jednak doradzam sięgnięcie po "Bractwo nieśmiertelnych". Chociaż encyklopedia to wspaniała księga wiedzy, najnowsza powieść Wolffa jest z pewnością bardziej zjawiskowa i przepełniona akcją.
Wydawnictwo reklamuje książkę, twierdząc, że znajdziecie w niej: "Królewskie skarby, tajemnice i trupy. Dużo trupów". Zapewniam Was, że nie przesadza z tym opisem. Trup ściele się tu tak gęsto, że ani czytelnik, ani bohaterowie nie są w stanie ich zliczyć. Przyznać też należy, że całkiem sporo z tych, którzy ostatecznie przechodzą do następnego świata, umrze śmiercią naprawdę okrutną, której opis przysparza czasem dreszczy i powoduje odruch wymiotny.
Matt i Oliwia znów starają się rozwikłać tajemnicę sprzed lat (jak również wieków). Podróżują po Polsce, a nawet po odległych rubieżach Ameryki Południowej. Ich przeciwnik jest sprytny, bogaty i szanowany przez wiele ważnych osobistości. I bardzo, naprawdę bardzo niebezpieczny. Ma cel, marzenie, które napędza go do działania. Nie podda się za żadne skarby. Cóż, że musi na rzeź wysyłać dziesiątki swych ludzi. Cel wszakże uświęca środki, a "tron" inkaskiego króla wciąż, od wieków, pozostaje nieobsadzony.
Spisek, tajemnica, niespodziewana zdrada. Wielkie indiańskie skarby zrabowane przez Europejczyków i znane jedynie nielicznej garstce pasjonatów kipu. Pościgi, strzelaniny, narkotyk, którego działanie jest Polakom zupełnie nieznane, a którego efekty można określić jako naprawdę niesamowite (wyobraźcie sobie takich kolumbijskich czy boliwijskich berserkerów) i do tego bohaterowie, do których czytelnik zdążył się już w pewnym stopniu przywiązać w czasie lektury "Tropiciela". Każdemu, kto czytał wcześniejsza powieść Wolffa i ta przypadnie do gustu, choć jest w nieco innych klimatach i nie mam tu na myśli jedynie pogody.
Dobra korekta (bodaj trzy literówki) i redakcja, do tego intrygująca okładka, czego chcieć więcej? Otóż zakończenia, które by mnie porwało. Tym, które zaoferował Autor zdecydowanie się zawiodłam. Jakby już mu się skończyły pomysły, a czas gonił, by powieść oddać do wydawnictwa, więc poszedł na łatwiznę.  Poza tymi ostatnimi kilkoma stronami książka jest rewelacyjna.








Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu WARBOOK

Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

środa, 22 kwietnia 2015

Premiery, Święta i zapowiedzi

Ludki moje kochane, Czytelnicy moi drodzy. Jutro wyruszam na Pyrkon i przez kilka dni mnie tu nie
będzie. Tym bardziej więc chciałam Was poinformować, bądź też przypomnieć tym, którzy o tym wiedzą, że:
primo – dzisiaj premiera trzeciego tomu Sagi rodu Winnych Ałbeny Grabowskiej (tutaj wywiad z Autorką, przeprowadzony z okazji wydania drugiego tomu: http://fairyliterature.blogspot.com/2015/02/lekarz-matka-pisarz-oraz-nowa-polska.html,
secundo – jutro Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich (http://www.zaiks.org.pl/436,111,23_kwietnia_%E2%80%93_swiatowy_dzien_ksiazki_i_praw_autorskich).
Biorę ze sobą do czytania dwie książki, więc oczekujcie nowych recenzji zaraz po moim powrocie, czyli w środku przyszłego tygodnia. Wówczas ukażą się również fotki książek, które "zdobyłam" na wymianach książkowych w Warszawie i Poznaniu.



poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Pyrkon 2015

Już za parę dni, za dni parę,
wezmę plecak swój i...


Gitary nie wezmę, ponieważ ani takowej nie posiadam, ani grać na niej nie umiem. Plecak owszem, zabiorę. Wypakowany po brzegi książkami na wymianę, a może i takimi, w których brakuje jeszcze autografów. 
Już w czwartek ruszam na pyrkonową wycieczkę i nie mogę się doczekać, co też w tym roku przygotowała ekipa organizatorów. Bo choć program znany, choć wszystko zdaje się zaplanowane to nie mam wątpliwości, że znajdzie się i czas i miejsce na różne wspaniałe niespodzianki i jak zwykle, wrócę z Pyrkonu pozytywnie naładowana i z głową pełną wspomnień i pomysłów. 
Zatem, komu w drogę... temu Pyrkon!



Wymiany książek

Czy uczestniczyliście kiedyś w wymianach książek? Osobiście bardzo lubię tę formę zdobywania nowych skarbów do mojej biblioteczki. Dotychczas chętnie brałam udział w wymianach na Pyrkonach i na Warszawskich Targach Książki. Zresztą Pyrkon już za dwa dni i książeczki na wymianę uszykowane.
W ubiegły weekend miała miejsce II Warszawska Wymiana Książek i również się pokusiłam. Właściwie w samym centrum stolicy odkryłam niesamowite miejsce. Ulica Sienna 87, Nic Podobnego. Jeśli nic Wam to nie mówi, a jesteście z Warszawy bądź okolic, albo po prostu tu bywacie – zajrzycie tam i przekonajcie się sami, że skarby leżą wokół nas. Trzeba jedynie chcieć i umieć szukać. 
Ja jestem bardzo zadowolona z tej wymiany. Wkrótce, tzn. po powrocie z Poznania, pokażę Wam zdjęcia przynajmniej części najnowszych nabytków – zarówno z Nic Podobnego, jak i z Pyrkonu. 
Jesteście ciekawi, co takiego zamieszka na moich półkach? Zaglądajcie zatem na Dune Fairytales. Zapraszam.


Esesman i Żydówka – Justyna Wydra

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Poznań 2015
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 278
ISBN: 978-83-7785-630-7
 
 
 
 
 
 
 
 
 
"Esesman i Żydówka" to jedna z tych książek, na które czekałam z niecierpliwością od chwili, gdy ukazała się informacja o nadchodzącej premierze. Choć o Autorce wcześniej nie słyszałam, to tytuł, krótki opis i okładka sprawiły, że zapragnęłam tę książkę z całych sił. Czy otrzymałam to, na co liczyłam? Owszem. Śmiem nawet stwierdzić, że więcej.
Powieść pochłonęłam jednego dnia, co jest niemałym wyczynem, gdy zważyć na jej niemalże 300 stron. Nie dało się jednak oderwać od tej historii.
To jedna z tych książek, które poza interesującą fabułą mają również ciekawych bohaterów i charakteryzują się niezbyt często spotykaną narracją. Bowiem poza trzecioosobowym narratorem, który opowiada mniej więcej połowę wydarzeń, czytelnik poznaje historię również oczami Debory i Brunona, czyli tytułowych Żydówki i esesmana. W pewnym momencie do ich listów dołącza również krótka korespondencja pomiędzy Deborą i jej narzeczonym Dawidem.
Spotkali się w naprawdę złych okolicznościach. Ona wyskoczyła z pociągu, który wiózł ją do Auschwitz. On znalazł ją w lesie. Powinien był zastrzelić i poszukiwać pozostałych zbiegów, jeśli tacy byli. Ona nie miała już siły uciekać. Czekała na strzał, który nie nastąpił. On bowiem rozpoznał w niej sanitariuszkę, która we wrześniu '39 uratowała mu nogę, a pewnie i życie. Spotkali się w bardzo złym momencie, w niesprzyjających miłości okolicznościach wojennych. Gdyby jednak nie wojna, prawdopodobnie nie spotkaliby się nigdy.
Czas mija, drogi Debory i Brunona łączą się. Wzajemnie ratują się z opresji, ale każde z nich wie, że jeśli ich znajomość wyjdzie na jaw, to czeka ich z pewnością śmierć. Każde z nich jest niebezpieczne dla tego drugiego. Jednak coś wciąż ich ku sobie ciągnie. Choć Kraków jest miastem dużym, a oni się nie poszukują, to w różnych sytuacjach na siebie po prostu "wpadają". Aż pewnego dnia muszą podjąć naprawdę niebezpieczną grę i zacząć udawać zakochaną parę. Z początku raczej z przymusu sytuacji. Odkryją jednak, że czują do siebie znacznie więcej, niżby chcieli i mogli przyznać. Znacznie więcej, niż powinni do siebie czuć kat i ofiara. Bo takie właśnie role napisał im wojenny los. Czy z losem natomiast można walczyć?
Połowa powieści dzieje się w trakcie wojny, druga część niedługo po jej zakończeniu. Choć początkowo wydaje się, że wojenne losy rozrywają czytelnikowi serce, że ocalenie Debory przed nieuniknioną śmiercią, że uczucie, jakim obdarzyła swego potencjalnego oprawcę, że całe to okrucieństwo niemieckich najeźdźców jest już ponad jego siły, że nie da się już bardziej wzruszyć... Justyna Wydra go zaskakuje. Nagłe i niespodziewane szczęście – wolna Polska, odzyskana młodzieńcza miłość, perspektywy na szczęście i bezpieczeństwo. Wspaniałe chwile w Gliwicach. Kilka tygodni, zaledwie miesiąc. Kruche momenty, które roztrzaskają się o więzienną posadzkę. A później akcja przyspieszy jeszcze bardziej. Powiedzie nas przez gliwickie katownie podległe sowieckim "wyzwolicielom", poprzez sądową salę, z której każdy Niemiec wychodzi z wyrokiem śmierci i poprzez wspomnienia obozu koncentracyjnego, by w końcu ukazać ruiny zniszczonego przez Aliantów Berlina i błogiego Schwarzwaldu. 
Autorka biegle operuje językiem, stopniując napięcie nie tylko poprzez użycie odpowiednich wyrażeń, ale również sprawną żonglerkę czasem narracji. Użycie czasu teraźniejszego sprawia, że sceny w ten sposób napisane lepiej oddają emocje chwili, powodują większe zaangażowanie czytelnika, odczuwanie bliskości w stosunku do bohaterów. Czytając te fragmenty miałam wrażenie, jakbym znów miała w rękach "Kamienie na szaniec". Tak, Justyna Wydra w wielu momentach przypominała mi niezrównanego Aleksandra Kamińskiego i chwała jej za to. Jest nadzieja wśród młodych polskich pisarzy.
Wojna kojarzy nam się ze spustoszeniem i utratą. Debora straciła dom, rodziców, siostrę, zdecydowaną większość znajomych. Wielokrotnie pakowała swój niewielki dobytek do jednej sfatygowanej walizki, choć pamiętała, że kiedyś mieszkała w bogatym domu,  którym na proszonych obiadach bywała śmietanka towarzyska i artystyczna Wilna. Straciła to wszystko bezpowrotnie i rany w jej sercu prawdopodobnie nigdy się nie zagoiły. Bruno wstąpił do SS z własnej woli, choć raczej bardziej na przekór matce i bratu, niż dlatego, że głęboko wierzył w idee głoszone przez Hitlera. Wiedział jednak doskonale, że na jego rękach wiele jest polskiej krwi. Mimo tych jasno napisanych ról: on – oprawca, kat i ona – ofiara zapałali do siebie miłością. Miłością ciężką, niepewną, pełną wyrzeczeń, niebezpieczną, niezrozumiałą dla otoczenia, w końcu okupioną czyimś nieszczęściem. Czy w powojennej Europie znajdzie się dla takiej miłości miejsce, czy jest ona z góry skazana na niepowodzenie?
Powieść Wydry nie jest zwykłym romansidłem z historią w tle. To mądra opowieść, po przeczytaniu której człowiek zadaje sobie całe mnóstwo ważnych pytań. Zresztą zadaje je sobie już w trakcie lektury.
Piękny język, barwna fabuła, ciekawe postaci, których psychologiczny portret Autorka prezentuje z dużym kunsztem, zabawy formą – wszystko to sprawia, że "Esesman i Żydówka" to powieść, obok której nie można przejść obojętnie. Dobra korekta i redakcja oraz ciekawa, przyciągająca wzrok okładka dopełniają dzieła.
Czy mam jakieś zastrzeżenia? Nie rozumiem, dlaczego Autorka używa wyrażenia "esesowskie" zamiast "esesmańskie". Dopiero za którymś razem do mnie dotarło, o co jej chodzi. Druga sprawa – piękna okładka, która urzekła mnie dosłownie od pierwszej sekundy i na którą wciąż nie mogę się napatrzeć ma jednak błąd. Dlaczegóż to tytułowy esesman, bo wnioskuję, że to on stoi do nas plecami, ma zielony mundur zamiast czarnego? Poza tymi dwoma przytykami wynikającymi chyba z mojego czepialstwa – powieść jest po prostu wyśmienita i gorąco ją polecam.

 
 
 
 
 
Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Zysk i S-ka
 
 
 
Książka przeczytana w ramach Wyzwania:
 

Wielki chłód – Katarzyna Rygiel

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Poznań 2015
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 384
ISBN: 978-83-7785-382-5
 
 
 
 
 
 
Nie lubię zimy, nie znoszę marznąć. Kiedy tylko nadchodzą pierwsze ciepłe dni, chowam zimowe ubrania i na wierzch wyjmuję wiosenne i letnie. Kocham ciepło. Dlaczego więc, kiedy słonko przyjemnie przygrzewało, z tarasu słychać było śpiew ptaków, a pierwsze rośliny zazieleniły się pięknie w doniczkach, ja czułam taką niezdrową fascynację tą książką? Dlaczego ta okładka przyzywała mnie dniem i nocą, bym w końcu się spięła i zaczęła czytać? Co stało się, kiedy wreszcie uległam pokusie? Przeczytajcie i dowiedzcie się, dlaczego najnowsza powieść Katarzyny Rygiel tak właśnie działa.
Po krótkim prologu, który wprowadza w dziwną i lekko mrożącą krew w żyłach atmosferę, możemy przeczytać takie oto zdania: "Nienawidziłem zimy. Tej ponurej, przygnębiającej i przyprawiającej o dreszcze pory roku, która w naszej szerokości geograficznej zwykle rozciąga się ponad miarę". Zupełnie jakby tej postaci włożyć w usta moje własne słowa, czyż nie?
Na tylnej okładce, dużymi i czerwonymi literami, które pięknie odbijają się od jasnoszarego, zaśnieżonego tła i mogą imitować krew, zadano pytanie o to, czy łatwo pomylić fikcję z rzeczywistością. Pytanie to kluczowe, gdyż do ostatniej niemal strony nie wiemy, czy Janusz Krzyżanowski przypadkiem nie zagubił się gdzieś pomiędzy i czy rzeczywiście to, co napisze w najnowszej swej powieści ma wpływ na jego prawdziwe życie. Czy uśmiercenie bohatera książki może zaowocować śmiercią żony? Może ktoś robi sobie z niego niewybredne żarty? Cóż, żarty żartami, ale kiedy Anna rzeczywiście znika, nawet policja zaczyna się zastanawiać nad tym, gdzie jest granica między rzeczywistością a fikcją. Wszak zaginiona kobieta, na dodatek matka dziesięciolatka, to już nie tylko pojawiające się tu i ówdzie kolorowe, plastikowe zapalniczki, których kupna Janusz nie potrafi sobie przypomnieć.
Powieść toczy się trzema równoległymi torami. W pierwszym z nich poznajemy Janusza Krzyżanowskiego, autora średnio poczytnych powieści kryminalnych, jego najbliższych oraz nadkomisarza Sobolewskiego, który prowadzi śledztwo w sprawie zaginionej Anny, byłej żony Janusza i matki jego dziesięcioletniego syna. Historia ta opowiedziana jest przez trzecioosobowego, wszechwiedzącego narratora, który jednak bardzo umiejętnie dozuje czytelnikowi wiedzę, trzymając go cały czas w napięciu. 
Drugi tor to książka, nad którą pracuje Janusz. Jej głównym bohaterem jest prywatny detektyw, Albert Fuz, który jest jednocześnie pierwszoosobowym narratorem tej powieści. Wszystko zaczyna się komplikować, kiedy niespodziewanie tworzony przez Krzyżanowskiego scenariusz książki odbija się, niczym w lustrze, w jego codziennym życiu. A to spotyka on rudą piękność, która jest tak podobna do tworzonej przez niego zaginionej Karoliny, a to znajduje w domu kolorowe zapalniczki, których z takim upodobaniem używa Albert. Gdy pewnego dnia u jego drzwi staje syn i informuje go, że mama gdzieś zniknęła, Janusza ogarnia prawdziwy strach. Już wcześniej "czuł się prześladowany", teraz jednak gra toczy się o znacznie wyższą stawkę. Czy Annę rzeczywiście ktoś porwał, tak jak fikcyjną Karolinę? Co się stanie, gdy Janusz uśmierci swą bohaterkę? Jaką moc mają słowa zapisane w pliku testowym, do którego przecież nikt obcy nie ma dostępu?
Trzeci tor jest jeszcze bardziej skomplikowany. Czytelnik staje się bowiem świadkiem przesłuchania mordercy. Kim jest ten człowiek, kogo zabił? Nie wiemy. Nie wiemy niemalże do samego końca, co jeszcze dodaje całej powieści dodatkowej pikanterii.
Trzy tory są bardzo czytelne – napisane różnymi czcionkami tak, by czytelnik nie miał wątpliwości, w której rzeczywistości się znajduje. Autorka postarała się, byśmy nie czuli się aż tak zagubieni, jak biedny Janusz, choć... sama wiedza to jedno, kiedy głos z tyłu głowy podszeptuje, że nic nie jest pewne, skoro sami widzimy, że dzieje się coś naprawdę niepokojącego. Kryminał okazał się dla Rygiel niewystarczający, wplotła więc w niego drugą jeszcze historię kryminalną. Przenikają się one w sposób mrożący krew w żyłach, czemu sprzyja jeszcze typowo polska, zimowa atmosfera wielkiego miasta, jakim jest zasypana śniegiem Warszawa, w której – jak to bywa – drogowcy nie radzą sobie z tym, że w styczniu spadł śnieg.
Intryga goni w tej powieści intrygę, a nieprzyjemne, nocne gonitwy wśród padających z nieba białych płatków i usypanych wzdłuż chodników zasp są niczym wyjęte z koszmaru. Do tego wszystkiego Rygiel stworzyła wiarygodnych i bardzo ciekawych psychologicznie bohaterów, których poznawaniem naprawdę się rozkoszowałam. 
"Wielki chłód" to jednak nie tylko świetny kryminał, ale także bardzo udana powieść psychologiczna i historia tworzenia się więzi między synem i ojcem, który dotąd był tylko "ojcem weekendowym". Do tego jeszcze należy dodać świetnie skonstruowaną, uzasadnioną i zrozumiałą dla czytelnika nienawiść wypływającą z zazdrości i poczucia zdrad, jaka jest udziałem trójkąta Janusz-Anna-Dorota (siostra Anny). Te emocjonalne aspekty opowieści są niezmiernie ważne dla całej fabuły.
Poza tym, że częściowo narracja jest pierwszoosobowa, a czasami trzecioosobowa – w zależności od tego, w której rzeczywistości znajduje się czytelnik – bardzo ciekawe okazało się użycie nawiasów. Ogólnie rzecz biorąc jestem zagorzałą przeciwniczką korzystania z dobrodziejstwa tego znaku w tekstach literackich. Preferuję myślniki. Tym bardziej więc zdziwiło mnie, że nawiasy umieszczane przez Autorkę z wielką namiętnością – bo jakże inaczej to nazwać – nie tylko mi nie przeszkadzały, ale znajdowały uzasadnienie i tworzyły dodatkowy klimat, którego nie stworzyłyby myślniki.
Książka jest rewelacyjnie wydana, zarówno pod względem korektorskim, jak i redakcyjnym. Do tego jeszcze ta niesamowita, magiczna wręcz – a przecież właściwie tak zwyczajna – okładka. Same plusy. Jeśli zaś ktoś lubi Sin City... Cóż, bywały takie chwile, że czułam ten sam klimat czytając "Wielki chłód". Jest to książka, którą po prostu trzeba przeczytać.
 
 
 
 
 
 
 
Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Zysk i S-ka