Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

piątek, 22 listopada 2013

Słowem fotografowane – Janusz Guttner

Wydawnictwo: Sowa
Warszawa 2013
Oprawa: Miękka
Liczba stron: 132
ISBN: 978-83-64033-29-2





Dziś bardzo niestandardowo. Po pierwsze – w większości poezja. Po drugie – zacznę od okładki. 
Mam słabość do maszyn do pisania. W domu moich Rodziców stoi jedna – ta, na której pisałam moje pierwsze opowiadania i "powieści". Do dzisiaj mój Tata z niej korzysta. U mnie w piwnicy stoi druga – odziedziczona, stara, zniszczona, wymagająca dogłębnej renowacji i odrdzewienia. Marzę, by się tym zająć, ale wciąż brakuje czasu. A może... może powinnam się na chwile zatrzymać w tym codziennym biegu, tak, jak zatrzymywałam się nad stronami tego tomu... Zatrzymać się, założyć zniszczone ciuchy i w końcu znaleźć chwilę dla mojej biednej, zardzewiałej maszyny do pisania?
Nigdy nie miałam aparatu Leica, choć związane są z nim dobre wspomnienia pewnej lektury sprzed kilku lat...
Maszyna i aparat fotograficzny na okładce tytułu "Słowem fotografowane"? Czy może być coś bardziej genialnego, przewrotnego i zarazem prawdziwego? Nie wiem, ale jeśli tak, to najwidoczniej moja wyobraźnia jest kiepska, bo wydaje mi się, że to już szczyt fantazji. Naprawdę wyśmienity pomysł. Choć może nie o to Autorowi chodziło w jego tomiku poezji, próz i prózek. Choć właściwie sam te okładkę zaprojektował, więc wiedział doskonale, co będzie do jego tekstów pasować najlepiej...
Tomik niewielkich rozmiarów, a i stron ma niezbyt dużo, a jednak urzeka i to już od samego początku. Drugi wiersz, "Igraszki czasu", powala na kolana i daje nam poznać, że mamy do czynienia z niebywale inteligentnym człowiekiem, który dużo już sobie w życiu przemyślał, a na dodatek... umie te swoje ważne przemyślenia pięknie ubrać w słowa. Czy jest coraz lepiej? Trudno powiedzieć. Są, oczywiście teksty lepsze i słabsze. Nikt nie pisze wszystkiego dobrze. Są teksty trudne, dające do myślenia, są teksty zabawne, ot, choćby "Antycznie". nie sposób obojętnie przejść obok "Rozmowy z ojcem", nie można do niej nie wrócić, by raz jeszcze dokładnie wczytać się w ten dialog, a może jednak monolog, gdy pozna się już zakończenie.
Równie celne obserwacje życia można poznać po prozach Guttnera. Tu na moich faworytów wyrosły teksty: "Pisarz", "Młoda para" i napisane po angielsku "And so it was".
Guttner bawi się słowem, opisując sytuacje, które pojawiły się gdzieś, kiedyś, w życiu. Są to zarejestrowane, właśnie niby sfotografowane słowem obrazy, myśli, wydarzenia, rozmowy. Utrwalone w pięknej polszczyźnie (z wyjątkiem dwóch po angielsku, Autor bowiem od 1970 roku mieszka w Londynie). Korzysta z całego dobrobytu różnych stylizacji. Znajdziemy tu więc wiersz rymowany i wiersz biały. formy krótkie i dłuższe, niczym zalążki wierszowanych opowieści trubadurów.
Nostalgiczne, idealne na jesienne wieczory, pełne głębokich przemyśleń i postrzeżeń, przeplatają się z wesołymi, romantycznymi, czy nawet lekko ironicznymi. Teksty Guttnera urzekają tak pomysłem, jak i samym słowem. Rzeczywiście można je określić jako słowem fotografowane. Bardzo udany zbiór, który mogę z czystym sercem polecić, wiedząc, że to nie będą ani stracone pieniądze, ani – tym bardziej – stracony czas.
Zaczęłam od okładki, zakończę – tradycyjnie – na błędach. W wierszach trudno mówić o braku, czy nadużyciu znaków przestankowych, więc p"przyczepię" się jednej tylko sytuacji, kiedy to przecinek został użyty zdecydowanie o jedno słowo za wcześnie. Ponad to – bardzo udane wydanie. Proza – zdała mi się bezbłędna, co jest dość trudne, więc tym większy plus. Myślę, że jeszcze niejeden raz powrócę do tej lektury. Polecam zatem.



Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa SOWA

Krzyżowcy (t. 1 i 2) – Zofia Kossak (Kossak-Szczucka)

Wydawnictwo: PAX
Warszawa 1956
Oprawa: Twarda z obwolutą
Liczba stron: 459
Seria: Krzyżowcy, t. 1 i 2 z 4
ISBN: brak (nie wiem, dlaczego)




Na początek kilka słów o samej Autorce. Za Wikipedią podaję, że była bratanicą znanego polskiego malarza Wojciecha Kossaka, kuzynką satyryczki Magdaleny Samozwaniec i poetki Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, wnuczką Juliusza Kossaka. Dwukrotnie zamężna. Wielokrotnie nagradzana, współzałożycielka Żegoty (choć w okresie dwudziestolecia międzywojennego, co było zresztą powszechne w tym czasie w tych kręgach, uważała Żydów za "istotne i straszne niebezpieczeństwo"). W 1936 roku otrzymała Zloty Wawrzyn Akademii Polskiej Akademii Literatury – najważniejszej instytucji polskiej kultury okresu międzywojnia. Uhonorowana przynależnością do Rycerskiego i Szpitalnego Zakonu św. Łazarza z Jerozolimy, odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (1937r.). Z pewnością osobowość ciekawa i chętnie bym jeszcze trochę o niej napisała, choć to nie czas, ani miejsce. Odsyłam jednak do internetu, gdzie można znaleźć o Kossak-Szczuckiej wiele ciekawych informacji. 
Pisała dużo, ale najbardziej znanymi dziełami jej autorstwa są z pewnością "Król trędowaty", "Bez oręża", "Pożoga. Wspomnienia z Wołynia 1917-1919". Wszystkie one wydane w międzywojniu. Bez wątpienia jednak największą popularnością cieszą się właśnie "Krzyżowcy", tłumaczony na wiele języków czterotomowy cykl powieściowy.
Przechodząc zatem do sedna sprawy, a więc samej powieści, czy też dwóch pierwszych tomów "Krzyżowców", które (napisane w roku 1935) wydane przez PAX w 1956 roku zostały w taki właśnie sposób – dwa woluminy, w każdym dwa tomy...  Na początek trochę prywaty. Kossak – w domu mieliśmy kilka albumów Kossaków, Rodzice bardzo ich lubili, ja jako dzieciak się na nich wychowywałam. Stąd nazwisko obce mi nie było. Kossak-Szczucka? Gdzieś na półce stał przez lata "Król trędowaty", którego mój Brat dostał z jakiejś okazji w prezencie. Nikt go nie czytał, byliśmy dzieciakami,nie zwracaliśmy uwagi, tytuł raczej odpychał. Mijały lata. Wiedziałam, że taka pisarka, jak Kossak-Szczucka istniała, a jakże. Nic więcej o niej jednak. Aż jakieś trzy lata temu usłyszałam, że warto przeczytać "Krzyżowców" jej autorstwa. Ok, usłyszałam, zapamiętałam na jakiś czas, zapomniałam. jednak od tego czasu ten tytuł wracał w różnych sytuacjach, w różnych rozmowach, z różnymi osobami. Kiedy więc w końcu, w wakacje, ujrzałam na półce Znajomego (dziękuję, Marku) "Krzyżowców"... pożyczyłam. Wróciłam do domu, zaczęłam czytać. W lipcu "przebrnęłam" przez jakieś 75 stron i odłożyłam "na później". Dlaczego? Przecież nie było nudne. Nie było brzydkie. Było... ciężkie. Choć ciekawe, choć świat opisany przez Kossakową od razu mi się spodobał, bo był taki nasz, swojski, polski, chociaż śląski, ale nasz... świat, w którym chrześcijaństwo tak pięknie współistniało z pogańskimi wierzeniami dawnych Słowian. Świat, który chciałabym lepiej poznać. I język taki piękny, kwiecisty, taki typowo polski, jak za dawnych lat. podobało mi się, a jednak nie mogłam dalej. Bo chociaż opisy piękne, zwyczajów mnóstwo i cała ta warstwa opisowa taka urocza, to niewiele się tam działo, a zanim się wczułam w nastrój to już musiałam książkę odkładać.
"Krzyżowcy" do łatwych i lekkich lektur nie należą. Język, którym pisze Autorka jest przepiękny, a jednak potrzebuję około pięciu stron, żeby się wczuć i móc dalej czytać z przyjemnością. Odkryłam to teraz, w listopadzie, gdy do powieści powróciłam. Nie żałuję tego powrotu, wręcz przeciwnie. Ciesze się niezmiernie, że nadszedł koniec roku, który zawsze mobilizuje mnie do skończenia "nadgryzionych" lektur, które czekały na lepsze dni, lepszy humor, więcej czasu itd.
O czym jednak są "Krzyżowcy", a przynajmniej te dwa tomy, które już za mną (o dwóch kolejnych napisze pewnie dopiero w początkach przyszłego roku)?
Zaczynamy w roku 1095, na Śląsku. Dwunastu rycerzy postanawia wyruszyć na Węgry, gdzie dołączają się do królewskiego poselstwa udającego się do papieża. Jeszcze w domu rodzi się jednemu z nich syn, a te narodziny są nie tylko okazją do świętowania, ale dla nas także szansa poznania ówczesnych zwyczajów związanych z ciążą, porodem i wychowaniem niemowlaka. Mamy możliwość zobaczyć, jak wyglądają stosunki w domach rycerskich, kto i co ma tak naprawdę do powiedzenia i jak to możliwe, że "dobrzy rycerze śląscy", chrześcijańscy wojownicy, wierzący w Pana Naszego Jezusa Chrystusa obawiają się słowiańskich demonów, a ich rodowym herbem jest... strzyga. Kossak rzeczywiście popisała się na początku erudycją i warto te część (choć mi sprawiła tyle trudu) przeczytać, by lepiej poznać ówczesne zwyczaje panujące na ziemiach dawnych Piastów.
Jak już wspomniałam, rycerze udają się z poselstwem do papieża, na swej drodze napotykając wiele europejskiego rycerstwa zdążającego do Clermont, gdzie papież Urban II ogłasza pierwsza krucjatę. To zderzenie śląskich rycerzy z "europejskimi", z inną kulturą, wielkim światem zmieni ich na zawsze, choć w wielu wypadkach moglibyśmy się spodziewać znaczniejszych zmian. 
Pierwszy tom kończy się w chwili, zanim rycerstwo ruszy. Jednak przed nimi, z wyprzedzeniem, wyrwała się ludność na czele z Piotrem Eremitą i Walterem bez Mienia. Och, nie skończy się to dobrze, ponieważ wśród krzyżowców nie tylko pasowani, szlachetni i honorowi rycerze, ale również ich służba, pospólstwo, drobniejsze rycerstwo, chłopi, rzezimieszki maści wszelakiej, księża, damy i kobiety lekkich obyczajów. Część idzie odbić Grób Chrystusowy z rąk plugawych Saracenów, inni dla zdobycia złota i klejnotów, inni jeszcze, by rabować, palić i gwałcić. Tak różne są powody, by ruszyć do walki o Jeruzalem, jak różni są ludzie. Wiele krwi się przeleje, zanim – w drugim tomie – dotrą do Konstantynopola, a następnie do, zagarniętej kilkanaście lat wcześniej, Nicei.
Tom drugi to już przede wszystkim spojrzenie na różne kultury. Różne? O, tak. Czasem może się nawet wydać, że Saraceni są bliżsi Latynom, niż Bizantyjczycy! Ci ostatni bowiem na zbyt wielką swobodę pozwalają swym kobietom, które nie tylko czytają i piszą, ale i dyskutują na tematy dotyczące polityki i władzy. Och, jakże to może zdziwić i zezłościć niektórych "Europejczyków". "Fides Graeca" (taki tytuł nosi drugi tom, a znaczy to tyle, co wierność grecka) to świetnie napisane, bardzo dobrze skonstruowane studium socjologiczno-psychologiczne, przy czym tom ten jest pełen zdrad, emocji i zwrotów akcji, których nie sposób przewidzieć. Jest zdecydowanie lepszy od pierwszego (tytuł pierwszego tomu – "Bóg tak chce!"). portrety psychologiczne głównych bohaterów, choć jest ich doprawdy wiele, są nie tylko dobrze nakreślone, ale pogłębione, logiczne i... bardzo naturalne. oczywiście dla ludzi, którzy żyli w XI wieku. To, jak na mieszkańców Konstantynopola spoglądali Latynowie, Frankowie i choćby Ślązacy. To, za kogo ich mieli Bizantyjczycy. To, jak wszyscy oni postrzegali wyznawców Mahometa, i jak Arabowie widzieli krzyżowców. Spotkanie kultur obdarte z całej mitologicznej bajkowości, z magii. proza życia, które było ciężkie i dla wielu kończyło się zdecydowanie za wcześnie, jak na dzisiejsze nasze standardy.
Można by się pokusić o nazwanie "Krzyżowców" kroniką tamtych dni. Choć nie do końca, bo kroniki maja o do siebie, że nie tylko upiększają wydarzenia powodowane wzniosłymi celami, ale i są bardzo subiektywne. Powieść Kossakowej zdaje się być obiektywna, na tyle, na ile to tylko możliwe. Żaden z bohaterów nie jest do końca czysty i niewinny, żaden tez nie jest diabłem wcielonym, nawet jeśli sam się za takowego ma. Przede wszystkim zaś nikt nie jest dobry albo zły tylko i wyłącznie dlatego, że należy do konkretnego obozu, że stoi po tej, a nie po tamtej stronie barykady. Tego w kronikach rycerskich nie znajdziemy. Tam wszystko jest białe, albo czarne, taki etos rycerski, z którym Autorka polemizuje niemal na każdej stronicy swego Dzieła.
Jedynie szkoda tylko, że od chwili, gdy formuje się krucjata, śląscy rycerze tak niewiele już znaczą, tak niewiele mówią, niewiele robią, tak rzadko pojawiają się na czytanych stronach. Pozostaje mieć nadzieję, że w kolejnych dwóch tomach odzyskamy "swoich", przede wszystkim zaś Imbrana Strzegonia, który zdaje się jedyną postacią, którą Kossakowa chyba naprawdę lubiła i chciała pokazać jako człowieka wybiegającego przed swój czas, otwartego na świat i jego nowości, tak innego od braci i społeczeństwa, w którym się wychował. Cóż, trudno o nim jednak teraz rozprawiać, kiedy de facto jest się dopiero w połowie historii.
Na oczach naszych bohaterów, świat się zmienia. trzęsie się w posadach. nic już nigdy nie będzie takie, jak wcześniej. Krucjata zmieni oblicze Europy i Ziemi Świętej w sposób, jakiego Urban II ani Piotr Eremita nie mogli w żadnym razie przewidzieć. Zmieni także każdego biorącego w niej udział krzyżowca i to właśnie tę zmianę przyjdzie nam tu obserwować i ona (a raczej one) zdaje się być najważniejsza.
Nie zapominajmy również, ze "Krzyżowców" pisała Kossakowa w latach trzydziestych XX stulecia, w chwili, gdy Wielka wojna była jeszcze żywym wspomnieniem większości społeczeństwa. I ten kontekst należy mieć na uwadze, czytając o losach pierwszej krucjaty.
Na zakończenie jeszcze dodam, że książka jest bardzo dobrze zredagowana, PAX musiał mieć świetną, wybitną i bardzo pracowitą korektę. Nie udało mi się znaleźć ani jednego błędu literowego co jest naprawdę niespotykane, szczególnie w nowych wydawnictwach. Myślę, że powinny brać przykład z tego wydania.
Warto tu również zwrócić uwagę - już jako rzeczywiście ostatnie słowo (choć pewnie i po 3 i 4 tomie o tym wspomnę), że choć pod innymi tytułami, zarówno "Król trędowaty", jak i "Bez oręża" są swoistą kontynuacją cyklu dotyczącego krucjat. Szkoda, że powieści Kossakowej są dzisiaj raczej zapomniane (choć może się mylę i jedynie ja się z nimi wcześniej nie spotkałam, choć to trochę trudne, bo zawsze wiele czytałam i podchwytywałam różne tytuły z rozmów osób mnie otaczających)...

czwartek, 21 listopada 2013

Czas honoru – Jarosław Sokół

Wydawnictwo: Zwierciadło
Warszawa 2012
Oprawa: Miękka
Liczba stron: 399
Seria: Czas honoru, tom I
ISBN: 978-83-63014-17-9






Jako rzekłam, tak się stało. Obiecałam Wam wkrótce recenzję "Czasu honoru" – oto ona.
Zaczynając od początku – choć myślę, że przynajmniej zdecydowana większość Polaków zdaje sobie z tego sprawę – książka powstała na bazie serialu telewizyjnego o tym samym tytule, a jej autorem jest jeden ze scenarzystów tegoż serialu.Właśnie zakończyła się VI seria (w TV ostatni odcinek nadany zostanie w najbliższa niedzielę, choć w sieci dostępny jest już od poniedziałku i wielu wielbicieli już go obejrzało). Zapowiedź głosi, że i kolejna nas jeszcze czeka, choć ma być retrospekcją dotyczącą powstania warszawskiego, czyli dziać się gdzieś pomiędzy serią IV a V. Dość jednak o serialu (jednego z 3 moich ulubionych ever), wróćmy do książki.
Powieść skupia się na losach czwórki młodych ludzi, choć trudno powiedzieć, że jest tylko o nich. nikt z nas bowiem nie jest samotną wyspą – każdy ma rodzinę, przyjaciół, sąsiadów, znajomych itd. Tak więc poza Bronkiem Woyciechowskim, Jankiem Markiewiczem oraz Michałem i Władkiem Konarskimi na stronicach powieści przeczytamy również wojenne (i nie tylko) dzieje ich najbliższych oraz kilku zupełnie przypadkowych osób, które w mniejszym, czy większym stopniu wpłynęły na ich życie.
Każdy z głównej czwórki chłopaków (czy też młodych mężczyzn, bo – choć fani serialu mogą tego nie dostrzec, patrząc na aktorów – różnice w wieku sięgają nawet 7-8 lat) jest inny. Bronek to szlachcic z Dobrzan, którego ojciec, dla ratowania majątku, kolaboruje z Niemcami. Janek, chłopak z Pragi, pracuje w zakładzie fotograficznym i marzy o studiowaniu architektury. Michał i Władek pochodzą z inteligenckiej rodziny. ich matka jest znanym w Warszawie (i nie tylko) lekarzem, ojciec to zawodowy żołnierz. Jednak bracia różnią się charakterami. Michał kocha kobiety, nie chce się dalej uczyć, chce poznawać smak życia. Władek, jako zdyscyplinowany żołnierz, świetny bokser, zupełnie inaczej podchodzi do wielu spraw. Bohaterów łączy jednak tak wiele, jak i dzieli. Gdy wybucha wojna, każdy z nich w taki, czy inny sposób rwie się do walki, każdy marzy o zabijaniu Niemców, o zdobywaniu wolności, o polskim honorze, o przelewanej polskiej krwi. Przyjdzie im jednak czekać kilka dobrych lat, zanim – jako "skoczkowie z Anglii" znów staną na tej ukochanej polskiej ziemi. Zanim to jednak nastąpi...
Kto nie oglądał serialu, z pewnością teraz po niego sięgnie. Kto oglądał, na pewno się nie zawiedzie. Autor wprowadził kilka drobnych zmian w stosunku do tego, co działo się na ekranie. Zmian rzeczywiście niewielkich, ale dzięki nim do końca książki nie wiemy, jak potoczą się losy bohaterów. Bo przecież, skoro zmienił jedno, mógł zmienić i co innego. Bardzo przebiegły, świetnie przemyślany trik. Gratuluje pomysłowości. Poza tym powieść nie ogranicza się jedynie do czasów wojennych. Wręcz przeciwnie. bardzo dużo dowiadujemy się o przedwojennych losach chłopaków, ale również i innych postaci. Sokół rewelacyjnie przedstawił Karola Ryżkowskiego, o którym w serialu dowiadujemy się niewiele, a i tak większośc tego, co wiemy, dotyczy czasów po upadku hitlerowskich niemiec. Dlatego też pokazanie jego "kariery" w latach trzydziestych jest bardzo ciekawe. Interesującym sposobem na przedstawienie życia w getcie jest równiez wprowadzenie narracji w postaci pamietnika Leny. Zawsze mam słabość do pamiętników i listów, w związku z czym jest to dla mnie dodatkowa wisienka na szczycie tego tortu.Wciągająca jest opowieść o wojennych losach Janka, zanim znalazł się w Anglii i poznał resztę "ekipy". W serialu nawet jeśli było coś wspomniane o tym, że przez kilka lat przebywał w niewoli u Sowietów (nie przypominam sobie, choć rzeczywiście pierwszą serię oglądałam kilka lat temu), a nawet był "gościem" w Małachówce. Wątek ten bardzo wzbogacił powieść.
Sokół pisze w sposób prosty, ale piękny zarazem. Nie używa wzniosłych haseł, przedstawia życie takim, jakim jest, czy też jakim było. Wzloty i upadki. Codzienność i święta. Któż z nas rozważa na tym, jakich słów poetyckich użyć, by opisać zapach polskiego pola? Kto zastanawia się, jakimi zwrotami przedstawić beznadzieję i nędzę? Nikt. nie robi tego i Sokół, a jednak zapach tego polskiego pola i słodkawy smród krwi na Szucha tak łatwo wyczuć, czytając "Czas honoru". Prostymi słowami opisuje skomplikowane czasy i próbuje nam udowodnić, że dla żyjących w owych dniach chłopaków i dziewczyn, kobiet i mężczyzn i dzieci dni te były rzeczywistością i teraźniejszością, że nie zawsze trzeba o nich mówić w sposób podniosły. Podniosłe były same waleczne czyny bohaterów. Ach, sama się zapędzam w kozi róg, zaczynaąc z tą podniosłością i górnolotnością.
Sami przeczytajcie, sami sprawdźcie, czy mam rację. Ja ze swojej strony polecam, zabieram się niedługo do kolejnego tomu, w nadziei, że trzeci uda mi się wygrać w jednym z konkursów, od których roi się na Facebooku, albo może dostanę go pod choinkę. 
Jeśli zaś chodzi o wydanie.Znalazłam jedynie dwa błędy, z czego jeden dotyczył źle użytego nazwiska. Na szczęście scena jest opisana tak plastycznie i dokładnie, że od razu wiadomo, kto rzeczywiście został postrzelony, a kto w ogóle w tym miejscu się nie znajdował. Mimo błędu więc, przekaz jest jasny. 
Książka ma trochę niecodzienny rozmiar – jest większa od klasycznych tytułów wydawanych w miękkiej oprawie, co może trochę utrudniać czytanie np. w podróży, czy w łóżku (jak ja czytałam), jednak dzięki temu nie jest typową cegłą, czyli małym i grubym tomiszczem. Dzięki temu, że wydrukowano ją na ładnym, dość grubym papierze w odcieniu kremu, czyta się ją tym przyjemniej, a oczy się nie męczą (duże litery).

środa, 13 listopada 2013

Falkon 2013


Za nami kolejny, ostatni już w tym roku, konwent. Z różnych powodów nie wybieramy się już nigdzie więcej, póki data w kalendarzu nie zmieni się na 2014. Zresztą nie ma się co dziwić – na kolejny roczek zaplanowaliśmy sześć konwentów, w tym dwa zagraniczne, a nad siódmym się jeszcze zastanawiamy…
Pierwszy duży plus dla Falkonu – brak kolejek. Akredytacja nie trwała nawet pięciu minut, a było nas równocześnie czworo. Rewelacja! Na dodatek – co już było wiadomo wcześniej – cały konwent odbywał się w jednym budynku, dzięki czemu nie traciło się tak wiele czasu na przemieszczanie pomiędzy salami, jak np. w czasie ostatniego Polconu. Pozwoliło to prelegentom na spokojne prowadzenie swoich punktów programu, uczestnikom na chwilę oddechu pomiędzy nimi, a także zaoszczędziło wiele pracy osobom „pracującym” w szatni. Naprawdę super!
To teraz – dla równowagi – minus. Największy minus całego konwentu… radiowęzeł, który w kółko przeszkadzał. Nadawano po kilka razy na godzinę te same informacje (nie powiem, ale te dotyczące Fireshow to już była przesada na maxa…), przeszkadzając tym wszystkim. Nie wiem, co właściwie organizatorzy chcieli osiągnąć. Nie sądzę, żeby z tego powodu na „reklamowanych” punktach programu pojawiało się więcej osób, natomiast przeszkadzało to zarówno prelegentom, jak i słuchaczom. Na dodatek nie informowano o tym, co rzeczywiście ważne – czyli zmianach programowych wynikających np. z niepojawienia się prowadzącego dany punkt. Jeśli już miał ten radiowęzeł mieć jakiś sens, to właśnie taki – informacyjny, a nie reklamowy. Niestety, patent zupełnie się nie sprawdził.
Przejdźmy do konkretnych punktów programu. Tu, jak zawsze, bardzo subiektywnie. Choćby dlatego, że nie mogłam być w wielu miejscach naraz, stąd opiszę jedynie te punkty, w których osobiście uczestniczyłam. Dodam również, że w poniedziałek już się nie pojawiłam – z wielu niezależnych powodów, co oznacza, że informacje dotyczą zaledwie trzech dni konwentowych.
Niestety, nie zdążyłam na 17:00 i musiałam sobie podarować spotkanie z Andrzejem Pilipiukiem. Bardzo żałuję, jednak trochę nam się chyba zapomniało, że piątek rozpoczynający długi weekend może być na drogach ciężki i droga zajęła nam niemalże dwukrotnie więcej czasu, niż się spodziewaliśmy. Rozpoczęłam więc Falkon 2013 (btw – mój pierwszy Falkon) od prelki dotyczącej religii w Sci-Fi. Postawiono sobie pytanie, czy są one motorem cywilizacji czy hamulcem postępu. Rozważania dotyczyły w zdecydowanej mierze różnych serii Star Treka (jestem wielką fanką, więc nie mam nic przeciwko). Ponadto pod lupą znalazły się takie seriale jak: Battlestar Galactica (znowu fanka), czy Andromeda (coś, co muszę jeszcze zbadać, ponieważ nie znam). Prowadzący naprawdę świetnie się przygotował i aż szkoda, że nie mógł mówić dalej i nie było czasu na dyskusję ze słuchaczami.
Tak się złożyło, że w piątek nie miałam więcej punktów programu, w związku z czym na zakończenie pochodziłam sobie po strefie wystawców, przyglądając się, co też przywieźli ze sobą. Oczywiście moje największe zainteresowanie wzbudziły książki, choć naprawdę starałam się ich unikać. Ostatecznie kupiłam tylko jedną. Chwała wydawnictwu Solaris za dwudziestozłotowe bony (tradycja konwentowa), dzięki którym zaopatrzyłam się w siódmy tom „Rakietowych szlaków”.
Sobota rozpoczęła się niezbyt fortunnie od prelekcji „Biust fantastyczny, stanik sadystyczny”. Nie chodzi absolutnie o to, że temat nudny, albo źle przedstawiony. Po prostu były spore problemy ze sprzętem i niestety nastąpiło w związku z tym niemal półgodzinne opóźnienie. Nie zawiniła tutaj prowadząca, ale… właściwie nie wiem, czy tylko sprzęt, czy również organizatorzy. Zostawmy więc to za sobą i przejdźmy dalej. Sama prelekcja była dość ciekawa, choć raczej nie skuszę się na powtórkę, jeśli byłaby taka okazja. Namówił mnie Mąż, ale to temat pozostający poza sferą moich zainteresowań :P
Na szczęście nie ominęło mnie kolejne spotkanie z Pilipiukiem. Jego przeciekawe opowieści wciągnęły, jak zwykle i ani się nie obejrzałam, a minęła godzina i czas się było zwijać. Zrobiłam całkiem sporo ciekawych notatek dotyczących postaci, o których jak na razie nigdy nie pisał (albo przynajmniej ja jeszcze tego nie czytałam).
Mój Michał poszedł następnie po autografy do Wielkiego Grafomana, ponieważ okazało się, że zostały nam jeszcze cztery woluminy bez jego podpisu, ja natomiast udałam się na Nieporadnik młodego autora. Ania Kańtoch i Agnieszka Hałas opowiadały o redakcji tekstów nadchodzących do Esensji oraz o tym, jakich tekstów nie przyjmują, dlaczego i co można w nich zmienić. Sporo praktycznych rad, chociaż muszę przyznać, że z niektórymi ich opiniami zupełnie nie mogłam się zgodzić. Mimo to jestem z tego punktu zadowolona.
Jedna z ciekawszych prelekcji (chociaż zdecydowana większość tych, w których uczestniczyłam była na bardzo wysokim poziomie) dotyczyła legendarnej postaci jednorożca na przestrzeni 2500 lat, kiedy to po raz pierwszy odnotowano wzmianki o tym stworzeniu (a przynajmniej zachowały się one do dnia dzisiejszego). Prowadzący poradził sobie z tym tematem na medal i nie wydaje mi się, by ktokolwiek wyszedł po tej godzinie niezadowolony, albo niedouczony. Świetna robota!
Po godzinnej przerwie udałam się dalej, by wysłuchać paru słów o marsjańskiej technologii i szalonych naukowcach w światach Edgara Rice’a Burroughsa. Wyszłam w połowie, ponieważ nie było w tym nic zabawnego. Prowadzący opowiedział całą niemalże powieść „Władca umysłu z Marsa” i bałam się, by nie zaczął robić tego samego z pozostałymi. Na szczęście tę przeczytałam w ostatnim miesiącu, więc niczego mi nie zaspoilerował, ale… Halo? Nie potrafię na poczekaniu powiedzieć, czy dałoby się ten temat poprowadzić w taki sposób, by jednak nie opowiadać za wiele, ale sadzę, że jeśli nie, to lepiej byłoby chyba w ogóle go nie ruszać. Szkoda, bo zapowiadał się bardzo ciekawie i widać było, że prelegent jest świetnie przygotowany merytorycznie, ale, niestety, nie tędy droga…
Przez kolejną godzinę słuchałam o Wolsungu. Kupiłam Michałowi na imieniny planszówkę i miałam nadzieję, że uda mi się zadać kilka pytań, jako że jeszcze nie graliśmy. Niestety nie starczyło na to czasu, a spotkanie dotyczyło jednak klasycznej wersji, czyli RPG, a na tym się zupełnie nie znam. Mimo wszystko jednak nie uważam tej godziny za straconą, ponieważ spotkanie było poprowadzone bardzo zgrabnie i dowiedziałam się kilku ciekawostek ze świata.
Rewelacyjnie poprowadzona prelekcja dotycząca „Mgieł Avalonu” to jeden z najlepszych punktów programu. Porównanie powieści Marrion Zimmer Bradley do klasycznych legend arturiańskich wypadło nadzwyczaj dobrze, również dzięki Toperz – siedzącej na Sali dziewczynie, która właśnie obroniła tytuł magistra z… Merlina! Fantastyczne dyskusje, mnóstwo wiedzy oraz podsumowanie – nic nie jest takie oczywiste, jak się może wydawać. Choć przecież wiadomo, że legend o królu Arturze jest tyle, co autorów… okazuje się jednak, że wiele jeszcze nie wiemy.
Na dworze było już ciemno, kiedy Jacek Komuda zaczął dawać rady młodym autorom. Bez bicia przyznaję, że dotychczas nie czytałam nic jego autorstwa (choć na wiosnę może się to zmienić, ponieważ planuje bardzo ciekawą pozycję, o której niżej). Mówił sam od siebie i odpowiadał na pytania z widowni. Niektóre rady na długo zapadną mi w pamięć. Szczególnie jedna z nich, którą odebrałam bardzo personalnie.
Mentaci, wiedźmy i Przyprawa, czyli o tym, dlaczego Diuna jest lepsza od Star Wars i Star Treka… Jedyny minus tej godziny to to, że… trwała zaledwie godzinę. Chętnie zostałabym dłużej, chętnie jeszcze więcej podyskutowała o Diunie i o tym, jak mógłby się rozwinąć diunowy fandom. Musiałam się jednak zwijać ponieważ… o godzinie 20:00 rozpoczynało się spotkanie z Kevinem J. Andersonem.
No to spotkanie, a następnie autografy. O tym, że to swojski i bardzo miły człowiek wiedziałam już przynajmniej od czwartku, kiedy to gościł w naszym domu na kolacji. Mimo to nie zdążyłam zadać mu wszystkich pytań, poza tym wiedziałam, że będą także pytania od innych osób, które mogą okazać się bardzo ciekawe. Tak też się stało, mimo że spotkanie było po angielsku (bez tłumacza). Trochę się obawiałam, czy ludzie znajdą odwagę, by się pytać po angielsku, ale na szczęście pierwsze lody zostały przełamane, a Kevin bardzo chętnie odpowiadał na każdy temat.
Równie udana była ostatnia godzina, czyli autografy. Pojawiło się całkiem sporo osób, więcej niż na spotkaniu. Właściwie nie ma się co dziwić – spotkanie nie było tłumaczone, a w niedzielnym planie było takie po polsku, więc z pewnością można się było spodziewać większej ilości słuchaczy na sali w niedzielę, a to, że ktoś nie był na spotkaniu nie oznacza przecież, że nie może przyjść po autograf. W każdym razie - bardzo miłe zakończenie dnia.
W niedzielę nie zdążyłam (z mojej winy, ponieważ po mszy na drugim końcu Lublina, na którą wybrałam się pieszo, poszłam jeszcze zobaczyć Stare Miasto i jakoś tak czas szybko uciekał…) na pierwszy zaplanowany punkt programu, w związku z czym nie miałam okazji posłuchać o nazistach i początkach Niemiec. Szkoda, może następnym razem.
W samo południe kolejne spotkanie z Kevinem, tym razem dwugodzinne i z tłumaczką. Ani się nie spostrzegłam, jak minął czas i trzeba było już iść. Oczywiście po kolejne autografy i zdjęcia z Autorem. Bardzo się cieszę z tych spotkań i mam nadzieję, że Kevin jeszcze odwiedzi w najbliższych latach nasz kraj.
Anioły i demony w kulturze masowej to kolejna świetna prelekcja Cathii. Niestety trochę się zawiodłam jej podejściem do serialu Battlestar Galactica. Nie można było zrobić już nic gorszego, niż pokazać zakończenie ostatniego odcinka. Podsumowując – wszystko pięknie i bardzo mi się podobało, ale z BSG Cathia dała dupy…
Bardzo żałuję, że nie odbyło się spotkanie dotyczące językowych kombinacji w tłumaczeniu Metro 2033. Tłumacz nie dotarł i musiałam się obejść smakiem. Szkoda, ponieważ to mogło być bardzo ciekawe i kształcące. I znów – radiowęzeł się nie spisał, ponieważ nikt o tym nikogo nie poinformował. Na dodatek w tym czasie odbyła się prelekcja, która miała być godzinę później, co już jest w ogóle kuriozum, ponieważ z braku informacji osoby, które chciały wziąć w niej udział o godzinie 17:00, nie wiedziały, ze zaczęła się godzinę wcześniej. Spory minus dla organizatorów. Pozostaje mi jedynie cieszyć się, że mnie to nie dotknęło osobiście.
W bloku popularno-naukowym rozważaliśmy dlaczego nie ma smoków. Trochę ta prelekcja różniła się od tego, czego oczekiwałam, ale muszę przyznać, że dobrze się stało. Wiedza, którą przekazał prowadzący jest bezcenna, a z pewnością sama bym do niej nie dotarła. Ciekawie jednak wyglądały dzieciaki w wieku na oko gimnazjalnym, które wychodziły, kiedy się spostrzegły, że zamiast oglądania grafik smoków, będziemy rozmawiać o rozkładzie białek i ewolucji oka. Bezcenne!
Lublin fantastyczny legendarny i duchowo skarbowy – źle się czułam i niestety musiałam wyjść po jakichś dwudziestu minutach, więc ciężko mi się tu wypowiadać. Pozostawię więc bez komentarza.
Na 19:00 miałam zaplanowaną przerwę, ale jako, że odpoczęłam chwilę wcześniej, dałam się namówić na pójście z całą ekipą na prelekcję Czy Roddenberry czytywał Tolkiena. Rozważania o tym, czy Wolkanie się podobni do Elfów zaowocowały nie tylko ciekawymi dyskusjami na Falkonie, ale również i po. Chyba do drugiej w nocy kontynuowaliśmy temat, choć bardziej pod kątem językowym, jako że w czasie dyskusji na Sali wywiązał się niewielki spór na temat tego, czy należy mówić elfy czy elfowie. Zresztą mam w planach napisać o tym krótki tekst w niedługim czasie, dowiedziecie się więc dokładniej, w czym rzecz.
Polacy na Kremlu to z kolei tytuł spotkania autorskiego z Jackiem Komudą. Nie będę się powtarzać, zdradzę natomiast obiecaną wcześniej informację na temat planów wydawniczych na wiosnę.  2014. Otóż ma się ukazać zbiór opowiadań dotyczących ważnych dat w historii Polski. Myślę, że będzie to bardzo ciekawa pozycja i warto się z nią zapoznać. Poza tym na spotkaniu rozmowy dotyczyły zarówno planów wydawniczych, jak i różnych historii zawartych w wydanych już książkach Autora.
Na zakończenie niedzieli, a dla mnie również całego konwentu, warsztaty literackie z Esensją. Hmmm.. To już chyba nie ta pora, nie ta godzina, nie ten dzień. Ania Kańtoch i Agnieszka Hałas też nie bardzo panowały nad salą, ponieważ nie można robić tak (znów moje subiektywne zdanie), że daje się ludziom na napisanie czegoś powiedzmy 10 minut,  w tym czasie pozwala się cały czas na rozmowy i bierze w nich udział. Jeden z uczestników po minucie zaczął opowiadać swój pomysł na opowiadanie, co bardzo utrudniało pozostałym pracę. Ja zupełnie nie mogłam się skupić, kiedy na sali mówiły dwie, trzy osoby równocześnie. Szkoda. Chociaż postaram się napisać tekst, nad którym pracowałam i wysłać do redakcji. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Na zakończenie podziękowania. Wszystkim, którzy pracowali nad programem. Organizatorom, którzy rewelacyjnie sobie ze wszystkim radzili. Pierwszy raz nie było kolejkonu. Nie brakowało papieru toaletowego. Nie wiem, jak to zrobili, ale nawet kolejki do toalety były niezbyt długie. Bardzo udana organizacja. Sale dopasowane wielkością do prelekcji, które miały się w nich odbywać. W ogóle świetna miejscówka. Naprawdę organizacja na medal!
Kevinowi – za to, że zaszczycił nas swoją obecnością i okazał się takim fantastycznym człowiekiem. Wojtkowi za ciekawe rozmowy na stoisku. Legionowi za pomysły dotyczące diunowego fandomu. Teodorowi – za nocleg, pyszne wino aroniowe, spacer po lubelskiej starówce i niezapomniany poniedziałek w kuźni. Martynie i Bartoszowi za podróż i długie nocne rozmowy. Kwisatzowi – za to, że mnie namówił na ten wyjazd. Kogoś zapomniałam? Z pewnością tak. Przepraszam. Dziękuję wszystkim serdecznie!

wtorek, 12 listopada 2013

Hellhole – Brian Herbert, Kevin J. Anderson

Wydawnictwo: TOR
New York 2011
Oprawa: miękka
Liczba stron: 677
Język: angielski (oryginalny)
Seria: Hellhole, tom I
ISBN: 978-0-7653-6258-2


Na początek poczuwam się do odpowiedzialności, by uprzedzić Was, że recenzowanej książki nie znajdziecie – przynajmniej na razie – na polskim rynku, ponieważ nie została jeszcze przetłumaczona na język polski. Niestety nic też nie słychać o planach zmierzających do zmiany tego stanu rzeczy, choć nie tracę nadziei (szczególnie, że Kevin J. Anderson był właśnie na XIV Festiwalu Fantastyki Falkon w Lublinie). Tymczasem po angielsku można przeczytać już dwa tomy trylogii, prawdopodobnie znajdziecie również tłumaczenie na kilka innych języków, szczególnie pierwszego z nich.
Kolejna, po sadze osadzonej w świecie Diuny, powieść autorstwa Briana Herberta i Kevina J. Andersona wypada bardzo dobrze. Ciekawemu konceptowi świata towarzyszą nietuzinkowe postaci, wartka akcja, nieoczekiwane jej zwroty oraz liczne intrygi i tajemniczy kosmici. Wszystko to zapowiada się świetnie i w pierwszym tomie rzeczywiście czytelnik się nie zawiedzie. Co będzie dalej? Trudno powiedzieć, choć ja już nie mogę się doczekać, kiedy książka do mnie dotrze (na razie posiadam, czy raczej mój Mąż posiada, jedynie wersję w języku... Braille'a).
Zastajemy świat w piętnaście lat po wielkiej rebelii generała Adolphusa (ok, w  prologu widzimy tę ostatnią bitwę, którą "przegrywa"). Konstelacja (gwoli wyjaśnienia, imion nie odmieniam na polski, bo gdybym nawet kiedyś dostała tę powieść do tłumaczenia – o czym nieskrycie marzę – to bym ich nie spolszczała, ale niektóre nazwy będą bardziej po polsku, niż w anglojęzycznej powieści; to może trochę denerwować, ale jakoś muszę sobie poradzić, skoro recenzuję książkę z oryginału) w dużym stopniu otrząsnęła się i wróciła do status quo ante. Jednakże generał, wygnany na planetę Hellholme (nazwę jej nadano dla upamiętnienia dowódcy Konstelacji, który Adolphusa pokonał) nie zamierza odpuścić. Długoterminowy plan oderwania planet należących do Deep Zone (czyli Głębokiej, Ciemnej Strefy – jednym słowem strefy odległej i na obrzeżach znanego świata) spod władzy znienawidzonej Diadem Michelli. Niedługo ma nastąpić D-Day, a wraz z nim wolność dla setek tysięcy mieszkańców, którzy są eksploatowani przez bogatych, zapatrzonych w siebie, próżnych i knujących na każdym kroku wielmożów z Konstelacji (te główne, bogate planety nazywane są w powieści Crown Jewels, czyli Klejnoty Koronne).
Hellhole... Piekielna dziura... Zaledwie 500 lat temu uderzył w nią asteroid, zabijając całą wegetację, niszcząc wszystko na swej drodze. Planeta, na którą przybywają jedynie najbardziej zdesperowani koloniści. Ludzie nie mający przyszłości, zbrodniarze, sekty religijne, uciekinierzy. Choć niektórzy z nich, a nawet wielu, ma dobre serca i pragnie odkupienia przez ciężką pracę, której wymaga życie na tej planecie pustoszonej każdego dnia przez przerażające burze, huragany, tornada, trzęsienia ziemi i wybuchy wulkaniczne. To miejsce pełne niepożądanych wyrzutków i szarlatanów różnej maści. Tak przynajmniej postrzega ją Diadem Michella Duchenet, obecna władczyni znanego wszechświata. Nie należy jednak nie doceniać Tiberiusa Maximiliana Adolphusa. Można się bowiem bardzo zdziwić.
Jednakże "Hellhole" to nie tylko opowieść o tym, jak z tak paskudnego miejsca uczynić przystań dla wszystkich szukających ucieczki przed skorumpowaniem, dla tych, którzy potrzebują carte blanche. To także piękne i bogate planety Klejnotów Koronnych, królewskie i dworskie intrygi, zapomniani szlachcice, wielki intergalaktyczny romans, który doprowadzi do wielkiego skandalu i śmierci, odkrycie dawno wymarłej kosmicznej cywilizacji, która kiedyś zamieszkiwała planetę, a która odradza się nagle i niespodziewanie przy pomocy chętnych do współpracy ludzi. Wiele tajemnic i cały czas ten niesamowity dreszczyk emocji. Bo choć możemy się spodziewać, że główni bohaterowie nieszybko opuszczą stronice i raczej dotrwają do końca (wszakże to nie brytyjski serial kryminalny, ani "Game of Thrones"), to non stop nurtują pytania: "czy kosmici nie zdradzą?", "czy generałowi uda się utrzymać D-Day w tajemnicy aż do ostatniej chwili?", "czy Ishop Heer zemści się za upadek swych przodków?" itd. Najważniejsze są jednak postaci. Trzeba przyznać, że ich kreacja wyszła parze Autorów wyśmienicie i za to najbardziej ich cenię. Bo owszem, historia porywa, ale choćby pomysł, by generał Adolphus był podobny do Napoleona (z cech, niekoniecznie o wygląd chodzi), a jego posiadłość nazywała się Elba to już genialne, nie tylko dlatego, że mam słabość do Bonapartego. Główni bohaterowie są nakreśleni z wielką pieczołowitością, ich psychika, ich zachowania, motywacje, wszystko dokładnie przemyślane i dobrze opisane. Jedynie Xayanie pozostają zagadką – i dobrze. nie wyobrażam sobie, byśmy się mieli o nich dowiedzieć wszystkiego już w pierwszym tomie trylogii. Wszakże to kosmici!
"Hellhole" to doprawdy imponująca, fenomenalna historia bawiąca czytelnika zarówno akcją, kreacją postaci, jak i niekiedy lekkim mrugnięciem okiem do tych, którzy znają historię.
Piękna okładka autorstwa Stephena Youlla znakomicie wpisuje się w klimat powieści. Książka jest wydana bardzo ładnie i na dodatek nie znalazłam w niej jakichś większych błędów, ot, kilka drobnych literówek na przestrzeni 650 stron to doprawdy świetny wynik.
Poza tym bardzo przydają się dodatki umieszczone na końcu książki: listy planet oraz artykuł o sieci trasach strunowych (stringline network), która pozwala podróżować pomiędzy rozrzuconymi planetami Konstelacji.
Na zakończenie natomiast czekała niespodzianka od Autorów – fragment powieści "Sisterhood of Dune", która została przetłumaczona na polski i wydana przez Dom Wydawniczy Rebis już jesienią 2012 roku ("Zgromadzenie żeńskie z Diuny").
Polecam "Hellhole" każdemu, kto wystarczająco dobrze włada językiem angielskim – bardzo, bardzo udana powieść.

wtorek, 5 listopada 2013

Dziurawy kajak i Boże Miłosierdzie – Jan Grzegorczyk

Wydawnictwo: W Drodze
Poznań 2006
Oprawa: miękka
Liczba stron: 400
ISBN: 978-83-7033-591-8


Moja piąta książka Grzegorczyka w ciągu ostatniego półrocza... chyba już to coś mówi o tym, czy Autor przypadł mi do gustu. A raczej o tym, że jego książki bardzo mi do gustu przypadły. Choć jak dotąd miałam okazję czytać jedynie te groserowe i właściwie nie wiedziałam, za co się zabieram, kiedy zaczynałam "Dziurawy kajak i Boże Miłosierdzie".
Świetną rekomendacją tej książki są słowa Ojca Jana Góry OP:
Ta książka mną zawładnęła. Opowieść Jana Grzegorczyka jest pełna cudów. Ale przecież nie wyssał ich z palca. (…). Zastanawiam się, jak to zrobił, że historie, które zwykle padają łupem teologów lub kościelnych historyków albo przygniecione zostają tonami definicji i przypisów, opisał w taki sposób, że czyta się je z zapartym tchem. Z jednej strony teologia i mistyka, z drugiej biografia świętych, która nie jest lukrowaną hagiografią; a wreszcie zakrawająca na kryminał historia konfliktów po ludzku nierozwiązywalnych.
Myślę, że aby te “faustynowe” historie przybliżyć dzisiejszemu czytelnikowi, trzeba było właśnie jego wrażliwości, ale i sceptycyzmu. Napisał je z miłością, a jednocześnie tam, gdzie trzeba było, z humorem i dystansem. I znakami zapytania.
Doprawdy jest to książka pełna cudów. Na dodatek czyta się ją z zapartym tchem i ciężko się od niej oderwać. Należy do tej grupy, która chodzi za człowiekiem w kółko i kiedy tylko się ją odkłada, chce się natychmiast wrócić. Bo choć w "Dziurawym kajaku..." akcji jest znacznie mniej, niż w powieściach groserowych, Grzegorczyk trzyma napięcie, a czytelnik pragnie natychmiast wiedzieć więcej. co było dalej? Bo przecież historia mistycznych spotkań Faustyny z Jezusem, a dalej powstawania obrazu "Jezu, ufam Tobie" oraz zakonu faustynek to prawdziwa bomba dla każdego pisarza. Takie opowieści pisze jedynie życie.
Książka podzielona jest na dwie części. W pierwszym tomie, zatytułowanym "Każda dusza to iny świat" poznajemy właśnie Faustynę. Poprzez jej "Dzienniczek" i poprzez opowieści osób, które ją znały. Wzruszająca historia zwykłej wiejskiej dziewczyny, która ukończyła zaledwie kilka klas podstawówki i której nie było stać na wstąpienie do zakonu, a która odmieniła oblicze naszej wiary. Jezus przyszedł do niej, do tej maluczkiej i ja ustanowił ambasadorem swego Miłosierdzia, stawiając na jej drodze tak wspaniałych ludzi, jak choćby ksiądz Michał Sopoćko, bez którego z pewnością miałaby jeszcze bardziej pod górkę. Tu również Grzegorczyk przedstawia historie nawróceń i powołań pozostałych sióstr należących do Zgromadzenia.
Drugi tom – "Dziurawy kajak" – to już trochę inna opowieść. Owszem, w dużym stopniu nawiązuje do postaci Faustyny, a przede wszystkim do Bożego Miłosierdzia, jest jednak opowieścią o dzieciach marnotrawnych. O tych, którzy odeszli i powrócili na łono Kościoła. O tych, którzy odkryli Go na nowo i tych, którzy Go po prostu odkryli. O ludziach złamanych życiem, na rozstaju dróg, bez cienia nadziei na lepsze jutro. Chorych, biednych, samotnych, uzależnionych. I o cudzie, jaki potrafi zdziałać wiara w Boże Miłosierdzie. Przejmujące historie, opowiedziane w niesamowity sposób, z wielkim ciepłem, miłością i szacunkiem do każdego bohatera. Wzruszające swą prostotą, a jednocześnie tak pełne wrażliwe. Z jednej strony poważne, z drugiej lekko humorystyczne. Takie, jakim jest życie.
Książka – choć na początku spodziewałam się trochę czegoś innego i nie byłam pewna, czy dobrze trafiłam – całkowicie mnie urzekła. Przeczytałam ja dosłownie jednym tchem, co nie było łatwe w podróży. To doskonałe połączenie wiary i sensacji, udowadniające, że nie trzeba szukać daleko i kombinować, jak niektórzy autorzy. Najpiękniejsze historie bowiem pisze samo życie.
Naprawdę polecam.

Czas honoru – premiera

Kochani, dzisiaj premiera trzeciej części "Czasu honoru" Jarosława Sokoła. Dokładny tytuł książki to "Czas honoru. Pożegnanie z Warszawą". 
Jak wynika z opisów – akcja toczy się tuż przed powstaniem warszawskim, a więc opisuje częściowo wydarzenia, które zostały w serialu pominięte. Prawdziwa gratka dla wielbicieli Bronka, Janka, Michała i Władka oraz całej ekipy znanej nam od lat ze znakomitego serialu TVP. Ja natomiast w najbliższym czasie zabieram się za pierwszy tom i zamierzam w miarę szybko nadrobić zaległości.