Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

wtorek, 21 marca 2017

Wielkanoc z Jednością


"Wielkanoc"
Bogusław Nosek, Ola Makowska
Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2017
Oprawa: twarda
Liczba stron: 16
ISBN: 978-83-7971-633-3











"Wielkanocna historia"
Juliet David
Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2017
Oprawa: twarda
Liczba stron: 40

Tytuł oryginału: The Easter Story
Przekład (z angielskiego): Katarzyna Schmidt
Ilustracje: Elina Ellis
ISBN: 978-83-7971-648-7





Wielkanoc, choć jest najważniejszym chrześcijańskim świętem, nie jest tak "rozpropagowana" jak Boże Narodzenie. Może to i dobrze, pozwala to ją głębiej przeżyć. Ta swoista moda na Boże Narodzenie zaraz po Święcie zmarłych powoduje, że zanim w Wigilię zaświeci pierwsza gwiazdka wielu z nas ma już Świąt po dziurki w nosie. Z Wielkanocą jest inaczej. Jest spokojniejsza, poprzedzona czasem wyciszenia, jakim jest Wielki Post. Warto w tym okresie zagłębić się w lekturę wartościowych książek. I, oczywiście, pokazać je również dzieciom. Naprzeciw tym oczekiwaniom wychodzi m.in. wydawnictwo Jedność.
Chciałabym podzielić się z Wami moimi odczuciami dotyczącymi dwóch książeczek z Jedności, które opowiadają historię Zmartwychwstania. Dlaczego aż dwóch? Ponieważ bardzo się od siebie różnią.
Pierwsza z nich przeznaczona jest dla zupełnych maluchów. Moje jedenastomiesięczne Bliźniaczki są w niej zakochane. Grube tekturowe karty są doskonałe do samodzielnego oglądania. Dziewczynki więc same sobie przewracają kary, oglądają, dotykają. Ogólnie bardzo lubią książki, ale nie wszystkimi są tak zainteresowane. Co zatem jest tu takiego niezwykłego? Naprawdę piękne, wyraźne ilustracje, które są dopasowane do ich wieku. Choć na niektórych dzieje się naprawdę wiele, można zawsze skupić się na postaci Jezusa – i to kolejny plus. Poza tym książeczka jest opowieścią wierszowaną, wiersz się rymuje, co jest bardzo pozytywne, ponieważ maluszki uwielbiają wierszowane historie. Czyta się szybko, ogląda długo. Świetna zabawa, poprzez którą już od najmłodszego dzieciaczki poznają historię zbawienia. Rewelacyjna pozycja dla takich młodych "czytelników".
Druga z książeczek przeznaczona jest dla dzieci nieco starszych. Ma już zwyczajne, papierowe strony i znacznie więcej tekstu. Nie jest on już rymowany i chwilę zajmuje przeczytanie całości. Oczywiście dla starszaków to już nie taki problem, usiedzieć te kilka(naście) minut i posłuchać. Zresztą i moje Młode słuchały, z tym że na dwie raty, bo jednak całość okazała się dla nich za długa. I tę pozycję można pochwalić za piękną szatę graficzną, co w książeczkach dla dzieci jest bardzo ważne. Tekst, oczywiście, bardzo dobrze przystosowany do wieku kilkulatków (w opisie dla dzieci od lat trzech). Czyta się przyjemnie, a jednocześnie nawet dorosły może się wzruszyć. Opowieść obejmuje wydarzenia od wjazdu do Jerozolimy po obietnicę powrotu Jezusa na ziemię, a każda historia jest zatytułowana, tak więc łatwo jest się odnaleźć i ewentualnie powrócić do wybranych fragmentów. Pozwala to na lekturę pewnych partii, bez konieczności dumania, gdzie zacząć i gdzie skończyć. Myślę, że dla rodziców kilkulatków to świetna pomoc.
Obie książeczki moim Dziewczynkom przypadły do gustu. Oczywiście drugiej nie oglądają same, pokazuję im obrazki i czytam z pewnej odległości, ponieważ mogłyby podrzeć kartki. Widziałam jednak, że i nią są żywo zainteresowane. Książki te w piękny sposób pozwalają dzieciom zapoznać się z najważniejszą historią chrześcijan i pokazują im, że Wielkanoc to nie tylko pisanki, kurczaki i baranki, ale coś znacznie, znacznie ważniejszego. Jestem niemalże pewna, że do obu wrócimy jeszcze w tym Wielkim Poście kilka razy, a i zapewne w następnych latach wykorzystam te książeczki do nauki religii.







Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

piątek, 17 marca 2017

Ostatnia wizyta – Jacek Ostrowski


Wydawnictwo: Od deski do deski
Warszawa 2017
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 296
ISBN: 978-83-65157-07-2






Wstrząsająca opowieść oparta na prawdziwych wydarzeniach z początku lat 70. Płock i Konin epoki końca Gomułki. Niewyjaśniona do końca sprawa porwania i (domniemanego?) zabójstwa płockiej lekarki, Stanisławy Krzemińskiej. Sprawa, która przez długie miesiące była na ustach wielu – milicjantów, dziennikarzy, polityków i zwyczajnych ludzi. Opisana w sposób, jakiego nie powstydziłby się sam Dostojewski.
Jacek Ostrowski ponownie próbuje rozwikłać tajemnicę swego rodzinnego Płocka, gdzie mieszkała Krzemińska. Pokazuje nam jednak także Konin, a to za sprawą głównego bohatera. Zbigniew Pielach vel Iwan Siemieniuk to prawdziwy potwór, trzęsą przed nim portkami wszystkie płockie (i nie tylko) szychy. Dopiero by się przestraszyli, gdyby poznali jego mroczną przeszłość i dowiedzieli, kim naprawdę jest i do czego jest zdolny... Już od pierwszych stron czujemy, że go nie polubimy. Oschły i podły wobec żony, nieprzyjemny wobec każdego napotkanego człowieka, do którego nie ma jakiegoś interesu, agresywny, tonący w długach uśpiony agent KGB, który ma na rękach wiele przelanej krwi i całe mnóstwo szemranych interesów, za które powinien siedzieć. To najkrótsza charakterystyka tego typka spod ciemnej gwiazdy. Jednak Ostrowski kreśli jego portret przez całą powieść, ujawniając co jakiś czas nowe przewiny Pielacha. Obok, niejako w opozycji, widzimy jego żonę Hankę – zlęknioną katoliczkę, która nie miała już siły żyć i próbowała popełnić samobójstwo. To, co się zdarzy w ich domu w najbliższych miesiącach będzie największą udręką właśnie dla jej umęczonej duszy. Choć na co dzień stara się nie wchodzić mężowi w drogę, choćby dla dobra dzieci – które wybyły z domu i niezbyt chętnie się w nim pojawiają, czemu nie można się dziwić – tym razem wielokrotnie mu się narazi. Ostatecznie jednak... Cicho sza, przekonajcie się sami.
Doktor Krzemińska to kobieta około pięćdziesiątki, zresztą i Pielach jest w podobnym wieku. Przyszło im spotkać się w czasie wojny i miał na jej punkcie swoistą obsesję, jednak dawno już o niej zapomniał. Historia tymczasem zatoczyła krąg, gdy odezwali się do niego mocodawcy z KGB – jedyne osoby na całym świecie, których Pielach się rzeczywiście boi. I choć przeklina ich za to, że sobie o nim przypomnieli, choć ma im za złe niewynagrodzone lata służby, choć za jego usługi znów nie chcą odpowiednio zapłacić – zrobi, co rozkażą. A rozkazują porwanie starszej kobiety, która ma wtyki pomiędzy byłymi żołnierzami AK, pomiędzy wichrzycielami chcącymi obalić ludową demokrację w Polsce. A tego z kolei obawia się KGB. Napędzona strachem akcja rozwija się początkowo wolno, by nagle niespodziewanie przyspieszyć i pognać niczym pociąg (może nie TGV, bo przecież dużo u Ostrowskiego przemyśleń i wspomnień). Nie jest to jednak z pewnością pociąg PKP.
Porwanie, ukrycie kobieciny, znęcanie się nad nią, tortury, koniec, który może być nawet wybawieniem. A w tle Polska czasów, o których moje pokolenie jedynie słyszało, które może zobaczyć na filmach, ale którego nie może już pamiętać. Drobiazgowo oddana PRL, którą czuć, czytając kolejne strony "Ostatniej wizyty". Smutna, szara, niezbyt ciekawa rzeczywistość, której początki były okupione hektolitrami polskiej krwi. W tym swój udział miał również Zbigniew Pielach i często o tym wspomina,
Ostrowski rewelacyjnie oddaje klimat tamtych dni, a także w niesamowicie drobiazgowy sposób charakteryzuje swoich głównych bohaterów – Zbigniewa i Hankę. Jego opisy zezwierzęcenia, niemalże całkowitej utraty człowieczeństwa tego potwora przyprawiają o dreszcze. 
Co się stało z ciałem doktor Krzemińskiej? To już jedynie domysły Ostrowskiego. Ciała rzeczywiście nigdy nie odnaleziono, a Pielach nigdy nie przyznał się do zabójstwa. Zgodnie z panującą wówczas zasadą, że "nie ma ciała, nie ma zabójstwa", starał się zaplanować zbrodnię doskonałą. Niemalże mu się udało. Wpadł, ponieważ... był potworem.
Genialnym pomysłem było umieszczenie w książce fragmentów powieści, którą tworzy, na podstawie swych własnych doświadczeń, sam Pielach. Pozwala to na jeszcze głębsze wejrzenie do jego psychiki i dostrzeżenie, jak on sam ustosunkowuje się do swych wcześniejszych zbrodni. 
"Ostatnia wizyta" to książka nietuzinkowa i, moim zdaniem, najlepsza powieść Ostrowskiego, najbardziej dojrzała i najbardziej wstrząsająca. I to nie dlatego, że oparta jest na faktach, ale dlatego, że Autor wykazał się prawdziwym kunsztem i talentem. 
Uwagi krytyczne? Pod koniec trochę mi się nie podobało, że nagle Hanka zaczęła zwracać się do męża Iwan i wszyscy niby wiedzieli, że nazywa się on Siemieniuk. Tak znikąd, bez wytłumaczenia. Najbardziej uderzył mnie opis na tylnej okładce. Może to zboczenie zawodowe, wszak z wykształcenia jestem prawnikiem – ale powieść można stworzyć na podstawie akt sądowych, a nie aktów. Na podstawie aktów można co najwyżej stwierdzić, czy sportretowana na nich osoba jest ładna, albo czy malarz/fotograf potrafi tworzyć akty. Poza tym – znakomita lektura. Polecam z czystym (wstrząśniętym) sercem.








Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Od deski do deski:


środa, 8 marca 2017

Niebo dla akrobaty – Jan Grzegorczyk

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2017
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 238
ISBN: 978-83-65676-02-3






Pierwszy post w tym roku, a mamy już marzec. Trochę Was, moi Drodzy, zaniedbuję i mam tego pełną świadomość. Jednak nie starcza mi nieraz czasu nawet na to, by włączyć komputer. Zresztą nieraz nie mam czasu na czytanie, a tym bardziej na recenzowanie. Jednak teraz się to trochę zmieni, bo w tym roku przeczytałam już kilka naprawdę wybitnych książek, a także kilka po prostu dobrych i o wszystkich chciałabym kilka słów napisać. Na pierwszy rzut idzie jednak zbiór opowiadań, tak przeze mnie cenionego (co widać po liczbie recenzji), Jana Grzegorczyka.
Dziesięć wyśmienitych tekstów, które poruszają do głębi i każą przystanąć w naszym zabieganym życiu. Zastanowić się nad jego prawdziwym sensem. Nad relacjami, jakie mamy z innymi, szczególnie z naszymi najbliższymi – rodzicami, dziećmi, małżonkami. Jak patrzymy na sąsiadów, czy pomagamy bezdomnym, czy przypadkiem krzywo nie spoglądamy na tych, którzy się jakoś wyróżniają. Czy potrafimy nieść bezinteresowną pomoc, uśmiechnąć się do mijanego przechodnia, powiedzieć dobre słowo odwiedzanemu choremu. I jeszcze nad wieloma innymi kwestiami, do których opowiadania te są doskonałym wstępem.
Grzegorczyk pisze pięknie, a jednocześnie prosto. Bez patosu, a jednak wywołuje łzy. Pokazuje, że nie jest nam wcale potrzebne wielkie wzruszenie niczym z amerykańskiego kina patriotycznego. Że czasami wystarczy zwyczajny uśmiech, ciepła herbata, upieczona dla kogoś szarlotka. Tego też uczą się pielęgniarki i wolontariusze, którzy trafiają do hospicjum. Bo to właśnie tam rozgrywa się akcja większości opowiadań, tam życie spotyka się ze śmiercią. Tam w końcu trafiają ludzie, dla których  ciała nie ma już ratunku. Którzy jednak potrzebują ratunku dla ducha. A nieraz tym ratunkiem okazuje się po prostu zwyczajne bycie kogoś obok, nawet kogoś obcego.
Każde opowiadanie napisane zostało w pierwszej osobie, ale każde jest opowieścią innego bohatera. Są nimi pielęgniarki, siostry z hospicjum, ksiądz, jeden z odwiedzających. Dziesięć historii i dziesięciu narratorów. Ich historie się przeplatają, wszak wszyscy oni są złączni niezwykłym węzłem. Jednak galeria postaci jest znacznie bogatsza – są tu przecież także pacjenci i ich bliscy. Czy zawsze bliscy? To już trochę inna sprawa, ale żeby dowiedzieć się, co mam na myśli, musicie sięgnąć po książkę. 
Samotność, marzenia, utracone lata. Pamięć, zapomnienie, żal do siebie i do innych. Szukanie wybaczenia i wybaczanie. Nawrócenie, odwrócenie, wywrócenie wszystkiego do góry nogami. O tym i wielu innych ważnych sytuacjach, o tym, co dzieje się w ludzkim sercu, gdy ciało umiera, o tym co dzieje się w serach tych, którzy pozostają. I jak sobie z tym odchodzeniem poradzić.
Temat trudny, poruszający, opisany został w bardzo delikatny i wyważony sposób. Tak, by nikogo nie dotknąć, nie zranić, a jednak dać nadzieję. Na co? Na cud? Można to nazwać i cudem. Nie chodzi jednak o to, że śmiertelnie chory nagle cudownie ozdrowieje. Raczej o to, że może, nawet w ostatniej chwili, uratować kawałek czyjegoś życia, dać komuś coś z siebie, mały kawałeczek nieba, do którego być może za chwilę sam trafi. Bo w hospicjum pacjenci nie tylko dostają, oni także bardzo wiele dają tym, którzy przy nich czuwają. 
Książka została bardzo starannie przygotowana do wydania, nie można się przyczepić do żadnych błędów czy innych wydawniczych i drukarskich bubli. Jest po prostu taka, jakie książki być powinny. A czy rzeczywiście uzdrowiła wiele dusz, tak jak można przeczytać na tylnej okładce – tego nie wiem. W mojej głowie (i moim sercu) pozostanie jednak na długo. 
Pamiętajcie – życie to akrobacja...






Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka: