Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

piątek, 28 października 2011

Diuna - Frank Herbert





Chyba dojrzałam do recenzji „Diuny” Franka Herberta – książki, która – jak już wspominałam – zmieniła moje życie.
Powieść kupiłam zauroczona filmem Davida Lyncha, który obejrzałam już wówczas kilkakrotnie i pewnego dnia odkryłam, że jest to adaptacja powieści. Usiadłam późnym wieczorem, po wieczerzy wigilijnej i zaczęłam. Okazało się, że film w porównaniu z książką jest… marny.
Piętnastoletni Paul spędza ostatnie dni na rodzinnej planecie Kaladan – miejscu pełnym błękitnych mórz i jezior. Z zamku na skalnej skarpie słychać ulewny deszcz. Razem z rodzicami i całą dworską świtą ma wylecieć na Arrakis – planetę, gdzie deszcz nie pada nigdy, całą pokrytą piaszczystymi diunami.
Co zrobi, gdy ukochany ojciec zostanie zamordowany przez znienawidzony od wieków ród Harkonnenów, a on z matka będą zmuszeni uciekać na pustynię, gdzie żyją olbrzymie czerwie? Jak na ich pojawienie się zareagują Fremeni – mieszkające wśród piasków dzikie plemiona, których zachowania nie sposób przewidzieć?
Mijają lata, a Harkonnenowie coraz mniej podobają się Imperatorowi – tracą dużo wydobywanego na Arrakis melanżu, który jest największym skarbem w całym znanym wszechświecie. Kim jest tajemniczy Muad’dib, który prowadzi Fremenów do walki z najeźdźcami, którzy od pokoleń gnębią ich i mordują? Czy Paulowi uda się odzyskać lenno, które lata temu otrzymał jego ojciec? Kim będzie mała Alia, młodsza siostra Paula, która urodziła się na pustyni?
To powieść fantastyczno-naukowa napisana w stu procentach genialnie. Nikt nie może – nawet po długich dziesięcioleciach – nic jej zarzucić w kwestii jej aktualności. Zdobycze techniki z roku 10191 są przedstawione w taki sposób, by każdy mógł je sobie wyobrazić, lecz by nie stały się przestarzałe za kilka (naszych, rzeczywistych, nie literackich) lat. Powieść ma już lat kilkadziesiąt i nadal pachnie świeżością.
To genialny obraz ludzkości. Mamy tu historię i psychologię, religię i ekologię. Miłość i nienawiść. Życiowe pytania, na które wcale nie tak łatwo znaleźć odpowiedzi. To również fantastyczny świat, w którym nie ma komputerów, ale ludzie, którzy potrafią myśleć lepiej od maszyn. Mamy tu tajemniczy zakon Bene Gesserit, którego głównym celem jest stworzenie Kwisatz Haderacha – nadistoty, a drogą do tego celu jest manipulowanie materiałem genetycznym wysokich rodów. Świat odległej przyszłości przypomina trochę nasze średniowiecze – mamy tu stosunki feudalne i rycerzy, którzy walczą wręcz, a także sporo typowo dworskich reguł gry.
Postaci są wyraziste i głęboko zbadane – żaden z bohaterów nie jest płaski, nawet ci trzecio- i czwarto planowi. Oglądamy dworskie potyczki i ciągłą walkę o władzę – tak nad imperium, jak i nad melanżem. Jak zareaguje Imperator, gdy Muad’dib zagrozi zniszczeniem pokładów wspaniałej przyprawy, która przecież nie tylko poszerza umysł, ale również przedłuża życie?
Czytałam już „Diunę” kilka razy. Za mną cały sześcioksiąg oraz 8 części napisanych przez syna Franka Herberta, Briana (wspólnie z Kevinem J. Andersonem). Za każdym razem zwracam uwagę na inną sferę – za pierwszym razem była to przede wszystkim historia tajemniczej planety – wartka akcja, ciekawy świat, rewelacyjnie przedstawieni bohaterowie. Później zwróciłam szczególną uwagę na religie – zarówno tę, której podstawą jest Biblia Katolicko-Protestancka, ale również – a może przede wszystkim – na ciekawe wierzenia Fremenów. Ciekawiło mnie nie tylko dworskie życie w pałacu Imperatora na planecie Kaitain, ale także fremeńskie sicze. Innym razem znów skupiłam się na ekologicznym aspekcie, który jest żywy i bardzo istotny w całej powieści.
Doprawdy książka genialna – temat ciekawy, postaci wyraziste, planety pokazane i omówione bardzo dokładnie, niesamowite zwyczaje, dziwne wierzenia, tajemniczy melanż i czerwie, których znaczenia nikt nie pojmuje, intrygi, miłość i zdrada – wszystko, czego można pragnąć. I bardzo mądre przemyślenia, które na całe lata pozostają częścią życia – nawet, jeśli czytało się zaledwie raz.
Polecam z całego serca, ponieważ nie ma w „Diunie” niczego, do czego mogłabym się przyczepić.
Po prostu – urzekająca złożonością formy i treści.

Hobbit, czyli tam i z powrotem - J.R.R. Tolkien




Kupiłam książkę osiem lat temu – na fali lekkiej fascynacji filmową wersją „Władcy pierścieni”. Jednak dopiero teraz udało mi się książkę przeczytać (nie do końca z mojej winy trwało to tak długo – po prostu zaraz po kupieniu, pożyczyłam ją i odzyskałam dopiero całkiem niedawno).
Czy mi się podobała? Trudno powiedzieć. Początek mnie zawiódł, ale powtarzałam sobie, że akcja się rozkręci. Miałam rację – kiedy Bilbo wraz z drużyną byli już w podróży zaczęło mi się podobać. Później znów jakoś powiało nudą i dość długo się męczyłam, czytając. Jednak końcówka mi się spodobała i ogólnie – po dwóch tygodniach zmagań – pokonałam te trzysta stronic.
Chyba po prostu liczyłam na za wiele, bo raczej trudno powiedzieć, że nie dorosłam do… bajki dla dzieci. Planuję zabrać się do „Władcy…”, ale chyba już nie w tym roku. Z niecierpliwością czekam na film o hobbicie Bilbo i jego wielkiej przygodzie – ciekawa jestem, jak bardzo będzie przypominał to, co sobie wyobraziłam.
Trudno podsumować książkę, co do której ma się tak mieszane uczucia. Może jestem na nią za stara? Może po prostu opowieść o przemiłym hobbicie i drużynie składającej się z krasnoludów próbujących odzyskać skradziony przez smoka skarb nie jest dla mnie wystarczająco pociągająca. Po prostu brakowało mi tam dreszczyku emocji, który czuję czytając wiele innych pozycji. I chyba trochę jeszcze elfów. Myślałam, że będzie ich więcej, że odegrają poważniejszą i bardziej pozytywną rolę. Chyba rzeczywiście się przeliczyłam. Dobra lekcja – nie liczyć na za wiele – lepiej się pozytywnie zaskoczyć, czytając.
Jednak i tak cieszę się, że w końcu przeczytałam „Hobbita…”. Głupio tak jakoś go nie znać i teraz czuję się wewnętrznie bogatsza.

czwartek, 27 października 2011

Saga Wielkich Rodów - Tom 1 - Tryptyk krwi (cz.3)

Dopiero zaczęła chodzić do szkoły, gdy to się stało. Wracała po lekcjach do domu, a przed ogrodem sąsiadów stała karetka. Sanitariusz zamykał już tylne drzwiczki, jednak dostrzegła, że na noszach leży jej kolega Julek. Jedyny prawdziwy przyjaciel. Samochód ruszył. Stała jeszcze jakiś czas na ulicy – nie płakała, nie potrafiła płakać. Ile minęło czasu – trudno powiedzieć. Gdy się obróciła zobaczyła ojca Julka. Wysoki, blady mężczyzna wpatrywał się w nią z niedowierzaniem. Padał deszcz, a ona stała tam, jakby zupełnie nie zdawała sobie sprawy z panującej wokoło pogody.
- Idź do domu, dziecko – powiedział, przerywając dłuższe milczenie. – Nie masz tu już czego szukać.
- Zabierze mnie pan do Julka?
- Julian nie żyje – odparł jedynie, mocno zaciskając szczękę, po czym odwrócił się na pięcie i poszedł do domu.
Już nigdy go nie widziała. Wyprowadził się jeszcze tej nocy. Nie był nawet na pogrzebie synka. Teraz jakby ożył w postaci Alexandra. Oczywiście to nie mógł być on – był przynajmniej o dwadzieścia pięć lat starszy od niej, Alexander nie więcej niż dziesięć.
*
- Już powiedziałam, że nie chcę mieć z wami nic wspólnego. Dla Nikołaja mogłam być jedynie matką jego syna, ale to nadal jest mój syn i ja wiem najlepiej, jak zadbać o jego dobro. Wynoście się stąd! – wykrzyczała Sara i zamknęła drzwi.
„Matką jego syna” – dudniło Magdalenie w głowie. Syna? Czy Mike był synem Nikołaja? Miał syna i nic jej o tym nie powiedział? To nie mogło być prawdą. Nie mógł mieć przed nią tylu tajemnic. Spojrzała na Alexandra, nie miała jednak sił się do niego odezwać. Czy wszystko, co mówił i robił Nikołaj było kłamstwem? Oszukiwał ją cały czas? Dlaczego ukrywał przed nią istnienie Michaela? W końcu zebrała się w sobie i z wielkim wysiłkiem wyszeptała:
- Czy Mike jest synem Nikołaja? – nie była pewna, czy chce poznać odpowiedź. Alexander patrzył jej prosto w oczy, nadal z zaciśniętymi pięściami i szybkim oddechem.
- Tak – potwierdził.
Zemdlała. Co za kobieta! Bez przerwy mdleje. Może powinien był jej od razu powiedzieć, kim jest Mike? Dlaczego Fiodor kazał wszystko przed nią ukrywać? Oczywiście – znał ją lepiej – mieszkał z nią przecież. Teraz nie pozostawało już nic innego, jak wrócić do domu. Niech Fiodor postanowi, co dalej. Jego zdaniem przyszedł czas, by Magdalena dowiedziała się całej prawdy. Tylko wtedy będzie w stanie zrozumieć, jakie to ważne. Być może zmieni też swoje nastawienie i wtedy uda jej się przekonać Sarę. On sam nie da rady. Gdyby to było możliwe – dawno już byłoby po wszystkim. Że też Nikołaj bardziej na siebie nie uważał.
- Dariuszu, zawieź nas na lotnisko. Wracamy do domu.
*
Kotek był rozkoszny. Magdalena nigdy dotąd nie miała zwierzątka. Kiedy była mała, chciała mieć pieska, ale rodzice się nie zgadzali. Właściwie nigdy nie wytłumaczyli, dlaczego. Mieszkali w domu z ogródkiem, pies nie musiałby nawet siedzieć w środku. Julek dał jej chomika, ale rodzice natychmiast kazali go zwrócić. Mówiła o tym Nikołajowi, ale do głowy jej nawet nie przyszło, że następnego dnia sprezentuje jej kociaka. Teraz puchata, mięciutka kulka leżała w koszyku, odpoczywając po pysznym obiadku.
Nikołaj często robił jej niespodzianki. Był taki romantyczny. Jakże mogłaby się w nim nie zakochać? Fiodor – dziwne imię jak dla takiego słodkiego stworzenia. Nikołaj się jednak upierał, a przecież kociak nie mógł mieć więcej, niż miesiąc, więc z pewnością nie zdążył się przyzwyczaić do tego imienia. Nie chciała jednak sprawiać przykrości ukochanemu – skoro się uparł, to niech będzie Fiodor.
*
- Fiodorze, trzeba jej wszystko powiedzieć. Wiem, że jesteś temu niechętny i na pewno masz swoje powody. Sam jednak widzisz, co się dzieje. Jak ma mi pomóc, jeśli mdleje za każdym razem, gdy dowie się skrawka prawdy?
- Alexandrze, gdybym uważał, że to takie proste, kazałbym ci to zrobić za pierwszym razem. Jak chcesz jej to wszystko powiedzieć? Myślisz, że ci uwierzy? Poza tym, im mniej wie, tym jest bezpieczniejsza. Nie możemy sobie pozwolić na to, by zginęła, jak twój brat.
- Wiem, Fiodorze, wiem. Jednak nie sądzę, żeby teraz chciała nam pomóc. Dotychczas robiła to ze względu na pamięć o Nikołaju, ale po tym, czego się o nim dowiedziała. Nie, nie będzie chciała.
- Nawet jeśli jej powiesz, nie uwierzy ci.
- Tobie, Fiodorze, uwierzy, jeśli pokażesz jej, kim jesteś. Znasz ją najlepiej na świecie. Nie ma nikogo, kto by wiedział o niej więcej. Nawet ona sama nie zna się tak dobrze.
- Przyprowadź ją do mnie. Tylko upewnij się, że nie padnie, gdy mnie zobaczy.
- Oczywiście.
- Alexandrze – powiedział z wyraźnym zmartwieniem, – to nasza ostatnia szansa. Miałem nadzieję, że do tego nie dojdzie, że damy radę sami. Może…
- Nie pomyliłeś się, Fiodorze. To jedyna słuszna decyzja i wiesz o tym.

Córka kupca - Ines Thorn




Pierwszy tom sagi. Nie mogę się doczekać kolejnych!
Niemcy, noc sylwestrowa, początek nowego wieku. Tej nocy, 1 stycznia roku pańskiego 1500 na świat przychodzi chłopiec. To niedobry znak, tym bardziej, że poród jest trudny i do tego… pośladkowy. Ojciec się go wyrzeka i dziecko trafia do służącej.
Gdy ma kilkanaście lat, trafia do zakonu i tam dowiaduje się, że ludzie mają imiona. Jemu braciszkowie nadadzą imię Bertram. Przez lata uczy się wiele, czyta i liczy i zastanawia się, jakie jest jego miejsce na świecie. W końcu zrozumie i postanowi spełnić marzenia – zostać kupcem. Wyrusza w podróż do Frankfurtu i tam poznaje Guttę, córkę bogatego i cenionego kupca.
Gutta zawsze kochała pracę w kantorze ojca. Zupełnie nie interesowało jej małżeństwo, piękne suknie, makijaże i bale. „Głupstwo i błazenada” zwykła o nich mówić. Wiedziała, że jeśli będzie miała wyjść za mąż to jedynie za kogoś, kto będzie w stanie to uszanować i da jej wolność, a nie uwięzi w sypialni.
Czy związek tych dwóch, jakże różnych od siebie ludzi, których prawdziwą miłością jest handel ma szansę na przetrwanie? Czy w końcu będą potrafili przyznać, że się pokochali i wybaczyć sobie te wszystkie lata, gdy się ranili? Czy Bertram w końcu pogodzi się ze swoim najzagorzalszym przeciwnikiem – Ludovikiem?
To piękny obraz kupieckiego Frankfurtu i niebanalni bohaterowie, obok których nie sposób przejść obojętnie. Pokazuje, jak trudno jest odnaleźć się w świecie pełnym zabobonów. Bertram najbardziej kocha córkę, która przyszła na świat w ten sam sposób, co on. Niemalże nienawidzi swej pierworodnej, która nie była chłopcem, a przecież dziewczynki generują jedynie koszty, a chłopcy zarabiają pieniądze. Jak zareaguje na to stwierdzenie Gutta, która przecież całe dni dzieli między wychowywanie dzieci i kantor męża?
Ciekawie napisana, czasami trochę zabawna, nieraz gorzko-słona powieść o ambicjach i poświęceniach, a także trudnej miłości, która zdaje się niemożliwa. Czy jednak na pewno?

Filary Ziemi - Ken Follett




Powieść, która z pewnością na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Najpierw obejrzałam serial, zupełnie nie znając twórczości Folleta. Zauroczył mnie (i dzięki niemu poznałam bogatą filmografię brytyjskiego aktora, Rufusa Sewella) i w końcu udało mi się zdobyć książkę. Przeczytałam na jednym wdechu (w przenośni, rzeczywiście zajęło mi to prawie dwa tygodnie, ale usprawiedliwiam się pracą po 8h dziennie i końcowymi przygotowaniami do ślubu). Wrócę do niej jeszcze i to być może już w początkach przyszłego roku. Dlaczego? Po pierwsze - ponieważ czytałam ją po angielsku i niektórych opisów katedry i sztuki murarskiej nie byłam w stanie pojąć. Po drugie – gdyż jest to bardzo ciekawa i porywająca opowieść, nie tylko dla miłośników średniowiecza i historii w ogóle. Mam też nadzieję, że pewnego dnia przekonam do przeczytania również Męża.
Średniowiecze – walka o tron angielski w dwunastym wieku – liczne zdrady, zabójstwa, wojna i wszystkie jej najgorsze strony. Obok – przeor Philip, który marzy o zbudowaniu w Kingsbridge największej, najpiękniejszej i najbardziej okazałej katedry w Anglii, a być może na całym znanym świecie. Gdy go poznajemy – jest pokorny i po prostu stara się walczyć o swoje. W miarę upływu lat zostaje wplątany przez biskupa waleriana w różne machlojki i oszustwa, które okażą się niezbędne, by przepiękny kościół mógł w końcu stanąć. Czy jednak rzeczywiście cel uświęca środki?
Spotykamy rodzinę Toma Budowniczego, który katedrę zaprojektuje oraz piękną Ellen i jej – jak się początkowo zdaje niedorozwiniętego – syna, Jacka. I tym razem pierwsze wrażenie okaże się mylne. To Jack właśnie stanie się pewnego dnia mistrzem budowniczym i on zakończy budowę katedry, która na wieki będzie wzbudzała zachwyt wiernych, zmieniając trochę początkowy projekt Toma, swego przybranego ojca i mentora.
Aliena, córka hrabiego Bartholomew – oskarżonego o zdradę stanu oraz spiskowanie przeciwko królowi i skazanego na śmierć będzie musiała pokonać wiele przeciwności losu – zmierzyć się z niedoszłym narzeczonym, który wykorzysta jej niewidność, straci ojca, będzie przez lata utrzymywała młodszego brata, co nie było w średniowieczu ani łatwe, ani szczególnie popierane wśród wyższych sfer, z których przecież oboje pochodzili. Znajdzie schronienie w Kingsbridge pod opiekuńczymi skrzydłami Philipa, jednak i tu zazna jeszcze wiele cierpienia, zanim pozna, czym jest miłość. Niestety i ona bywa ciężka i bolesna i przez kolejne wiele stronic będziemy próbowali odkryć, czy jej związek z Jackiem ma szansę na przetrwanie i czy uda jej się dotrzymać obietnicy danej ojcu przed egzekucją i odzyska jego dobra dla Richarda.
Bohaterowie powieści są przedstawieni rewelacyjnie – bez problemu można ich sobie wyobrazić – tak ich wygląd, jak i wnętrze. Nie zawsze ten, który początkowo był ofiarą, nią do końca zostaje. Nie każdemu udaje się przeżyć swe życie z czystym sumieniem – nawet księża miewają mniejsze i większe grzeszki. Tacy właśnie są ludzie - łatwo upadają i ciężko im się podnieść, a pokusy łatwo znaleźć na każdym kroku.
Akcja powieści toczy się przez około 50 lat i kończy optymistycznie. Większość bohaterów jakoś ułożyła sobie życie, antybohaterowie, w tym najgorszy z nich, lord William Hamleigh, zostają ukarani. Jednak nie to jest najważniejsze – czytając „Filary Ziemi” czuje się średniowieczny klimat, niemalże zapach tej odległej i nieco magicznej, epoki. Jest tu architektura (katedra w Kingsbridge i francuskie katedry, na których Jack poniekąd wzoruje swoją), religia i polityka (zabobony i zakonnicy, zbieranie środków na budowę, liczne podchody różnych stron, oszustwa i niedopowiedzenia), miłość (Toma i Ellen, Alieny i Jacka), nienawiść (Alieny i Williama), bitwy (zdobywanie i obrona zamku, którego rodzina Hamleigh odebrała hrabiemu Bartholomew), polityka przez duże P (walka o tron angielski między królem Stephenem a królową Maud).
Z pewnością nie moja ostatnia powieść Folleta, szczególnie, że jestem już w połowie „Upadku gigantów”, którą to powieść również gorąco polecam.

środa, 26 października 2011

Zdążyć przed Panem Bogiem – Hanna Krall





Z racji zbliżającego się pierwszego listopada postanowiłam wrócić do książki „Zdążyć przed Panem Bogiem” Hanny Krall. Czytałam ją przed dziewięcioma laty, w klasie maturalnej i do dziś zostały mi w pamięci niektóre sceny. Takie, których nie da się wymazać – zwykłych odruchów, które niektórzy uważają za bohaterskie, a one naprawdę są po prostu… ludzkie.
Nie pamiętałam, że ten utwór czyta się tak trudno. Celowo unikam określenia książki mianem powieści, które to wyrażenie w moim mniemaniu sygnalizowałoby istnienie historii chronologicznej – lub prawie chronologicznej – opowiedzianej. „Przecież nie piszemy historii. Piszemy o pamiętaniu.” – pada stwierdzenie na kartach książki, jakby wytłumaczenie tej trudności, którą czytelnik napotyka cały czas.
Czy trzeba ją opisywać? Myślę, że najlepiej jest zacytować jedno krótkie zdanie, które dokładnie streszcza to, o czym Hanna Krall pisze. „Chodziło tylko o wybór sposobu umierania.” O to, by zdążyć tę decyzję podjąć przed Panem Bogiem i być może jeszcze przez chwilę zatrzymać w człowieku promień życia, bo przecież „każde życie stanowi dla każdego całe sto procent, więc może ma to jakiś sens” (jak mówią ostatnie słowa wywiadu-rzeki).
Chodzi o to, by wybrać sposób śmierci, by samemu zadecydować, czy umieranie w piwnicy jest tak samo bohaterskie, jak z karabinem w ręku. Czy śmierć w ogóle jest bohaterska? Czy ma sens i czy można – i na jak długo – jej uniknąć. Czy można odkupić – ratując życie na sali operacyjnej – te czterysta tysięcy, które przeszły obok na Umschlagplatzu i zostało wywiezionych do obozu i tam zginęło? Czy powstanie w getcie miało jakiekolwiek szanse na powodzenie – co czuli i myśleli jego bojownicy i przywódcy? Czy chcieli przeżyć, czy liczyli na cud, że Niemcy ustąpią, czy po prostu nie chcieli umierać w komorach gazowych?
Trudna to książka, dająca dużo do myślenia, opowiedziana niechronologicznie z licznymi wątkami „ubocznymi”. Marek Edelman opowiada o sobie w trzeciej osobie, bohaterów raz przedstawia przy pomocy ich polskich imion, innym razem wspomina o nich używając imion żydowskich, co jeszcze bardziej utrudnia zrozumienie, o kim mówi.
Być może był to najodpowiedniejszy moment w roku, by przeczytać tę książkę, polecam jednak również każdy inny – warto zapoznać się z tym wywiadem, by nabrać większego szacunku dla śmierci i… życia.



wtorek, 25 października 2011

Watykan 2035 – Pietro de Paoli







Niesamowita, wstrząsająca, ciekawa, wzruszająca, inteligentna… po prostu genialna książka napisana przez człowieka, który wie, o czym mówi. Autorem jest jeden z wysokich dostojników kościelnych, ukrywający się pod pseudonimem Pietro de Paoli. Przyszłość Kościoła, jaką przed nami maluje na stronicach swej powieści jest równie ciekawa, jak jego początki przed wiekami.
Historię poznajemy przez pryzmat życia głównego bohatera, Giuseppe Lombardiego i jego najbliższych – rodziców, żony i córek, księdza Villepreux, który pewnego dnia zostanie papieżem.
Czy Giuseppe poradzi sobie, gdy ukochana żona odejdzie? Jak połączy obowiązki ojca i księdza? Jak jego córki zareagują, gdy zostanie wybrany na Stolicę Piotrową? Jak będzie wyglądał Kościół rzymskokatolicki na przestrzeni następnych dziesięcioleci? Odpowiedzi na te i wiele innych nurtujących pytań, czytelnik pozna śledząc kolejne wzruszające momenty z życia Lombardiego.
Płakałam średnio na co trzeciej stronie. To w żadnym wypadku nie jest naukowa rozprawa na temat przyszłości Kościoła. To wzruszająca powieść o człowieku, któremu przyszło poprowadzić lud Boży przez najcięższe czasy, a jednocześnie tak naturalnym i bliskim każdemu z nas.
Jakie było prawdziwe powołanie Giuseppe Lombardiego – rodzina czy duszpasterstwo? Czy naprawdę muszą się one wykluczać i czy normalny człowiek jest w stanie podołać wszystkim tym obowiązkom i dać jeszcze przykład innym? Czy kobiety w końcu zostaną dopuszczone do posługi kapłańskiej i jak Kościół poradzi sobie z celibatem?
Polecam gorąco, gdyż jest to książka mądra i pełna ciepła, a jednocześnie opowiada o prawdziwym człowieku z krwi i kości. Nie ma tu idealnego bohatera, ponieważ nie ma na świecie idealnego człowieka. Nawet papież Tomasz I miewa swoje wzloty i upadki. Dlatego tak łatwo go polubić i chcieć go lepiej poznać, a to możliwe jest jedynie poprzez lekturę powieści „Watykan 2035”.

poniedziałek, 24 października 2011

Saga Wielkich Rodów - Tom 1 - Tryptyk krwi (cz.2)

Paul okładał Michaela pięściami, gdy nagle usłyszał policyjny gwizdek. Rzucił się do ucieczki. Mike został sam.
- Nic ci się nie stało? – zapytał bardzo wysoki policjant. Mały zesztywniał. Blada jak śnieg cera i do tego te świdrujące czerwone oczy. Czas się zatrzymał.
Magdalena szła ulicą, gdy nagle wszystko dookoła znieruchomiało. Rozejrzała się i zobaczyła wysokiego chudzielca i niską dziewczynę, trzymających się za ręce. Obok nich leżał wystraszony, kilkuletni chłopiec. Nie zastanawiała się długo. Zanim dziwna para się zorientowała, trzymała dzieciaka w ramionach i uciekała. Biegli przez kilka przecznic, aż dotarli do parku i usiedli na ławce.
- Nic Ci nie jest? Jak masz na imię? – zapytała ledwie łapiąc oddech. – Czy ten mężczyzna Ci to zrobił? – wskazała na wielkiego siniaka pod okiem.
- Jestem Mike Woods. A to, to nie on, to nic takiego – chłopiec dotknął twarzy i siniak zniknął. Kątem oka dostrzegł nadbiegającą matkę, która groźnie wymachiwała rękoma i krzyczała.
- Zostaw mojego syna w spokoju! Powiedziałam już, że nie wolno Ci z nim rozmawiać! Wynoś się stąd i daj nam wreszcie święty spokój! Mike, natychmiast wracaj do domu! Natychmiast!
*
Magdalena siedziała w samolocie i rozmyślała. Niedawno jej życie było takie beztroskie, piękne, radosne. Nikołaj... Kochała go. Przynajmniej tak jej się wydawało. Byli razem tacy szczęśliwi. A teraz on nie żył, a ona... Alexander – nie mogła przestać myśleć o tym mężczyźnie. Było w nim coś tak tajemniczego i zarazem pociągającego. Otrząsnęła się. Dopiero co zginął jej mąż, a teraz ona nie może opędzić się od myśli o jego bracie.
Postanowiła, że nie wróci do domu. Znajdzie jakieś ciche, spokojne miejsce z dala od ludzi. Wokoło szum drzew, śpiew ptaków. Musi to wszystko przemyśleć, zastanowić się nad swoim życiem. Podjąć jakieś decyzje. Jeszcze wiele może się jej przytrafić dobrego. "Wszystko się może zdarzyć. Byle on mnie nie odnalazł. Pojadę do leśnego domku w puszczy. Wtedy jakoś sobie ułożę życie. Chciałam mu pomóc, ale niestety nie potrafię. Musi znaleźć kogoś bardziej odpowiedniego."
*
- Zawiodła! Wiedziałem, że tak będzie, ale Ty się upierałeś – z wyrzutem powiedział Alexander.
- Spokojnie. To jeszcze nie koniec. Daj jej kilka dni, by ochłonęła, a później porozmawiaj z nią. Przekonaj, żeby spróbowała jeszcze raz.
- Nikołaj zawalił sprawę. Można się było tego po nim spodziewać. Ale dlaczego ty się tak upierałeś, Fiodorze??
*
Będąc w leśnym domku, o którym jej kiedyś tyle opowiadał Nikołaj, Magdalena miała nadzieję, że Alexander jej tutaj nie odnajdzie. Z resztą nawet jeśli – przekonał się już chyba, że ona się do tego nie nadaje. Zawiodła go. Tak bardzo brakowało jej teraz Fiodora. W takich chwilach był najlepszym kompanem.
Niespodziewanie w drzwiach pojawił się Alexander. W pierwszej chwili zaparło jej dech w piersiach i dopiero kiedy się odezwał, odprężyła się nieco. Zaproponował herbatę i ciasto, które ze sobą przywiózł. Chciał jedynie porozmawiać. Spędzili na rozmowie całą noc. Gdy powiedziała mu, że widziała chudzielca, zerwał się na równe nogi i stwierdził, że musi pilnie zadzwonić.
- Fiodorze jestem w domku Nikołaja, razem z Magdaleną.
- Czy pozwoliłem Ci tam jechać? Nie! Myślałem, że jesteś mądrzejszy od Nikołaja.
- Ona była w stanie go zobaczyć, rozumiesz? Na dodatek miał już dziewczynę.
- Co?! – krzyknął i rzucił słuchawkę. "Nataszo…” – pomyślał i w tej samej chwili ukłuł się niewielkim złotym kolczykiem trzymanym w ręce. Z palca zaczęła się delikatnie sączyć krew, błękitna krew…
*
Po śniadaniu ruszyli w drogę. Samochód prowadził Dariusz, jedyny pracownik Alexandra, którego dotychczas poznała. Wydawało się, że nie słucha, ale Magdalena była pewna, że tylko dobrze udaje i doskonale wie, o czym rozmawiają.
- Dlaczego Nikołaj nigdy o tobie nie mówił? – pytała uparcie. Będzie drążyła tak długo, aż znudzony wreszcie jej odpowie.
- Nie czas na to, Magdaleno. Teraz mamy ważniejsze i pilniejsze sprawy na głowie. Musimy go odnaleźć. Musisz mi go wskazać. To jest teraz najważniejsze.
- Najpierw mi odpowiesz. Mam chyba prawo wiedzieć. Przychodzisz do mnie, zmieniasz moje życie w jakiś koszmar i nawet mi nie chcesz odpowiedzieć na jedno proste pytanie. Nie zgadzam się na takie traktowanie!
- To nie jest kwestia zgadzania się, czy nie. To jest kwestia życia lub śmierci! Nikołaj cię wybrał, więc musiał mieć jakieś powody.
"Kwestia życia lub śmierci." – powtarzała w myślach. O co mu mogło chodzić? Kolejna tajemnica, kolejne pytanie, na które nie zechce jej odpowiedzieć. Spojrzała na niego z nagłym niedowierzaniem. Dopiero teraz dostrzegła to niezwykłe podobieństwo. I to wcale nie do Nikołaja! Do kogoś, kogo znała wiele lat temu. Jak mogła tego wcześniej nie zauważyć?
- Dokąd jedziemy? – zapytała, próbując nie myśleć o tamtym człowieku.
- Do Sary. Trzeba chronić chłopca.
- Przecież nie chciała ze mną rozmawiać. Dlaczego sądzisz, że nagle zmieni zdanie? Przed czym chcesz chronić Michaela? Co mu grozi? Podejmujesz za mnie decyzje, a nawet nie silisz się, żeby naświetlić mi sytuację. Kim jest dla ciebie Mike?
- Kim dla mnie jest, nie ma teraz dla ciebie najmniejszego znaczenia. Liczy się jedynie to, że jest w niebezpieczeństwie, a Sara zdaje się tego nie dostrzegać. Po tym, co stało się z Nikołajem… – przerwał zdając sobie sprawę, że znowu za wiele powiedział.
- Co ma z tym wspólnego Nikołaj? Znali się? Powiedz mi wreszcie, o co chodzi w tej całej pogoni za małym chłopcem, bo wysiądę na najbliższym postoju i więcej mnie nie zobaczysz – była naprawdę wściekła. Na dodatek cały czas nie mogła opanować dreszczy, które przeszyły ją, gdy dostrzegła w nim podobieństwo do tamtego człowieka sprzed lat.

piątek, 21 października 2011

Papieżyca Joanna - Donna Woolfolk Cross





Kolejna powieść o silnej kobiecie, która wie, czego chce i – ciężką pracą i wieloma wyrzeczeniami – osiąga swój cel.
Joanna to średniowieczna dziewczyna, która o całe wieki wyprzedza sobie współczesnych. Myśli niemal na miarę kobiety naszych czasów, marzy o tym, by się uczyć, czytać, poznawać starożytne języki i księgi. To jednak nie podoba się ojcu, który jako ksiądz widzi świat inteligencji jako świat mężczyzn. Kobiety są przecież po to, by dbać o dom, rodzić dzieci i przyrządzać posiłki. Synów widzi na stanowiskach w instytucji kościelnej, córka powinna być mu posłuszna, cicha i wyjść za mąż.
Joanna jednak ani myśli być „kurą domową”. Czyta i pisze lepiej od brata, co zauważa jeden z nauczycieli Jana i postanawia uczyć oboje dzieci. To dzięki niemu i jego wierze w jej zdolności, Joanna znajdzie w sobie siłę, by opuścić dom i podążyć na dalszą naukę do klasztoru.
Tam poznaje rycerza Gerolda, w którym się zakochuje. Jest jednak jeszcze młodą dziewczyną, a jej opiekun jest żonaty i ma córki w jej wieku. Wszystkie one – jak również Jan – giną w trakcie napadu Normanów. Joanna od tego dnia staje się Janem i zostaje zakonnikiem.
Wiele jeszcze czeka ją przygód – sukcesów i porażek. Nigdy jednak nie zapomina o ukochanym i ta miłość sprowadzi na nią ostateczną zagładę, gdy już jako papież Jan zajdzie z nim w ciążę i urodzi dziecko w czasie kościelnej procesji.
Joanna została wymazana z oficjalnego spisu papieży, jednak legenda o niej jest po dziś dzień żywa. Trwają spekulacje, czy żyła naprawdę, czy jest jedynie postacią wykreowaną przez wyobraźnię. Niezależnie od tego – bohaterka powieści jest prawdziwą kobietą, która musi się wyrzec swojej cielesności, by podążyć własną drogą. Nie poddaje się jednak i walczy. Osiąga mniejsze i większe sukcesy, by w końcu z prostego mnicha przeistoczyć się w namiestnika świętego Piotra i zasiąść na papieskim tronie.
Jej nieugięta postawa – wola poznawania świata, miłość do wiedzy i nauki, a także do ukochanego mężczyzny dodaje otuchy czytelnikowi i pobudza do działania. Skoro bowiem dziewczyna ze wsi mogła w średniowieczu osiągnąć tak wiele – dlaczego nie miałoby się udać i nam?
Lektura obowiązkowa dla każdego – niezależnie od jego upodobań czy niechęci do historii i Kościoła. To po prostu opowieść o wspaniałej kobiecie, która nie bała się ograniczeń swoich czasów.

Krawcowa z Madrytu - Maria Duenas





Tego mi właśnie było trzeba – w momencie, gdy czułam się kompletnie bezsilna, bez ochoty do działania, zmęczona i śpiąca. Powieść o silnej kobiecie…
Sira mieszka z matką, ojca nie zna. Ma narzeczonego, jest pomocnicą w salonie krawieckim. Jej życie jest ciche, spokojne i przepełnione pracą. Do dnia, kiedy poznaje Ramira. W niedługim czasie rozstaje się z Ignaciem, wyprowadza od matki i ostatecznie wyjeżdża z kochankiem do Maroka. Po miesiącach balowania, chodzenia na rauty i spania do południa zachodzi w ciążę, Ramiro ją zostawia z długami, okrada z pieniędzy, które dostała od – odnalezionego niedawno – ojca. Sira zostaje sama i niestety nie może wrócić do Hiszpanii, w której właśnie wybuchła wojna domowa.
Kolejne lata to zmagania z długami, które zostawił jej niewierny kochanek i założenie własnego niewielkiego atelier. Okazuje się, że dziewczyna ma prawdziwy talent i wiele prominentnych mieszkanek Tetuanu szyje suknie w jej salonie. Jest wśród nich również pewna tajemnicza Angielka, kochanka późniejszego Ministra spraw Zagranicznych Hiszpanii, Juana Luisa Beigbedera, z którą Sira zaprzyjaźni się na długie lata.
To także historia polityczna Hiszpanii i Maroka w burzliwych latach trzydziestych i czterdziestych XX wieku. Poznajemy polityków, którzy rządzili wówczas Hiszpanią – generała Franco i jego brata, kilku ministrów. Spotykamy tu również brytyjski wywiad MI-6, który – przy pomocy Siry – próbuje zdobyć przewagę informacyjną nad Niemcami i proniemieckimi Hiszpanami.
Jak skończy się ta opowieść o dziewczynie, która z ciemnej piwnicy w Madrycie trafiła na salony w Tetuanie, Tangerze i hiszpańskiej stolicy? Co zrobi, gdy przyjdzie jej szpiegować swoich rodaków w sprawie, którą uważa za słuszną? Jak potoczy się jej romans z brytyjskim szpiegiem, Loganem i jak ułożą się stosunki z matką i – w końcu odzyskanym – ojcem?
Dla mnie to opowieść o sile, ale i ciężkiej pracy, która jest konieczna, by osiągnąć sukces. Dodała mi energii i chęci do zrobienia czegoś dla siebie, a także zadbania o siebie, właśnie wtedy, gdy ogarnął mnie absolutny marazm. Ma bardzo pozytywny wydźwięk, nie jest przesadnie historyczna, a romans jest tylko pretekstem, żeby pokazać całe ówczesne społeczeństwo. Naprawdę gorąco polecam.

Sekret Genezis – Tom Knox




Pewnego dnia kupiłam nowy National Geografic i widzę w nim artykuł o Göbekli Tepe i stwierdzam, że to rewelacyjny materiał do kolejnej powieści. Postanawiam coś więcej o tym poczytać w sieci. Tak właśnie robię kolejnego dnia i między innymi napotykam informację o tej powieści. Popołudniu biegnę do Empiku i kupuję. Impuls, czysty przypadek. Czy było warto? Owszem.
Ciekawa pozycja, gdzie akcja goni akcję w tempie przynajmniej podświetlnym. Sekret, którego jeden z bohaterów książki strzeże – mroczny, jak cała powieść. Tutaj nie ma delikatności, nie radzę czytać do śniadania. To powieść, w której składanie ofiar z ludzi nie dla wszystkich jest jedynie smutną historyczną prawdą, ale pozostało codziennością.
Należę do osób, które zamykają oczy, gdy w filmie pokazują igłę, albo robią cokolwiek z oczami. Boję się pobierania krwi i na samą myśl o tym robi mi się słabo. Staram się z tym walczyć. Oglądam namiętnie NCIS i CSI, trochę pomaga. Już nie ruszają mnie sekcje zwłok (może dlatego, że wiem, iż to jedynie manekin i trochę czerwonej farby, kto wie). W każdym razie mam bujną wyobraźnię – potrafię sobie wiele wizualizować. Tym razem, niestety, również. Są tu okrucieństwa, o jakich mi się nie śniło, nawet po rocznym kursie z prawa sądowego, gdzie sporo było o torturach. W „Sekrecie Genezis” są one znacznie bardziej wymyślne, a nasz antybohater nie brzydzi się niczego, byleby osiągnąć swój cel. Przypalanie ogniem czy próba zimnej wody zdają się luksusem w porównaniu do tego, co robi.
Jednak mimo to – polecam. A może właśnie dlatego, że nie ma tu politycznej poprawności i estetyki na siłę. Człowiek potrafi być potworem. Warto dotrwać do końca, by poznać tytułowy sekret.
Zadziwiająca, pełna emocji książka, potwornie nieapetyczna, a jednocześnie mówiąca o miłości i oddaniu. Inna niż wszystko, co dotychczas przeczytałam – znacznie lepsza od osławionego „Kodu Leonarda”.

czwartek, 20 października 2011

Saga Wielkich Rodów - Tom 1 - Tryptyk krwi (cz.1)

Zgodnie z obietnicą - pierwsze fragmenty pierwszego tomu mojego "dzieła". Miłego czytania:



Magdalena obudziła się z krzykiem. Kociak zeskoczył z łóżka. Na podłodze leżała, nie wiadomo skąd, czarna koperta z odciśniętymi w czerwonym laku literami „AN". Myślała, że nadal śni, jednak koperta rzeczywiście tam była. Otworzyła ją i przeczytała na głos: "Droga Magdaleno Wiktorio, niestety nie mieliśmy dotychczas okazji się poznać, spotkamy się więc jutro. Do zobaczenia. Alexander".
Zasnęła dopiero o świcie. Kolejny dziwny sen. Obudziła się przerażona. Spojrzała wokoło. Kota nie było. Weszła do kuchni, mając nadzieję, że zwabi go porannym mięskiem. Drzwi kuchenne były delikatnie uchylone.
- Fiodor, kici, kici – zawołała.
Kotek podbiegł w jej stronę. Uśmiechnęła się. „Gdzie byłeś, puchaty milusiński?" – pomyślała dokładnie w chwili, gdy Fiodor rzucił się na nią z pazurami i przeraźliwym warczeniem. Skoczył z taką siłą, że się przewróciła. Uderzyła głową o podłogę. Wszystko zaczęło wirować.
*
Przerażona wbiła paznokcie w satynową pościel. Biel zębów mężczyzny odbijała światło księżyca. "Przecież był ranek, gdzie ja spędziłam cały dzień?” – zastanawiała się. "I kim jest ten mężczyzna? Gdzie w ogóle jestem?”
- Zapraszam na kolację – odezwał się. – Czekam na Ciebie. Obok jest łazienka, jeśli masz ochotę się odświeżyć.
Wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Chciała się stąd wydostać. Jak najszybciej, jak najdalej. Może to tyko kolejny sen i zaraz się obudzi.
Gdy po kąpieli postanowiła do niego dołączyć, zastała go w jadalni. Siedział przy długim bukowym stole, suto zastawionym srebrnymi paterami pełnymi jedzenia. Starała się nie pokazywać, jak bardzo niepewnie się czuje, a on zajmował się bardziej swoim talerzem, niż jej osobą. W końcu wytarł usta serwetką i przerwał, przedłużającą się, ciszę.
- Musisz mi pomóc, Magdaleno.
- Nie mam takiego zamiaru.
- Twojemu mężowi mogłoby się to nie spodobać.
- Nikołaj nie żyje – powiedziała, a w kącikach jej oczu dostrzegł łzy.
- Wiem – zawiesił na chwilę głos, – że mój brat nie żyje.
- Brat?! – wykrzyknęła zdziwiona.
*
Michael miał sześć lat. Mieszkał z matką, Sarą i przyrodnim bratem, Paulem. Ojca nie znał i szybko nauczył się o niego nie pytać. Wiedział, że matka dostaje od tego człowieka pieniądze na jego wychowanie, ale nie utrzymują żadnego kontaktu. To wszystko, czego się dowiedział. Uczył się dość dobrze i nie sprawiał większych kłopotów, nie licząc dziwnych napadów, kiedy krzyczał, wił się z bólu lub po prostu mówił, że "coś" widzi.
*
Czyżby sie pomylił? Nie, niemożliwe. Cokolwiek nie miałby powiedzieć o Nikołaju, wiedział, że nie wybrałby na żonę słabej kobiety. Nikołaj wiedział, jakie to ważne. Był lekkoduchem, nie słuchał Rodziny, ale nie ożeniłby się z kimś, kto by się do tego nie nadawał. Miał ją przygotować, ale ktoś się postarał o to, by nie zdążył tego uczynić. Teraz wszystko musiał zostawić w rękach Alexandra.
*
Nikołaj miał brata. Brata, o którym nigdy nie wspominał. Nadal trudno jej było się z tym pogodzić. „Och, Nikołaju, gdybym wiedziała, gdybyś tylko mi powiedział…" – łzy zaczęły spływać Magdalenie po policzkach. Tak bardzo brakowało jej Fiodora. Dostała go od Nikołaja – niedługo po tym, jak zaczęli się spotykać. Czy właściwie kiedykolwiek go poznała? Jak to się stało, że pokochała człowieka, o którym tak niewiele wiedziała?
*
Dzwonek oderwał Sarę od pracy. Zapisała zmiany w projekcie i podeszła do drzwi.
- Dzień dobry. Nazywam się Magdalena Nowicka. Musimy porozmawiać. Chodzi o Michaela – przywitała się młoda kobieta. Wyglądała na trochę spiętą i niepewną.
- Syna nie ma. Kim Pani jest?
- Przysłał mnie Alexander, Alexander Nowicki – na brzmienie tego imienia, Sara aż podskoczyła.
- Nie życzę sobie, żeby pani spotykała się z moim synem. Z żadnym z moich synów! – trzasnęła drzwiami i szybko przekręciła kluczyk w zamku.

Wehikuł czasu - H.G. Wells



Powieść już nie nowa przecież – wydana po raz pierwszy w 1895 roku – zdaje się być ponadczasowa. Ośmielę się nawet napisać, że w obecnej chwili stała się jeszcze bardziej aktualna.
Przyznaję, iż długo wahałam się nad jej przeczytaniem – cieszę się jednak, że to w końcu zrobiłam. Nie liczyłam na wiele – historia już znana z filmów, stara, wydawała mi się nieco oklepana. Mile się zaskoczyłam. Znów przypomniano mi, że filmy nie mają wiele wspólnego ze swymi literackimi pierwowzorami. Niemal w 100% udało mi się obecnie wymazać z pamięci to, co kilka lat temu widziałam na małym ekranie. Pamiętam jedynie, że wówczas myślałam o tej powieści, jako trochę utopijnej. Nic bardziej mylnego – jest absolutnie antyutopijna!
Otóż główny bohater – którego imienia nigdy nie jest nam dane poznać, co jeszcze wzmacnia zainteresowanie – wyrusza w przyszłość do roku…802701! Spędza tam około tygodnia i próbuje poznać zwyczaje i historię potomków ludzkości (a także odzyskać skradzioną machinę, bez której nie może wrócić do dziewiętnastowiecznej Anglii). Powoli przekonuje się, że jego początkowa wizja jest całkowicie mylna. Piękni Ejolowie okazują się rasą bezmyślną i gnuśną – spędzają dni na wygrzewaniu się w słońcu i odpoczywaniu. Wieczorami balują. W pierwszej chwili wydają się cudowni, gdy jednak Podróżnik w Czasie będzie miał wątpliwą przyjemność poznania drugiego gatunku – Morloków, jego wizja się zmieni.
Przerażenie, które go ogarnia, gdy widzi w podziemiach straszliwe stwory, niewiele już przypominające ludzi, ewoluuje w stronę – ostrożnej – ciekawości. Bohater myśli, że Ejolowie wykorzystują Morloków, by móc wygodnie żyć. Okazuje się jednak, że rozkład sił na tej Ziemi przyszłości jest inny, niżby się mogło wydawać.
Po powrocie do domu Podróżnik w Czasie nie potrafi już żyć z dnia na dzień, mając w pamięci – niezbyt obiecującą – przyszłość swego gatunku. Wyrusza w kolejną podróż, jednak nie jest nam dane poznać tych przygód, ponieważ powieść się urywa.
Co mnie zadziwiło? W „Wehikule czasu” to nie piękni z wyższych sfer są u władzy. Siłą jest tutaj strach. To trochę inne podejście, niż w wielu książkach fantastycznych. A przecież nie jest to powieść, która ma na celu siać pesymizm. W końcu do tego roku, do którego trafił nasz Bohater – upłynie w rzekach jeszcze wiele wody. Mamy przed sobą długie tysiąclecia, a przecież należy pamiętać, że samo jego opowiadanie o przyszłości zmieniło jego znajomych. Tak więc – nie ma czegoś takiego, jak przeznaczenie ludzkości – możemy uniknąć losu Ejolów – wszystko zależy od nas. Książka ma pozytywny wydźwięk i daje sporo do myślenia.
Czasami przypominała mi również troszkę „Mroczne materie” P. Pullmana – oczywiście zdaję sobie sprawę, że jest raczej odwrotnie ;)

"Biała wilczyca" i "Wszystkie marzenia świata" - Theresa Revay


Ta duologia to na pozór historia miłosnych rozterek Kseni Ossoliny, jednak pozory bywają mylące. Tak naprawdę to opowieść o ludziach, których Historia przez duże H rzuciła na głębokie wody i zostawiła samym sobie.
Ksenia – 15-latka z dobrej szlacheckiej rodziny rosyjskiej – nagle staje się głową rodziny, gdy jej ojciec zostaje zamordowany przez rewolucyjnych bolszewików. I tak podążamy z nią przez kolejne lata – walkę o jedzenie i opał w ukochanym Piotrogrodzie, o utrzymanie rodziny – matki, która jest w ciąży i młodszej siostry, próbę (dla części z nich udaną) przedostania się do zachodniej Europy. Z nią razem oglądamy Paryż dwudziestolecia międzywojennego, a także rozpustny Berlin, w którym powoli do władzy dochodzi Adolf Hitler. Jak Ksenia pogodzi swoją miłość do niemieckiego fotografa Maxa z absolutną nienawiścią do totalitarnego ustroju III Rzeszy? Co zrobi Max, który również nie potrafi się pogodzić ze zmianami w jego ukochanej ojczyźnie? Gdzie zaniesie ich los, gdy Europę znów ogarnie wojna?
Autorka pokazuje nie tylko perypetie głównych bohaterów, ale również zmagania całych społeczeństw i przypomina nam, że nie wszyscy Niemcy byli źli, a Francuzi dobrzy. Każdy człowiek odpowiadał tylko za siebie. Nawet żydowskie dzieci, którymi Ksenia zaopiekuje się w czasie II wojny światowej są od siebie różne, mimo, iż są przecież bratem i siostrą. Przypomina nam, że nie należy generalizować. Pokazuje, jak różne bywało podejście do nowych władz w ogarniętych totalitaryzmem krajach – Niemczech i ZSRR.
To ciekawa i wzruszająca historia, która unaocznia nam bezsens i tragedię militarnych sporów i dążenia do panowania nad Europą (czy jakimkolwiek innym terytorium). To zdecydowanie antywojenna powieść, w której jednak niemal nic nie jest oczywiste i jasne. Czy Ksenia i Max odnajdą się w tym straszliwym świecie? Czy Masza znajdzie swoje miejsce na Ziemi? Czy Natasza – córka Kseni i Maxa będzie im kiedyś potrafiła wybaczyć długie lata kłamstw? Na te i wiele innych pytań znajdziemy odpowiedzi, jednak jedno autorka pozostawia otwarte – jak Ty, Czytelniku, zachowałbyś się, będąc w skórze bohaterów „Białej wilczycy” i „Wszystkich marzeń świata”? Trudna odpowiedź, na którą – mam nadzieję – nigdy nie będziemy musieli odpowiadać inaczej, jak tylko abstrakcyjnie.
Gorąco polecam, nawet tym, którzy nie lubią historii i romansów – to świetna lekcja człowieczeństwa. Ja kupiłam oba tomy z myślą, że pierwszy przeczytam przed ślubem, a drugi po powrocie z podróży – czyli po jakichś 3-4 tygodniach przerwy. Gdzie tam! Przeczytałam oba przed ślubem – nie mogłam się oderwać.

środa, 19 października 2011

Dobry człowiek Jezus i łotr Chrystus – Philip Pullman





„Dobry człowiek Jezus i łotr Chrystus” to krótka – zaledwie nieco ponad 100 stron – powiastka będąca alternatywną do Pisma Świętego historią Jezusa z Nazaretu. Daje trochę do myślenia, jednak nie można jej porównać do tak monumentalnego dzieła jak „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa (nie tylko ze względu na objętość).
Książkę czyta się szybko i przyjemnie, przyznaję natomiast, że przynajmniej do połowy jest niemal identyczna z Biblią i jedynym wyjątkiem jest postać Brata-bliźniaka, który dopiero w dorosłym życiu ma mieć jakikolwiek wpływ na naszą wiarę. Czy jednak Pullman chciał nas tą powieścią nawrócić? Jeśli takie było jego zamierzenie – chyba nie do końca wyszło. Naprawdę mile wspominam czytanie „Dobrego człowieka…”, ale czegoś mi w nim zabrakło. Może za wiele się spodziewałam po autorze „Mrocznych materii”.
Mimo wszystko – polecam jednak przeczytać – końcówka jest rzeczywiście zaskakująca i choćby dla niej warto zapoznać się z całością.

Mechanizm serca – Mathias Malzieu





Piękna historia o małym (nawet, gdy już dorósł, pozostał mały) Jacku, którego serce zamarzło przy narodzinach. W zamian za nie dostał zegar z kukułką i przestrogę, by nigdy nie kochać.
Jednak serduszko Jacka szybko poznało, co oznacza miłość, gdy pewnego dnia spotkał małą śpiewaczkę. Lata minęły, zanim ich drogi znów się zbiegły, a Jack podróżował w jej poszukiwaniu. Jednocześnie poznajemy jego „przyszywaną” rodzinę, czyli ludzi, którzy się nim zaopiekowali w chwili, gdy matka pozostawiła go samego zaraz po porodzie.
To baśń dla dorosłych, która ma nam przypomnieć, czym są miłość, przyjaźń, zaufanie. Porusza delikatne tematy – porzucenie dziecka, jego samotność, poszukiwanie dziecka przez kobietę, która sama nie może zostać matką. Mówi o bólu, który Jack odczuwa w chwili, gdy zrządzeniem losu zostaje oddzielony od swojej opiekunki i wszystkich, którzy go znają. O tym, jak czuje się człowiek wykluczony w pewien sposób ze społeczeństwa – chłopiec jest w szkole pośmiewiskiem i wszyscy robią sobie z żarty z jego serca z kukułką. Jak się później okazuje – nie tylko maluchy potrafią być podłe. Dorośli również go nie rozumieją. Nawet ukochana ma problem, by zaakceptować jego inność.
Jest to historia trochę smutna, trochę zabawna – z pewnością nie dla dzieci. Daje do myślenia, każe się zastanowić nad tym, jak my sami zachowalibyśmy się, gdyby taki Jack pojawił się w naszym otoczeniu.
Pod płaszczem baśni i nie do końca realnego świata – w którym za serce może robić zegar, a kręgosłup można komuś zbudować z żeliwnych prętów – autor pokazał głęboko zakorzenione uprzedzenia i zadaje pytanie – czy my sami potrafimy zaakceptować ludzi, którzy się od nas różnią – upośledzonych fizycznie i psychicznie, czy umiemy zareagować, gdy dziecko jest w szkole dręczone przez rówieśników, czy potrafimy pokochać, jeśli nasz wybranek bardzo różni się od innych. Odpowiedź – niełatwa – należy do każdego z czytelników.
Gorąco polecam te słodko-gorzką historię w której chłopiec wędruje pomiędzy Edynburgiem a Hiszpanią.

wtorek, 18 października 2011

Koniec pieśni - Wojciech Zembaty


Opis z tyłu okładki:
„Dwa światy.
Jeden przedmiot, który zdecyduje o ich losach.
Prawdopodobnie jedna z najlepszych powieści fantasy 2011 roku. Brytania, rok 537. Legendarny król Artur ginie w bitwie pod Kamlann. Atak Germanów rozpoczyna krwawą zagładę cywilizacji Brytów. Wśród wojennej zawieruchy wędruje Bedevir, rycerz i były giermek Artura. Wie, że ostatnią nadzieją Brytów jest torq - naszyjnik obdarzony niezwykłą mocą.
Współczesna Warszawa. Do psychologa Łukasza Klimkowskiego przychodzi Igi, zagubiony chłopak, prześladowany przez demony. Wkrótce dokona bestialskiego mordu, który trafi na pierwsze strony gazet. W jego rękach znajdzie się niezwykły naszyjnik. Co się stanie, gdy skrzyżują się losy tych dwóch światów?
Otwórz wrota do legendarnej krainy.
Wejdź w świat, którym rządzi stal mieczy i krwawe obrzędy druidów. Poznaj koniec pieśni.”

Zachęcający? Mnie zainteresował i postanowiłam sprawdzić. Oto, co mogę powiedzieć o książce Koniec pieśni:
Powieść w 200% zakręcona. Przyznaję, że czytając ją, wielokrotnie pytałam „co autor brał?” i żeby nie było – od razu dodawałam: „ja też chcę”. Doprawdy byłam w szoku, a ostatnimi czasy niełatwo mnie zszokować, czy choćby zaskoczyć.
Już sam pomysł, by połączyć wczesnośredniowieczną Anglię po śmierci legendarnego króla Artura i współczesną Warszawę – rewelacja. Umieszczenie wśród przeszklonych drapaczy chmur naszej polskiej stolicy celtyckich druidów? Dlaczego nikt wcześniej na to nie wpadł? Olbrzymi ukłon w stronę pana Zembatego.
Zaskakująca naprawdę na każdej stronie, w inteligentny sposób łączy różne – na pozór niepasujące do siebie – światy, przedstawia ciekawe i skomplikowane postaci, nad charakterystyką których autor musiał spędzić sporo czasu. Widać również, że jest człowiekiem oczytanym – często delikatnie nawiązuje do literatury. Dziękujemy z mężem również za wspomnienie naszej ukochanej „Diuny”.
Książka wciąga, nie można się od niej oderwać – czytałam w domu, w autobusie, w tramwaju, na parkingu (w oczekiwaniu na kierowcę samochodu – kolegę, który mnie podrzucał z pracy) i na przystankach komunikacji miejskiej.
Minusy? Chyba tylko dwa… Pierwszy – skończyła się (tak nieoczekiwanie, że po miesiącu nadal pozostaję w szoku, sic!). Drugi – w życiu nie widziałam tyle literówek w wydanej już książce. Korekta (delikatnie mówiąc) zawiodła, mam nadzieję, że się poprawią lub autor zmieni wydawnictwo przy kolejnych swych powieściach, na które z niecierpliwością czekam.

Kamienie na szaniec - Aleksander Kamiński




„Kamienie na szaniec” każdy z moich rówieśników zna ze szkoły podstawowej jako lekturę obowiązkową. Czy jest nią nadal? Przyznaję, że nie wiem i szczerze mówiąc – nie ma to dla mnie znaczenia.
Pierwszy raz przeczytałam „Kamienie…” w 1997 roku i od tego czasu czytam przynajmniej raz do roku. Jedynie w 2010 zrobiłam (niezamierzenie) wyjątek.
Dlaczego tak często wracam do tej – nie tak przecież długiej – powieści, która nie jest fikcją literacką, a jedynie delikatnie sfabularyzowanym pamiętnikiem jednego z bohaterów wydarzeń z tamtych strasznych dni?
Odpowiedź jest prosta – to nie tylko historyczna, świetnie napisana książka o młodych ludziach, z którymi można się łatwo utożsamić. To również historia prawdziwych przyjaźni, czystych miłości, opowieść o lojalności, dążeniu do celu (ale nie, jak dzisiaj to się często prezentuje – po trupach). To świetna lekcja patriotyzmu – jak sam autor mówi o Rudym, Alku, Zośce i ich kompanach – o ludziach, którzy potrafili pięknie żyć. Czerpali z życia pełnymi garściami, nie liczyli na cuda, ale zdobywali wszystko ciężką pracą – uczyli się, pracowali, pomagali rodzicom i przyjaciołom, a poza tym potrafili służyć swej Ojczyźnie.
Nadto „Kamienie…” mają dla mnie niesamowity wymiar edukacyjny. Sięgam po nie niemal zawsze, gdy czuję, że nic mi się nie chce, że jestem zmęczona, przepracowana, mam dość. Pracuję po osiem godzin dziennie. Mam własne mieszkanie. Do spłaty kilka niewielkich kredytów (na wykończeniu z resztą). Co roku jeżdżę gdzieś na wakacje (również za granicę). Mam oboje Rodziców, którzy żyją w związku małżeńskim od ponad 30 lat. Skończyłam dwa kierunki studiów. Mam przyjaciół, z którymi czasami pójdziemy do pubu lub na inną imprezę. A mimo tego – ciągle czuję niedosyt, lubię pomarudzić, że jestem zmęczona i znudzona pracą, że nie stać mnie na dwukrotne w roku wakacje za granicą, że w weekendy nie wypoczywam.
Panie i Panowie – marudni Polacy – siedemdziesiąt lat temu na mapach Europy nie było naszego kraju. Nie było rządu, na który moglibyśmy psioczyć. Nie było prezydenta. Nie było dziurawych dróg – nie było dróg. Nie było drogiego jedzenia – nie było jedzenia. Nie było państwowych szkół, które naszym zdaniem nie są bezpłatne – nie było polskich szkół. Nikt nie myślał o zagranicznych wakacjach – każdy cieszył się, że rano otwierał oczy i nadal jeszcze żył. Nikt nie narzekał na za dużo lekcji do odrobienia i przymus szkolny – oni nie musieli się uczyć, a jednak spotykali się potajemnie, późnymi wieczorami i sami sobie zadawali różne zadania do wykonania. Im się chciało – stworzyć lepszy świat dla nas – nie zaprzepaśćmy tego.
Rada dla każdego, kto lubi marudzić i narzekać, że jest mu ciężko i na nic już nie ma siły i czasu – wróćcie (jeśli już kiedyś czytaliście) do „Kamieni na szaniec” Aleksandra Kamińskiego – być może inaczej spojrzycie na swoje codzienne problemy – przez pryzmat tych młodych ludzi, którzy takich określeń zdawali się nie znać.

Na dobry (mam nadzieję) początek

Stary wiersz - ma już z pięć lat, ale ostatnio go odgrzebałam, szukając jakiejś poezji do powieści, nad którą pracuję. Za jakiś czas prześlę Wam również wiersz zainspirowany "Diuną".

Dlaczego życie bywa czasem takie wkurzające?
Na niebie przecież ciągle świeci to samo słońce.
To samo słońce na radości i smutki,
Czy dzień długi jest akurat, czy też krótki.
Dlaczego zawsze, gdy już się uśmiecham,
Ktoś musi mnie zdenerwować? Jak kocham,
Gdy ktoś mnie wyprowadza z równowagi,
Gdy jednym słowem, czy gestem sprowadza humor taki,
Że mam ochotę roznieść świat cały
Wokoło mnie i zostawić tylko ten kawałek mały,
Na którym stoję.
Dlaczego się boję?
Dlaczego zawsze dokoła mnie wszyscy
Wiedzą lepiej, co dla mnie najlepsze. Myśli
Krążą, wirują, dryfują wokół tego,
A jednak nigdy nie potrafię stwierdzić, dlaczego
Jakbym o sobie decydować nie umiała sama –
Tylko zawsze wie lepiej ode mnie mama,
Tata, czy ciotka, czy sąsiad zza ściany…
Przecież jestem dorosła Od dziś dla odmiany
Ja podejmuję decyzję, ja mówię, co robię –
Pracuję, śpię, czytam, odpoczywam sobie.
I nikt już od dzisiaj mi marudzić nie będzie
Planu na moje życie, ja przędę
Pajęczynę, po której będę chodziła
I co robić będę chciała – to będę robiła!

Powitanie






Witajcie.

Na początek opowiem trochę o sobie. Mam w tej chwili 28 lat i jestem świeżo upieczoną mężatką. Skończyłam dwa kierunki studiów – prawo i bankowość, ale moją prawdziwą pasją jest literatura. Sama piszę i z pewnością niejeden raz pojawi się tutaj jakiś mój utwór – z mniejszych form zdecydowanie preferuję poezję. Ukończyłam kilka niedługich powieści, niestety jak na razie nie udało mi się jeszcze żadnej wydać. Mam nadzieję, że to się wkrótce zmieni.
W obecnej chwili jestem w trakcie pisania czwartego tomu sagi, którą zaplanowałam sobie na tomów… 17. Będziecie mieli okazję poznać niektóre ich fragmenty na łamach bloga.
Dlaczego Dune? Jestem olbrzymia fanką „Diuny” Franka Herberta – ta książka wywróciła moje życie do góry nogami, dzięki niej również poznałam mojego Męża i jest częścią naszego codziennego życia.
Dlaczego Fairytales? Ponieważ kocham baśnie i wszelakie historie. Bardzo dużo czytam i zamierzam w dużej mierze ten blog poświęcić właśnie cudzym książkom – będę na bieżąco pisała recenzje tego, co przeczytałam, a także cofnę się do tych pozycji, które przeczytałam w niedawnym czasie – a jest tego naprawdę sporo.
Chyba to tyle na dzień dobry :]