Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

czwartek, 31 lipca 2014

Ciemno, prawie noc – Joanna Bator

Wydawnictwo: W.A.B.
  Warszawa 2013
Liczba stron:525
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN: 978-83-280-0839-7








Wałbrzych. Miasto, którego szczerze nie lubię. Zimno i ciemno. Paskudnie. Jednym słowem zapowiada się niezbyt optymistycznie. Zresztą nie jestem ignorantką. wiem przecież, że za tę powieść Bator otrzymała Nike (a dla tych, co nie wiedzą – napisali to na okładce całkiem sporą czcionką). Wiem też, jakie książki mają szansę na tę nagrodę. Ciężkie. Trudne. Inne...
Wałbrzych. Listopad. Zimno, na ulicach już śnieżnie. Stare domy, biedne dzielnice tego i tak niezbyt bogatego miasta, które już dawno przestało się rozwijać. Zaginione dzieci. Tajemnice sprzed lat. Poniemieckie noże... Ciemno, prawie noc, a wokoło czai się zło. Gdzie się nie obejrzysz – w każdej chwili możesz natknąć się na kotołaka.
Wałbrzych, miasto, jakich wiele. Symbol. Do niego po latach wraca Alicja Tabor (zwróćcie uwagę na jej nazwisko, sic!) – teraz dziennikarka największej polskiej gazety, mieszkająca w Warszawie kobieta około czterdziestki. Nazywana przez współpracowników pancernikiem. Niczego się nie lęka. Nic nie jest jest straszne. Przyjechała, by napisać artykuł o zaginionych dzieciach. Czy ktoś się spodziewał, że odnajdzie prawdę o sobie i swojej rodzinie? Alicja Pancernik po przyjeździe do rodzinnego miasta i poniemieckiego domu, w którym przed laty zdarzyła się niejedna tragedia, przemienia się w Alicję-Wielbłądkę. Tak kiedyś nazywała ją starsza siostra. Ewa nie żyje od dawna, a jej tajemnicze samobójstwo cieniem kładzie się na całym życiu Alicji.
"Ciemno, prawie noc" to niesamowita galeria barwnych postaci. Choć barwy ich w większości ograniczają się do różnych odcieni szarości i chyba jedynie czerwone Relaksy jednej z kociar, rude włosy Celestyny i kanarkowy płaszczyk po nastoletniej Ewie są dowodem na to, że w Wałbrzychu kolory mają jeszcze prawo istnieć. Nie sposób wymazać z pamięci pana Alberta nigdy niezdejmującego z głowy zdartej, zniszczonej pilotki (gdzieś w połowie powieści dowiemy się, dlaczego ją nosi). Trudno zapomnieć o straszliwym Adalbercie i jego matce, Gertrud, która wszystkim wydawała się silna, a najbardziej bała się własnego dziecka. Po prostu nie da się wciąż (skończyłam jakiś tydzień temu) nie myśleć o Annie Lipiec – matce Alicji i Ewy, albo o ich ojcu – wiecznym marzycielu, którzy wierzył, że odnajdzie wielkie skarby ukryte w podziemiach zamku Książ i dzięki temu zapewni szczęście swej rodzinie. Czy można zapomnieć o okrutnym losie, który spotkał...? Nie, rozpędziłam się, a chcę, byście odkrywali te postaci powolutku, tak jak przedstawia je Bator, tak jak poznawałam je ja.
"Ciemno, prawie noc" to powieść wielowątkowa. Choć nawet to słowo nie oddaje całej złożoności fabuły. Zaginięcie "niepotrzebnej nikomu" Andżeliki, ukochanego wnusia – Patryka i sierotki Kalinki to tylko jeden z wątków tej niesamowitej historii, która uwięzi Was w mrocznym, pełnym czającego się zła i wydobywającej się ze szpar ektoplazmy świecie. Opowieść o pojawieniu się samozwańczych proroków – Jana Kołka i Jerzego Łabędzia jest kolejną i trzeba przyznać, bardzo dobrze oddającą realia polskiej zaściankowości. Świat pełen nienawiści i zawiści, kompletnego braku tolerancji, obrzucania się błotem, obrażania cudzych uczuć, nienawiści rasowej i kulturowej, bluzgi. Tak, bluzgi to odpowiednie słowo choćby dlatego, że trzykrotnie użyła go Autorka w tytułach rozdziałów. I choć te rozdziały są niesamowite, choć mówią wiele prawdy, choć w dużej mierze są głosem nowoczesnego społeczeństwa XXI wieku (są to zapisy "rozmów" na czacie) to muszę przyznać, że moim zdaniem były najsłabszą częścią książki. Męczyłam się przy lekturze tych kilkudziesięciu stron. Męczyłam straszliwie, a jednak nie mogłam sobie darować czytania dalej, bo przecież tak wiele się dzisiaj dzieje w świecie wirtualnym. Prawda w oczy kole...
Zestawienie kociar (najwspanialzych i najczystszych dusz w ludzkich ciałach) i kotołaków, Matki Boskiej Bolesnej i kazirodztwa, gwałtów na dzieciach, przemocy domowej. Silnej, nowoczesnej kobiety i wystraszonego dziecka, którym niegdyś była. Wszystko to wplata Autorka w opowieść o istocie dobra i istocie zła. W tym świecie pełnym szarości znajduje się miejsce dla wszystkich. Kiedyć wystarczało go nawet dla barwnych i roztańczonych Cyganów. Dzisiaj i oni się zdegradowali i mieszkają w ruderach biednej dzielnicy, co jakiś czas biorąc udział w miejskich burdach. Jak zauważa pan Albert – o Cyganach nikt nie mówi, nikt nie pamięta, nikt nie pyta, gdzie się podziali. Nikt nie stawia pomników tym, którzy ich w czasie wojny ratowali. Żydom pozostał przynajmniej głos, Cyganie nie mają już niczego.
Mnóstwo trudnych tematów podjęła Bator w tej powieści. Ujęła je w ramy, próbowała okiełznać, choć przecież zło czai się zawsze za rogiem. A może... może siedzi pod podłogą? W każdym razie okiełznać je nie jest łatwo. Czy Autorce się udało? Przeczytajcie i przekonajcie się sami.
Okrutność w warstwie fabularnej łączy się tu z magią języka. Bo język, jakim posługuje się Autorka zasługuje na wielką pochwałę. Choć nie przypadły mi do gustu te słowa-zdania, których na początku całkiem sporo (na szczęście dalej jest ich coraz mniej), to trzeba przyznać, że pomysł miała Bator rewelacyjny. Czyż nie mówimy tak właśnie? Czy może jednak słyszycie w swoich wypowiedziach wyraźne pauzy? W każdym razie, pomijając ten zabieg – posługuje się językiem pięknym i naprawdę literackim. To nie jakiś tam pisarz, to prawdziwy "Pisarz". Natomiast słowotwórstwo w postaci języka kociar to po prostu majstersztyk. Wielkie gratulacje. Choćby i za to należałoby powieść nagrodzić. A że treściowo książka jest naprawdę głęboka i porusza niezmiernie ważne tematy – Nike wcale nie dziwi. 
Wydanie? Kilka małych literówek, które nie zwracają szczególnej uwagi. Można by je właściwie pominąć milczeniem. Klimatyczna okładka, od której wieje chłodem wałbrzyskiej później jesieni. Szczególnie w porównaniu z wcześniejszą wersją – ta okładka robi bardzo dobre wrażenie. Nie napiszę, że pozytywne, wszak jest ono (i ma być) raczej depresyjne i trochę straszne, jak cała powieść. W każdym razie wydawnictwo spisało się naprawdę dobrze.
Autorka sama przyznaje, że po lekturze jej powieści można sobie strzelić w łeb. Można... Choć lepiej, byście tego nie robili. Nie chcę Was mieć na sumieniu – wszak polecam tę książkę. Lojalnie jednak uprzedzam, że za skutki lektury nie ponoszę odpowiedzialności .
Nie byłam przekonana do tej książki. Nie byłam pewna, czy chcę ją przeczytać. Obawiałam się trochę, że mi się nie spodoba, a przecież wypada, by książki, które zyskały tak ważną nagrodę... Ble, ble, ble. Pożyczyłam, przeczytałam, nigdy nie będę żałowała. Choć na razie po wcześniejsze powieści Bator nie sięgam. Mam kaca po "Ciemno, prawie noc" i długo się z niego nie wyleczę.

czwartek, 24 lipca 2014

Szczęście all inclusive – Krystyna Mirek

Wydawnictwo: Filia
Poznań 2014
Liczba stron: 368
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN: 978-83-7988-055-3



Książka zachwyciła mnie okładką od pierwszej chwili, kiedy ujrzałam jej reklamę w Internecie. Mam słabość do Grecji. Być może już o tym wspominałam. Kocham ją miłością całkowicie odwzajemnioną. Zresztą ta okładka jest po prostu piękna, nawet dla kogoś, kto Grecji nie miłuje. Mam rację?
Bardzo się więc ucieszyłam, kiedy udało mi się zdobyć tę powieść. Tym bardziej, że poza przecudną okładką mamy jeszcze ponad 360 stron naprawdę dobrej literatury i to nie tylko na lato.
Akcja toczy się na Krecie, choć początkowe rozdziały opowiadają historie głównych bohaterów tuż przed wylotem – częściowo w Warszawie, częściowo w Krakowie. To w Polsce poznajemy Berenikę, na którą wszyscy mówią Beata. Sympatyczną, dość uroczą magister geodezji, która właśnie oczekuje na przedłużenie umowy o pracę i zaległą premię. Wówczas wybierze się na wymarzony urlop do Grecji. Taki wyśniony, zaplanowany od dawna, urlop marzeń. Razem ze swym ukochanym, który czeka na nią w domu. Rzecz w tym, że życie nie jest usłane różami, a szef Beaty okazuje się zwykłym naciągaczem. Bez pracy, bez perspektyw, z chłopakiem, którego od lat utrzymuje, Beata zostaje na lodzie i musi zapomnieć o wakacjach. Wówczas otrzymuje propozycję podjęcia pracy na Krecie. W roli... pokojówki. Niełatwa decyzja dla marzącej o czymś więcej, wykształconej, młodej kobiety.
Beata nie jest jedyną bohaterką, trudno nawet powiedzieć, że jest główną. W powieści Krystyny Mirek właściwie zdecydowana większość osób to postaci pierwszoplanowe. Poznajemy więc Jakuba, który marzył kiedyś o pisaniu mądrych artykułów, a trafił do pisma dla kobiet, w którym pisze pod pseudonimem (jako kobieta). Na Kretę wybrał się z narzeczoną, która jest także jego szefową. To Oliwia zdecydowała dokąd lecą, kiedy i... za wszystko zapłaciła. Jakub ma nadzieję, że ten wyjazd pozwoli im uporządkować pewne sprawy i w końcu on również będzie miał coś do powiedzenia w kwestii tego związku. Oliwia natomiast, cóż, skrywa pewien sekret, ma pewne wielkie marzenie, a Jakub ma jej pomóc w jego osiągnięciu. Czy rzeczywiście jest taką zołzą, za jaką ma ją polski personel hotelu?
Alina jest matką Franka i poznajemy ją w sytuacji, która niezbyt pochlebnie o niej świadczy. Od pierwszej chwili mamy wrażenie, że jest matką wyrodną, że najchętniej zostawiłaby synka gdziekolwiek i z kimkolwiek, byleby tylko mieć trochę spokoju. Racja, Franek do potulnych baranków nie należy, wszak orzeczenie o ADHD to nie tylko jego wymysł. Czy jednak rzeczywiście Alina jest taka podła, czy może jedynie...?
Czy wiecznie roześmiana, lubiąca się zabawić Agnieszka, którą na Krecie nazywają Agnes, naprawdę jest takim lekkoduchem? Właściwie co złego jest w byciu radosnym? Szczególnie, gdy od pięciu lat mieszka się na wspaniałej greckiej wyspie, ma stałą pracę, zarabia całkiem dobrze, jest się szanowanym przez resztę zespołu i ma przyjaciela, na którego zawsze można liczyć?
Wiele pytań. Ważnych pytań. "Szczęście all inclusive" to mądra powieść o ludzkich losach, walce o szczęście, o marzeniach i iluzjach. Bo nie wszystko jest tym, czym się wydaje na pierwszy rzut oka. Pozory mylą – nawet w ostrym i ciepłym słońcu przepięknej Krety.
Ciężkie tematy przeplatane są wspaniałymi opisami kreteńskiej plaży i kąpieli w morskich falach. Ludzkie dramaty maja miejsce nawet w urokliwych gajach oliwnych, wśród poskręcanych drzewek i zapachów prawdziwej greckiej kuchni. Miłość potrafi pojawić się w najmniej spodziewanym momencie. Nie myślcie jednak, że to jakiś zwykły romans a'la Harlequin. O nie, tej powieści daleko do takich banałów.
Ciepła i pogodna powieść o trudnościach, na które może napotkać każdy z nas. Choć nikomu ich nie życzę. O wyborach, które z boku wydają się znacznie prostsze, iż wówczas, gdy dotyczą nas samych. Mądra opowieść o tym, że trzeba patrzyć w przyszłość, a nie oglądać się za siebie. I czasami... warto się trochę poświęcić, bo bez pracy nie ma kołaczy.
Jedynym minusem książki jest nie najlepsza korekta. Trochę to dziwi, bo ogólnie Filia raczej dobrze radzi sobie z literówkami, a tym razem znalazłam ich zdecydowanie za dużo. Mimo wszystko jednak, najgoręcej polecam. Niezależnie, czy w te upalne dni jesteście na urlopie, czy pracujecie.



Książka przeczytana w ramach Wyzwania


Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Filia
  http://www.wydawnictwofilia.pl/

środa, 23 lipca 2014

List z Powstania – Anna Klejzerowicz

Wydawnictwo: Filia
Poznań 2014
Liczba stron: 326
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN: 978-83-63622-90-9







Mam ostatnio ogromne szczęście do naprawę dobrych książek. Sami zresztą możecie spojrzeć na moje wcześniejsze wpisy. To jest w większości literatura z górnej półki. Tymczasem okazało się, że trafiłam na coś, co nie podlega żadnym dotychczasowym klasyfikacjom. Na książkę, która wymyka się z półek i żyje własnym życiem. Bo choć już trzy dni minęły od chwili, gdy przeczytałam ostatnią stronę (a lektura całości zajęła mi zaledwie jeden dzień) i zabrałam się już do kolejnej książki... wciąż wracam myślami do "Listu z Powstania". I wciąż nie mogę przestać... się bać.
Na tę powieść polowałam przez długi czas. Brałam udział w kilku konkursach i wciąż uparcie wybierałam ten właśnie tytuł. Jednak nie mam szczęścia do konkursów. Za to dopisało mi większe i takie, z którego naprawdę jestem bardziej zadowolona. Udało mi się nawiązać współpracę z Wydawnictwem Filia i to dzięki niemu mogłam poznać tę niesamowitą historię.
Czego się spodziewałam? Wojennej historii i jej kontynuacji w niedalekiej przyszłości (licząc od Powstania). Co dostałam? Coś zupełnie innego. Bo Powstanie, choć przecież tak ważne dla całej fabuły, zdaje się być "jedynie" pretekstem. O samym zrywie Autorka pisze niewiele, a jednak ciężko powiedzieć, że nie jest to książka o Powstaniu. Jak to możliwe? Nie wiem. Może to po prostu niesamowity talent Anny Klejzerowicz, która tak umiejętnie i pięknie splata wszystkie wątki, buduje napięcie, kreuje nietuzinkowe postaci, które nie są ani trochę papierowe...
"List z Powstania" to powieść o... obsesji, o poznawaniu prawdy, o życiu w wiecznym lęku, o przegranej, o wygranej, o stracie i nadziei. Jednym słowem o życiu. Jego głównymi bohaterkami są dwie kobiety (choć i parę innych osób można by do tego grona zaliczyć) – matka i córka. Julia i Marianna, zwana Majką. Pierwsza straciła w Powstaniu właściwie wszystko – rodziców, dom i ukochaną siostrę. Rodzice zginęli, a Hanka przepadła. Krążyły jakieś plotki, że uciekła, że miała romans, że ktoś ją gdzieś jeszcze później widział, ale tak naprawdę nic nie jest pewne. Julia nie potrafi pogodzić się z tym, że ukochana starsza siostra nie żyje. Całe swoje życie poświęca na jej odnalezienie. Swoją obsesją zaraża męża, a później także córkę. Choć Marianna nie od początku jest zainteresowana historią Hanki. Urodziła się w innych czasach, w których Powstanie przedstawiano jako głupi zryw, który pochłonął tysiące ofiar i nie przyniósł Polakom żadnych korzyści. Marianna jest młodziutka, chce żyć po swojemu, chce się bawić, mieć przyjaciół, a nie wciąż żyć w strachu przed kolejnymi rewizjami. Jednak bunt kończy się w pewnym momencie i samoczynnie niejako "ulega" tej obsesji. Obu kobietom przyjdzie za te poszukiwania zapłacić bardzo wysokie stawki.
Powieść rozpoczyna się od ostatnich dni września 1944 roku, kiedy Powstanie miało się już ku upadkowi, kiedy Warszawa płonęła, a ostatni walczący przedzierali się kanałami. Historię zaś kończymy w roku 2013, kiedy to... o, nie, tego Wam nie zdradzę, ale przyznam, że zakończenie robi wrażenie. Z tym, że to nie jest książka, którą czyta się dla zakończenia, ale dla wszystkiego tego, co pomiędzy pierwszą i ostatnią stroną.
Poszukiwanie prawdy o Hance kojarzyło mi się z historią opowiedzianą w serialu "Dom". Choć okoliczności zniknięcia siostry są zupełnie inne, to Julia żyje taką samą obsesją, jak Martyna (i nawet ich nazwiska są podobne).
W pierwszej części powieści obserwujemy świat z dwóch perspektyw. Wszechwiedzący narrator opowiada o zdarzeniach z perspektywy Julii, rzadziej innych osób. Każdy rozdział zbudowany jest jednak z dwóch części i w tej drugiej zapoznajemy się z osobistymi notatkami Marianny. Narracja zmienia się dopiero z chwilą śmierci Julii. Uważam, że to był bardzo dobry zabieg, który sprawił, że bardzo zżyliśmy się z Majką, a jednocześnie jeszcze bardziej budował napięcie.
Tak, napięcie. Rzadko mi się zdarza, że tak się boję w czasie lektury. Szczególnie, że przecież ta powieść to nie jest żaden horror. Można ją na upartego nazwać kryminałem z wątkiem historycznym, ale kiedy słyszę o takiej kategorii mam od razu przed oczyma książki Dana Browna. Nie, żebym ich nie lubiła, ale to zupełnie inna półka, inna kategoria. Powieść Klejzerowicz bardzo by na takim porównaniu ucierpiała.
Dodatkowym atutem jest bardzo dobra korekta. Żadne nieszczęsne literówki, przecinki, czy inne paskudztwa nie burzą odbioru lektury. Jako wisienkę na tym pysznym (choć ciężkim tematycznie i wymagającym) torciku można uznać okładkę, która mnie osobiście urzekła od pierwszego wejrzenia.
Jeśli więc szukacie mądrej książki, która zawładnie Wami na kilka dobrych godzin (a pewnie nawet i dni), to gorąco polecam "List z Powstania" Anny Klejzerowicz. Ja natomiast z pewnością będę chciała w najbliższym czasie zapoznać się z innymi jej powieściami.





Książka przeczytana w ramach Wyzwania


Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Filia
  http://www.wydawnictwofilia.pl/

poniedziałek, 21 lipca 2014

Odzyskane życie – Colombe Schneck

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Warszawa 2013
Oprawa: miękka
Liczba stron: 183
Przekład (z francuskiego): Paulina Błaszczykiewicz
Tytuł oryginału: La réparation
ISBN: 978-83-7839-517-1




"Jeśli to będzie dziewczynka, czy mogłabyś dać jej na drugie imię Salomea? Tak miała na imię twoja kuzynka. Nic więcej po niej nie zostało." Jedna prośba, która zresztą została zapomniana, bo urodził się chłopiec. Jedno zdjęcie, które znalezione przypadkiem, wywróciło całe życie Autorki. Kim była Salomea Bernstein i dlaczego nikt w rodzinie nigdy o niej nie wspominał?
Wzruszająca, a przede wszystkim do głębi poruszająca historia o poszukiwaniu prawdy i poznaniu rodzinnej tajemnicy. Sekretu, który mógłby niejednego doprowadzić do załamania. Czy będziesz w czasie lektury płakać niczym bóbr? Nie wiem. Ja nie płakałam. Dlaczego? Ponieważ łzy w tym przypadku nie miały sensu, a wszystko było tak szokujące, tak prawdziwe, tak okrutne i piękne jednocześnie, tak bardzo zmuszające do zrewidowania wszystkiego, co dotychczas sądziłam... że łzy wydawały się niemal nie na miejscu. W jednym tylko momencie zdarzyło się, że gdzieś w kącikach oczu zrobiło mi się wilgotno...
Wojna zakończyła się już niemal 70 lat temu. W pokoleniu naszych dziadków, czasami rodziców (kiedy byli dziećmi). Uczymy się o niej w szkole, widzimy ją w filmach, czytamy o niej w książkach. Jednak tak naprawdę niczego o niej nie wiemy. Jest mniej lub bardziej odległym historycznym czasem, który – na szczęście – przeminął. A jednak nie do końca. Bo choć Autorka urodziła się całe lata po wojnie to straszliwe wydarzenia, do których wówczas doszło, nadal mają wpływ na jej życie.
Salomea była malutka, kiedy przyszło jej zginąć. Dlaczego w rodzinie nikt o niej nie wspominał? Dlaczego przez tyle lat trwała zmowa milczenia? Jak zginęła dziewczynka i jej kuzyn? Wiele pytań, a wszystkie właściwie spadają na Autorkę na raz. Dotąd żyła raczej normalnie, a przynajmniej... przewidywalnie. Nic nie wróżyło, że pewnego dnia odkryje mroczną tajemnicę sióstr swojej babki. Choć przecież wiedziała, że Holokaust na Litwie zebrał obfite żniwo, nie spodziewała się z pewnością, że jego skutki przyjdzie odczuwać nawet jej i jej dzieciom.
Na jedną stronę kierowano tych, którzy mieli iść do pracy. Na drugą tych, którzy mieli za chwilę pożegnać się z życiem. Czy Żydzi mieli jakikolwiek wybór, czy istniał sposób, by znaleźć się po tej "właściwej" stronie? Po stronie ciężkiej, katorżniczej pracy w kamieniołomach i kopalniach? Co w takim momencie znaczy życie? Moje, Twoje, ukochanej matki, kilkuletniej córeczki, męża, żony? Czy mam prawo wybierać? Żyć, czy umrzeć z najbliższymi? I czy po podjęciu decyzji życie w ogóle będzie jeszcze coś znaczyło?
Masza i Ginda dokonały wyboru. Choć może dokonała go za nie ich matka. One jednak na tę decyzję przystały. Wybrały życie. Co dalej? Co to znaczyło dla nich, dla reszty rodziny? Autorka w niesamowity sposób opowiada historię pokolenia swojej babki. W prosty, czasem pozbawiony uczuć – jakby się mogło zdawać – sposób, kreśli przed nami obraz wojennych czasów, kiedy ludzkie życie miał zupełnie inną cenę, inne znaczenie. Historia porusza do głębi, zmusza do zastanowienia się nad życiowymi priorytetami, nad najważniejszymi wartościami. Czy każe nam odpowiedzieć na pytanie: "Co Ty byś zrobił?". Nie. Ponieważ nie ma właściwiej odpowiedzi. Dzisiaj żadne z nas nie dałoby rady na nie odpowiedzieć. Czy sprawia, że potępiamy tamte wybory? Niełatwe, czasem graniczące z niewyobrażalnym? Nie, choć mogłoby się zdawać, że tak zareagujemy, kiedy poznamy prawdę. Że tak zareagowała Autorka, kiedy odkryła, co się stało w jej rodzinie. Czy jednak ktokolwiek ma prawo do potępienia? Moim zdaniem nie, a Schneck zdaje się być podobnej myśli.
Salomea Bernstein jest swego rodzaju symbolem. Tych milionów dzieci posłanych na rzeź, wyrywanych matkom i babkom z objęć, rozstrzeliwanych na ich oczach, palonych w piecach krematoryjnych. Bo Holokaust na Litwie niewiele różnił się od tego, czego nas w szkołach uczą o np. Oświęcimiu. Był równie upiorny, równie okrutny, równie tragiczny w skutkach. Chociaż, zdaniem Autorki, litewscy Żydzi się nie skarżą. Ci, którzy przeżyli, starają się czerpać z życia pełnymi garściami, różnią się od polskich Żydów, którzy wciąż o Holokauście głośno mówią. Pragnę w tym miejscu zaznaczyć, że jest to opinia Autorki, jej słowa – proszę nie utożsamiać ich z moim podejściem do sprawy Holokaustu i pamięci o nim.
Schneck prowadzi narrację w bardzo ciekawy sposób. Z jednej strony opowieści o wojnie, getcie, wszechogarniającym lęku i wszechobecnej śmierci zdają się być wyzute z emocji, niczym jakieś sprawozdanie  na potrzeby wojsk stojących po drugiej stronie rzeki. Z drugiej zaś – jej poszukiwania, jej własne lęki, jej życie tu i teraz, dzieci, partner, kuzynostwo – wszystko, co tu i teraz jest pełne uczucia i ciepła. Dramatyzm sytuacji łączy się więc z iście sprawozdawczym stylem, natomiast proza codziennego życia w wolnym od wojen kraju z dość dużym ładunkiem emocjonalnym. Narracja, jakiej się zupełnie nie spodziewałam.
W "Odzyskanym życiu" nie ma patosu. Tragizm sytuacji polega zaś nie tylko na tym, że ludzie ginęli, że mordowano niewinne dzieci, ale również na tym, że z tym okropnym piętnem żyją całe pokolenia – nawet te, które na świat przyszły dawno po zakończeniu wojny.Wbrew pozorom jednak nie jest to książka o śmierci,a  o olbrzymiej woli życia.
Powieść nie jest obszerna, ale zapewne na długo pozostanie w mojej pamięci. Również dlatego, że – poza niesamowitą fabułą – jest świetna warsztatowo. Zdecydowanie nowe podejście do tego strasznego tematu powoduje, że z całego serca polecam Wam tę pozycję (szczególnie, że została naprawdę przyzwoicie wydana).




środa, 16 lipca 2014

Wir Leonarda da Vinci – Bruno Wioska

Wydawnictwo: Sowa
Warszawa 2013
Okładka: miękka
Liczba stron: 154
ISBN: 978-83-64033-96-4





Wir wciąga, jak to z wirami bywa. Leonardo da Vinci zaś... Cóż, jak można nie być pod jego wielkim wrażeniem? Nie można. Każde miejsce, które jest z nim związane, fascynuje i inspiruje. Zainspiruje również Patryka. Zanim jednak chłopak trafi do Francji, czeka go jeszcze kilka mrożących krew w żyłach przygód w Polsce. Dopiero uciekając przed groźnymi bandytami, którzy czyhają na życie jego i jego nowopoznanego kolegi... Zaraz, zaraz, zapędziłam się co nieco. Zupełnie, jakby mnie ten tytułowy wir wciągnął.
"Wir..." to powieść sensacyjna ze sztuką w tle. Nie zabraknie też polityki, odrobiny melodramatu i ciekawych postaci.
Choć miałam już okazję czytać inne tytuły Autora (i je recenzować – poszukajcie pod etykietą "Bruno Wioska"), to "Wir..." jest jego debiutem literackim. Debiutem, moim zdaniem, bardzo udanym, choć już w kolejnych tekstach widać, że warsztat Autora rozwija się cały czas. Sięgając po tę powieść miałam trochę obaw, bo tak czasem jest, kiedy sięga się do starszych pozycji. Po dopracowanych i świetnych książkach trafia się na debiut i... Kiszka. Na szczęście tak się nie stało. Zresztą "Wir Leonarda da Vinci" dość znacznie różni się od "3. powrotu" czy "Relatywnych spotkań" (ostateczny tytuł brzmi: "Tajemnica Komnaty Sybilli"). Tym bardziej nie ma wiele wspólnego z książką "Rowerem na koniec świata". 
Bruno Wioska potrafi wspaniale połączyć historię, architekturę i sztukę z akcją, której nie powstydziliby się najlepsi hollywoodzcy filmowcy. Nie mogłam się oderwać od lektury, czytałam do białego rana, aż oczy puchły, ale po prostu musiałam się dowiedzieć, co będzie dalej.
Przyznaję, że trochę denerwował mnie nieco naiwny optymizm Damiana, że wszystko się jakoś ułoży. Szczególnie po tym, co chłopak przeżył, czego był świadkiem. Chociaż właściwie... w jego wieku też byłam jeszcze taka naiwna i nie zdająca sobie sprawy, że świat potrafi być podły. Trochę przewidywalna była rola pani Molois, chociaż to może dlatego, że ja naprawdę dużo czytam i ciężko mnie czymś zaskoczyć. Ale to chyba jedyne "minusy" tej powieści. Poza tym Autor zaskakiwał mnie co i rusz. Choćby tym, jak ładnie to się wszystko razem komponowało. Olbrzymi plus za stworzenie naprawdę rewelacyjnych bohaterów – Zalewskiego i Bolka.
Kiedy do fantastycznej powieści, która wciąga niczym tytułowy wir dodać jeszcze ładne wydanie z ciekawą okładką (autorstwa Brunona Wioski) – otrzymujemy książkę, którą naprawdę warto posiadać i przeczytać. Bo czyż może być na wakacje coś lepszego niż słoneczna Francja, tajemnica sprzed lat, pościg policji i bandytów za dwoma młodymi chłopcami, wielkie pieniądze i Leonardo da Vinci? Gorąco polecam!





Książka przeczytana w ramach Wyzwania


Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa SOWA
 http://www.sowadruk.pl/

wtorek, 15 lipca 2014

Rozwiązanie konkursu


Kochani!
Nadszedł wtorek, czas rozstrzygnąć konkurs. Dziękuję tym, którzy wzięli udział. Nie było Was wielu, ale myślę, że i tak nie powinnam narzekać – wszak to pierwszy konkurs na Dune Fairytales, a i czasu było mało.
Komisja w składzie:
1. mój szanowny Mąż oraz
2. moja skromna osóbka
dokonała losowania, a wyniki możecie zobaczyć na zdjęciu obok.
Gratuluję Asi Hadzik (z http://bojalubiekaweiksiazki.blogspot.com/)! Poproszę o nadesłanie (w prywatnej wiadomości) adresu, pod który wyślę nagrodę.
Zapraszam do udziału w kolejnych konkursach, bo choć pierwszy – nie był to z pewnością ostatni konkurs na Dune Fairytales.








Kwartalnik zasponsorowało Wydawnictwo Fronda

Warszawa 1944. Alternatywna historia Powstania Warszawskiego – Szymon Nowak


Wydawnictwo: Fronda
Warszawa 2014
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 351
ISBN: 978-83-64095-35-1





"Powstanie zwycięża, ale..." Taki właśnie napis znajduje się na czerwonym pasku w prawym dolnym rogu książki. Rzeczywiście Szymon Nowak nie kreśli przed nami świata widzianego przez różowe okulary. Jego alternatywy nijak mają się do wielkich polskich zwycięstw niczym spod Grunwaldu, nie będą opiewane w pieśniach, ani przedstawiane w filmach chwalących wybitnych polskich dowódców. Nie, jego alternatywy są zupełnie inne. Jakie? Po kolei.
Jak sam zaznacza we wstępie – nie chce być posądzony o "bajkopisarstwo". Dlatego każdą alternatywę poprzedza rzeczowym, skrupulatnym, a jednocześnie przystępnym opisem sytuacji, jaka w rzeczywistości miała miejsce. W naszym świecie – tym, w którym Powstanie upadło, Rosjanie stali po prawej stronie Wisły i czekali aż Niemcy nas wykończą, a Zachód palcem właściwie nie kiwnął,. bo wszystko już zostało uzgodnione na konferencjach, w których Churchill, Roosevelt i Stalin podzielili Europę.
Praca składa się z dwunastu rozdziałów poprzedzonych wstępem oraz zakończenia. Każdy z nich przedstawia trochę inny aspekt Powstania i inną teorię dotyczącą tego, co mogło ulec zmianie. Każdy z nich, jak wspomniałam, dzieli się na dwie części: opis rzeczywistej historii i autorskie gdybanie, poparte jednak badaniami i wynikające z prawdziwych zdarzeń oraz historycznie uzasadnione i po prostu – możliwe. Czasami jest to jedna decyzja jednego człowieka, czasami zbieg okoliczności. Innym zaś razem cały szereg zdarzeń. I tak jak różne są przyczyny tych zmian, tak różne są ich skutki. Bo nie każda zmiana oznaczać musiała od razu zwycięstwo Polaków. Choć zdaniem Autora Powstanie Warszawskie wcale nie było w 100% skazane na klęskę, klęska ta była bardzo prawdopodobna i wiele osób zdawało sobie z tego sprawę.
Rzetelne podejście do tematu, dogłębne zbadanie sytuacji politycznej, ekonomicznej i społecznej, porównanie siły wojsk i wszystkich innych istotnych aspektów sprawiło, że książkę Nowaka czyta się jak dobrą pracę naukową. Jednocześnie jest to jednak także porywająca historia – zarówno o tym, co się zdarzyło 70 lat temu, jak i tego, co się zdarzyć mogło.
Czy nie inaczej patrzylibyśmy na tamte dni, gdyby Niemcy wyszli z Warszawy? Albo gdyby polscy skoczkowie (dzisiaj nazywani cichociemnymi) dostali się do walczących i wspomogli ich swoimi siłami? Łatwo nam dzisiaj oceniać – w jedną, czy drugą stronę – czy Powstanie Warszawskie miało szansę na zwycięstwo, czy było wielkim patriotycznym zrywem, czy zwykłą głupotą. Nawet znając sytuację, której wówczas nie znali dowódcy AK nie mamy jednak do tego prawa. Możemy jedynie zastanowić się, co by było, gdyby podjęto inne decyzje. Gdyby np. wykorzystano zdobyczne czołgi, albo... gdyby Stalin pewnego dnia wstał prawą nogą.
Książka jest napisana przystępnym językiem. W porównaniu z poprzednią pozycją Szymona Nowaka – w moim odczuciu – wypada jeszcze lepiej. Opatrzona jest licznymi fotografiami z okresu Powstania, a także zdjęciami działań Grupy Rekonstrukcji Historycznej "Parasol". Korekta i redakcja spisały się (niemal) na medal. Nie znalazłam literówek, ani innych błędów. Jedyne, czego mogę się przyczepić i co szczerze mnie zdziwiło to... błąd w spisie treści (polega na złym wskazaniu strony rozpoczynającej rozdział). Poza tym nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń i czekam po prostu na kolejne pozycje autorstwa Nowaka.



Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Fronda


Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

sobota, 12 lipca 2014

Konkurs

Do wygrania 71 numer pisma "Fronda LUX" (tutaj link do recenzji: http://dune-fairytales.blogspot.com/2014/07/fronda-lux-nr-71.html). Jest to nowiutki, nieczytany egzemplarz.
Zadanie jest proste: Podajcie przynajmniej trzy książki wydane przez Frondę, które w tym roku zrecenzowałam. Proszę o udzielanie odpowiedzi poprzez formularz kontaktowy na blogu (po prawej stronie, na dole).
Czas macie do poniedziałku do północy. We wtorek wylosuję zwycięzcę i podam wyniki :)
Do dzieła zatem!

czwartek, 10 lipca 2014

Fronda LUX nr 71

Wydawnictwo: Fronda
Warszawa 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron: 288
ISSN: 1231-6474





Już po raz drugi mam okazję zapoznać się z kwartalnikiem Fronda LUX po jego "renowacji". Czy jest to nowe, odświeżone spojrzenie trudno mi oceniać, jednak mogę przyznać, że jest to spojrzenie ciekawe i wbrew pozorom wcale nie takie jednoznaczne, jak niektórzy mogli by się spodziewać po piśmie katolickim. 
Po kolei jednak.Tematem przewodnim numeru 71 są... meczety i maczety. Czyli z polskiego na nasze – spojrzenie na islam i jego wpływy na dzisiejszy świat Zachodu oraz chrześcijaństwo. Oczywiście nie cały numer poświęcony jest tej tematyce, bo sporo jest również innych tekstów, choćby o... futbolu (w końcu Mundial zdarza się co 4 lata). Nie zamierzam omawiać każdego z tekstów, wskażę Wam jedynie te, które moim zdaniem zasługują na szczególną uwagę – spis treści zawiera bowiem aż 34 pozycje.
Zacznę od "Zachodu przed upadkiem" Moniki Bartoszewicz. Analizując sytuację XX i początków XXI wieku, autorka próbuje odpowiedzieć na pytanie jaka jest przyszłość zachodniego świata, zachodniej cywilizacji i tego wszystkiego, co jest nam dobrze znane i co, jak się zdaje, uważamy dzisiaj za pewnik. Czy rzeczywiście powinniśmy, czy może najwyższy czas, byśmy przyjrzeli się sytuacji?
Bardzo zainteresowały mnie ankiety dotyczące islamu. Badanym zadano dwa pytania: o to, czy islam jest sojusznikiem czy wrogiem Kościoła katolickiego oraz czy jest sojusznikiem czy wrogiem zachodniej cywilizacji. W magazynie przedstawiono odpowiedzi 12 osób. Są to młodzi ludzie, niektórzy wierzący, inni nie, niekoniecznie katolicy. Co ciekawi najbardziej to różnorodność tych odpowiedzi i ich uzasadnienia. Warto się z nimi zapoznać i zastanowić nad własną odpowiedzią na te dwa pytania.
Dwa kolejne "punkty programu", które chciałabym Wam szczególnie polecić to artykuł zatytułowany "Jerozolima naszych marzeń" oraz wywiad z ocalałą z getta polską Żydówką będącą chrześcijanką, która obecnie mieszka w Hajfie. Oba teksty obrazują współczesne miasta Izraela. Obrazy te dość znacznie chyba odbiegają od naszych wyobrażeń, a każdy z nich jest inny i to nie tylko dlatego, że dotyczą różnych miast.  Jerozolima przedstawiona została bardzo krytycznie, natomiast Hajfa pozytywnie. Te dwie różne perspektywy i dwa zupełnie różne spojrzenia na współczesny Izrael są bardzo istotnymi głosami w dyskusji na temat tego, co dzieli, a co łączy chrześcijan, Żydów i muzułmanów. W moim odbiorze były to dwa najważniejsze teksty tego numeru.
Polecę Wam jeszcze bardzo ciekawy artykuł dotyczący "nowej ewangelizacji", ojca Kolbego i roli mediów w pracy misyjnej. Zaskoczył mnie ten punkt widzenia i muszę przyznać, że Tomasz Terlikowski dał mi sporo do myślenia.
Na koniec interesujące spojrzenie na... muzykę sfer. Temat chyba dość słabo znany szerszym rzeszom, tym bardziej więc warto się z nim zapoznać. Szczególnie, że autorka świetnie sobie z nim poradziła. Jeśli zatem chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o platońsko-pitagorejskim trójdzielnym systemie obejmującym kategorie musica mundana, musica humana i musica instrumentalis to zajrzyjcie koniecznie do artykułu Antoniny Karpowicz-Zbińkowskiej.
Podsumowując – numer w dużej mierze poświęcony jest zagadnieniom dotyczącym przenikania się kultur we współczesnym świecie: zagrożeń i korzyści z tego płynących oraz przyszłości świata, który dzisiaj postrzegamy jako kulturalny i nazywamy Zachodem.
Okładka przyciąga wzrok i intryguje. Aż chce się zobaczyć, co kryje środek, szczególnie, że pismo jest pokaźnej grubości. Poręczne, zmieści się do torby plażowej, czy plecaka, możecie więc bez obaw zabrać Frondę LUX na wakacje. Jedyne, czego mogę się przyczepić to to, że niektóre z tekstów mają kiepską korektę. Nie wiem, z czego to wynika, bo dotyczy to jedynie części, a nie całości numeru.


Kwartalnik przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Fronda

Kwartalnik przeczytany w ramach Wyzwania:
 

Popiół i kurz. Opowieści ze świata POMIĘDZY – Jarosław Grzędowicz


Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2012
Oprawa: miękka
Liczba stron:329
Ilustracje: Dominik Broniek
ISBN: 978-83-7574-755-3





Polecono mi, więc się zabrałam. Okładka raczej odstręczała, zniechęcała, jednak polecenie od pewnych osób skutkuje tym, że nie zwracam uwagi na takie szczegóły. Choć nieczęsto zdarza się, że Fabryka słów wypuszcza na rynek książkę, której okładka nie przypada mi do gustu... Usłyszałam niedawno, że nie warto mi nic polecać, bo i tak nie biorę tego pod uwagę. Czy to na przekór, czy po prostu tak się złożyło... sięgnęłam ostatecznie do powieści "Popiół i kurz. Opowieści ze świata POMIĘDZY" Grzędowicza i... kraina Półsnu, po której wędruje główny bohater pochłonęła mnie całkowicie. Zostałam do niej właściwie wessana i aż do ostatniej strony nie udało mi się z niej wydostać. Chociaż... czy ja już wróciłam do świata żywych? Tego wcale nie jestem pewna.
Powieść uwiodła mnie od pierwszych zdań, a w miarę, jak przewracałam jej karty, było tylko coraz lepiej. Gdzieś w okolicy trzysetnej strony dosłownie na moment zrobiło się trochę słabiej, ale dość szybko akcja powróciła do normy. Normy? Czy jest u Grzędowicza coś takiego? Jeśli jest, to naprawdę jej poprzeczki postawione są bardzo wysoko. Prolog, który początkowo był opowiadaniem, a dopiero później stał się początkiem powieści, po prostu powala z nóg. Nie mogłam też się nadziwić, że Grzędowicz popełnił plagiat czegoś, co sama napisałam dwa lata temu. Problem w tym, że on... był pierwszy i to ja napisałam coś bardzo podobnego, nie wiedząc jednak, że świat Pomiędzy został już przez kogoś w tak rewelacyjny sposób wykreowany. I choć uwielbiam moje opowiadanie (mające 30 stron A4), to jednak chylę czoło przed autorem "Popiołu...". Powieść nie tylko rozwija mnóstwo wątków, ale i warsztatowo napisana jest znacznie lepiej, niż mój tekst...
Tyle tytułem wstępu. Przechodząc do meritum, czyli "z czym to się je". Narracja w powieści jest pierwszoosobowa, mamy więc okazję zobaczyć wszystko oczami głównego bohatera. Kim jest? Niby zwykły człowiek, nauczyciel akademicki, etnolog. Niespecjalnie towarzyski, singiel około czterdziestki, przez rodzinę uważany za dziwaka. Lubi sobie pomarudzić, czasem wypić, pali skręcane własnoręcznie fajki. Zwykły facet. Czy na pewno? Jeśli za zwykłego faceta uważać można kogoś, kto wędruje po świecie, do którego trafiają ludzkie dusze, walczy z demonami i potrafi umarłych przeprowadzać na drugą stronę, do światła – to właściwie tak, nasz bohater jest całkiem normalnym gościem. Od pierwszych stron jednak wiemy już, że tak naprawdę jest wyjątkowy. Nasz bohater (z upiorem maniaka będę powtarzać słowo "bohater", gdyż Autor nie zdradził jego imienia) w świecie pomiędzy znany jest jako Charon. Za przysłowiowego obola może uratować ludzką duszę od wiecznej męki. Bo chyba nawet piekło nie może być tak straszliwe, jak kraina Półsnu. Grzędowicz w niesamowity sposób oddaje nastrój i atmosferę tego okropnego miejsca, w którym każdy przedmiot z naszego świata emanuje swoistym odbiciem, które Charon określa jako Ka. Czasem stary gruchot może okazać się prawdziwym skarbem, jak choćby Marlene – zardzewiały, niedziałający od dekad motor z przestrzelonym bakiem, który jest doskonałym środkiem transportu po świecie Pomiędzy.
Mrok, strach, ciarki na plecach. Demony, myślokształty, skeksy. Do tego jeszcze pewna urodziwa wiedźma, zakon Spinofratrów, który stara się zachować w sekrecie istnienie pewnej starej księgi i śmierć najbliższego przyjaciela naszego bohatera. Jeszcze Wam mało? To ruszajcie do księgarni albo biblioteki po książkę, bo na pewno się nie zawiedziecie. 
Wyrazisty bohater pierwszoplanowy, wielka tajemnica sprzed wieków, demony, fantastyczny świat, liczne sceny walki przerywane rozważaniami godnymi samego Charona. Wszystko to zaś napisane pięknym językiem, doprawione szczyptą humoru i opatrzone piękną szatą graficzną, za którą odpowiedzialny był Dominik Broniek.
Gorąco polecam.Właściwie nie powinno to chyba nikogo dziwić. W końcu powieść otrzymała Zajdla (podobnie jak pierwszy tom „Pana Lodowego Ogrodu” i opowiadanie „Wilcza zamieć” Grzędowicza).




Książka przeczytana w ramach Wyzwania:


Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

wtorek, 8 lipca 2014

Marynarka – Mirosław Tomaszewski

Wydawnictwo: W.A.B.
Warszawa 2013
Oprawa: miękka
Liczba stron: 256
ISBN: 978-83-7747-974-2



Z pewnością ci, którzy chcą się dowiedzieć czegoś więcej o Grudniu, powinni wybrać inne książki. Mnie o wiele bardziej interesowało to, w jaki sposób historia determinuje indywidualny los człowieka. Smutny, jeden z dwóch moich głównych bohaterów za wszelką cenę stara się o historii zapomnieć. To dlatego swój zespół muzyczny nazwał Amnezja. Nie udaje mu się jednak uciec od przeszłości, podobnie jak Karolowi, drugiej kluczowej postaci powieści. Podobne obciążenie spotyka każdego z nas osobno i naród, jako całość, głęboko dotknięty dramatami historii. Chętniej jednak nazwałbym moją powieść psychologiczną, punkrockową, obyczajową albo kryminalną.

Psychologiczną, obyczajową i kryminalną – owszem, bez zastrzeżeń. Choć z punkrockową już mam problem, ale to chyba dobrze, bo to nie moje klimaty. Właściwie to "Marynarka" jest, najogólniej i najdokładniej mówiąc, powieścią genialną w każdym względzie. I wstrząsającą na swój własny sposób, choć może nie taki, jakiego można by się początkowo spodziewać.
Czy można powiedzieć, ze historia jest tutaj tłem? Nie, historia, a przede wszystkim Grudzień '70 to przyczyna, swego rodzaju punkt zapalny. Dokładnie tak, jak napisał sam Autor – determinuje losy bohaterów. Choć minęło już ponad 30 lat (akcja rozgrywa się w 2005 roku), w niektórych duszach i sercach Grudzień na Wybrzeżu zagnieździł się już na zawsze. Niektórzy pamiętają i wciąż przeżywają, rozdrapując rany. Inni pragną zapomnieć, wymazać tamte dni, a szczególnie 17 dzień ostatniego miesiąca roku, z pamięci. Zapomnieć chce między innymi Adam. Dlatego zespół punkrockowy, którego kiedyś był liderem, nazwał Amnezja. Smutek zaś po stracie ojca nie tylko wyspiewywał w pisanych przez siebie tekstach, ale wpisał go w siebie, jakby chciał go wyryć i pokazać wszystkim. Dlatego nosił ksywkę Smutny. Dzisiaj nie śpiewa, zmienia prace jak rękawiczki, bo albo sam nie może nigdzie usiedzieć spokojnie, albo go wyrzucają. Jest niepokornym, nie najmłodszym, byłym punkiem. Smutnym, samotnym, a czasami wręcz żałosnym. Mimo wszystko jednak, czytelnik w końcu go polubi...
Ludzkie losy determinuje jednak nie tylko historia (czy też Historia), ale także inni ludzie. W przypadku Adama są to przede wszystkim Nina – piękna, atrakcyjna dziennikarka, której marzy się prawdziwa kariera, Karol Jarczewski – skrywający kilka mrocznych tajemnic rekin biznesu należący do trójmiejskiej elity oraz Witek – karierowicz i zięć Karola, który pragnie dla siebie władzy, a dla teścia upokorzenia. Od "niewinnego" wywiadu, który Nina będzie próbowała przeprowadzić ze Smutnym aż do szokującej i odkrywającej wielką tajemnice Karola książki Grudniu. Od informacji o śmierci papieża Jana Pawła II do obchodów 35-lecia Wypadków Grudniowych. Poprzez wzloty i upadki, zaprzeczenie, walkę, poddanie się, zawiść, chęć osiągnięcia sukcesu, nadzieję... Od Smutnego do Adama. We wszystko to zaś wplątane jest Trójmiasto, ludzie, którzy jeszcze pamiętają (i tak różne ich postawy wobec tamtych wydarzeń) i tajemnicza tytułowa marynarka z dziurą na plecach.
Choć jestem fascynatką historii i bardzo się nią interesuję, muszę ze wstydem przyznać, że Grudzień '70 to dla mnie jedynie data w podręczniku. Ani szczególnie nie był omawiany w szkole, ani w domu (choć o różnych wydarzeniach historycznych, czasem zaciekle, dyskutowaliśmy). Taka swego rodzaju biała plama. Ogólne pojęcie, co się stało i dlaczego. Nic więcej. Dzięki "Marynarce" to się zmieniło. I choć sam Tomaszewski nie uważa swojej powieści za historyczną, nie mogę się z nim zgodzić. Bardzo umiejętnie i ładnie wplótł zeznania i opowieści uczestników tamtych wydarzeń w akcję dziejącą się teraz (czyli w roku 2005). Pięknie wkomponował w całość te odległe wydarzenia. Na dodatek jeszcze dodał do tego, tak przecież dla Polaków ważną datę, jak 2 kwietnia 2005 roku. Wówczas właściwie wszystko w powieści nabiera prawdziwego rozpędu.
Niby wiadomo, co się wydarzyło 17 grudnia 1970 roku. Czarny czwartek... Możecie więc zastanawiać się, czym się tu ekscytować, skoro wiadomo, jak to się skończy. Otóż mylicie się i to bardzo. Czytałam powieść z wypiekami na twarzy i cały czas nie miałam pojęcia, jak zakończą się historie Niny i Adama, Karola i Witka oraz Magdy. Im dalej brnęłam w powieść, tym więcej wiedziałam o Historii przez duże H, ale jednocześnie tym bardziej ciekawa byłam tego, co się wydarzy w historiach z roku 2005... Prawdziwy majstersztyk.






wtorek, 1 lipca 2014

Podsumowanie pierwszego półrocza 2014 roku

Słońce świeci, ptaszki ćwierkają, wczorajsza burza odświeżyła powietrze. Nastał lipiec, i (jeju, żeby nie zapeszyć) na razie jest to bardzo ładny, pogodny i słoneczny lipiec. Moje wakacje rozpoczną się, co prawda, dopiero za miesiąc, ale już jestem myślami... nie, nie na plaży (choć taka plaża, jak na zdjęciu obok, to jest coś), ale w Londynie. Zanim jednak polecę spełniać kolejne marzenia i cele, podsumuję dla Was pierwsze półrocze 2014 roku.
Wyzwanie "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu" na koniec czerwca to 114,4 cm (a mierzę 157 cm).
Wyzwanie "Czytam fantastykę" zakończyłam na razie na 21 pozycjach. Mogłoby być więcej, mam nadzieję, że w kolejnych miesiącach liczba ta trochę wzrośnie. W czerwcu np. nie przeczytałam żadnej książki z gatunku, a jedyna, którą zaczęłam, nie spodobała mi się i na razie poszła w odstawkę.
Łącznie w ciągu tych sześciu miesięcy przeczytałam 17.287 stron (z czego równo 3.500 stron w czerwcu). Przez cały 2013 rok osiągnęłam wynik 23.171, więc myślę, że na razie dobrze mi idzie.
Zaczynam powoli publikować recenzje również na Lubimyczytac.pl oraz na Portalu Pisarskim.
Od stycznia biorę udział w akcji "Polacy nie gęsi i swoich autorów mają", która bardzo prężnie się rozwija, a w ostatnim czasie objęła swoim patronatem kilka książek polskich autorów. Bardzo się cieszę, że zostałam przyjęta do tego grona i mogę promować polską literaturę.
W styczniu otrzymałam nominację do Liebster Award.
Rośnie (choć powolutku) liczba stałych obserwatorów bloga oraz (znacznie szybciej) liczba odwiedzin Dune Fairytales. Niezmiernie mnie to raduje i staram się nadążać, by publikować na bieżąco. Przy okazji udoskonalam ciągle bloga (ostatnio np. dodaję etykiety do wszystkich wpisów, a mam do nadrobienia ponad 300 postów!). 

Blog coraz częściej pojawia się na różnych grupach na Facebooku, planuję również w najbliższych miesiącach przysiąść nad profesjonalnym fanpagem, bo wiem, że tego mi właśnie brakuje. Dotychczasowa działalność na FB trochę jednak kuleje.
Z listy książek do przeczytania w tym roku, którą to listę przedstawiłam Wam chyba pod koniec grudnia, na razie przeczytałam niewiele pozycji i raczej na koniec 2014 nie będzie to wyglądało kolorowo. Cóż, mam teraz jednak trochę inne priorytety i zobowiązania, a książki, które czytam są w większości na bardzo wysokim poziomie i wcale nie żałuję tej "zamiany".
Przyszło mi w tym roku współpracować z ośmioma wydawnictwami, nadal czekam jeszcze na odpowiedzi z dwóch innych. Z jeszcze jednym nawiązałam współpracę, czekam właśnie na dwie książki, ale... to niespodzianka i myślę, że na dniach pojawi się logo i może jeszcze w tym tygodniu pierwsza recenzja.
Zakończenie miesiąca i półrocza ukoronowała premiera "Niewidzialnej korony" Elżbiety Cherezińskiej. Na okładce (konkretnie na skrzydełku okładki – zdjęcie obok, kliknij, aby powiększyć) znajduje się bowiem jedno zdanie z mojej recenzji. Co prawda podpisane jest jako fairyliterature.blogspot.com (czyli blog Dla każdego... coś dobrego), ale to po pierwsze nadal moja recenzja i również mój blog. Ta publikacja jest jedną z największych nagród, jakie mogłam w tym roku otrzymać.
Jedna z moich recenzji ("Przymierza" Wesołowskiego)  pojawiła się również w czwartym numerze pisma "Świt ebooków". W ostatnim tygodniu zostałam poproszona o udostępnienie innej recenzji ("Krakowskiego kredensu" Krafta) nowopowstającemu pismu, na razie jednak nie zdradzam szczegółów.
Na dzień dzisiejszy mogę pochwalić się współpracą z ośmioma Autorami. Dużą zmianą jest to, że już nie tylko ja się do nich zgłaszam, ale czasami to oni zwracają się do mnie z pytaniem, czy jestem zainteresowana lekturą i recenzją ich dzieła. To bardzo, naprawdę bardzo, cieszy.
Plany na kolejne miesiące? Czytać, czytać i recenzować. Jest jeszcze kilka wydawnictw, z którymi chciałabym nawiązać współpracę. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Trzymajcie kciuki, odwiedzajcie mnie i czytajcie :)