Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

środa, 18 kwietnia 2018

W twojej książce jest potwór – Tom Fletcher

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2018
Oprawa: twarda
Tytuł oryginału: There's a Monster in Your Book
Przełożył (z angielskiego): Anna Tomczyk
Ilustracje: Greg Abbott
Liczba stron: 32
ISBN: 978-83-8116-260-9





Zamawiając tę książkę, nie do końca wiedziałam, na co się piszę. Autor, choć okazuje się, że znany doskonale polskiemu czytelnikowi, dla mnie był zupełnie obcy. Raczej też nie przepadam za pozycjami o potworach. Ale ten niebieski "diabełek" na okładce urzekł mnie od pierwszego spojrzenia i... zamówiłam.
Książka od razu wywołała falę entuzjazmu u Dziewczynek. Dzieje się tak jednak w wielu przypadkach. One po prostu mają miłość do literatury zapisaną w genach. Na ogół jednak chcą natychmiast oglądać, nie ma mowy o czytaniu, biją się o książkę, wyrywają sobie, każda chce być pierwsza. Potwór natomiast uczynił istny cud...
Moje córki usiadły na podłodze, jedna z mojej prawej, druga z lewej strony i z zapartym tchem czekały. Zaczęłam czytać przekonana, że najpóźniej na trzeciej stronie nastąpi chwytanie i wyrywanie, w najlepszym razie marudzenie. Tymczasem Dziewczynkom tak bardzo spodobały się obrazki i aktywności, do których namawia Autor, że... pozwalały mi książkę przechylać, huśtać nią, razem ze mną dmuchały w Potwora, łaskotały go w stopy, w końcu głośno, a nawet głośniej na niego krzyczały. Jakby tego było mało w pewnej chwili zawołały "wracaj", choć nigdy dotąd tego słowa nie mówiły (jesteśmy na etapie nauki mówienia i zachwyca mnie każde nowe słowo, dlatego od razu to wyłapałam). Moje córki mówią na razie niewiele czasowników, ograniczają się raczej do rzeczowników, a Potwór nauczył je czegoś nowego. Potem, zgodnie z prośbą Autora, położyłyśmy Potwora spać, zamknęłyśmy książkę i położyłyśmy na podłodze. 
Dopiero wtedy rozpoczęły się "dyskusje", bo ulubioną "kłótnią" Sióstr jest temat spania (jedna mówi "śpi", druga "nie, budzi"; "nie, śpi", "nie, budzi" i tak nawet kilkanaście minut). Odkąd jednak zaczęły pokazywać swoje własne zdanie, czyli od mniej więcej roku, o ile nie dłużej, jeszcze żadnej książki (nawet kilkustronicowej) nie udało mi się im przeczytać od początku do końca za jednym razem. I to jest chyba najlepsza rekomendacja jaką mogą dać dwuletnie szkraby.
Tekst jest bardzo przejrzysty, przyjemny, pobudza do działania i nie sposób go po prostu przeczytać i nie wykonać zawartych w nim "zadań". Jeśli dodać do tego przepiękną szatę graficzną, ślicznego i słodkiego Potwora, który od razu budzi sympatię i szycie zamiast klejenia (czyli trwałość, co w książkach dla dzieciaków jest szczególnie ważne) to otrzymujemy książkę niemal idealną. Niemal? Cóż, mogła by być dłuższa. Sama chętnie dłużej pobawiłabym się z Potworem.
Już nie mogę się doczekać, kiedy Dziewczynki chwycą książkę we własne małe rączki i zaczną nią huśtać, machać i tak dalej, żeby przegonić Potwora  z jej stron. Szczególnie że od czasu swoich drugich urodzin (dwa tygodnie temu) mają świetnie opanowane również dmuchanie.  Mam nadzieję, że w najbliższym czasie znajdę więcej takich ciekawych, przyjemnych, interaktywnych pozycji.
Polecam z całego serca!






Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

środa, 4 kwietnia 2018

Akademia Pana Kleksa – Jan Brzechwa

Wydawnictwo: Wilga 
Warszawa 2018
Ilustracje: Dorota Prończuk
Oprawa: twarda
Liczba stron: 152
ISBN: 978-83-280-4889-8










Któż z nas nie zna Pana Kleksa? Chyba każdy wychowany w PRLu  doskonale pamięta wypieki na twarzy w chwili, gdy czytał tę niezwykłą książkę, a także wówczas, gdy przyszło mu obejrzeć Pana Kleksa na ekranie telewizora. Pamiętam do dzisiaj, jak wielką frajdą i rodzinnym wydarzeniem było zasiadanie przed telewizorem i oglądanie naszych pierwszych kaset VHS, na których był "Pan Kleks w kosmosie". Nadal potrafię przytoczyć część dialogów z tego filmu, wciąż znam słowa niektórych piosenek, choć minęło już ćwierć wieku od tamtych wiekopomnych wydarzeń. W obecnej chwili pojawia się na rynku nowe wydanie "Akademii Pana Kleksa". Coś idealnie wpasowującego się w nurt komponowania biblioteczki dla naszych Dziewczynek. 
"Akademia..." to książka niezwykła z wielu różnych powodów. Język, piękna polszczyzna, którym została ta powieść spisana jest zjawiskiem coraz rzadszym. Nawet wychwalani i nagradzani współcześni autorzy książek dla dzieci nie mogą mierzyć się (przynajmniej moim zdaniem) z takim geniuszem jak Brzechwa. Tu każde słowo ma znaczenie, każde jest użyte poprawnie, każda scena jest plastyczna, każda postać niczym oglądana na żywo. Wszechobecny, popularny (i nawet całkiem przyjemny w czytaniu) Harry Potter to czarodziej, który jakiś czas temu stał się swoistą ikoną popkultury. Pan Kleks był jednak dużo wcześniej. Też czarodziej, też magiczna szkoła. A jednak wszystko jest inne. Rzecz dzieje się w Polsce. Pan Kleks nie jest zakompleksionym uczniem, ale wielkim czarodziejem i wybitnym pedagogiem. Na dodatek ma kontakt z postaciami ze wszystkich właściwie bajek.
Adaś Niezgódka, narrator i jeden z głównych bohaterów powieści, trafia do Akademii Pana Kleksa, ponieważ rodzice nie potrafili sobie poradzić z tym, że nic mu w życiu nie wychodziło. Liczą na pomoc wielkiego czarodzieja. Czy mu się uda? A może pytanie należy zadać inaczej – czy Adaś rzeczywiście potrzebuje takiej pomocy, o jakiej myślą jego rodzice?
"Akademia Pana Kleksa" to wybitne dzieło o pięknie przyjaźni i oddaniu. O cieple, miłości, magii. O dorastaniu i dojrzewaniu (bo to nie to samo). W końcu to historia pobudzająca wyobraźnię do granic niemożliwości. Zabawna, mądra, wbrew pozorom bardzo życiowa. Dla dzieci, dla młodzieży, ale nawet dla dorosłych. Może nam przypomnieć jak to jest być dzieckiem, marzyć, cieszyć się z drobnostek. Warto do niej czasami wracać.
Nowa odsłona "Akademii..." wydana została w twardej oprawie, wydrukowana na pięknym kredowym papierze. Litery są duże, co z pewnością jest pomocne dla dzieci, które uczą się czytać (oraz dla zmęczonych rodziców). Dodatkowym plusem, i to bardzo dużym, tego wydania są kolorowe ilustracje autorstwa Doroty Prończuk. Osobiście przywykłam do, znanych mi z lat dziecięcych, prac Jana Marcina Szancera. Człowieka, którego twórczość bardzo cenię i lubię. Przyznaję jednak, że to, co zobaczyłam w najnowszym wydaniu "Akademii..." jest piękne. Barwne, radosne, dokładnie ilustrujące treść obrazy są dokładnie takie, jak można by się spodziewać po kimś, kto jest wielkim miłośnikiem Pana Kleksa, po kimś kto malować nie tylko porafi i kocha, ale kto przez to tworzy coś wielkiego. Początkowo trochę się bałam, czy po otwarciu książki nie zrażę się tym, że to nie Szancer. Nic takiego się nie stało, a nowa odsłona bardzo przypadła mi do gustu. Zresztą Dziewczynkom (które dotąd jedynie słuchały Kleksowych audiobooków) również. 
Polecam z całego serca każdemu. Nawet tym, którzy – jak ja – mają na półce jakieś starsze wydania powieści.
 
 
 
 
 
 

Książkę przeczytałam dzięki życzliwości WydawnictwaWilga

wtorek, 3 kwietnia 2018

Samotnia (tom 2) – Charles Dickens

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2018
Oprawa: twarda z obwolutą
Tytuł oryginału: Bleak house
Przełożył (z angielskiego): Tadeusz Jan Dehnel
Ilustracje: H. K. Browne
Liczba stron: 688
ISBN: 978-83-8116-185-5





O ile pierwszy tom "Samotni" bardzo mi się podobał, o tyle... drugim jestem zachwycona jeszcze mocniej. Choć ma i swoje słabsze strony.
Wydaje mi się, że akcja znacznie przyspieszyła, właściwie brakuje już zdecydowanie za długich opisów. Oczywiście, opisy są. Oczywiście, jak na Dickensa przystało, bywają długie. Jednak zauważyłam, że jakoś ta długość mniej nuży, nawet przy ogólnym zmęczeniu i niecierpliwości, która ogarnie w pewnym momencie każdego czytelnika. Wszak bardzo chcemy dowiedzieć się, co też wydarzy się dalej...
Estera poznaje prawdę o swoim pochodzeniu. A przynajmniej najważniejszą jej część. Początkowo trudno jej się z tym wszystkim pogodzić, choć nie czuje urazy do matki, a pała do niej wielką miłością. Cóż, w końcu to Estera. Ona zawsze w każdym dostrzeże plusy, każdemu wybaczy, nad każdym się pochyli, każdemu zechce nieść pomoc. Ta ostatnia cecha zaprowadzi ją aż do granicy śmierci i nie pozostanie bez wpływu na dalsze losy tak jej samej, jak i kilku przynajmniej innych bohaterów "Samotni".
Również opowieść o Adzie i Richardzie nabierze kolorytu, a w ich otoczeniu pojawi się przynajmniej jeden osobnik, który będzie miał na to kolosalny wpływ. Stosunki w rodzinie stworzonej przez Johna Jarndyce'a ulegną zmianie i to nie zawsze na korzyść. Przed niektórymi pojawią się piękne perspektywy na szczęśliwe życie, przed innymi zachmurzy się niebo.
Mocną stroną drugiego tomu powieści Dickensa jest nie tylko szybsza akcja i jeszcze więcej jej zwrotów. Bo tych ostatnich doprawdy nie zabraknie. Nadal znajdziemy tu głębokie spojrzenie na angielskie społeczeństwo, wciąż opowieści o niektórych bohaterach będą tryskały poczuciem humoru, o innych Autor opowie z ironią, jeszcze innych przedstawi w sposób chłodny. Pojawią się na scenie nowe postaci, a także rozwinięte zostaną wątki tych, których obecność została wcześniej jedynie zasygnalizowana, bądź nie mieliśmy pojęcie, w jaki sposób de facto wpiszą się w całość historii. 
Oprócz wątku Estery najbardziej przypadło mi do gustu opowiadanie o panu George'u. Choć i Caddy wciąż wnosi niemało ciepła i radości, mimo że jej losy nie zawsze pozostają przecież różowe. Wspaniałe są również, dla mnie często zupełnie niespodziewane, zwroty akcji. Zaskoczona byłam przynajmniej kilka razy, a to dla mnie bardzo ważne w czasie lektury. Fabuła zbyt łatwa do przewidzenia jest po prostu... nudna. 
Zakończenie okazało się całkowicie nieprzewidywalne. W całej rozciągłości. Piękna wisienka na przepysznym literackim torcie.
Nadal mamy tu do czynienia z pięknym językiem, przemyślaną, doskonale skonstruowaną fabułą, bohaterami z krwi i kości, wspaniałymi ilustracjami, naprzemienną narracją Estery i wszechwiedzącego Autora oraz z portretem współczesnego mu społeczeństwa. Niestety w tym tomie, co już nie jest winą Dickensa, znalazłam bardzo dużo błędów i to już niemal od pierwszych stron. To właściwie jedyny, choć znaczący, minus drugiego tomu "Samotni".
Na zakończenie Wydawnictwo "częstuje" nas kilkoma słowami od tłumacza. Zdziwiłam się bardzo, że tłumaczenie to ma już niemalże 45 lat. Warto tym bardzie zapoznać się również z tymi kilkoma stronami zapisanymi w 1973 roku – rzucają one światło na pewne ciekawe kwestie związane nie tylko z samą powieścią.
Jeśli pominąć błędy, to drugi tom "Samotni" prezentuje się jeszcze lepiej od pierwszego i polecam lekturę każdemu, kto dotarł do końca pierwszego tomu. Choć wydaje mi się, że to polecenie jest zbędne – wszak każdy, kto przeczytał już wcześniejsze ponad sześćset stron z pewnością będzie chciał czytać dalej. Choćby po to, by dowiedzieć się czy proces Jarndyce przeciwko Jarndyce dobiegnie końca i jaki będzie miał wpływ na dalsze losy poznanych już bohaterów.
 






Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka: