Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

sobota, 30 czerwca 2012

Uczennica maga - Trudi Canavan

Myślę, że powinnam zacząć od takiej informacji – jest to dopiero moje drugie spotkanie z prozą Trudi Canavan (wcześniej czytałam jedynie opowiadania). Nie znam więc jeszcze Trylogii Czarnego Maga, czytając zatem „Uczennicę maga” nie miałam najmniejszego pojęcia, co będzie się działo za kilkaset la,t w kolejnych tomach. Dla mnie to historia sama w sobie, nie prequel do znanej już powieści. Być może w znacznej części więc zmienia to sposób, w jaki odebrałam „Uczennicę…”.
Wciągnęła mnie ta historia do tego stopnia, że potrafiłam na długie godziny zatracić się w świecie przedstawionym przez autorkę, zupełnie nie widząc różnicy między nim, a tym, w którym (podobno) żyjemy. Ważne sprawy działy się wokoło, a ja ich nie dostrzegałam, całkowicie przeniesiona w przestrzeni, wędrując między Kyralią a Sachaką.
Bohaterowie od początku przypadli mi do gustu – antybohaterowie z resztą również, ale oczywiście w tym sensie, że podobała mi się och kreacja, a nie że ich polubiłam. Owszem – darzę sympatią Tessię i Dakona, ale boję się Takado… Kurcze, rzeczywiście pisze o nich, jakby żyli tu i teraz.
Magia, zróżnicowane społeczeństwo i dwa ludy – tak podobne, a jednak tak od siebie różne. Walka, miłość, szacunek, strach, nienawiść, wolność, niewolnictwo… Gildia uzdrowicieli i magowie… i Tessia, córka uzdrowiciela, która marzy o tym, by móc również leczyć. Problem w tym, że… jest kobietą. Nie może zostać uzdrowicielką, ale gdy pewnego dnia okaże się, że ma w sobie magię, zostanie natychmiast przyjęta jako uczennica maga Dakona. Jakże dziwny jest ten świat.
Dwa różne światy – z początku wiadomo, że Kyralia jest wspaniałą krainą wolności (nawet, jeśli kobiety nie mogą leczyć), a Sachaka to straszliwe imperium, w którym silni wolni ludzie, a przede wszystkim magowie, żyją w luksusie, ponieważ wszelkie prace wykonują za nich niewolnicy. I tu nagle niespodzianka – po trzystu stronach pojawia się nowa bohaterka, Steria. I ona właśnie pokaże nam, że Sachaka nie jest taka straszliwa i… zamieszkują w niej również dobrzy ludzie. Sama początkowo jest zszokowana, ponieważ po wielu latach wraca do stolicy państwa, z którego pochodzi jej ojciec i od razu napotyka na same problemy. Cóż, jest kobietą… w powieści Canavan kobiety – niezależnie od zamieszkiwanych ziem – nie mają łatwego życia i zawsze są na drugim miejscu, po mężczyznach.
Steria właśnie jest moją ulubioną bohaterką tej powieści – silna, inteligentna, wie, czego chce w życiu, a jednak potrafi się zaskoczyć swoimi uczuciami względem męża, którego wybrał jej ojciec. To osoba, która jest przykładem dla innych – jest ceniona przez pozostałe panie, a nawet niektórych mężczyzn. Na dodatek nie boi się stawiać oporu – w końcu wychowywała się w Elyne, gdzie kobiety mogą prowadzić interesy, gdzie nie ma niewolnictwa. Myślę jednak, że nie tylko wychowanie sprawiło, że Steria jest właśnie Sterią. Ma silną wolę i własne przekonania.
Koniec wojny między Kyralią a Sachaką był dla mnie absolutną zagadką, ponieważ – jak już wspomniałam – nie czytałam jeszcze Trylogii Czarnego Maga. Dlatego nie miałam pojęcia, która ze stron i na jakich warunkach zwycięży. Chociaż… czy na pewno można to nazwać zwycięstwem, skoro tylu ludzi straciło życie?
Trudi Canavan pisze pięknie i naprawdę świetnie się to czyta. Powieść wciąga bezustannie i wystarczy chwilka przerwy i już się człowiek zastanawia, co będzie dalej i chce się przenieść do tego magicznego – a przecież wcale nie pięknego i błogiego – świata. Jedyne, czego mogłam się domyśleć to to, że Jayanowi uda się zapoczątkować gildię magów, w końcu taki tytuł nosi kolejny tom, do którego zajrzę już niebawem. Nie mogę się doczekać.
Tomiszcze grube, ma bowiem ponad 800 stron. Dobrym pomysłem było umieszczenie na końcu słowiczka, na dodatek podzielonego według rodzaju słownictwa (chociaż ja osobiście wolę zwyczajne, alfabetyczne). Bardzo pomocny bywał w trakcie czytania. Podobnie – mapki – doskonale, że są – wydają się niemal niezbędne i nie potrafię sobie w tej chwili wyobrazić, że miałabym poznawać ten świat bez map.
Gruba oprawa trochę może utrudnia czytanie, ale przy takim gabarycie książki pięknie prezentuje się na półce, na dodatek bez żadnych uszkodzeń grzbietu. Błędów kilka znalazłam, ale w miarę niewiele, szczególnie jak na tak wiele stronic. Ogólnie – korekta spisała się bardzo dobrze.

piątek, 29 czerwca 2012

Kupiecka baronowa - Ines Thorn

Jak ta kobieta wyśmienicie pisze – powiedziałam ostatnio do męża, kiedy zdejmowałam z półki „Kupiecką baronową”, ostatni – niestety – tom historii o rodzinie Geisenheimerów z Frankfurtu. Po chwili jeszcze dodałam, że muszę koniecznie spojrzeć, co jeszcze napisała i – o ile tylko zostało przetłumaczone na nasza polską mowę – kupić to. Rzeczywiście, Ines Thorn jest niesamowitą pisarką – wystarczy jeden dzień, by połknąć, i to dosłownie, trzysta niemal stron jej powieści. Ta lekkość przy poruszaniu trudnych tematów, ta znajomość realiów z dawnych czasów, te dopieszczone kreacje i widoki, a jednocześnie skomplikowane relacje międzyludzkie i rozterki, które przecież mogą się przytrafić każdemu z nas.
„Kupiecka baronowa” kończy historię rodu – choć sama doskonale wiem, że nie zawsze kończy się sagę wtedy, kiedy się zaplanowało, cicho więc marzę, że autorka jeszcze do tego rodu powróci, jako i ja uczyniłam ze swoimi bohaterami.
Mamy rok 1792. Rewolucja francuska, gilotyna, Marsylianka. Wolność, równości braterstwo. Trójkolorowe kokardy i rządy jakobinów. Co ma do tego wolne miasto cesarskie i to na dodatek w roku wyboru nowego cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego? Jaki ta rewolucja będzie miała wpływ na kupiecką rodzinę Geisenheimerów?
Nie ma tym razem żadnego wielkiego mężczyzny, który by prowadził dom kupiecki. Jest Theda, wdowa po Teodorze. I jest jej trójka dzieci – Jago, który chce być poetą i zamiast siedzieć za pulpitem, układa rymy w kawiarni; Stefan – który z kupiectwem również ma niewiele wspólnego, a rewolucja we Francji pokazuje mu świat z zupełnie nowej perspektywy i kusi swymi ideami; jest w końcu, zaledwie szesnastoletnia, Friederike, która postanowiła podarować ukochanemu to, co miała najcenniejszego. Biedna Theda, nie jeden raz naje się wstydu, nie dwa razy będzie musiała sprowadzić dzieci ze złej drogi i ratować je przed pochopnymi decyzjami. Nie trzy razy… odmawiać swej ręki, w końcu nie minął nawet rok od śmierci męża, a już pojawiają się adoratorzy.
Theda jednak nie jest zainteresowana ponownym zamążpójściem. Nie wierzy w miłość, ponieważ nigdy jej nie zaznała, a przynajmniej zdążyła już dobrze zapomnieć, czym ona może być. I przyrzekła sobie dawno temu, że nie będzie kochać. Wierzy w dom handlowy, choć sama nie jest najlepszym kupcem. Będzie więc starała tak ożenić swego pierworodnego, by to jego małżonka zajęła się pracą. Co z tego wyniknie? Jak Jago, poeta-marzyciel, który szuka muzy, będzie traktował żonę z musu? Czy Stefan pogodzi się z rozlewem krwi, czy nadal będzie stał na stanowisku, że rewolucja może się bez niego powieść? Co zrobi najmłodsza córka, gdy zrozumie, że stała się kobietą, a jej dzieciństwo zostało bezpowrotnie utracone?
Wszystko to we Frankfurcie oczekującym na wojska francuskie, a później przez nie okupowanym. W tle kupcy, Alten Limpurg, bogate salony, dobrze zaopatrzone spichlerze, pojedynki na honor i karczmy, w których proletariat stara się zjednoczyć przeciwko patrycjuszom, opowiadając o tym, jak wspaniale będzie się żyło w porewolucyjnym świecie. Do tego cała galeria niezwykle przedstawionych postaci drugoplanowych.
Gorzko-słodka opowieść o ludzkich dylematach, szukająca odpowiedzi na trudne pytania. Jednocześnie tak prawdziwa i porywająca, że nie sposób się od niej oderwać. Nic, jednie czytać i polecać dalej.
Jeśli zaś chodzi o samo wydanie – jak poprzednio – ładna okładka, niewiele błędów, schludnie i przyjemnie. W sam raz na nadchodzące lipcowe upały, które mają osiągnąć… nie będę straszyć. Szczególnie, że ta powieść z pewnością Was jeszcze trochę rozgrzeje emocjonalnie.

Chorwacja - Anna i Krzysztof Kobusowie

„Chorwacja” Anny i Krzysztofa Kobusów, wydana nakładem G+J RBA, Licecjobiorcy Natonial Geografic Society to niesamowita podróż do tego – tak przez Polaków uwielbianego – kraju. Podróż zaczarowana, widziana okiem podróżników, dziennikarzy i fotografów, ale tym razem chyba przede wszystkim rodziców.
Ciekawie opowiedziana, ładnie napisana, radosna i ciepła historia pewnych rodzinnych wakacji spędzonych u wybrzeży Morza Adriatyckiego. Czyta się właściwie jednym tchem – mi zajęło właściwie niewiele ponad godzinę (czytam powoli, na dodatek delektuję się pięknymi fotografiami, a książeczka ma jednak prawie 100stron).
Chyba jeszcze nie trafiłam na podróżniczą literaturę napisaną z taką lekkością i polotem, a jednocześnie dystansem do samego siebie i swoich słabości. Muszę przyznać, że urzekły mnie opowieści o rodzinnych kampingach, żelkowych wężach i walkach na statkach pirackich. Najbardziej jednak w pamięci pozostanie mi pierwszy rozdział mówiący o tym, jak łatwo jest dać się porwać codzienności i zapomnieć o tym, co najważniejsze. Jak łatwo dzisiaj żyć czasem, zamiast mieć czas na życie. Myślę, że to bardzo ważna lekcja do zapamiętania. I jeszcze niesamowity opis (historię znałam, ale sposób jej opowiedzenia zdaje się niezwykły) życia Dioklecjana i historii Splitu. Boże, zdjęcia są tak rewelacyjne, że po prostu od razu sięgnęłam po atlas świata, by zobaczyć, gdzie dokładnie leży to zaczarowane miasto.
Właśnie, zdjęcia. Wspaniały dodatek do całości. Niewielkie, a szkoda, ale przynajmniej dzięki temu jest ich całkiem sporo, a dokładnie 36. Można się prawdziwie rozmarzyć, patrząc na ten magiczny kolor wody w Jeziorach Plitwickich, czy tradycyjną konobę (restauracyjkę) zbudowaną, jak za dawnych lat, z kamienia i pokrytą łupkami. Żyć, nie umierać.
Cud! Korekta spisała się na medal – znalazłam dosłownie dwa błędy. To się zdarza bardzo rzadko.
Warto chyba nadmienić, że autorzy nie opisali jedynie Chorwacji. Ten niewielki w rozmiarach, ale olbrzymi w pomysłach (i za to im chwała, bo przyda się zapewne, gdy będziemy mieć własne pociechy) tom wpisuje się w serię „Mali podróżnicy w Wielkim Świecie”. W obecnej chwili możemy już dostać opowieści o Szwecji, Polsce i Tunezji. Wkrótce ukażą się także tomiki o Bali i Holandii.
Gorąco polecam, ja z pewnością zapoznam się z pozostałymi pozycjami państwa Kobusów, a na razie wybieram się w podróż palcem po mapie. Zaczynam od Splitu – miasta w pałacu Dioklecjana.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Biblia umarłych - Tom Knox


Oszałamiająca, wbijająca w fotel powieść, jedna z nowości Domu Wydawniczego Rebis, czyli „Biblia umarłych” Toma Knoxa. Nic więcej, nic ująć. Genialna, trzymająca w napięciu do ostatniej linijki, a nawet dłużej, mądra, zjawiskowa, zmuszająca do myślenia.
Na tym mogłabym zakończyć, ponieważ nadal jestem jeszcze bardzo na gorąco (skończyłam czytać niecałe piętnaście minut temu) i staram się jeszcze ogarnąć ogrom tej powieść i pozbierać myśli.
To opowieść tocząca się dwutorowo – podobnie trochę, jak w ”Sekrecie Genezis”, z tymże bohaterowie, których losy śledzimy w zupełnie różnych zakątkach świata, a którzy próbują niezależnie rozwiązać tę samą zagadkę spotykają się dopiero w okolicach trzysetnej strony, czyli raczej bliżej końca. Tym bardziej ta podróż jest pasjonująca, bo pozwala nam na dochodzenie do prawdy po kawałku i oglądania całego ogromu problemu (w końcu to całe czterdzieści tysięcy lat!) z zupełnie różnych perspektyw. Wyśmienity pomysł.
Chemda, prawniczka działająca w komisji ONZ do spraw rozliczenia reżimu Czerwonych Kmerów, straciła w Kambodży większość rodziny i stara się zrozumieć przeszłość swego kraju. Julia, amerykańska archeolog pracująca obecnie na wykopaliskach w jednym z dystryktów francuskich, została w młodości zgwałcona. Jake, brytyjski fotograf stracił w dzieciństwie kilkuletnią siostrę i matkę. Te doświadczenia dręczą ich w każdej chwili życia. Chemdzie pomogą zrozumieć przeszłość i odkryć rodzinną tajemnicę, Julii opracować ciekawą teorię dotyczącą ludzi prehistorycznych, a Jake… cóż, musicie sami przeczytać.
„Biblia umarłych” to niesamowita podróż przez mniej nam chyba znaną Azję – Kambodżę, Laos, zahacza też o Tajlandię i Bangkok. Porywająca, wartka akcja i tropiki oraz niesamowite krajobrazy czasami nawet mrożące krew w żyłach oraz upały, których chyba sobie nie wyobrażamy. Z drugiej strony chłodna i deszczowa Francja w barwach jesieni i… równie tajemnicze czaszki z dziurami w głowie.
Czy człowiek naprawdę różni się od zwierzęcia? A jeśli tak, to czy… to dobrze? Przedstawione przez autora teorie na temat wiary i sumienia są przenikliwe i naprawdę zmuszają do przemyślenia przynajmniej kilku kwestii, które zdajemy się uważać za dogmaty. Kim jesteśmy i dlaczego tak ciężko jest nam zabijać? Jak to możliwe, że człowiek jest zdolny do takiego okrucieństwa jak Czerwowni Kmerzy? Czy rzeczywiście za wszystko to odpowiada niewielki skrawek kory mózgowej znajdujący się w czołowym płacie mózgu? Znajdziecie odpowiedzi na te wiele innych pytań, jedynie czytając.
„Biblia umarłych” to rewelacyjny kryminał, szczególnie dla tych, którzy uznają spiskową teorię dziejów. Poza tym to mądra powieść, zmuszająca do myślenia i motywująca do prowadzenia własnych badań. To straszliwa opowieść o bólu, cierpieniu, niepotrzebnym okrucieństwie. Jak wiemy z „Sekretu Genezis” Tom Knox nie boi się pokazywać tortur, prucia flaków, a krew w jego powieści leje się dość często. I tym razem niczego nam nie oszczędził. Jest więc z pewnością sporo mroku w „Biblii umarłych”, wiele scen obrzydliwych i… poruszających najgłębsze zakamarki serca i żołądka.
Bez wątpienia, kawał wyśmienitej literatury, na dodatek bardzo ładnie wydanej. Okładka zastanawia, przyzywa, zachęca do czytania, poza tym tworzy ładną serię z dwiema pozostałymi powieściami autora, które Rebis już wydał. Błędów na tyle niewiele, że nie rażą, nic dodać, nic ująć. Zdecydowanie piątka z dużym plusem.

czwartek, 21 czerwca 2012

Próby pisania opowiadań...

Taka mała akcja zaistniała po Pyrkonie i chciałam się nią podzielić. Chodziło o to, żeby napisać kryminał, romans i horror, które zaczynają się od zdania: "Na ławce w parku siedzi przestraszona dziewczyna, do której podchodzi uśmiechnięte dziecko." Ważne jest również to, że każde z nich nie mogło być dłuższe niż na cztery strony.

Podzielę się więc z Wami tym, co skrobnęłam. Na początek romans.

         
Na ławce w parku siedzi przestraszona dziewczyna, do której podchodzi uśmiechnięte dziecko. Dziewczynka – może sześcioletnia – pcha przed sobą wózek z lalką i badawczo przygląda się dziewczynie, która widzi ją, jak przez mgłę, choć na niebie świeci słońce. To łzy i strach zacierają jej możliwość wyraźnego widzenia.
Wszystko zaczęło się kilka lat temu, kiedy zaczynała klasę maturalną. Była dobrą uczennicą, miała wysokie aspiracje. Marzyła o tym, że dostanie się na dziennikarstwo, napisze kilka dobrych artykułów do prasy, dzięki którym zasłynie w świecie, być może jakiś czas popracuje jako korespondent dla któregoś z czasopism turystycznych, a później poświęci się całkowicie pisaniu powieści, na które miała już wówczas setki pomysłów. Przygotowywała się do matury i egzaminów wstępnych. Poprosiła swego polonistę, by pomógł jej w skompletowaniu materiałów literackich do prezentacji. Z pewnością żadne z nich nie spodziewało się, że te kilka spotkań zaowocuje gorącym romansem.
Profesor Paweł – tak właśnie mówili do niego uczniowie – był przystojnym mężczyzną w kwiecie wieku. Czarne włosy, wielkie brązowe oczy, zdrowa opalenizna, intelektualista, który nie stronił od sportów. Kamila podkochiwała się w nim od pierwszej klasy – z pewnością nie ona jedna – ale do głowy jej nie przyszło, że on może odwzajemniać jej uczucia. Okazało się jednak, że urzekła go już dawno ta krucha brunetka, która każdą wolną chwilę poświęcała na czytanie i pisanie.
Tamten pierwszy pocałunek był dla obojga szokiem. Kiedy dotarło do nich, co się właśnie stało, byli absolutnie zdezorientowani i przez pierwszych kilka minut nie odezwali się do siebie słowem. Najtrudniejszy był pierwszy tydzień – później w końcu poddali się uczuciom. Spotykali się w tajemnicy – co by się stało, gdyby grono pedagogiczne, rodzice i uczniowie dowiedzieli się o ich romansie? Co prawda Kamila była już pełnoletnia, jednak…
Mijały tygodnie, przyszła zima, rozpoczął się nowy rok. Matura zbliżała się wielkimi krokami, wybiła godzina zero dla studniówki. W pięknej granatowej sukni z kryształkami i wysoko upiętymi włosami, Kamila weszła na salę, powodując, że Pawłowi zaparło dech w piersiach. Miał ochotę chwycić ją w ramiona i całować do upadłego, nie zwracając uwagi na pozostałych uczestników imprezy. Ostatecznie jednak musiał się opanować i dany był im tylko jeden taniec.
Rozpoczęły się ferie. Okłamując rodziców i wszystkich znajomych – Kamila wybrała się na kilka dni do Zakopanego, gdzie już na nią czekał. Spędzili tam wspaniałe dni i noce, właściwie nie wychylając nosa z wynajętego pokoiku na poddaszu starego, drewnianego domku. Romans stulecia – myślała, wracając do domu i wspominając pocałunki, którymi obsypywał ją niemal non stop.
Zaczął się drugi semestr i nagle coś się wydarzyło. Do klasy – co za głupota przenosić się na trzy miesiące przed maturą, myślała w pierwszej chwili – dołączył nowy kolega. Wysoki, świetnie zbudowany, typ buntownika. Chodził w czarnej skórzanej kurtce, włosy ledwie odrastały od czaszki, zielone oczy przypatrywały się wszystkim z mieszaniną ciekawości i złości. Nabijany ćwiekami czarny plecak był jego nieodłącznym atrybutem, podobnie jak wytarte jeansy i skórzane, wysokie buty z dziesiątkami sprzączek. Koledzy patrzyli na niego podejrzanie, koleżanki usuwały się z drogi w obawie, że może zrobić im krzywdę. Nauczyciele… byli zachwyceni jego inteligencją i erudycją, a jednocześnie martwili się jego wyglądem i tym, ile palił.
Widząc, że Krystian sporo czyta, Paweł zaproponował, by Kamila spędziła z nim trochę czasu i pomogła mu nadrobić zaległości. Zgodziła się, zdziwiona tym, że naprawdę chciała go lepiej poznać. Z resztą – robiła to właściwie dla Pawła. Chłopak okazał się naprawdę zjawiskowy i nawet ona musiała przyznać, że nie czytała tyle, co on. Potrafili tak dyskutować całymi godzinami. Nie jeden raz i nie dwa zasiedziała się u niego do późna, albo on u niej. Paweł zaczynał być zazdrosny, ponieważ tracili kolejne wieczory i teraz spotykali się góra trzy razy w tygodniu. Tęsknił za nią. Ona też tęskniła, ale nie potrafiła oprzeć się pokusie kolejnych godzin spędzonych w towarzystwie nowego kolegi.
- Zosiu, wracamy – woła rudowłosa kobieta po trzydziestce, zwracając się do córeczki, która siedzi w piaskownicy i buduje kolejną wieżę zamku.
            Dziewczyna przygląda się tej scenie i nie może odpędzić od siebie wspomnienia tamtego wypadu nad jezioro. Do matury został tydzień i postanowili się trochę rozerwać. Zośka, Marta, Sławek, Eliza, Krystian i ona – weekend w wynajętej chatce nad Jeziorem Srebrnym. Pogoda ich zaskoczyło – świeciło słońce, temperatura nagle skoczyła do trzydziestu stopni – zupełnie jakby był to prezent specjalnie dla nich. Bawili się wyśmienicie. W sobotni wieczór Marta i Sławek urwali się gdzieś na dyskotekę – spotykali się już od dwóch lat i chyba potrzebowali pobyć trochę tylko we dwójkę. Zośka była zachwycona okolicą i namówiła Elizę na wycieczkę krajoznawczą. Kamila wykręciła się bolącym kolanem, które stłukła rano na niewielkim molo.
            Zostali tylko we dwójkę. Krystian zaskoczył ją, szykując znakomitą kolację. Usiedli na – górnolotnie brzmiące określenie – tarasie, zapalili świeczki i długo, długo rozmawiali.
- Popływajmy – zaproponował nagle i nie mogła uwierzyć, że się zgodziła. Woda była lodowata i nie miała najmniejszego zamiaru wchodzić do niej w ten weekend. Nawet nie zabrała ze sobą stroju kąpielowego.
Doskonale znała tatuaż na jego ramieniu, jako że pod skórzaną kurtką nosił zazwyczaj koszulkę bez rękawów. Kiedy jednak zaczął się rozbierać, poczuła dreszcz. Z łopatek wychodziły dwa czarne skrzydła, które biegły wzdłuż całych pleców aż po… kolana. Westchnęła cicho i przygryzła wargi, czując się winna, że ten widok ją podniecił. Pomyślała o szerokich ramionach Pawła i jego kochającym wzroku. Potrząsnęła głową i starała się wyrzucić w głowy widok Krystiana, który zdążył już na szczęście zanurzyć się w wodzie po samą szyję. Dołączyła do niego, trzęsąc się – woda nie była lodowata – miała wrażenie, że wchodzi do balii wypełnionej ciekłym azotem.
            Kiedy wyciągnął do niej rękę, zawahała się na moment. Spojrzała mu głęboko w oczy, co nie było łatwe, kiedy zważyć, że wędrowały po jej dekolcie. Wiedziała, że serce dudni jej w piersiach, oddech stał się płytki i urywany. W końcu podała mu dłoń i pozwoliła przyciągnąć się do niego. Dzieliło ich zaledwie kilkanaście centymetrów, czuła na twarzy jego gorący oddech. Chciała coś powiedzieć, ale nie starczyło jej sił. Pozwoliła mu absolutnie na wszystko, czerpiąc z jego pieszczot nieograniczoną przyjemność.
            Wychodziła z jeziora z poczuciem winy i wstydem, że zdradziła Pawła. Jednocześnie – była szczęśliwa i spełniona. Krystian szedł tuż obok, obejmując ją w pasie. Pobiegli do domku, zamarzając i szybko schowali się pod kocem. Pocałowała go namiętnie, mając ochotę na więcej.
- No pięknie – chwilkę nas nie ma, a tu już rozpusta – roześmiała się Zośka, stojąc w progu. – Nie przeszkadzajcie sobie, przejdziemy się jeszcze z Elizką – dodała, kiedy zobaczyła zawstydzenie na ich twarzach. Okręciła się na pięcie i wyszła, zamykając za sobą drzwi.
Kamila i Krystian roześmiali się szczerze i wrócili do pieszczot. Ani razu tej nocy, ani następnego dnia nie pomyślała o Pawle. Dopiero w poniedziałek, kiedy stanęła na szkolnym dziedzińcu. Nie wiedziała, jak ma mu o tym powiedzieć – nie chciała go zranić. Na swój własny sposób, nadal go kochała. Był jej pierwszym mężczyzną, szanowała go, podziwiała, była nim zafascynowana i nie chciała, by cierpiał z jej powodu. Wiedziała, jednak, że musi porozmawiać z nim jak najszybciej – zanim do jego uszu dojdą – a z pewnością doszłyby – plotki na temat wydarzeń z nad jeziora.
Musiał oprzeć się o ławkę, niemalże stracił równowagę. Patrzył na nią z niedowierzaniem i nic nie mówił. Słuchał jedynie, jakby się zastanawiał, czy na pewno się już obudził. Zwiesił głowę, bezsilny, pokonany, zdradzony. Nie odezwał się ani słowem, pozwalając jej odejść. Wiedział, że tak musi być – miała szansę na normalny związek, na chłopaka, którego nie będzie musiała przed nikim ukrywać. On był jedynie kulą u nogi, a ona wreszcie została uwolniona. Było jej przykro, kiedy patrzyła w jego smutne oczy. Chciała, żeby na nią nakrzyczał, wyzwał ją. Nazwał zwykłą dziwką. Do niczego takiego nie doszło. Zachował się jak rycerz, którym zawsze dla niej był.
Szkoła się zakończyła. Zdali maturę. Dostali się na wymarzone studia – Kamila na dziennikarstwo, Krystian na lingwistykę stosowaną. Na balu maturalnym przetańczyli razem całą noc, właściwie nie przestając się całować. Kamila zdawała sobie sprawę z tego, że Paweł to wszystko widzi i z pewnością źle się czuje, nie mogła jednak tego wytłumaczyć Krystianowi. Nie chciała mieć przed nim tajemnic, ale ten jeden sekret postanowiła zachować – dla dobra Pawła, jak sobie tłumaczyła.
Po wspólnie spędzonych wakacjach na wsi u dziadków Krystiana, wrócili do miasta. Opaleni, wypoczęci, zaspokojeni. Kamila zaczęła palić. Zrobiła sobie niewielki tatuaż na karku, co straszliwie nie spodobało się jej rodzicom. Pokłócili się, powiedzieli sobie o kilka słów za wiele i ostatecznie na początku listopada zaproponowała Krystianowi, by wynajęli jakąś kawalerkę i zamieszkali razem. Zgodził się z optymizmem. Szczęśliwym zrządzeniem losu znaleźli lokum w ciągu tygodnia, drugie tyle czasu spędzili na jego urządzaniu i jeszcze na koniec miesiąca zamieszkali na trzydziestu metrach kwadratowych.
Wspólne Święta, radosny sylwester, na którego zaprosili wszystkich znajomych (nieprawdopodobne, że na tak niewielkiej przestrzeni mogło się zmieścić i naprawdę dobrze bawić ponad pięćdziesiąt osób), romantyczne walentynki w trakcie pierwszej wspólnej sesji. Wtedy właśnie coś się zaczęło psuć.
- Proszę pani – mówi jakiś starszy mężczyzna, który nie wiadomo kiedy przysiadł się obok niej. – Proszę pani, telefon dzwoni.
            Dziewczyna otwiera torebkę, szuka i nie może znaleźć. Siwy staruszek przygląda się jej badawczo, w końcu ręką wskazuje kieszeń, z której dochodzi denerwujący dźwięk. Dziewczyna odbiera, starając się opanować emocje i nie dać po sobie poznać, jak trzęsie jej się głos.
- Dobra wiadomość – ni to pyta, ni to stwierdza sąsiad z ławeczki. Kiwa jedynie głową na potwierdzenie, a kąciki jej ust unoszą się niemal niezauważalnie. Dobra wiadomość.
            Sesja zrujnowała Krystiana. Wszystkie pieniądze, jakie posiadał, wydał na tabletki, na Plusssze, na kawę, papierosy, takie i siakie lekkie narkotyki. Tak przynajmniej mówił Kamili. Widziała, jak staczał się na dno, ale jej słowa wchodziły jednym uchem i wychodziły drugim. Płakała, kiedy wychodził z domu, szukała rad wśród znajomych. Wracał – pijany, zaćpany, czasami z siniakiem tu, czy tam. Przez dwa miesiące nie dostała od niego grosza i sama musiała zapłacić czynsz, opłacić rachunki za telefon, Internet, kupić sobie podręczniki do przedmiotów na kolejny semestr.
            Po ostatnim egzaminie zaprosił ją na kolację. Romantyczna restauracja, świece na stoliku, on pokrył wszystkie koszty. Przeprosił, obiecał, że się poprawi, że to się nigdy więcej nie powtórzy. Uwierzyła. Poprawił się. Wszystko było dobrze – znów był tym wspaniałym człowiekiem, w którym się zakochała. Cieszyły go studia, czuł się rewelacyjnie na uczelni. Roztaczał przed nią wizję wspaniałej kariery naukowej, która go czeka. Pomagał jej, kiedy miała gorsze dni.
            Letnia sesja… Teraz dopiero pokazał, że skrzydła wytatuowane na plecach należą raczej do szatana, niż anioła. Zagwarantował jej istne piekło. Nie skończyło się na piciu i ćpaniu. Zapraszał kolegów, z którymi się uczył. W domu zapanował chaos i syf – walające się brudne talerze, potłuczone szklanki, pety porozrzucane w najmniej spodziewanych miejscach, trawka tu, maryśka tam. Miała sińce pod oczami, tyle łez wypłakała, ale nic nie pomagało. Może by to zniosła, gdyby na bałaganie się skończyło. Nawet mogła mu darować szastanie pieniędzmi. Niestety poszedł o krok dalej.
            Pierwszy siniec na policzku pojawił się dzień po jej ostatnim kolokwium. Pił, krzyczał, bił. Obiad był niedobry, na stole nie było miejsca na jego notatki, w łóżku nie dawała mu satysfakcji. Cierpiała prawdziwe męki. Postanowiła wrócić do rodziców – spakowała walizkę i już miała wyjść, kiedy wrócił z imprezy. Wpadł w istny szał – właściwie zmasakrował jej twarz, zdarł z niej ubranie i zgwałcił w korytarzu, po czym poszedł do łóżka i powiedział jedynie, że tam na nią czeka. Siedziała, skulona pod ścianą, zapłakana, zakrwawiona. Dopiero kiedy usłyszała jego chrapanie, chwyciła za walizkę i cichutko wymknęła się z mieszkania.
            Było jej wstyd przed rodzicami, nie wiedziała, do kogo zwrócić się o pomoc. Siedziała na tej samej ławeczce, co teraz – cały czas jeszcze miała siniaki na twarzy, mimo że upłynęły już prawie dwa tygodnie. Krystian siedział w areszcie, a ją czekały wszystkie nieprzyjemności związane z rozprawą w sądzie. Przyglądała się dzieciom biegającym po placyku zabaw i zastanawiała, co się stanie z tym maleństwem, które rosło w niej. Nie powiedziała mu, że jest w ciąży. Chciała jedynie się od niego uwolnić, a dziecko mogło ją do niego przywiązać do końca życia. Myśląc o swojej przyszłości nawet nie zauważyła, że przed nią stanął… Paweł.
            Po tym wszystkim, co zrobiła, po całym tym bólu, który mu wyrządziła – był ciepły, spokojny, uśmiechnięty. Nawet nie wiedziała, jak to się stało, że opowiedziała mu o wszystkim. Nawet rodzice nie wiedzieli, że spodziewała się ich wnuka. Pozwolił jej się wypłakać na swoim ramieniu, przytulił, zaprosił na kawę. Nie narzucał się, ale jasno dał do zrozumienia, że zawsze może do niego przyjść, wygadać się, wypłakać, szukać rady, czy po prostu towarzystwa.
            Rozprawa była koszmarem, ale Paweł był zawsze obok. Kiedy Krystian zobaczył ją po raz pierwszy, była w piątym miesiącu ciąży i nie dało się już tego ukryć. Wyzwał ją od zdzir, nie domyślając się w ogóle, że dziecko jest jego. Nie przeszkadzało jej. Wręcz przeciwnie – cieszyła się. Kiedy w końcu usłyszała wyrok, kamień spadł jej z serca.
            Był początek marca, kiedy poczuła pierwsze skurcze. Zrobiło jej się słabo i oparła się o ścianę bloku. Rozejrzała się wokoło i dotarło do niej, że zaledwie przecznicę dalej jest jej liceum, a tam… Paweł. Resztką sił doszła do drzwi i poprosiła woźnego, żeby go poprosił. Strach w jego oczach mówił sam za siebie, kiedy ją zobaczył. Rzucił wszystko i pojechał z nią do szpitala. Nie odszedł na krok, dopóki nie zasnęła po przerażająco długim i bardzo bolesnym porodzie.
            „Minęły już prawie trzy lata od tamtej wiosny – myśli dziewczyna – Czekam na szczęśliwe zakończenie.” Uśmiecha się do starszego pana, który nadal siedzi obok i karmi gołębie okruszkami chleba. Wstaje powoli, kłania mu się i kieruje do bramy parkowej. Po drugiej stronie ulicy znajduje się szpital miejski.
            Mała Sylwia stała się oczkiem w głowie rodziców – Paweł podał w aktach swoje nazwisko w rubryce dotyczącej ojcostwa. Pomagał jej każdego dnia, otaczał miłością i czułością, nie żądając niczego w zamian. Jak mogła go nie kochać? Nie mogła. Kochała każdego dnia mocniej, aż w końcu odważyła mu się to powiedzieć. Wybiegł z domu, jak rażony piorunem. Wrócił po kilkudziesięciu minutach – z bukietem kwiatów i pierścionkiem zaręczynowym. Po pół roku zostali małżeństwem.
            Niedługo cieszyli się szczęściem. Zaledwie po miesiącu od dnia ślubu, Paweł poszedł z Sylwią na spacer, kiedy Kamila była na uczelni. Jakiś idiota wjechał w przystanek autobusowy. W ostatniej chwili Pawłowi udało się wypchnąć wózek i uratować córeczkę. Niestety – od dwóch miesięcy leżał w szpitalu i lekarze nie rokowali sukcesu. To było jak wyrok – nigdy więcej nie stanąć na nogi. Już mieli amputować nogi, kiedy nagle pojawił się w szpitalu zagraniczny profesor, który zaproponował operację. Nie dawał wielkich szans, ale dawał nadzieję. Przed chwilą dzwonił Paweł. Powiedział tylko jedno zdanie:
- Zrobiłem właśnie cztery kroki, Kochanie.

Na ławce w parku siedzi przestraszona dziewczyna, do której podchodzi uśmiechnięte dziecko. Dziewczynka – może sześcioletnia – pcha przed sobą wózek z lalką i badawczo przygląda się dziewczynie, która widzi ją, jak przez mgłę, choć na niebie świeci słońce. To łzy i strach zacierają jej możliwość wyraźnego widzenia.
Wszystko zaczęło się kilka lat temu, kiedy zaczynała klasę maturalną. Była dobrą uczennicą, miała wysokie aspiracje. Marzyła o tym, że dostanie się na dziennikarstwo, napisze kilka dobrych artykułów do prasy, dzięki którym zasłynie w świecie, być może jakiś czas popracuje jako korespondent dla któregoś z czasopism turystycznych, a później poświęci się całkowicie pisaniu powieści, na które miała już wówczas setki pomysłów. Przygotowywała się do matury i egzaminów wstępnych. Poprosiła swego polonistę, by pomógł jej w skompletowaniu materiałów literackich do prezentacji. Z pewnością żadne z nich nie spodziewało się, że te kilka spotkań zaowocuje gorącym romansem.
Profesor Paweł – tak właśnie mówili do niego uczniowie – był przystojnym mężczyzną w kwiecie wieku. Czarne włosy, wielkie brązowe oczy, zdrowa opalenizna, intelektualista, który nie stronił od sportów. Kamila podkochiwała się w nim od pierwszej klasy – z pewnością nie ona jedna – ale do głowy jej nie przyszło, że on może odwzajemniać jej uczucia. Okazało się jednak, że urzekła go już dawno ta krucha brunetka, która każdą wolną chwilę poświęcała na czytanie i pisanie.
Tamten pierwszy pocałunek był dla obojga szokiem. Kiedy dotarło do nich, co się właśnie stało, byli absolutnie zdezorientowani i przez pierwszych kilka minut nie odezwali się do siebie słowem. Najtrudniejszy był pierwszy tydzień – później w końcu poddali się uczuciom. Spotykali się w tajemnicy – co by się stało, gdyby grono pedagogiczne, rodzice i uczniowie dowiedzieli się o ich romansie? Co prawda Kamila była już pełnoletnia, jednak…
Mijały tygodnie, przyszła zima, rozpoczął się nowy rok. Matura zbliżała się wielkimi krokami, wybiła godzina zero dla studniówki. W pięknej granatowej sukni z kryształkami i wysoko upiętymi włosami, Kamila weszła na salę, powodując, że Pawłowi zaparło dech w piersiach. Miał ochotę chwycić ją w ramiona i całować do upadłego, nie zwracając uwagi na pozostałych uczestników imprezy. Ostatecznie jednak musiał się opanować i dany był im tylko jeden taniec.
Rozpoczęły się ferie. Okłamując rodziców i wszystkich znajomych – Kamila wybrała się na kilka dni do Zakopanego, gdzie już na nią czekał. Spędzili tam wspaniałe dni i noce, właściwie nie wychylając nosa z wynajętego pokoiku na poddaszu starego, drewnianego domku. Romans stulecia – myślała, wracając do domu i wspominając pocałunki, którymi obsypywał ją niemal non stop.
Zaczął się drugi semestr i nagle coś się wydarzyło. Do klasy – co za głupota przenosić się na trzy miesiące przed maturą, myślała w pierwszej chwili – dołączył nowy kolega. Wysoki, świetnie zbudowany, typ buntownika. Chodził w czarnej skórzanej kurtce, włosy ledwie odrastały od czaszki, zielone oczy przypatrywały się wszystkim z mieszaniną ciekawości i złości. Nabijany ćwiekami czarny plecak był jego nieodłącznym atrybutem, podobnie jak wytarte jeansy i skórzane, wysokie buty z dziesiątkami sprzączek. Koledzy patrzyli na niego podejrzanie, koleżanki usuwały się z drogi w obawie, że może zrobić im krzywdę. Nauczyciele… byli zachwyceni jego inteligencją i erudycją, a jednocześnie martwili się jego wyglądem i tym, ile palił.
Widząc, że Krystian sporo czyta, Paweł zaproponował, by Kamila spędziła z nim trochę czasu i pomogła mu nadrobić zaległości. Zgodziła się, zdziwiona tym, że naprawdę chciała go lepiej poznać. Z resztą – robiła to właściwie dla Pawła. Chłopak okazał się naprawdę zjawiskowy i nawet ona musiała przyznać, że nie czytała tyle, co on. Potrafili tak dyskutować całymi godzinami. Nie jeden raz i nie dwa zasiedziała się u niego do późna, albo on u niej. Paweł zaczynał być zazdrosny, ponieważ tracili kolejne wieczory i teraz spotykali się góra trzy razy w tygodniu. Tęsknił za nią. Ona też tęskniła, ale nie potrafiła oprzeć się pokusie kolejnych godzin spędzonych w towarzystwie nowego kolegi.
- Zosiu, wracamy – woła rudowłosa kobieta po trzydziestce, zwracając się do córeczki, która siedzi w piaskownicy i buduje kolejną wieżę zamku.
            Dziewczyna przygląda się tej scenie i nie może odpędzić od siebie wspomnienia tamtego wypadu nad jezioro. Do matury został tydzień i postanowili się trochę rozerwać. Zośka, Marta, Sławek, Eliza, Krystian i ona – weekend w wynajętej chatce nad Jeziorem Srebrnym. Pogoda ich zaskoczyło – świeciło słońce, temperatura nagle skoczyła do trzydziestu stopni – zupełnie jakby był to prezent specjalnie dla nich. Bawili się wyśmienicie. W sobotni wieczór Marta i Sławek urwali się gdzieś na dyskotekę – spotykali się już od dwóch lat i chyba potrzebowali pobyć trochę tylko we dwójkę. Zośka była zachwycona okolicą i namówiła Elizę na wycieczkę krajoznawczą. Kamila wykręciła się bolącym kolanem, które stłukła rano na niewielkim molo.
            Zostali tylko we dwójkę. Krystian zaskoczył ją, szykując znakomitą kolację. Usiedli na – górnolotnie brzmiące określenie – tarasie, zapalili świeczki i długo, długo rozmawiali.
- Popływajmy – zaproponował nagle i nie mogła uwierzyć, że się zgodziła. Woda była lodowata i nie miała najmniejszego zamiaru wchodzić do niej w ten weekend. Nawet nie zabrała ze sobą stroju kąpielowego.
Doskonale znała tatuaż na jego ramieniu, jako że pod skórzaną kurtką nosił zazwyczaj koszulkę bez rękawów. Kiedy jednak zaczął się rozbierać, poczuła dreszcz. Z łopatek wychodziły dwa czarne skrzydła, które biegły wzdłuż całych pleców aż po… kolana. Westchnęła cicho i przygryzła wargi, czując się winna, że ten widok ją podniecił. Pomyślała o szerokich ramionach Pawła i jego kochającym wzroku. Potrząsnęła głową i starała się wyrzucić w głowy widok Krystiana, który zdążył już na szczęście zanurzyć się w wodzie po samą szyję. Dołączyła do niego, trzęsąc się – woda nie była lodowata – miała wrażenie, że wchodzi do balii wypełnionej ciekłym azotem.
            Kiedy wyciągnął do niej rękę, zawahała się na moment. Spojrzała mu głęboko w oczy, co nie było łatwe, kiedy zważyć, że wędrowały po jej dekolcie. Wiedziała, że serce dudni jej w piersiach, oddech stał się płytki i urywany. W końcu podała mu dłoń i pozwoliła przyciągnąć się do niego. Dzieliło ich zaledwie kilkanaście centymetrów, czuła na twarzy jego gorący oddech. Chciała coś powiedzieć, ale nie starczyło jej sił. Pozwoliła mu absolutnie na wszystko, czerpiąc z jego pieszczot nieograniczoną przyjemność.
            Wychodziła z jeziora z poczuciem winy i wstydem, że zdradziła Pawła. Jednocześnie – była szczęśliwa i spełniona. Krystian szedł tuż obok, obejmując ją w pasie. Pobiegli do domku, zamarzając i szybko schowali się pod kocem. Pocałowała go namiętnie, mając ochotę na więcej.
- No pięknie – chwilkę nas nie ma, a tu już rozpusta – roześmiała się Zośka, stojąc w progu. – Nie przeszkadzajcie sobie, przejdziemy się jeszcze z Elizką – dodała, kiedy zobaczyła zawstydzenie na ich twarzach. Okręciła się na pięcie i wyszła, zamykając za sobą drzwi.
Kamila i Krystian roześmiali się szczerze i wrócili do pieszczot. Ani razu tej nocy, ani następnego dnia nie pomyślała o Pawle. Dopiero w poniedziałek, kiedy stanęła na szkolnym dziedzińcu. Nie wiedziała, jak ma mu o tym powiedzieć – nie chciała go zranić. Na swój własny sposób, nadal go kochała. Był jej pierwszym mężczyzną, szanowała go, podziwiała, była nim zafascynowana i nie chciała, by cierpiał z jej powodu. Wiedziała, jednak, że musi porozmawiać z nim jak najszybciej – zanim do jego uszu dojdą – a z pewnością doszłyby – plotki na temat wydarzeń z nad jeziora.
Musiał oprzeć się o ławkę, niemalże stracił równowagę. Patrzył na nią z niedowierzaniem i nic nie mówił. Słuchał jedynie, jakby się zastanawiał, czy na pewno się już obudził. Zwiesił głowę, bezsilny, pokonany, zdradzony. Nie odezwał się ani słowem, pozwalając jej odejść. Wiedział, że tak musi być – miała szansę na normalny związek, na chłopaka, którego nie będzie musiała przed nikim ukrywać. On był jedynie kulą u nogi, a ona wreszcie została uwolniona. Było jej przykro, kiedy patrzyła w jego smutne oczy. Chciała, żeby na nią nakrzyczał, wyzwał ją. Nazwał zwykłą dziwką. Do niczego takiego nie doszło. Zachował się jak rycerz, którym zawsze dla niej był.
Szkoła się zakończyła. Zdali maturę. Dostali się na wymarzone studia – Kamila na dziennikarstwo, Krystian na lingwistykę stosowaną. Na balu maturalnym przetańczyli razem całą noc, właściwie nie przestając się całować. Kamila zdawała sobie sprawę z tego, że Paweł to wszystko widzi i z pewnością źle się czuje, nie mogła jednak tego wytłumaczyć Krystianowi. Nie chciała mieć przed nim tajemnic, ale ten jeden sekret postanowiła zachować – dla dobra Pawła, jak sobie tłumaczyła.
Po wspólnie spędzonych wakacjach na wsi u dziadków Krystiana, wrócili do miasta. Opaleni, wypoczęci, zaspokojeni. Kamila zaczęła palić. Zrobiła sobie niewielki tatuaż na karku, co straszliwie nie spodobało się jej rodzicom. Pokłócili się, powiedzieli sobie o kilka słów za wiele i ostatecznie na początku listopada zaproponowała Krystianowi, by wynajęli jakąś kawalerkę i zamieszkali razem. Zgodził się z optymizmem. Szczęśliwym zrządzeniem losu znaleźli lokum w ciągu tygodnia, drugie tyle czasu spędzili na jego urządzaniu i jeszcze na koniec miesiąca zamieszkali na trzydziestu metrach kwadratowych.
Wspólne Święta, radosny sylwester, na którego zaprosili wszystkich znajomych (nieprawdopodobne, że na tak niewielkiej przestrzeni mogło się zmieścić i naprawdę dobrze bawić ponad pięćdziesiąt osób), romantyczne walentynki w trakcie pierwszej wspólnej sesji. Wtedy właśnie coś się zaczęło psuć.
- Proszę pani – mówi jakiś starszy mężczyzna, który nie wiadomo kiedy przysiadł się obok niej. – Proszę pani, telefon dzwoni.
            Dziewczyna otwiera torebkę, szuka i nie może znaleźć. Siwy staruszek przygląda się jej badawczo, w końcu ręką wskazuje kieszeń, z której dochodzi denerwujący dźwięk. Dziewczyna odbiera, starając się opanować emocje i nie dać po sobie poznać, jak trzęsie jej się głos.
- Dobra wiadomość – ni to pyta, ni to stwierdza sąsiad z ławeczki. Kiwa jedynie głową na potwierdzenie, a kąciki jej ust unoszą się niemal niezauważalnie. Dobra wiadomość.
            Sesja zrujnowała Krystiana. Wszystkie pieniądze, jakie posiadał, wydał na tabletki, na Plusssze, na kawę, papierosy, takie i siakie lekkie narkotyki. Tak przynajmniej mówił Kamili. Widziała, jak staczał się na dno, ale jej słowa wchodziły jednym uchem i wychodziły drugim. Płakała, kiedy wychodził z domu, szukała rad wśród znajomych. Wracał – pijany, zaćpany, czasami z siniakiem tu, czy tam. Przez dwa miesiące nie dostała od niego grosza i sama musiała zapłacić czynsz, opłacić rachunki za telefon, Internet, kupić sobie podręczniki do przedmiotów na kolejny semestr.
            Po ostatnim egzaminie zaprosił ją na kolację. Romantyczna restauracja, świece na stoliku, on pokrył wszystkie koszty. Przeprosił, obiecał, że się poprawi, że to się nigdy więcej nie powtórzy. Uwierzyła. Poprawił się. Wszystko było dobrze – znów był tym wspaniałym człowiekiem, w którym się zakochała. Cieszyły go studia, czuł się rewelacyjnie na uczelni. Roztaczał przed nią wizję wspaniałej kariery naukowej, która go czeka. Pomagał jej, kiedy miała gorsze dni.
            Letnia sesja… Teraz dopiero pokazał, że skrzydła wytatuowane na plecach należą raczej do szatana, niż anioła. Zagwarantował jej istne piekło. Nie skończyło się na piciu i ćpaniu. Zapraszał kolegów, z którymi się uczył. W domu zapanował chaos i syf – walające się brudne talerze, potłuczone szklanki, pety porozrzucane w najmniej spodziewanych miejscach, trawka tu, maryśka tam. Miała sińce pod oczami, tyle łez wypłakała, ale nic nie pomagało. Może by to zniosła, gdyby na bałaganie się skończyło. Nawet mogła mu darować szastanie pieniędzmi. Niestety poszedł o krok dalej.
            Pierwszy siniec na policzku pojawił się dzień po jej ostatnim kolokwium. Pił, krzyczał, bił. Obiad był niedobry, na stole nie było miejsca na jego notatki, w łóżku nie dawała mu satysfakcji. Cierpiała prawdziwe męki. Postanowiła wrócić do rodziców – spakowała walizkę i już miała wyjść, kiedy wrócił z imprezy. Wpadł w istny szał – właściwie zmasakrował jej twarz, zdarł z niej ubranie i zgwałcił w korytarzu, po czym poszedł do łóżka i powiedział jedynie, że tam na nią czeka. Siedziała, skulona pod ścianą, zapłakana, zakrwawiona. Dopiero kiedy usłyszała jego chrapanie, chwyciła za walizkę i cichutko wymknęła się z mieszkania.
            Było jej wstyd przed rodzicami, nie wiedziała, do kogo zwrócić się o pomoc. Siedziała na tej samej ławeczce, co teraz – cały czas jeszcze miała siniaki na twarzy, mimo że upłynęły już prawie dwa tygodnie. Krystian siedział w areszcie, a ją czekały wszystkie nieprzyjemności związane z rozprawą w sądzie. Przyglądała się dzieciom biegającym po placyku zabaw i zastanawiała, co się stanie z tym maleństwem, które rosło w niej. Nie powiedziała mu, że jest w ciąży. Chciała jedynie się od niego uwolnić, a dziecko mogło ją do niego przywiązać do końca życia. Myśląc o swojej przyszłości nawet nie zauważyła, że przed nią stanął… Paweł.
            Po tym wszystkim, co zrobiła, po całym tym bólu, który mu wyrządziła – był ciepły, spokojny, uśmiechnięty. Nawet nie wiedziała, jak to się stało, że opowiedziała mu o wszystkim. Nawet rodzice nie wiedzieli, że spodziewała się ich wnuka. Pozwolił jej się wypłakać na swoim ramieniu, przytulił, zaprosił na kawę. Nie narzucał się, ale jasno dał do zrozumienia, że zawsze może do niego przyjść, wygadać się, wypłakać, szukać rady, czy po prostu towarzystwa.
            Rozprawa była koszmarem, ale Paweł był zawsze obok. Kiedy Krystian zobaczył ją po raz pierwszy, była w piątym miesiącu ciąży i nie dało się już tego ukryć. Wyzwał ją od zdzir, nie domyślając się w ogóle, że dziecko jest jego. Nie przeszkadzało jej. Wręcz przeciwnie – cieszyła się. Kiedy w końcu usłyszała wyrok, kamień spadł jej z serca.
            Był początek marca, kiedy poczuła pierwsze skurcze. Zrobiło jej się słabo i oparła się o ścianę bloku. Rozejrzała się wokoło i dotarło do niej, że zaledwie przecznicę dalej jest jej liceum, a tam… Paweł. Resztką sił doszła do drzwi i poprosiła woźnego, żeby go poprosił. Strach w jego oczach mówił sam za siebie, kiedy ją zobaczył. Rzucił wszystko i pojechał z nią do szpitala. Nie odszedł na krok, dopóki nie zasnęła po przerażająco długim i bardzo bolesnym porodzie.
            „Minęły już prawie trzy lata od tamtej wiosny – myśli dziewczyna – Czekam na szczęśliwe zakończenie.” Uśmiecha się do starszego pana, który nadal siedzi obok i karmi gołębie okruszkami chleba. Wstaje powoli, kłania mu się i kieruje do bramy parkowej. Po drugiej stronie ulicy znajduje się szpital miejski.
            Mała Sylwia stała się oczkiem w głowie rodziców – Paweł podał w aktach swoje nazwisko w rubryce dotyczącej ojcostwa. Pomagał jej każdego dnia, otaczał miłością i czułością, nie żądając niczego w zamian. Jak mogła go nie kochać? Nie mogła. Kochała każdego dnia mocniej, aż w końcu odważyła mu się to powiedzieć. Wybiegł z domu, jak rażony piorunem. Wrócił po kilkudziesięciu minutach – z bukietem kwiatów i pierścionkiem zaręczynowym. Po pół roku zostali małżeństwem.
            Niedługo cieszyli się szczęściem. Zaledwie po miesiącu od dnia ślubu, Paweł poszedł z Sylwią na spacer, kiedy Kamila była na uczelni. Jakiś idiota wjechał w przystanek autobusowy. W ostatniej chwili Pawłowi udało się wypchnąć wózek i uratować córeczkę. Niestety – od dwóch miesięcy leżał w szpitalu i lekarze nie rokowali sukcesu. To było jak wyrok – nigdy więcej nie stanąć na nogi. Już mieli amputować nogi, kiedy nagle pojawił się w szpitalu zagraniczny profesor, który zaproponował operację. Nie dawał wielkich szans, ale dawał nadzieję. Przed chwilą dzwonił Paweł. Powiedział tylko jedno zdanie:
- Zrobiłem właśnie cztery kroki, Kochanie.