Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

piątek, 29 marca 2013

Rzeźnik drzew - Andrzej Pilipiuk

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2009
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 479
Ilustracje: Dismas
ISBN: 978-83-7574-079-0

Kolejny (choć w rzeczywistości wcześniejszy) tom z opowiadaniami Andrzeja Pilipiuka, który spełnił moje oczekiwania i w pełni mnie zadowolił.
„Rzeźnik drzew” to dwanaście zróżnicowanych historii, które trochę straszą, odrobinę bawią, całkowicie wciągają i intrygują. Jedynie dwa pierwsze nie powaliły mnie na kolana. Opowiadanie „Szkolenie” jest dla mnie nadal niezrozumiałe. Niby coś się w nim dzieje, niby jakiś świat został przedstawiony, a jednak – mam wrażenie, że to utwór niedokończony, z pewnością mógłby być dwukrotnie dłuższy i wtedy być może okazałby się pełniejszy. Tytułowy „Rzeźnik drzew” nawiązuje do „Szkolenia”, choć w niewielkim stopniu. Osobiście odczytuje je jako swego rodzaju całość, w której „Szkolenie” jest prologiem do właściwej historii.
„Operacja jajca” to wciągająca historia łącząca realia PRLu i… starożytnych (?) Chin. Interesująca, cały czas trzymająca w napięciu i z zakończeniem nie do odgadnięcia – prawdziwa magia smoczych jaj. Bardzo mi się spodobało to opowiadanie.
„Sprawa Filipowa” to jeden z tych utworów, który podobał mi się w tym zbiorze najbardziej. Niesamowita intryga, carska Rosja u początku dwudziestego wieku, wyraziste i tajemnicze historie. To jest dokładnie to, co Chani lubi najbardziej. Jeśli dołączyć do tego podróże w czasie i broń biologiczną to mamy już dzieło z najwyższej półki.
„Szantaż” to również ciekawe opowiadanie – Pilipiuk już któryś raz eksploatuje wizję Polski, która jest światowym mocarstwem, krajem, którego obawiają się nawet takie potęgi, jak Stany Zjednoczone. Naprawdę warto przeczytać.
„Czytając z ziemi” to opowieść, w której autor może się „popisać” swoją wiedzą archeologiczną. Czytając ją miałam wrażenie, jakbym wracała do Pana Samochodzika. Bardzo przyjemne czytadło.
Kolejno mamy genialne, niedługie opowiadanie „Połoz”. Kozacy, olbrzymi wąż leżący na skarbach i pożerający ludzi z okolicznych wiosek, oraz przewrotny bard. Świetna historia, zabawne zakończenie, złośliwi tubylcy i Kozacy, którzy przecież zawsze muszą się wykazać walecznością i śpiewać o niej na cztery strony świata.
„Bunt szewców” to jedno z najlepszych opowiadań w tym zbiorze. Genialne, nietuzinkowe podejście do Ziemi (nazywanej Ziemią Kłamców) i Ziemian z perspektywy przybysza z obcego świata, który poszukuje drogi do domu. Napotka na swej drodze wiele trudności, a jednocześnie pokaże nam, jak bardzo inaczej mogły się potoczyć losy naszego społeczeństwa. Trochę smutna, trochę tęskna opowieść sensacyjno-fantastyczna. Gorąco polecam każdemu.
Dreszczyk emocji zapewni Wam opowiadanie „Poddasze”. Niczym najlepsze teksty Edgara Allana Poe, Pilipiuk przedstawia w nim historię nawiedzonego mieszkania po Mao znanym rysowniku, do którego wprowadza się młody grafik. Czy w domu naprawę straszy, czy dziwne dźwięki są wydawane jedynie przez wędrujące po starej kamienicy szczury, a może to młodzieniec ma jakieś zwidy? Zakończenie może zaskoczyć, choć mnie akurat nie do końcu zadziwiło. Bardziej bałam się tego, co działo się przed nim.
Świetne, przerażające opowiadanie „Serce z kamienia” zadaje kilka ważnych pytań, o to, czy rzeczywiście przywracanie komuś życia jest najlepszym rozwiązaniem, czy może – w niektórych przypadkach – uśmiercenie jest bardziej humanitarne. Ponadto autor serwuje nam tu stare bractwo parające się magią, cmentarne klimaty, marmurowe nagrobki i młodzieńca, który za wszelką cenę chce odkupić winę swego przodku, gdyż… bardzo na tym może skorzystać.Kolejne opowiadanie, które mnie całkowicie zauroczyło, a jednocześnie zaskoczyło w stu procentach to „Teatralna opowieść”. Co takiego rzeczywiście dzieje się w Teatrze Wielkim, w zakamarkach niekończących się korytarzy, na zapleczach, w farbiarniach, szwalniach i garderobach? Kim są ci „inni” ludzie? Do tego szczypta nonsensu z okresu stanu wojennego i młody niepokorny, który trafia do teatru w ramach odpracowania kary. Intrygujący pomysł i świetne wykonanie.
„Ślady oliwy na piasku” – ostatnie opowiadanie w zbiorze – to kolejne spotkanie z jednym z moich ulubieńców. Doktor Skórzewski trafia na ślad specyfiku, który może być remedium a wszystkie choroby nękające człowieka. Czym jest tajemnicze mumio i czy stary doktor rozwiąże jego zagadkę?
Jak to u Pilipiuka – tęsknota za tym, co było, za mniej albo bardziej odległą przeszłością miesza się z podróżami w czasie i pomiędzy wymiarami. Do tego dodać należy specyficzny humor, trochę grozy, nieraz trudne pytania, a z pewnością ciekawe przygody bohaterów. Wszystko to w klimacie trochę onirycznym, napisane pięknym językiem, przez autora, który codziennie doskonali swój warsztat pisarski – smakołyk, który nie tuczy.
Na niemalże pięciuset stronach znalazłam tylko jeden błąd, co jest szokująco dobrym wynikiem, którego się nie spodziewałam. Okładkach – jak to w Fabryce słów – rewelacyjna. Tym razem jednak nie ujęły mnie ilustracje wewnątrz książki. W pozostałych zbiorach opowiadań Pilipiuka były znacznie lepsze.

środa, 27 marca 2013

Pyrkon 2013 - było fantastycznie!


Nastała środa, Pyrkon 2013 zakończył się trzy dni temu, najwyższy więc czas, by coś o nim napisać. A jest o czym! Przed tygodniem zastanawiałam się, czy tym razem przybędzie na poznański festiwal fantastyki więcej osób, niż w 2012. Wówczas było ich sześć i pół tysiąca. Organizatorzy postawili sobie poprzeczkę bardzo wysoko, a liczyli, że tym razem na Pyrkonie zjawi się około dziesięciu tysięcy fanów fantastyki. Dziesięciu? Hmm … Przez teren Międzynarodowych Targów Poznańskich przewinęło się przez te trzy dni ponad dwanaście tysięcy uczestników największego w Polsce konwentu!
Początki nie były łatwe. Już w piątek pojawiło się tylu chętnym, by się akredytować, że nie wytrzymały serwery. Kolejka wydłużała się, zakręcała, znów wydłużała i zakręcała w innym kierunku, a jednak nie przesuwała przez długi czas do przodu. Serwery nie działały, kasy nie obsługiwały, akredytacji nie wydawano i nikt nie mógł się dostać do środka. Przegapiłam dwie prelekcje i cieszę się, że przypadkiem żadnej z nich nie prowadziłam, bo byłoby mi strasznie wstyd… choć nie byłaby to przecież moja wina. Stanie w trzygodzinnej kolejce przypominało mi nieco grę „Kolejka”, w którą namiętnie gramy ostatnio z Mężem i znajomymi. Gra jednak mniej irytuje, nawet, gdy się ja przegrywa. W końcu jednak udało nam się dotrzeć do środka, od razu spotkać kilka znajomych osób i humorem się poprawił.
Na żywo bowiem człowiek ma pełną świadomość, że traci punkty programu, a to już nie jest za fajne. Tak – początki nie były łatwe i przyjemne.
To wiadomości obiektywne, teraz kilka (naście tysięcy?) słów ode mnie, czyli subiektywna wizja Pyrkonu 2013 by Chani.
Jak zwykle u mnie – od szczegółu (czyli omówienia konkretnych prelekcji, paneli itd.) do ogółu) czyli podsumowania Pyry jako całości).
Zamiany, przeniesienia, erraty do programu i tym podobne sprawiły, że pani Cherezińska spóźniła się nieco na swoją prelekcję o micie berserka, nadrobiła jednak szybko – zarówno profesjonalnymi opowieściami, jak i żywiołowością, przemiłym podejściem do swych czytelników i humorem. Bardzo mile wspominam ten punkt programu, szczególnie, że udało mi się od niej dostać autograf z dedykacją w „Koronie śniegu i krwi”. Pani Elżbieto, bardzo dziękuję!
„Prawda życia a prawda książkowa – Superbohaterowie Średniowiecza” to wykład dra Michała Sołtysiaka. Ciekawy, bardzo spodobała mi się jego przekrojowość i zupełnie nowe spojrzenie na temat. Świetny kontakt prowadzącego z publicznością również bardzo pomagał, choć czasami nie byłam pewna, czy rzeczywiście mówi o tym, jak średniowieczni ludzie postrzegali omawiane postaci, czy może sobie jedynie żartuje. Tak, czy siak – inspirująca godzina, która dała mi sporo do myślenia. Szkoda, że nie udało się uruchomić projektora – mam więc nadzieję na powtórkę na jakimś kolejnym konwencie – tym razem z działającym sprzętem i zdjęciami, które przygotował dla nas Michał Sołtysiak.
 „Fantastyka i polityka: strzeżcie się naprawiaczy światów” – prelekcja Piotra Gociek nie urzekła mnie specjalnie, choć poddała kilka ciekawych myśli. Szkoda, że prowadzący miał taki kiepski kontakt z widownią – miałam wrażenie, że zupełnie nie reaguje na głosy z sali, a na pytania niby odpowiada, ale właściwie to nie. Mimo to jednak chętnie przeczytam pewnego dnia jego książkę pod tytułem „Demokrator”.
Spotkanie z Anetą Jankowską okazało się strzałem w dziesiątkę – szczególnie jako rozbudzenie o niezbyt wczesnej już porze. „Mroczni po mamie, cyniczni po tacie – o bohaterach i bohaterkach Urban Fantasy” to zabawna, rzeczowa i fantastycznie doprawdy opowiedziana historia o tym, czym się charakteryzują postaci tego – obecnie coraz popularniejszego – gatunku. Autorka genialnie prowadziła prelekcję – czułam się, jakbym czytała rewelacyjnie napisaną powieść. Z pewnością pojawię się na jej kolejnych prelekcjach, jeśli się takowe w programie następnych konwentów znajdą.
Na koniec piątku powędrowałam na panel, na którym próbowano odpowiedzieć na pytanie „Kto jeszcze pisze opowiadania?”. Dające do myślenia różne spojrzenia autorów, którzy zajmują się zarówno krótką, jak i dłuższa formą było rzeczywiście idealne na piątkową wczesną noc.
Sobotę rozpoczęłam od półtoragodzinnych warsztatów z agencją literacką Ekstensa. Bardzo ciekawe doświadczenie i kilka szokujących opinii, które padły z sali. Mam teraz nad czym dumać przy pracy nad warsztatem. Nie rozumiem jedynie, po co właściwie podzielono nas na grupy, skoro jedynym zadaniem, które w nich wykonywaliśmy było wymyślenie 3-5 alternatywnych tytułów dla „Władcy Pierścieni”. Pomijając to – warsztaty były naprawdę świetnie poprowadzone i cieszy mnie, że prowadzące chętnie udzielały głos każdemu, kto chciał się wypowiedzieć i właściwie wszyscy rozmawiali ze sobą, a nie jedynie słuchali nudnego monologu zza biurka. To ogromny plus – ponieważ dzięki takiej opcji można poznać punkt widzenia różnych piszących osób i… zastanowić się, co tak naprawdę jest najlepsze dla mnie! Było warto wstać tak wcześnie, by dojechać tam na 8:30.
„Szklane bomby i zatrute sztylety – terroryzm w dawnej Polsce” – przezabawne, ale bardzo profesjonalne omówienie tematu przez Andrzeja Sawickiego rozbudziłoby w ten zimny sobotni poranek chyba każdego. Ilość wiadomości, którą się z nami podzielił oraz sposób jego wypowiedzi, wspaniały humor mimo nieprzyzwoitej pory i paskudnej pogody – nieocenione. Można teraz budować kryminalne wątki na naprawdę świetnej bazie merytorycznej.
„Wiktoriańscy supermani, czyli od kapitana Cooka do kapitana Ameryki” to moje trzecie już spotkanie z Adamem Godlewskim. Pretekst do omówienia różnych postaw bohaterów i tego, kogo tak naprawdę uważano w danym okresie za herosa. Zupełnie nietypowe podejście do tematu, bardzo dobrze przygotowana prezentacja multimedialna, rozległa i dogłębna znajomość omawianego tematu – same atuty. Dobrze, że tym razem rzutnik zadziałał, ponieważ był właściwie niezbędny, by móc odpowiednio docenić pracę, którą wykonał WTF Apoc.
„Habemus papam czyli o wizjach papiestwa w fantastyce” to kolejny fascynujący panel. Wzięli w nim udział Lech Jęczmyk, Marek Huberath, Maciej Parowski i Wojciech Szyda. Temat przeciekawy, szczególnie w związku z ostatnimi wydarzeniami w Watykanie, nadto znakomity dobór prelegentów. Rzeczywiście rozwinęła się bardzo zajmująca dyskusja, włączała się w nią również czasami publiczność, poddając nowe spojrzenie na omawiany temat, zadając intrygujące pytania. Wynotowałam sobie kilka pozycji, do których z pewnością będę chciała zajrzeć – chyba nawet w najbliższym czasie. Oby takich punktów programu było więcej.
Panel pod tytułem „Po co pisać mądre książki” nie zachwycił mnie, jeśli mam być naprawdę szczera. Właściwie nie udało się nawet dojść do porozumienia, czym tak naprawdę jest mądra książka. Cóż – niewielka przerwa pomiędzy genialnymi punktami programu.
Sporo ciekawych pomysłów i tematów do rozważenia poddał na prelekcji „Jak zbudować fantastyczne uniwersum na potrzeby prozy lub gry” Tomasz Kołodziejczak. Szkoda, że nie udało się przeprowadzić ćwiczeń – jak było to zamierzeniem prelegenta. Jednak liczba osób zainteresowanych tematem okazała się zbyt wielka, by było to możliwe. Tak więc sporo teorii, która może ciekawie zaowocować w kolejnych utworach.
W porze herbatki pojawiłam się na spotkaniu z Lechem Jęczmykiem. „Nowe Średniowiecze” – dla mnie już po raz drugi – to fascynująca godzina poruszająca dziesiątki frapujących tematów na czasie… w odniesieniu oczywiście do fantastów, choć nie tylko. Mogę z czystym sercem polecić każdemu, kto będzie się nad tym punktem programu zastanawiał kolejnym razem. „Nowe średniowiecze” to spotkanie, na które powinien zajrzeć każdy inteligentny człowiek, który chce patrzeć na świat inaczej niż tzw. szara masa.
Cudowny, miły dla ucha, uspokajający, a jednocześnie przecież dodający energii koncert na wczesnej harfie celtyckiej – to oczywiście „Legendy inaczej” w wykonaniu Basi „Maskotki” Karlik. Jak zwykle byłam zauroczona i nie mogę się doczekać tak rozstrzygnięcia rozpisanego przez nią konkursu, jak i wydania kolejnej płyty. Szkoda jedynie, że koncert odbywał się obok bufetu (tzn. tam umieszczono scenę), ponieważ nie można było w stu procentach odpłynąć przy odgłosach pięknego instrumentu i równie ślicznej Basi – jednak zgiełk rozmów i kolejki ludzi oczekujących na podwieczorek i piwo przeszkadzały w odbiorze koncertu.
„Co tak naprawdę wiemy o przedwojennej Polsce?”. Cóż, wydawało mi się, że wiem całkiem sporo. Okazało się, że jestem w błędzie i… bardzo mnie to cieszy. Dostrzegłam, jak wiele jest jeszcze fascynującej wiedzy, której nie posiadam, a którą dane mi było musnąć dzięki prelekcji Piotra Gibowskiego. Naszpikowana ciekawostkami prezentacja i konkurs, w którym okazało się, że nie tylko moja wiedza na temat międzywojnia nie jest dostatecznie dobra. Daje do myślenia!
„Miecze Europy”… Jaka szkoda, że ta prelekcja nie trwała dwie godziny. Albo nawet i trzy. Chętnie więcej bym posłuchała, chętnie więcej zobaczyła, więcej się dowiedziała. Ledwie musnęliśmy temat, a już czas gonił. Szkoda, ponieważ było doprawdy zacnie. Nie tylko prowadzący mówił interesująco, nie tylko prezentacja multimedialna była dobrze przygotowana, ale te miecze, które leżały na biurku, które demonstrował… które można było zobaczyć z tak bliska, a nawet dotknąć. Jeśli Igor Górewicz jakimś dziwnym zrządzeniem losu, przeczyta ten tekst, mam do niego prośbę – dwugodzinna powtórka na tegorocznym Polconie to będzie dokładnie to, czego mi trzeba!
Największy konwentowy zawód w mojej subiektywnej opinii to „Fantastyka wikińskiej Skandynawii”. Szkoda… choć przynajmniej udało mi się chwilę kimnąć, ale wolałabym ciekawą prelekcję, która przeniosła by mnie do tajemniczego świata sprzed wieków, niż kilka minut – i tak niespokojnego – snu.
Spotkanie z redakcją „Coś na Progu” było wyjątkowe. Przedstawiono nam nie tylko najbliższe plany wydawnictwa Dobre Historie, które to plany są doprawdy imponujące, ale poczęstowano również przepysznym tortem urodzinowym. Redakcja bowiem właśnie obchodziła pierwsze urodziny. Tort także był nietuzinkowy – zamiast lukru, kremu i owoców składał się z książek, gier i kolejnych numerów czasopisma „Coś na Progu”. Można było „zgarnąć” naprawdę świetne fanty, słuchając o tym, jak marzenia trójki założycieli spełniają się dzień po dniu i jak tworzy się fantastyczne pismo na polskim rynku. Wspaniałe prawie-zakończenie wieczoru!
„(bez)Pańska armia Boga” to spojrzenie na anielski wątek w literaturze fantastycznej na podstawie prozy Kossakowskiej i Ćwieka. Kilka interesujących pytań się pojawiło, jednak miałam wrażenie, że prelegent średnio się do tego przygotował. Może jednak to późna pora i fakt, że nawet nie poinformowano go o tym, że jego prelekcja została przeniesiona na wcześniejszą godzinę, niż wcześniej ustalono były powodem jego „zagubienia”. Tak, czy siak – nie żałuję, że na prelekcji zostałam – rzeczywiście, gdyby pora była stosowniejsza – z pewnością dyskusja rozwinęłaby się bardziej i powędrowała na ciekawe tory. Pozostaną jednak w pamięci zadane pytania.
Niedzielny poranek okazał się… niefantastyczny. Dziewiąta rano – trzeci dzień konwentu. Aula, całkiem sporo ludzi, jak na tak nieprzyzwoitą porę. Ok – prelegentka na samym początku zaznacza, że to jej pierwsze wystąpienie i może nie wyjść najlepiej, wszyscy chyba jednak wierzą, że jakoś to będzie. W końcu temat taki wdzięczny: „Czarownice, przeklęci książęta, złośliwe skrzaty – legendy obszaru zachodniopomorskiego”. Niestety, stres prelegentkę zżarł do tego stopnia, że opuściła salę po piętnastu minutach. Na domiar złego, kolejna prelekcja – o motywach orientalnych w fantastyce – w ogóle się nie odbyła. Oj, żal tych dwóch godzin, które można było przespać…
„Alchemicy – oszuści czy pierwsi naukowcy?” – sala wypełniona po brzegi, nie ma czym oddychać. Ludzie tłoczą się w drzwiach, siedzą dziesiątkami na podłodze. Masakra! Prelekcja natomiast bardziej mnie nudzi, niż porywa i smutno mi jakoś, że może powinnam była dołączyć do Męża i posłuchać o miasteczku Haven. Zbyt szkolne to było, przynajmniej dla mnie.
„Z życia gwiazd: Mario, najlepiej zarabiający hydraulik świata” przynajmniej mnie rozbawił i przypomniał młodość (choć w Mario gram do dzisiaj i nadal mnie ta gra porywa). Piotr Materzok przyłożył się do wystąpienia i przygotował rewelacyjną prezentację, do tego wiedział doskonale, o czym mówi i widać było, że go to fascynuje. Cieszę się, że tam dotarłam. Właściwie to jedyny punkt programu, z którego byłam w niedzielę zadowolona.
Ostatni dzwonek – „Rozrywki średniowiecza” i dla mnie koniec konwentu. Jakby powtórka ze studiów, jedna informacja mnie zadziwiła i była dla mnie nowością. Liczyłam na coś zupełnie innego, to chyba jednak nie wina prowadzącego. Postawił sprawę jasno od samego początku. Mówił o tym, o czym chcieli słyszeć zgromadzeni tłumnie na sali. Oni natomiast mieli ochotę dowiedzieć się tego, co dla mnie od lat już jest znane. Ogólnie – niedziela była najgorszym z tych trzech dni.
To tyle ze szczegółów, hehe.
Teraz kilka ogółów. Jak wspominałam – tysiące ludzi na Pyrkonie. Jeszcze więcej budynków niż w 2012 roku, jeszcze więcej stoisk. Promocje, obniżki cen, kupony różnorakie. Organizatorzy rzeczywiście o nas dbają. Ponad osiemset godzin programu, w którym każdy znalazłby coś dla siebie. Myślę, że każdy wyjechał z Poznania (czy też do domu w Poznaniu) zadowolony z tych trzech dni. Jedynie początki były trudne.
Wspomnienia? Mnóstwo. Nowości? Ogrom. Coś do przemyślenia? O, tak. Coś do doczytania? Oczywiście. Pomysły? Jak najbardziej. Fanty zebrane? Jasne. Oczekiwania na kolejny konwent? Bez wątpienia. Jestem naładowana pozytywną energią i dziękuję wszystkim, którzy przyłożyli się do zorganizowania mi tak wspaniałego weekendu. Jesteście the best!






środa, 20 marca 2013

Pyrkon tuż tuż...

Już... Już za dwa dni zaczynamy znów pyrkonowe szaleństwo! Nie mogę się doczekać tego piątkowego popołudnia, kiedy atmosfera konwentowa całkowicie wessie mnie i przeniesie do innego – lepszego, ciekawszego i barwniejszego – świata.
Trzeci raz już Pyrkon na Międzynarodowych Targach Poznańskich – z pewnością znów nas czymś zaskoczą jego organizatorzy. Czym tym razem? Oj, będzie się działo!
Czy pokonamy zeszłoroczny rekord uczestników i będzie nas więcej niż sześć i pół (sic!) tysiąca fantastycznych ludzi? Kto wie. By się dowiedzieć – wystarczy za jakiś czas przeczytać informacje na stronie internetowej: http://www.pyrkon.pl/2013. Jeśli jednak chcecie być nie tylko obserwatorami, ale również wziąć udział w tej niesamowitej imprezie – pospieszcie się, czas ucieka!
 Cytujać info ze strony konwentu: "Co sprawia, że to wyjątkowa impreza? Może:
  • ponad 800 godzin programu,
  • liczni goście z zagranicy oraz polscy twórcy (dotychczas odwiedzili nas: Ian McDonald, Grzegorz Rosiński, Adrian Tchaikovsky, Jarosław Grzędowicz, Jacek Dukaj i dziesiątki innych),
  • fantastyczne LARP-y,
  • porywające sesje RPG,
  • bogactwo stoisk,
  • wystawy, pokazy i koncerty,
  • tematyka zarówno dla początkujących, jak i zaawansowanych miłośników fantastyki?"
Macie jeszcze jakieś wątpliwości, co do tego, że te trzy dni to po prostu trzeba spędzić w Poznaniu? Cóż, ja nie mam. Walizka spakowana, dobry humor przygotowany, stroje uszykowane, czas w drogę ruszać.
Pyrkon 2013 zaprasza, ja zaproszenie przyjmuję, a kiedy się skończy i pozostanie kolejnym wspaniałym wspomnieniem – napiszę słów parę o tym, co się działo.

sobota, 16 marca 2013

Nowy wspaniały świat - Aldous Huxley


Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Kraków 1988
Oprawa: miękka
Przekład: Bogdan Baran
ISBN: 83-08-01536-0






„Nowy wspaniały świat” to dystopijna powieść brytyjskiego autora Aldousa Huxleya z 1932 roku, o której chyba słyszał każdy, choć mam wrażenie, że niewiele osób z mojego pokolenia po te pozycję sięgnęło.
Autor powieści to nie tylko powieściopisarz, ale i nowelista, eseista i poeta angielski. Wielki zwolennik i badacz środków psychoaktywnych, między innymi LSD, za pomocą których jego żona wykonała na nim zabieg eutanazji. Postać zdecydowanie kontrowersyjna.
Zaznaczę jedynie na początku, że czytałam „Brave New World” (jakiś średniej jakości ebook, którego już nawet nie posiadam) po angielsku, a okładka, którą widzicie obok została przeze mnie wybrana ze względu na to, że darzę Wydawnictwo Literackie dużym szacunkiem.
Powieść to niełatwa i pobudzająca do myślenia. Konfrontacja idei wolności z ideą społeczeństwa dopasowanego na miarę jest w niej ukazana głównie poprzez różnice, jakie zachodzą pomiędzy tym tytułowym wspaniałym, nowym, idealnym podobno światem, o którym za chwilę a Rezerwatem, w którym przebywają właściwie społeczne wyrzutki. Czy jednak na pewno świat człowieka przyszłości jest taki cudowny i wymarzony?
Jest rok 2541 a w zasadzie 632 rok po Fordzie. Ludzie „powstają z probówek”, rosną w butlach na taśmach produkcyjnych i wychowują się w Ośrodkach Rozrodu i Warunkowania, jak ten w Londynie Centralnym, w którym rozpoczyna się akcja powieści. Nie mają rodziców, nie znają więzi rodzinnych. Smutne? Nie czują smutku, ani bólu! Wspaniale? Bezpłodne kobiety mogą uprawiać seks z kim, kiedy i ile chcą – jest to nie tylko dozwolone, ale wręcz nakazane. Zbyt częste i długie spotykanie się z jednym osobnikiem jest zdecydowanie niemile widziane. Rozpusta?
Króluje system kastowy. Są inteligentne, wysokie i piękne alfy, mające piastować funkcje naukowe i kierownicze. Są karłowate delty i epsilony celowo uszkadzane we wczesnej fazie rozwoju po to, by parać się pracami fizycznymi w ciężkich i poniżających warunkach. Zacofanie? Cóż, jeśli tym „nieszczęsnym” deltom i epsilonom to wcale nie przeszkadza. Każdy jest na swój sposób szczęśliwy – każdy robi to, co do niego należy, cieszy się z tego, co ma i nie zastanawia się nad ty, jakby jego życie wyglądało, gdyby… Nie myślą o alternatywach. Myślenie nie jest w tym cudownym świecie wskazane! Ludzi są uwarunkowani od chwili zapłodnienia niemal. Zaś "wszelkie warunkowanie zmierza do jednej rzeczy: do sprawienia, by ludzie polubili swe nieuniknione przeznaczenie społeczne".
W Republice Świata króluje zasada „każdy jest dla każdego”.
Na obrzeżach Nowego Świata znajduje się wspomniany Rezerwat, w którym ludzie żyją według starych, "naturalnych" zasad, nie przyjmując nowego porządku. Jeden z bohaterów, John (zwany Dzikusem), wychowując się tam poznał ideę Boga, potrzebę indywidualności, prawo do przeżywania cierpienia i smak wolności myśli.
To jego konfrontacja z Republiką Świata stanie się problemem, nad którym przyjdzie nam się zastanawiać jeszcze przez długie dni i tygodnie po zakończeniu lektury. Republikę od rezerwatu dzieli bowiem niemal wszystko.
Myślenie nie jest wskazane? Co zatem z uczuciami? "Gdy jednostka czuje, wspólnota szwankuje". Literatura, religia, idee rządzące społecznościami, porywy miłości – tego nie znają zaprogramowani, wyhodowani i klonowani ludzie z nowego, wspaniałego świata. Zanik wiary w Boga jest w Republice kompensowany kultem obiektu wspólnej adoracji jakim stał się Ford model T. Odtrącają tradycję, nienawidzą wszystkiego, co stare. Niczego nie naprawiają, wyrzucają zepsute, tworzą nowe. Idealne społeczeństwo konsumpcyjne. Prawdopodobnie spodobałoby się prezesom niektórych wielkich koncernów.
Gdy jesteś nieszczęśliwy (cóż oni wiedza o tym uczuciu?) bierzesz somę – ogólnodostępny narkotyk, który uśmierza cierpienie i sprawia, że świat widzisz znów przez różowe okulary. Znów jest cudownie!
Pytania nasuwające się przy lekturze są oczywiste, odpowiedzi już niekoniecznie. Jakie są granice wolności? Jakie granice szczęścia? Na czym może polegać kompromis i czy człowiek ma prawo tworzyć na swoje podobieństwo drugiego człowieka? Czy można być Stwórcą? Jak uzasadnić uszkadzanie „jednostek”, by były głupsze i nie wiedziały, że mają w życiu „pod górkę” i jednocześnie, czy naprawdę można krytykować tych, dzięki którym taki epsilon będzie mimo ciężkiej pracy szczęśliwy? Pytania trudne, zadawane już od osiemdziesięciu lat, a nadal trapią, nadal meczą, nadal są „na czasie”. Być może nawet bardziej niż wtedy, gdy powieść „Brave New World” została napisana.
Gorąco polecam, gdyż lektura to ważna i frapująca, choć – jak wspomniałam na początku – niełatwa w czytaniu. Jednak póki mamy wolność wyboru (wbrew zasadzie panującej w Republice Świata, która głosiła, że „wolność jest nieefektywna i przykra. Wolność to okrągły kołek w kwadratowej dziurze.”) – czytajmy.



wtorek, 5 marca 2013

Czas Horusa - Dan Abnett



Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2012
Oprawa: miękka
Seria: Warhammer 40.000 – Herezja Horusa
Liczba stron: 541
Przekład: Michał Kubiak
Ilustracje: Neil Roberts
ISBN: 978-83-7574-619-8



Doprawdy nie wiem, od czego zacząć. Może od historii, skąd się ta książka w ogóle wzięła w moich rekach? Przez zachłanność, chyba tak właśnie należy tę przygodę nazwać. Otóż kilka miesięcy temu w Empiku była wspaniała promocja dotycząca książek fantastycznych. Wybierasz trzy, płacisz za dwie! Uwielbiam takie akcje i właściwie zawsze z nich korzystam. Tym razem jednak nie mogłam wybrać trzeciej. Empik nasz niewielki i oferta też nie za duża, więc trochę na siłę szukała. Tytuł fajny, okładka coś mi mówiła. Podpowiadała, że ktoś na jakiejś prelekcji na Avangardzie tę książkę chwalił. Wzięłam. Odstawiłam na półkę – musi poczekać na swą kolej. Doczekała się więc… Cóż, Kochanie, nie kupujcie książek, jeśli nic o nich nie wiecie! Dzisiaj można przeczytać, co napisali z tyłu okładki, jeśli już nie chce się Wam po sieci buszować. Ja nawet tego nie uczyniłam. Kiedy sięgnęłam po „Czas Horusa”, by go w końcu przeczytać, oczy niemalże na Marsa wyleciały, gdy dostrzegłam, że jest to powieść ze świata Warhammera 40k. No nie, nie mój klimat. Całkowicie nie w moim stylu. Poleżała więc jeszcze ze dwa tygodnie, po czym wróciła do „łask”. Przekonałam się po przeczytaniu „Endemii”, że nie warto się zrażać dlatego, że się czegoś nie zna. Zaczęłam…
Pierwsze so stron przemęczyłam – to właściwe słowo. Napierdalają się, tłuką, zabijają, wpieprzają sobie nawzajem… Wybaczcie wyrażenia – ale takie właśnie miałam odczucie, „czytając” początek. Do tego niewybredny humor, ciężki i wcale niezabawny. Męczarnia (choć przyznaję, że są ludzie, którym się to może podobać). Bitwa o planetę została zakończona i bohaterowie zaczęli rozmawiać, spiskować, rozważać. Kurde, ich rozważania naprawdę były ciekawe i głębokie, tyle że… Kiedy już się zaczynały rozkręcać, były przerywane kolejnymi bitkami, podbojem następnych planet i… końcem części. Powieść bowiem składa się z trzech części, które są jakby opowiadaniami o różnych bohaterach i zdobywaniu różnych planet, a łączy je kilka głównych postaci. Wszystko bowiem dzieje się w trakcie Krucjaty Imperatora Ziemi… Rany, skomplikowane to, a bohaterów tak wiele, że nawet wspaniały ukłon ze strony autora, czyli Dramatis Personae na początku książki niewiele pomaga, póki nie dojdzie się mniej więcej do strony 250… Przyznać jednak musze, że jakkolwiek historia mnie nie wciągnęła, a wielcy, dwuipółmetrowi, zakuci w zbroje Astartes nie weszli do mojego panteonu superbohaterów – Abnett genialnie potrafi tworzyć postaci. Przy takiej ilości bohaterów – każdy z nich jest inny, specyficzny, rozpoznawalny (to akurat po jakimś czasie dopiero).
No, dobrze – koniec marudzenia. Książka mi się nie podobała i raczej nie polecam jej osobom, które z tym światem nie są zaznajomione. Dostrzegam jednak kilka plusów. Poza wyśmienitym tworzeniem postaci, Abnett potrafi budować napięcie. Były takie momenty, że wręcz nie mogłam przestać czytać (te, kiedy do głosu dochodziła filozofia) i żałuję, że nie dowiem się, jak się ta historia zakończyła. „Czas Horusa” bowiem jest pierwszym tomem mówiącym o Herezji Horusa, a ja z pewnością po tomy kolejne nie sięgnę. Być może jednak za parę lat pobuszuję po sieci w poszukiwaniu wieści o naczelnym iteratorze Sindermannie oraz kilkorgu upamiętniaczach. Zastanawia również, czy w pewnym momencie spotkamy Imperatora, choć… pewnie fani Warhammera już go dawno spotkali, a jedynie ja o tym nie wiem.
Książka wydana jest bardzo ładnie – nie ma się jednak co dziwić – wszakże to Fabryka słów. Szkoda jedynie, że roi się w niej od literówek oraz… pewnych niedopatrzeń gramatycznych wynikających z odmiany (to wynik tłumaczenia, które jest naprawdę dobre, ale o pomstę do nieba woła o korektę).
Tak więc – jeśli ktoś ze znajomych ma ochotę przeczytać powieść o zakutych w pancerze olbrzymich kosmicznych marines z XXXI tysiąclecia (sic!) – służę pomocą. Książkę mogę pożyczyć, ponieważ kupowania, niestety, nikomu nie doradzam.