Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia - Marek Tomalik



Wydawnictwo: Otwarte
Kraków 2011
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 315
ISBN: 978-83-7515-167-1


Niesamowita podróż grupy polskich podróżników po Terra Australis – to chyba najkrótszy opis tej pięknej pozycji. „Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia” to fascynująca opowieść o tym, czym naprawdę jest Australia i kim są jej mieszkańcy. I nie tylko o ludzi tu chodzi.
Autorem jest Marek Tomalik – podróżnik i dziennikarz, który ten tajemniczy ląd pokochał pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia i od tamtej pory zwiedza go wzdłuż i wszerz, organizując wyprawy w tzw. outback. Jest on także współtwórcą, cieszącego się rosnącą popularnością, Festiwalu Podróżników Trzy Żywioły. Do tego – co można bezsprzecznie ocenić, przeglądając tę książkę – fantastyczny fotograf, który „ma oko” i „potrafi zatrzymać chwilę”.
Co znajdziemy w tej bogato ilustrowanej (fotografiami) i wydanej na eleganckim, kredowym papierze książce? Przygodę przez naprawdę duże P. Terra Australis, czyli ziemia Południowa to kraina pełna niespodzianek, miejsce, gdzie możesz wypocząć, ale także zgubić się… 300 metrów od swojego samochodu! To nowoczesny kraj, przede wszystkim jednak – dla polskiej ekspedycji – miejsce dzikie, którego nie tknął jeszcze ręką człowiek. No dobrze, nawet jeśli tknął, to w niewielkim stopniu, a często tym człowiekiem był Aborygen – osoba, która czci i szanuje przyrodę, wsłuchuje się w nią, współgra z nią i nigdy, przenigdy jej nie niszczy. To kawałek świata, w którym z ognia rodzą się kwiaty! Jedyny w swoim rodzaju raj, który potrafi być również prawdziwym piekłem.
Opowieść snuta przez Tomalika jest fascynująca i porywająca do tego stopnia, że trudno odgonić od siebie myśl, że ja też, ja też chcę tam z nim(i) być, wspólnie podróżować wynajętymi ciężkimi samochodami, spać w swagu (to taki rolowany materac z brezentowym śpiworem), wyruszyć w walkabout (rodzaj pielgrzymki Aborygenów) i być może nawet dotrzeć do never never land (czyli ichniejszej krainy z górami, za lasami). Och, tak – poleciałoby się, gdyby tylko bilety na samolot były nieco tańsze! Na razie zaś pozostaje zwiedzanie razem z Markiem Tomalikiem i jego przyjaciółmi.
Dzisiaj krótko i zwięźle – nie da się właściwie napisać recenzji książki, która tak tętni życiem, a jednocześnie płynie, jak powolna rzeka. Mnogość świata, który przedstawia autor – tak ludzkiego, zwierzęcego, jak i roślinnego powala na kolana. Zapach australijskiej czerwonej ziemi czuć niemal z kart książki.
Jednak Marek Tomalik zachwyca się nie tylko przyrodą, ale także twórczością lokalnych artystów – malarzy aborygeńskich i poetów, pokazując nam, że – być może wbrew naszym europejskim poglądom – tubylczy mieszkańcy Australii posiadają swoją głęboko osadzoną w tradycji i historii sztukę, choć – jak twierdzi autor, powołując się na nich samych – zupełnie nielinearnie pojmują oni świat i dla nich coś takiego, jak czas zupełnie nie istnieje.
„Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia” to piękna książka, która dostarczy Wam emocji, a jednocześnie wielu ciekawostek dotyczących tego kontynentu. Gorąco polecam!

50 twarzy Greya - E. L. James



Wydawnictwo: Sonia Draga
Katowice 2012
Oprawa: twarda ze skrzydełkami
Przekład: Monika Wiśniewska
Liczba stron: 606
ISBN: 978-83-7508-556-3







Kiedy zamówiłam sobie tę książkę na urodziny, mój Mąż zapytał, po co chcę coś, czego nie będę czytać. Zdziwiłam się – przecież zamierzam ją przeczytać, niezależnie od tego, czy ją dostanę, czy sobie sama kupię. Po co chcesz czytać taką szmirę? – kontynuował dyskusję. Szmirę? Żadnej książki bym tak nie nazwała, choć wpadały już w moje ręce pozycje słabe. Dlaczego krytykuje powieść, której nie przeczytał? To do niego niepodobne. Nie wiem, nie rozumiem – zakładam zawsze, że by móc coś krytykować, należy tego najpierw spróbować.
Urodziny miałam na początku stycznia, minęło już więc trochę czasu. Czy dlatego, że mój Małżonek miał jakieś obiekcje? Nie, skądże znowu. Po prostu w kolejce stało już kilka (dziesiąt) innych pozycji czekających na przeczytanie. W końcu wzięłam "Pięćdziesiąt twarzy Greya" – książkę, która sprzedała się na świecie już w ponad 65 milionach egzemplarzy (sic!) – i… Pochłonęła mnie całkowicie, wciągnęła bez granic. Nie mogłam się oderwać. Jest uzależniająca, jak najlepsza czekolada, chipsy paprykowe i pistacje!

O treści debiutu brytyjskiej autorki Eriki Leonard (która pisze pod pseudonimem E. L. James) napisano już chyba wszystko, nie zamierzam więc tego powtarzać. Z resztą opinii o tej powieści też można znaleźć co nie miara i są one tak różne, że może to szokować. Zdecydowani przeciwnicy nazywają ją szmelcem i wodolejstwem, poziom języka określają jako dno, a treść jako banalną. Zdecydowani zwolennicy śpiewają pieśni o tym, jak zmienia światopogląd, jak odważnie traktuje o seksie i jaka jest wciągająca. Do których czytelników się zaliczam? Do zwolenników, bez wątpienia, choć kilka uwag mam (ale  niewiele). Zacznijmy jednak od początku.
Tytuł. Cóż… Nie podoba mi się to tłumaczenie tytułu – ja bym raczej zmieniła na „50 oblicz Greya”, nic jednak na to poradzić nie mogę. Powoli przywykam do tego tytułu, szczególnie, że ogólnie powieść jest dobrze przetłumaczona.
Narracja jest tu pierwszoosobowa, w czasie teraźniejszym, co nie jest popularne w literaturze. Na początku może trochę dziwić, a trochę denerwować, ale szybko można do niej przywyknąć. Dzięki temu typowi narracji z jednej strony widzimy wszystko oczami Anastasii Steele, z drugiej cała akcja rozgrywa się „tu i teraz”. Nie są to wspomnienia, ale wydarzenia na bieżąco. Jak w filmie, choć akurat nie wydaje mi się, by „50 twarzy Greya” (mimo zakusów twórców z branży) było dobrym materiałem na film. Jeśli już taki powstanie, raczej się do kina nie wybiorę. Zdecydowanie preferuję w tym wypadku działanie mojej wyobraźni w trakcie czytania, niż dosadnych scen łóżkowych w wydaniu aktorów. No, może gdyby Christiana Greya zagrał któryś z tych moich ulubionych. Jednak to niemożliwe – główny bohater powieści ma lat 27 i jest raczej blondynem (włosy w odcieniu miedzi). Preferuję brunetów, zdecydowanie po trzydziestce (a ci moi ulubieni to już po czterdziestce, więc zapewne się nie kwalifikują). Wracając do powieści…
Bohaterowie – dwie główne postaci to Anastazja i Christian. Ona – dwudziestojednoletnia studentka (za chwilę kończy studia z literatury brytyjskiej), niezdarna, niezbyt życiowa dziewica, która jak dotąd nie interesowała się mężczyznami. Ok – wierzę, że chodzą po świecie dziewice w tym wieku i cieszy to niezmiernie. Nie wiem, czy zdarzają się takie w USA, ale niech będzie. Tak, nie przeszkadza mi to, wręcz przeciwnie. Ale ta jej gapowatość – rany! Filmów o seksie też nie oglądała? To jakie, przepraszam, filmy ona w ogóle ogląda, że właściwie to nic nie wie w TYCH sprawach? Mam świadomość, że autorka bestselleru (bo, czy tego chcecie, czy nie – jest to bestseller – odsyłam do anglojęzycznej etymologii tego określenia) za wzór wzięła sobie Bellę ze „Zmierzchu”, jednak… Cóż, Bella taka mogła być, Anastasia chyba jednak nie za bardzo („rozpadam się na milion kawałków” to jej określenie na orgazm, serio?). Ja w każdym razie nie wiem, czy potrafiłabym się z tą dziewczyną przyjaźnić, kiedy sobie wszystko dobrze przeanalizuję. Wszakże jej matka twierdzi, że zbyt częste i dogłębne analizowanie szkodzi związkom, więc może, gdyby zaistniała przyjaźń, to bym tego nie robiła… Nieważne! Tak naprawdę moim głównym bohaterem jest Christian, mimo że – jak wspomniałam – historię opowiada nam Ana.
Christian Grey – młody, ambitny i pracowity właściciel olbrzymiej firmy. Ma w garażu kilka samochodów i własny śmigłowiec. Kocha szybowce i chyba niczego się nie boi. Chociaż… ok – boi się dotyku. Skrywa głęboko w sobie jakieś mroczne sekrety i kocha, po prostu kocha panować nad wszystkim wokoło. I wszystkimi. A w szczególności nad nią – kobietą, która go oczarowała i której chce dać z siebie coś więcej. Dotychczas jego wiązki były krótkie i nieudane i… opierały się jedynie na seksie. Nie tym waniliowym (cóż to za dziwne określenie?), ale takim rodem z filmików BDSM.
Proponuje jej układ i właściwie przez 600 stron ona się nad tym zastanawia. On chce, by była jego "Uległą". Ona chce, by on ją kochał. Kompromis? Ciężki do wypracowania. Możliwy? Któż to wie. Z pewnością ja nie mam pojęcia, ponieważ to dopiero pierwszy tom trylogii, a do kolejnego dopiero zasiądę. Długa droga jeszcze zanim się dowiem.
No to krótką charakterystykę postaci już mamy. Co ich w ogóle może łączyć? Podobno przeciwieństwa się przyciągają. Nie wiem, ale z pewnością pan Grey jest ciekawym osobnikiem. Gdzieś w środku tego pięknie ukształtowanego, opalonego i wysportowanego ciała jest serce, które przed laty zostało bardzo zranione. Dawno, dawno temu, zanim jeszcze został adoptowany w wieku czterech lat. Nienawiść do samego siebie, smutne utwory, które gra na fortepianie, zmienność nastroju i ten strach przed dotykiem… Co jeszcze kryje ta niesamowita osobowość?
Tak, chciałabym móc posłuchać, jak gra na fortepianie. Niemożliwe? Prawda. Jednak Capitol Records wydało wspaniały dodatek – płytę z utworami muzycznymi wybranymi przez autorkę (płyta dostępna była z miesięcznikiem „TWÓJ STYL”). To piętnaście niesamowitych utworów, z których część znajduje się w powieści. Być może pozostałe pojawią się na kartach dwóch kolejnych tomów – liczę na to. Muszę przyznać, że to w ostatnim czasie moja ulubiona płyta (stała się nią jeszcze zanim sięgnęłam po powieść). Podobnie, jak Christian uwielbiam muzykę klasyczną i owszem… seks pry Spem In Alium Tallisa to piękne marzenie.
Rynek wydawniczy i czytelniczy oszalał na punkcie „Fifty Shades of Grey™” (zwróćcie uwagę na ten trademark). Dlaczego? Czy to książka naprawdę tak znakomita? Czy to dzieło epokowe? Nie, jednakże wbija w fotel, przyprawia o rumieńce i zagryzanie dolnej wargi, zupełnie tak, jak to czyni główna bohaterka. Zarwana noc? O, tak. Szał? Jak najbardziej. Buzujące hormony? A jakże.
„Kobiety na jej punkcie szaleją. Mężczyźni wiele zawdzięczają” – głosi napis na tylnej okładce. Czy oszalałam? Nie, nie przesadzajmy. Chociaż muszę przyznać, że oderwać się od lektury nie mogłam za żadne skarby świata i już dzisiaj zdobyłam kolejne tomy (skończyłam lekturę wczoraj wieczorem). „Biblioteki apelują, by wycofać ją z obiegu” – czytamy dalej. Osobiście nie widzę w tej powieści niczego tak sprośnego, by trzeba ją było wycofywać z bibliotek. To powieść dla ludzi, ale ludzi dorosłych. Nie nadaje się dla licealistek, ani gimnazjalistek. Seks w powieści? Jest, chyba można się tego było spodziewać. Jest go dużo, bardzo dużo. Seksualnością ocieka niemal każda strona. Czy to źle? Czy to dobrze? Zależy, czego oczekiwaliście po tej lekturze. Dla mnie tego seksu było tak akurat, skoro powieść jest reklamowana jako erotyczna. Czy zaczyna coś nowego na rynku? Owszem – mnóstwo już mamy jakichś „podróbek” innych utworów, którzy chcą zostać poniesieni na tej fali. Nawet tytuły ich książek niezbyt są wyszukane i bardzo mocno nawiązują do „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Nie ma się co dziwić – autorka nieźle na tej powieści zarobiła i stała się naprawdę sławna.
Jeszcze tylko jedna uwaga – bardzo podobały mi się maile wymieniane przez bohaterów. Właściwie jedynie z nich można w jakikolwiek sposób dowiedzieć się, co naprawdę czuje Christian Grey – a to niezmiernie fascynujące. Z resztą rozumiem w tej kwestii Anastasię – mi także łatwiej jest napisać, co czuję, niż to powiedzieć prosto w oczy.
Kończmy już – okładka mi się podoba, choć przyznam, że dopiero dzisiaj dotarło do mnie, co się na niej znajduje. To chyba dobrze – jest tajemnicza, a kiedy już się przeczyta powieść i zda sobie sprawę , jaki ten element jest ważny dla bohaterów – cóż, nawet okładka jest erotyczna.
Znalazłam zaledwie jeden błąd, choć kto wie, czy buzujące hormony nie oślepiły mnie kilkukrotnie. W każdym razie – korekta spisała się na medal.