Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

sobota, 20 października 2018

365 stron życia. 2019

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2018
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 448
ISBN: 978-83-7971-998-3







To już szósta edycja terminarza wydawnictwa Jedność zatytułowanego "365 stron życia". Wcześniej nie miałam okazji się z nim zapoznać, teraz jednak z czystym sercem muszę przyznać, że bardzo cieszę się z tego, iż ten kalendarz trafił do moich rąk.
Już sama okładka jest bardzo klimatyczna i pozytywnie nastawia do nadchodzącego roku i tego, co mogą nam przynieść te kolejne 365 dni. Na skrzydełkach okładki natomiast od razu ważne informacje: z przodu są to wybrane, najważniejsze święta i wydarzenia roku 2019, z tyłu natomiast – terminy ferii zimowych. Jak wiemy różne województwa mają obecnie ferie w różnych terminach i często trudno się w tym połapać. Tutaj natomiast wszystko jest od razu jasne.
Strona graficzna terminarza jest elegancka, dobrze rozplanowana, intuicyjna. Delikatna, nieprzeszkadzająca w skupieniu się na tym, co dla nas najważniejsze. A jednocześnie każda ze stron niesie ze sobą wiele informacji. I tak poza oczywistymi dniami miesiąca i tygodnia mamy (to akurat dość klasycznie) wschody i zachody słońca oraz imieniny przypadające danego dnia. Dodatkowo jednak podano nam również patronów danych dni, co już zdaje się być charakterystyczne jedynie w niektórych kalendarzach "religijnych". Moim zdaniem całkiem przydatna wiedza.
Każdy dzień opatrzony został również jakimś cytatem z Biblii (na czerwono, od razu rzuca się w oczy), który może nam towarzyszyć od samego rana. W niedziele i święta kościelne natomiast otrzymujemy Ewangelię i komentarz do niej, zgodnie z kalendarzem liturgicznym rzecz jasna. 
Poza tym wiele innych ciekawych dodatków. M. in. porady, propozycje życzeń, zagadki, cytaty (w większości chyba papieża Franciszka). Całkiem sporo miejsca do zapisków, dodatkowe przestrzenie na notatki i wydatki, co może niektórym pomóc w planowaniu i trzymaniu w ryzach domowego budżetu. Z tyłu kalendarza plany zajęć, w szczególności przydatne dla rodziców bądź studentów.
W tegorocznej edycji na każdej stronie znalazły się również przepisy z tradycyjnej kuchni śląskiej. Przejrzałam je dość dokładnie i już na samym początku znalazłam przynajmniej kilkanaście takich, które zamierzam w najbliższym czasie wypróbować.
Jeszcze na zakończenie mała wisienka. Zawsze szukając nowego kalendarza zwracałam uwagę na to, czy sobota i niedziela są ujęte na jednej stronie czy osobno. Uważam, że weekend weekendem, ale każdy z tych dni ma prawo do swojego miejsca i w każdym może się dużo zdarzyć. Dlatego te terminarze, które łączyły weekend w jedno przegrywały w przedbiegach. Terminarz Jedności nie tylko nie łączy soboty z niedzielą, ale... niedziela ma aż dwie strony (głównie ze względu na czytania z Biblii). 
Jedyne, czego mi trochę brakuje, to brak tasiemkowej przekładki/zakładki. Może w kolejnym roku...
Jeśli więc szukacie ładnego kalendarza, który chcecie traktować jako coś więcej niż tylko miejsce, w którym zapiszecie wizyty u lekarza czy urodziny i imieniny najbliższych, to jest coś dla Was. Polecam z całego serca.







Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność
Brak komentarzy:

piątek, 19 października 2018

Posłańcy uśmiechu – Jan Grzegorczyk

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2018
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 270 
ISBN: 978-83-8116-475-7







Jeśli się nie pomyliłam to moja dwunasta książka Jana Grzegorczyka. Jest on autorem, którego czytam właściwie w ciemno, wiedząc, że się nie zawiodę. Mam wysokie wymagania i zawsze jest w stanie im sprostać.
"Dziesięć wyśmienitych tekstów, które poruszają do głębi i każą przystanąć w naszym zabieganym życiu. Zastanowić się nad jego prawdziwym sensem." Tymi słowami opisywałam w skrócie "Niebo dla akrobaty". "Posłańcy uśmiechu" to w pewnym sensie kontynuacja tamtej książki, choć i nie do końca. Tym razem temat "ugryziony" został z innej strony. "Posłańcy..." to 25 wywiadów na 25-lecie hospicjum św. Kamila. Bo to właśnie o nim było "Niebo...", choć dopiero teraz się o tym dowiadujemy.
Grzegorczyk już we wstępie zapowiada, że bał się wracać do tematu. Nie chciał też tworzyć swoistej laurki dla tego gorzowskiego miejsca. Szczególnie, że w przeciągu tego ćwierćwiecza istnienia przeżywało ono i wzloty i upadki. Także wiele nieciekawych, przykrych sytuacji, które wielu ludziom wyrządziły krzywdę.
Nie chciał stworzyć laurki... i nie stworzył. O ile "Niebo..." tak ciężkie w temacie, było – oprócz ogromnego smutku, bólu, cierpienia – opowieścią o miłości i nadziei, o tyle "Posłańcy..." są w wydźwięku bardzo przygnębiający. Muszę przyznać, z wielkim smutkiem, bo nie tego się spodziewałam – męczyłam się nad tą lekturą. Choć przebijają przez te teksty miłosierdzie, miłość, przyjaźń, dobro to... głównym wątkiem większości opowieści są różne kryzysy i niesnaski pomiędzy pracownikami i wolontariuszami. To nie jest opowieść o pacjentach, nie jest opowieść o byciu przy nich, z nimi, dla nich. Choć na początku tak się wydaje, kiedy rozmowy dotyczą powstania "Kamila", to niestety dalej jest coraz smutniej.
Oczywiście jest kilka takich tekstów, dla których warto by się było przebijać nawet przez dwukrotnie dłuższą książkę i dla nich tej pozycji nie przekreślam, a wręcz mogę nieśmiało polecić. Przykładami niech będą "Jezus ze śmietnika" czy "Boża minimalistka". To ważne rozmowy, które z pewnością na długo jeszcze pozostaną w mojej pamięci. Szczególnie ten drugi, który jest swego rodzaju drogowskazem, jak pozostać człowiekiem pełnym dobra i nadziei mimo naprawdę ciężkiego krzyża.
W książce znajduje się dużo zdjęć, trochę szkoda, że biało-czarnych, ale i tak bardzo wartościowych, ukazujących wiele ważnych chwil z "życia" hospicjum. Razem z "Niebem dla akrobaty" "Posłańcy uśmiechu" tworzą pewną całość, z którą warto zapoznać się łącznie. Druga część jest jednak znacznie słabsza od pierwszej. Czy to zmęczenie materiału, czy może moje oczekiwania były zbyt wygórowane i nie do końca idące w tę stronę, w którą podążył Grzegorczyk – trudno orzec.. W każdym razie i tak czekam z niecierpliwością na jego kolejne książki i z pewnością po nie sięgnę.





Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

wtorek, 16 października 2018

Polska i jej święci – red. Hubert Wołącewicz, Bogusław Nosek

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2018
Oprawa: twarda
Liczba stron: 367
ISBN: 978-83-7971-981-5








Jest to bez wątpienia jedna z najładniejszych książek w moim księgozbiorze, choć mogę się pochwalić naprawdę pięknymi wydaniami. Już samo ten fakt zasługuje na to, by zwrócić Waszą uwagę na to wydawnictwo.
Piękna, elegancka, czerwona twarda oprawa ze złoceniami. Jasne, to tylko kolor, a nie prawdziwe złoto, kogo jednak dzisiaj stać na złocone okładki? No dobrze, niektórych stać, ale to już byłoby nie tylko bardzo luksusowe wydanie, ale i cena  raczej mogłaby powalać na kolana, tymczasem wydaje mi się, że te niecałe 30 złotych to niemalże grosze za taką książkę.
Otwórzmy ją zatem i przekonajmy się, czy zawartość przystaje do zachęcającej oprawy.
Ładny kredowy papier, kilka klasycznych wywijasów, elegancka strona tytułowa w sepii. Dalej słowo wstępne od naszego świętego papieża, Jana Pawła II. Zanim dochodzimy do sedna sprawy jeszcze lista głównych, drugorzędnych i pozostałych patronów Polski wraz z niewielkimi ich podobiznami, które znajdujemy również dalej.
Korowód świętych rozpoczyna oczywiście Najświętsza Maryja Panna, Królowa Polski. Kolejni święci wymienieni są w kolejności ich "narodzin dla nieba". 
Schemat opisu 49 świętych (w tym kilku błogosławionych) jest podobny. Duża podobizna, maksymalnie kilkuwyrazowe określenie go, np. męczennik, pustelnik, król, zakonnik. Wskazanie dnia jego wspomnienia według obecnego kalendarza liturgicznego. Dalej, krótsza bądź dłuższa, biografia. Modlitwa do danego świętego, wskazania skąd pochodzi i co oznacza jego imię oraz czyim jest patronem. I kolejne modlitwy, jeśli takie istnieją. Wiadomo, do niektórych świętych jest ich więcej, do innych mniej. Nieraz są i litanie, nieraz pieśni. 
Wszystko to ładnie i przejrzyście umieszczone i zilustrowane podobiznami świętych, zdjęciami czy obrazami ukazującymi miejsce ich życia czy śmierci. Ogólnie rzecz biorą – całkiem sporo wiedzy o każdym z nich. Przynajmniej na dobry początek, by zachęcić zarówno do poznawania ich życiorysów, jak i do odmówienia modlitw za ich wstawiennictwem. 
Ponadto znajdziemy również wypisy z kronik czy dokumentów papieskich dotyczące danych świętych. M.in. z Roczników Jana Długosza, homilii Jana Pawła II czy Benedykta XVI.
Warto też być może wspomnieć, że choć książka przedstawia polskich świętych,  nie wszyscy oni byli pochodzenia polskiego, co może w pierwszej chwili dziwić. Kiedy jednak wczytać się w ich życiorysy, wszystko staje się oczywiste.
Książkę kończy Litania narodu polskiego.
Czy warto nabyć? Jak najbardziej. Dla siebie lub na prezent dla kogoś bliskiego. To piękne wydanie, ukazujące jak bardzo łączą się losy Polski i chrześcijan. Jak właściwie polska historia tworzona była przez chrześcijan, którzy gotowi byli poświęcać każdy dzień swego życia, a nawet je oddać (wszak wielu pośród nich męczenników), dla Boga i Ojczyzny. Pięknie wydana, z doskonale dobranym materiałem historycznym i równie pieczołowicie zaprezentowanymi modlitwami o orędownictwo świętych. Książka, do której będziecie często zaglądali. Polecam gorąco.









Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

sobota, 13 października 2018

Planer rodzinny na lodówkę 2018/2019

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2018
Oprawa: teczka A4
Liczba stron: 12  plansz (plus 4 notesy, 6 magnesów, 2 arkusze naklejek)
ISBN: 978-83-7971-990-7








Fantastyczny pomysł dla rodzin z dziećmi. Czy jest to must have? Przekonajcie się, co o tym sądzę.
Planer rodzinny, jak już z pewnością zauważyliście na zdjęciu obok jest na rok szkolny 2018/2019. Czy to dobrze? Nie jestem pewna. Osobiście wolę mimo wszystko kalendarze  na dany rok kalendarzowy, choć i z takimi szkolnymi nie raz i nie dwa pracowałam i miewały pewne plusy. Także jak kto woli, ale warto od razu zdawać sobie sprawę z tego, że to jednak planer dopasowany do roku szkolnego.
Kupując "Planer rodzinny", otrzymujecie ładną i wydaje się, że dość trwałą, czerwoną teczkę A4. W niej właśnie znajdują się wszystkie części składowe zestawu, a więc: 12 plansz z kolejnymi miesiącami, 4 notesiki, 6 kolorowych magnesów oraz dwa arkusze z naklejkami. Nie liczyłam , ale jest ich naprawdę sporo.
Arkusze są duże, w formacie A3. Wydaje mi się, że to trochę za wiele, ale z drugiej strony trzeba wziąć pod uwagę że planer ma po pierwsze służyć całej rodzinie, a po drugie być przejrzysty i łatwy do odczytania. Może więc to jest właśnie idealna wielkość. Plansze wykonane są z papieru średniej grubości – na tyle cienkiego, by dobrze przylegać do lodówki, ale na tyle grubego, by przetrwać ten miesiąc intensywnych zapisków, w którym uczestniczą również dzieci. Każdy miesiąc ma jakieś charakterystyczne akcenty, np. grudzień choinkę, a wrzesień kasztany, a także dobrze widoczną sentencję świętego Jana Pawła II. Miejsca każdego dnia jest akurat tyle, by móc tam umieścić najważniejsze informacje oraz ewentualnie naklejki. Wszystkie ważniejsze wydarzenia typu święta i inne wolne dni są już na plansze naniesione.
Do przytrzymywania plansz służą magnesy, co raczej nie dziwi, skoro planer jest lodówkowy. Są ładne, kolorowe, rzeczywiście są w stanie utrzymać plansze. Oczywiście można użyć innych, ale po co, skoro te wystarczają, są niezbyt duże i graficznie wpasowują się w całość.
Dodatkowym atutem plannera są cztery notesiki. Małe na tyle by zmieściły się nawet w kieszeni. Dwa na zakupy, dwa na notatki i liściki do innych członków rodziny. Te na zakupy mnie nie zachwyciły. Pewnie dlatego, że z boku mają dopiski typu: nabiał, pieczywo. To trochę ogranicza, bo jeśli trzymać się tych podpowiedzi, to na niektóre artykuły jest za mało miejsca, a jeśli nie zwracać na nie uwagi – to są zupełnie zbędne i mogą tylko powodować zamieszanie u dzieci, które dopiero uczą się życia.
Ostatnim elementem zestawu są naklejki. W założeniu motywujące, ja jednak – przynajmniej na razie – nie jestem wielkim zwolennikiem takiego systemu motywacyjnego. Dlatego naklejek wolę używać w celu zaznaczenia miłych wydarzeń, spotkań, czy też sukcesów u dzieci. Jednak nie jako motywację, ale raczej element wspomnieniowy. W każdym razie naklejki są ładne, naprawdę przyjemne i można je zresztą wykorzystać nie tylko na planerze.
Zatem? Polecam, uważam, że to całkiem dobry pomysł, jeśli chcemy zaangażować dzieci do planowania i uczyć je upływu czasu, planowania i kontrolowania naszego rodzinnego życia. Jednak czy jest to must have? Trudno orzec. W naszym przypadku akurat nie.
 






Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność
Brak komentarzy:

sobota, 6 października 2018

Ojczyznę naszą pobłogosław, Panie

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2018
Oprawa: twarda
Liczba stron: 320
ISBN: 978-83-7971-923-5









"Chrześcijanin, podążając za Jezusem, również darzy miłością swoją ojczyznę. Modlitewnik „Ojczyznę naszą pobłogosław, Panie”, stanowi znakomitą pomoc do realizacji miłości wobec Polski oraz wywiązywania się z podstawowego obowiązku patriotycznego względem niej, będącego jednocześnie przywilejem, którym jest modlitwa za nią."


Kiedy widzi się takie modlitewniki, to nie sposób przejść obok nich obojętnie. "Ojczyznę naszą pobłogosław, Panie" to wyjątkowo pięknie wydana, a jednocześnie całkiem poręczna pozycja. Warto się z nią zapoznać.
Twarda, elegancka oprawa ze złotym ryngrafem. Biało-czerwona, jak przystało na patriotyczną książkę. Ładny, delikatnie błyszczący papier, zdobienia na każdej stronie, elegancka czerwona materiałowa zakładka. Wszystko to zachęca i sprawia, że całość przyjemnie się czyta. A także komfortowo się modli, a o to przede wszystkim w modlitewnikach chodzi.
Wszystko rozpoczyna się wyborem fragmentów z dzieła Jana Pawła II, "Pamięć i tożsamość" o tym, czym jest jego zdaniem Ojczyzna. Dalej wymienieni są, w hierarchii – począwszy od głównych, poprzez drugorzędnych, a kończąc na pozostałych – patroni Polski. 
Pierwsza część modlitewnika to zbiór modlitw za przyczyną kolejnych patronów naszej Ojczyzny – Maryi Panny Królowej Polski, świętych Wojciecha, Stanisława biskupa, Stanisława Kostki, Andrzeja Boboli i pozostałych (w tym choćby do ks. Jerzego Popiełuszki, Kazimierza Jagiellończyka czy Karoliny Kózkówny).
Druga część to, czasem dłuższe, czasem krótsze, biogramy patronów Polski, wybranych polskich świętych i błogosławionych oraz kandydatów do chwały ołtarzy. To ostatnie tym ciekawsze, że nieczęsto można o nich przeczytać w jednym zbiorze.
Trzecia, a zarazem ostatnia część modlitewnika to blisko 70 różnych modlitw za Ojczyznę, a więc naprawdę pokaźny wybór.
Modlitewnik z pewnością nie przez przypadek ukazuje się właśnie w tym roku, w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Tym bardziej więc warto takowy nabyć – mamy za co dziękować i o co prosić na przyszły wiek i jeszcze dłużej.
 






Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

czwartek, 4 października 2018

Człowiek z brzytwą – Anna Trojanowska

Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Poznań 2018
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 472 
ISBN: 978-83-8116-442-9







Jest kilka polskich autorek, których książki czytam z przyjemnością. Można wręcz powiedzieć, że biorę je w ciemno, bo wiem, że się nie zawiodę. Kilka. Raczej bardzo sceptycznie podchodzę do kolejnych, nieznanych mi nazwisk jeśli chodzi o współczesną polską literaturę pisaną przez kobiety. Mam swoje powody, wiele razy się już zawiodłam i to poważnie. Nie miejsce o tym pisać, może kiedyś znajdę czas, by temat rozszerzyć. Grunt, że tym razem zaryzykowałam, bo temat mnie zaintrygował. Zaryzykowałam podwójnie, bo to kryminał. Jesteście ciekawi, co z tego wynikło? 
Niemalże 500 stron trzymającego w napięciu tekstu, w którym zakochałam się dosłownie od pierwszego zdania. Bo jakże można się nie zakochać? A przecież nieczęsto się to zdarza. Trojanowska pisze takim językiem, że nie sposób nie przenieść się do XIX wiecznej Polski (tak, wiem doskonale, że wówczas Polski na mapach nie było). Pięknie, kwieciście, elegancko. Jednocześnie w żadnym stopniu nie spowalnia to akcji, dodaje jej jedynie smaczku. 
W Ciechocinku, w domu zdrojowym... A nie, czekajcie, to nie ta historia. Zakład Przyrodoleczniczy w Suchej Woli przeżywa prawdziwą katastrofę. W niewyjaśnionych okolicznościach śmierć spotyka jedną z nastoletnich kuracjuszek. W pierwszej chwili mowa jest o samobójstwie, jednak komisarz Kornel Połżniewicz od początku czuje, że to niemożliwe i doszło do tu zabójstwa. Sprawa komplikuje się, kiedy... morderca uderza po raz drugi. I nie zdradzę zbyt wiele, kiedy napiszę, że ofiarami są kobiety, okoliczności są co najmniej dziwne, a znakiem szczególnym wszystkich (tak, jest ich więcej) zbrodni są ucięte włosy ofiar (można się tego domyślić z samej okładki).
Policja nie radzi sobie ze śledztwem, oj, nie radzi. W pewnej chwili zamykają nawet sprawcę, ale... Jak to bywa nie tylko w książkach, wszystko komplikuje się jeszcze bardziej. Nic tu nie jest proste, nic nie jest oczywiste. Co najważniejsze – nie tylko dla policmajstrów, ale również dla czytelników. Aż do chwili, gdy (jakieś 50 stron przed końcem powieści) okazuje się, kto i dlaczego mordował – nie miałam pojęcia, kto to. Miałam swoje podejrzenia, oczywiście, zupełnie inne niż Połżniewicz, ale... Okazały się totalnie nietrafione. 
Poza głównym wątkiem, w powieści znajdziemy przynajmniej kilka pobocznych, równie ciekawych i ładnie poprowadzonych. Dodatkowym atutem jest częściowe wejrzenie w świat mordercy. Nie z pierwszej ręki, to nie on się wypowiada, ale poznajemy pewne fragmenty z jego życia, z jego przeszłości, a także jesteśmy z nim, kiedy dokonuje swych zbrodni. 
Książka jest niezmiernie interesująca i gdyby nie dzieci, to z pewnością połknęłabym ją maksymalnie w dwa wieczory. Trwało to nieco dłużej, ale było warto poświęcić każdą nieprzespaną chwilę, by rozkoszować się lekturą.
Klimat jest wyśmienicie oddany – upały, niewielkie miasteczko na Mazowszu, gdzieś niedaleko Warszawy, choć nie wiemy gdzie. Dobrze, skrupulatnie opisane, tak, byśmy mogli je sobie wyobrazić. Fantastycznie nakreślone postaci, genialny kryminalny wątek, ładnie oddana epoka. Wszystko do siebie pasuje, jak w świetnie rozplanowanej układance. A zakończenie... Całą dobę nad nim główkuję, takie wrażenie na mnie zrobiło. 
Poza jednym błędem znalezionym gdzieś na początku, nie mogę napisać żadnego negatywnego słowa. Jeśli więc macie ochotę na kawałek świetnego kryminału z historią w tle to jest to właśnie idealna lektura dla Was. Na jesienne słoty i zimowe wieczory. Właściwie na każdą pogodę. Polecam z całego serca.
 
 
 





Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:

środa, 3 października 2018

Książka, która ułatwi ci życie – Letizia Cafasso, Sandro Russo

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2018
Oprawa: miękka
Liczba stron: 192
Tytuł oryginału: Il libro che ti semplifica la vita
Przekład (z j. włoskiego): dr Dariusz Chodyniecki
ISBN: 978-83-7971-613-5








Właściwie trudno mi o jednoznaczną opinię co do tej książki. Jest bardzo specyficzna. W pewnych momentach zachwyca, w innych czułam się trochę... zażenowana? Nie wiem, jak to określić – choć ogólne wrażenie jest pozytywne, to kilka, może kilkanaście stron bym z niej usunęła. Po kolei jednak. 
Książka przedstawia 91 pomysłów, które mają nam ułatwić codzienne życie. Niektóre dotyczą bardzo prozaicznych problemów, inne są bardziej wyszukane. Wszystko to przypomina trochę filmiki prezentowane na FB, jeśli ktoś takie polubił. Nazywa się to bodaj Nifty, albo 5-minute craft. Część rzeczywiście wprowadziłam w życie i okazały się przydatne, niektóre są jednak bardzo dziwne.
Zacznijmy od kilku pozytywnych przykładów, by pokazać Wam, o co właściwie chodzi. Mianowicie z książki dowiecie m.in. jak dwukrotnie zwiększyć pojemność szafy z ubraniami za pomocą zawleczek od aluminiowych puszek; jak wykorzystać zepsute wieszaki z klipsami, takie jak do spodni; jak w łatwy sposób przy pomocy spinacza do bielizny uniknąć stłuczenia palca przy przybijaniu gwoździa; jak naostrzyć nożyczki przy pomocy folii aluminiowej; czy w końcu jak łatwo i szybko nauczyć dzieci odróżniać lewy but od prawego (choć akurat ta metoda może być na dłuższą metę dyskusyjna).
To, co mnie zupełnie do książki nie przekonuje to tzw. "złote rady zawsze w cenie".. Przykłady?  Ot, choćby to, jak za pomocą łyżki stołowej otworzyć słoik (proszę, to wie każdy przedszkolak); jak zawiesić obraz na ścianie przy pomocy taśmy samoprzylepnej; jak ukryć pieniądze w pustym opakowaniu po pomadce. Sami przyznacie, że ani pomysłowością, ani inteligencją te pomysły nie grzeszą.
Ogólnie rzecz biorąc jest to interesująca pozycja. Powiedziałabym, że nawet bardzo, choć w niektórych przypadkach lekko infantylna. Przegląda się ją łatwo i dość przyjemnie i przy drugim czy trzecim razie można nawet zmodyfikować niektóre pomysły tak, że wpada się na kolejne całkiem dobre patenty. Nawet fakt, że tekst jest w dwóch niewyjustowanych kolumnach nie kole w oczy tak, jak zwykle to w moim przypadku bywa.
Zastanawia mnie jednak trochę, do kogo jest ta książka właściwie skierowana. Do młodych, którzy to wszystko mogą znaleźć po jednym kliknięciu myszką w komputerze? Och, przepraszam, przejechaniu palcem po dotykowym ekranie smartfona. Do starszych, którzy albo mają swoje sprawdzone od lat sposoby, albo jest im dobrze jak jest i nie czują potrzeby zmieniania czegoś? Książka została we Włoszech wydana 4 lata temu i odnoszę wrażenie, że dla takiej pozycji to szmat czasu. Przynajmniej w obecnej erze dygitalizacji, kiedy 4 lata w Internecie to jakby zupełnie inna epoka.
Czy polecam? Tak, jako ciekawostkę, ewentualnie inspirację. Albo interesujący, nietuzinkowy prezent.







Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

wtorek, 2 października 2018

W obronie innych – Sam Childers

Wydawnictwo: WARBOOK
Warszawa 2016
Oprawa: miękka
Liczba stron: 288 
Tytuł oryginału: Another man's war
Przekład (z j. angielskiego): Marcin Machnik
ISBN: 978-83-64523-55-7





Swoje ta książka już na półce przeleżała. Długo się do niej zbierałam. Kiedy do mnie dotarła, wiedziałam, że będę chciała ją przeczytać, byłam jednak w ciąży i tematyka była dla mnie za ciężka. Później wciąż nie mogłam, kiedy dzieci były malutkie, a we mnie buzowały hormony. W końcu maluchy podrosły i okazało się, że są z dnia na dzień coraz bardziej absorbujące i czasu jakby jeszcze mniej niż wtedy, gdy tylko spały i jadły... Teraz nadszedł odpowiedni moment.
Można śmiało powiedzieć, że jest to autobiografia Sama Childersa. Można też spojrzeć z drugiej strony – nie da się opowiedzieć historii jego pracy misyjnej, nie mówiąc jednocześnie o całym jego życiu. Bo to, co robi dzisiaj jest ściśle związane z życiem, które prowadził wcześniej. Jego życiorys doskonale ilustruje prawdę, że żaden człowiek nie rodzi się kapłanem. I do tej posługi (niezależnie od denominacji) prowadzić może naprawdę wiele dróg.
Opowieść o samotnej walce w obronie dzieci w Ugandzie i Sudanie poprzedza zatem historia autora. Dzieciństwo, które bardzo szybko zamieniło się na buntownicze lata przesycone alkoholem, narkotykami, seksem, bójkami. Podróżami po USA, których głównym celem było naćpanie się i pobicie kogoś w jakiejś spelunie. Przyjaźniami, które owocowały kolejnymi problemami. Aż do przełomowych chwil, gdy wszystko się zmieniło. Gdy pojawił się odpowiedni człowiek, a za nim kolejni tacy, którzy pokazali, że można żyć bardziej godnie. Dali nadzieję, dali szansę. Dali właściwie nowe życie. Jak się okazało, nie tylko Childersowi, ale i setkom cierpiących dzieci w Afryce.
Kaznodzieja z karabinem. Tak go niektórzy nazywają. Zresztą na podstawie jego życiorysu powstał serial z Gerardem Butlerem w roli głównej. Serial pod takim właśnie tytułem. 
Kaznodzieja, pastor, który nie tylko głosi Dobrą Nowinę, ale jeździ po najbardziej niebezpiecznych zakątkach świata, razem z niewielką wojskową obstawą, z kałasznikowem na ramieniu. Jeździ i ratuje tych najbardziej bezbronnych, nie mających żadnych szans przeżycia – o godnym życiu nie wspominając – bez pomocy. Dzieci ugandyjskie i sudańskie, których los jest właściwie przesądzony. Ofiary straszliwych wojen domowych, pogromów, morderstw bez celu. Każda strona tej książki przesycona jest okrucieństwem, bólem, żalem, nienawiścią. A jednocześnie wielką miłością, nadzieją, że można, że są ludzie którzy potrafią nadal jeszcze poświęcić wszystko dla dobra innych. 
Bezbrzeżne okrucieństwo, jakie dotyka mieszkańców niektórych afrykańskich krajów jest dla nas zupełnie niezrozumiałe i często zupełnie nie zdajemy sobie z tego sprawy. Sam Autor pisze kilkukrotnie, że nam, ludziom Zachodu łatwo przychodzi płacenie na pomoc psom i adoptowanie pszczół, jednak kiedy mamy pomóc nieznanym ludziom zaczynamy zadawać sobie niepotrzebne pytania, które wszystko komplikują. A komplikacje nie są w tych sytuacjach wskazane.
Wielki człowiek, który robi znacznie więcej niżby można od niego oczekiwać. Zwykły człowiek, który robi naprawdę wiele. To dzięki takim ludziom świat staje się każdego dnia odrobinę lepszy. Jego trudna droga do Dobra. Jego Świadectwo. Jego posłannictwo.
Warto przeczytać. Warto w ogóle czytać takie książki, bo dają do myślenia na długie tygodnie. Sama skończyłam lekturę niemalże miesiąc temu i wciąż z tyłu głowy kołaczą słowa Childersa. 
W książce, poza całym mnóstwem niewielkich, biało-czarnych fotografii, znajdziecie również dwie wkładki ze zdjęciami kolorowymi, każda po 16 stron, w tym kilka zdjęć z wizyty Autora w Polsce, m.in. w Oświęcimiu. Wszystkie zdjęcia, jak i każde właściwie zawarte w książce słowo, są przejmujące i nie sposób przejść obok nich obojętnie.
Tak, nie byłabym w stanie przeczytać tej książki w ciąży. Myślę, że już pierwszy rozdział totalnie położyłby mnie na łopatki. Lektura naprawdę mocna, ale bardzo wartościowa i szczerze polecam każdemu (poza ciężarnymi i świeżo upieczonymi mamami).

 




Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu WARBOOK