Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

wtorek, 29 grudnia 2015

Wyspa delfinów – Arthur C. Clarke

Wydawnictwo: ALFA
1986
Liczba stron: 208
Tytuł oryginału: Dolphin Island
Przekład (z angielskiego): Mira Michałowska
ISBN: 83-7001-112-8



 


Odradzano mi tę książkę. Że niby nudna, że mało ma wspólnego z sf. W końcu to Clarke. Postanowiłam więc sama sprawdzić. Ostatecznie nie potrafiłam uwierzyć, że sir Arthur mógłby napisać coś słabego i niezachęcającego.
"Wyspa delfinów" to... Clarke rzeczywiście w zupełnie innym wydaniu. To powieść najbardziej młodzieżowa z jego dzieł. Nie ma tu kosmosu, przybyszów z obcych planet, statków międzygwiezdnych. Nie ma alternatywnych czasów ani światów. Nie ma wielkiego kataklizmu, który by zagrażał ludzkości. Czyli brakuje tego, do czego przywykł czytelnik obeznany z powieściami Clarke'a. Brakuje również wielkiej filozofii, szukania początku wszechrzeczy i celu życia... 
Co zatem oferuje ta historia? Otóż dobrą przygodę i młodego bohatera, który mógłby stać się w pewnym stopniu wzorem dla współczesnej młodzieży. Bohatera, który niczego się nie boi, który ma swoje zasady, a przede wszystkim... marzenia. Gdy więc tylko dostrzeże możliwość spełnienia jednego z nich, nie zawaha się zaryzykować. Drogo go to będzie kosztowało, ale... jak się okaże, warto było łapać srokę za ogon. Rozpoczyna się długa i piękna przygoda, która będzie obfitowała w poznawanie nowych osób, zawieranie niesamowitych przyjaźni i zakończy się wzięciem udziału w naprawdę nieprawdopodobnej i niezmiernie ważnej akcji. Zanim jednak do tego dojdzie, Johnny będzie się zmagał z oceanem, samotnością, bólem i strachem. Taka jest cena jego przygody.
Czy powieść sprostała moim wymaganiom? I tak i nie. Rzeczywiście jest to coś zupełnie innego, niż się spodziewałam. Zupełnie nowa jakość Clarke'a. Ciekawa, wciągająca historia, która na swój sposób urzeka, ale... nie jest tym, czego poszukuję w jego twórczości. Choć przyznaję, że lektura sprawiła mi sporo przyjemności.
Akcja powieści rozgrywa się mniej więcej w czasach nam współczesnych. Tym razem Clarke'owi średnio poszło przewidywanie przyszłości. Sprzęty, o których pisał są dzisiaj już raczej obiektami muzealnymi, a nie szczytem techniki i technologii. Nie spełniły się również jego przewidywania dotyczące zmian w systemie edukacji. To jednak tylko tło tej historii. Najważniejsze są bowiem kontakty na linii człowiek-delfin i ludzie między sobą. Tu już jest znacznie lepiej, nawet kiedy do lektury zabiera się dorosły i wyrobiony czytelnik. Choć znać, że jest to jednak opowieść skierowana bardziej do czytelnika młodszego. Zarówno pod względem fabuły, jak i języka oraz opisów związanych z technologią.
Czy polecam? Owszem, ale raczej jako ciekawą odskocznię na krótką chwilę, jeśli jesteś dorosły. Jeśli natomiast uczysz się jeszcze na poziomie gimnazjum bądź szkoły średniej - może to być dla Ciebie ciekawa przygoda i zapoznanie się z autorem, który jest ikoną sf i którego powieści należą do dzieł z naprawdę najwyższej półki.
Jeśli chodzi o samo wydanie, nie mam większych uwag krytycznych. Książka jest stara i zastanawia jedynie, dlaczego nie wznowiono wydania. Być może nie przyjęła się na polskim rynku czytelniczym w latach .... i została po prostu zapomniana?



środa, 23 grudnia 2015

Wesołych Świąt

Kochani moi, Boże Narodzenie już za chwilę. Choć śniegu w tym roku brak (ja nie narzekam), a temperatura bardziej wiosenna niż zimowa (znów nie mam nic przeciwko), to jednak... 
Jutro Wigilia, choinka, prezenty, Pasterka, śpiewanie kolęd i dzielenie się opłatkiem. Wspólna wieczerza w rodzinnym gronie, a później dwa dni wspaniałych Świąt.
Niech takie właśnie będą –  przepełnione szczęściem, radością, miłością, ciepłem rodzinnym. Niech po domu snują się wspaniałe zapachy choinki, kapusty z grzybami i piernika. Nie zapomnijcie też o tym, co najważniejsze.
Życzę Wam również, by – jak Mędrcy przynieśli Jezusowi złoto, mirrę i kadzidło – ktoś życzliwy sprezentował Wam wymarzoną książkę (a jeszcze lepiej – kilka książek) oraz byście znaleźli również trochę czasu na to, by zasiąść w miękkim fotelu i zaszyć się w świecie, którym zechciał się z Wami podzielić Autor. 
Kochani, wesołych Świąt!

wtorek, 22 grudnia 2015

Pretty Little Liars. Niewiarygodne – Sara Shepard

Wydawnictwo: Otwarte
Kraków 2011
Tom 4. cyklu
Oprawa: miękka
Liczba stron: 322
Tytuł oryginału: Unbelievable. A Pretty Little 
Liars Novel
Przekład (z angielskiego): Mateusz Borowski
ISBN: 978-83-7515-175-6






Jeśli myśleliście, że akcja w powieściach o Kłamczuchach jest wartka, to się dopiero zdziwicie, sięgając do czwartego tomu. Tutaj przyspiesza jeszcze bardziej, a strony przemykają między palcami niczym wichura. Dzieje się, oj dzieje...
Hanna jest w bardzo ciężkim stanie, leży w szpitalu i nie wiadomo, czy z tego wyjdzie. Dziewczyny oczywiście boją się przyznać, że w potrąceniu jej samochodem palce maczał(a) A, policja kwalifikuje więc zdarzenie jako wypadek, choć Wilden nie jest przekonany, że nastolatki czegoś nie ukrywają. Wciąż też próbuje wydobyć z nich jakieś nowe informacje dotyczące Alison.
Nagle i niespodziewanie okazuje się, że dobrze nam znana czwórka to nie jedyne osoby, które otrzymują tajemnicze wiadomości od A. Do grupy terroryzowanych i zastraszonych nastolatek dołącza Mona. Czy można jej ufać, czy może jednak Lucas miał rację, przestrzegając przed nią Hannę?
Emily przeżywa swoją przygodę w Iowa, choć nie jest jej łatwo. Wygnanie nigdy nie należy do przyjemnych, choć może mieć piękne momenty. Czy uda jej się odnaleźć prawdziwą siebie i przekonać rodziców do zaakceptowania jej taką, jaką jest?
O Spencer robi się naprawdę głośno. Nominacja do Złotej Orchidei jest na językach wszystkich w Rosewood. Kibicują jej nawet nieznani ludzie, a ona przecież doskonale wie, że praca, dzięki której te nominację otrzymała, została napisana kilka lat temu przez Melisę. Co się stanie, gdy prawda wyjdzie na jaw? Przecież A na pewno nie odpuści i znajdzie jakiś sposób, by pokrzyżować szyki Spencer i jej rodzinie. Szczególnie, że Melisa zdaje się również ukrywać straszliwy sekret, a jej młodsza siostra podejrzewa, że może to mieć związek ze śmiercią Alison. Czy doniesie na Melisę?
Aria zagmatwała się kompletnie. Ezra stracił pracę, Sean z nią zerwał. Teraz mieszka u ojca i jego kochanki. A Meredith zdaje się również mieć jakieś tajemnice, których wolałaby nie ujawniać przed Arią. Co ma na sumieniu i czego się obawia?
Hanna powolutku wraca do zdrowia, choć rekonwalescencja jest dla niej bardzo trudnym okresem. Przy jej boku wciąż jest Mona, a teraz również dawne przyjaciółki. Czy uda się pogodzić ze sobą te kontakty? I czy przypomni sobie, kim jest A? 
Dziewczyny czeka naprawdę ciężki okres, a zakończenie całej tej afery okaże się niespodziewane. Szczególnie, że po drodze podejrzenia padną na Spencer, Melisę, Iana... Aria polubi się z Jenną i odkryje mroczne tajemnice Alison. 
Czy rozwiązanie zagadki, którą Autorka rozpoczęła serię, sprawi czytelnikom satysfakcję? I co dalej, bo przecież PLL nie kończą się na czwartym tomie?
Powieść jest pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji i naprawdę coraz mocniej widoczne są różnice pomiędzy nią a serialem. Tym lepiej, nie sposób się bowiem nudzić, nawet jeśli serial oglądało się całkiem niedawno.
Korekta, redakcja – bez zastrzeżeń. Wieli plus za przepiękną okładkę.





poniedziałek, 21 grudnia 2015

Pretty Little Liars. Doskonałe – Sara Shepard

Wydawnictwo: Otwarte
Kraków 2011
Tom 3. cyklu
Oprawa: miękka
Liczba stron: 291
Tytuł oryginału: Perfect. A Pretty Little 
Liars Novel
Przekład (z angielskiego): Mateusz Borowski
ISBN: 978-83-7515-173-2




Trzecie spotkanie z Kłamczuchami wywołało we mnie wiele emocji. Najwięcej tych niekoniecznie pozytywnych. Jednym słowem – ten tom straszliwie mnie zirytował. Na dwóch płaszczyznach – zarówno ogólnie, jak i w porównaniu z serialem. Po kolei jednak.
Toby nie żyje. Pierwszy wielki minus, ponieważ jest on jedną z dwóch moich ulubionych postaci w serialu. W powieści nie ma jednak wątpliwości, że śmierć, której świadkami byliśmy pod koniec drugiego tomu to nie jakaś zmyłka. Toby nie żyje, a Emily obwinia się za to, że tak żałośnie i wcześnie zakończyło się jego niezbyt szczęśliwe życie. Jest jej coraz trudniej, szczególnie że uczucia, którymi darzy Mayę stają się coraz silniejsze, a przyjaciółka delikatnie naciska, by przestać się ukrywać i pokazać światu miłość, jaka łączy dziewczyny. Oczywiście A nieźle tu namota, ale o tym musicie już sami poczytać.
Aria spotyka się z Seanem. wygląda na to,  że ich związek ma szanse na szczęście, ale... przecież wciąż nie zamknęła do końca rozdziału zatytułowanego "Ezra". Na dodatek w domu dzieje się nie najlepiej, odkąd ojciec wyprowadził się do kochanki, a matka ma pretensje do córki o to, że ukrywała przez lata jego zdradę.
Spencer też nie przeżywa swych najlepszych chwil. Ciągłe napięcia z rodzicami i siostrą są w stanie wykończyć nawet ją. Chęć bycia najlepszą potrafi zniszczyć każdego. Jakby tego było mało, w sprawy wciąż miesza się A, a Spencer zaczyna sobie przypominać wydarzenia, które dawno wymazała z pamięci. Będzie się działo.
Hanna też ma niemało problemów. Przyjaźń z Moną wisi na ostatnim włosku. Raz się pokłóciły, drugi raz Hanna popełniła faux pas, w trzecim przypadku do całej awantury wmieszał(a) się A. Kończy się naprawdę bardzo, bardzo źle i... od razu chwytasz kolejny tom, by się dowiedzieć, co dalej. Szczególnie, jeśli Hanna jest Twoją ulubioną postacią. No dobra, książkową Hannę dość ciężko polubić, nawet jak kocha się tę serialową. Ostatnie strony książki nie wskazują jednak, że dziewczyna będzie miała szansę się zmienić. 
Aria wylatuje z domu, bo nie powiedziała matce, że mąż ją zdradzał. Emily zostaje wysłana do wujostwa na jakiejś zapadłej wsi, bo całe Rosewood wie już, że jest lesbijką. Spencer czuje, że nienawidzi ją cała rodzina, a Hanna... wciąż nie może się pozbierać po tym, jak potraktował ją ojciec.
Jednym słowem – A udało się naprawdę sporo namieszać. Na dodatek w pewnym momencie do Hanny dociera, kto jest tajemniczą, dręczącą je postacią i to odkrycie nie będzie przyjemne. By nie zdradzać jednak zbyt wiele, zakończę w tym miejscu. Czekajcie na recenzję kolejnego tomu, która to ukaże się niebawem.
Jeśli chodzi o samo wydanie to nie mam większych zastrzeżeń. Czyta się lekko, szybko, literówek nie zlokalizowałam. 




piątek, 11 grudnia 2015

Zemsta jest kobietą – Zbiór opowiadań

Wydawnictwo: JanKa
Pruszków 2011
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 287
ISBN: 978-83-62247-14-1




Przyznam szczerze, że okładka dość skutecznie zniechęcała mnie do przeczytania tej książki, postanowiłam dać jej jednak szansę (książce, okładka nadal bardzo mi się nie podoba). Czy żałuję? Nie, choć bywały trudniejsze momenty.
"Zemsta jest kobietą" to zbiór 12 opowiadań. Połowę napisali mężczyźni, połowę kobiety. Ciekawym dodatkiem jest zapis wywiadu przeprowadzonego z Elżbietą Adamiak, doktorem teologii, autorką książek o kobietach w Biblii. Choć zamieszczony jest on na samym końcu, polecam gorąco zapoznać się z nim na początku lektury, jako i ja zrobiłam. Wprowadza on w tematykę całego zbioru i stanowi naprawdę interesujące spojrzenie na zagadnienie oraz ważny jego kontekst.
Przyznaję, że pierwszy tekst wciąż siedzi głęboko w mojej głowie, choć od jego przeczytania minęły już przynajmniej dwa miesiące. Jest mocny, wstrząsający, szokujący. "Naga" to opowiadanie erotyczno-psychologiczne z kompletnie nieoczekiwaną, niezbyt smaczną (ale to właśnie sprawia, że ogromnie poruszającą) pointą. Uważam, że Szymonowi Bogaczowi należą się wielkie brawa.
Podobny wydźwięk ma opowiadanie "Dziennik Julii" Grzegorza Filipa, choć jest zupełnie inne od "Nagiej". Zdaje mi się, że ostatecznie sprawia czytelnikowi jeszcze więcej bólu, przyprawia o gęsią skórkę i zimne poty. Choć zemsta jest tu jakby na drugim planie, to trudno przejść obojętnie wobec problemów pewnej niemocy twórczej, która kończy się rodzinną tragedią i wieloletnim bólem, szczególnie dla matki i córki. Aż ciężko uwierzyć, że coś takiego można zrobić własnemu dziecku... i to dla sławy.
Trochę w stylu futurystycznym napisał Marcin Kowalczyk swoją "Granicę starości". Choć zakończenie można od pewnego momentu przewidzieć, nadal jest wstrząsające. Tak, w tym tekście zemsta jest nie tylko kobieta, ale wręcz "zimną suką". Z pewnością smakowała wybornie, choć w dużej mierze ucierpiał najbardziej niewinny w całej tej dziwnej rozgrywce. Dlaczego? Ponieważ był mężczyzną.
Z pewnością osobom, które piszą spodoba się opowiadanie zatytułowane "Prywatny akt oskarżenia" autorstwa Daniela Koziarskiego. Chociaż może ich przestraszyć. Zresztą dotyczy ogólnie wszystkich twórców, którzy mają się za wielkie i ważne osobistości, nie tylko pisarzy. Czy proces tworzenia, jego wytwory i to, jak się odnosimy do własnych dzieł może wywołać w kimś chorobliwą nienawiść? Czy chęć oczyszczenia kultury i podniesienia jej ku wyżynom może spowodować tragiczny koniec dla tak wielu ludzi? Przekonajcie się sami. Pragnę tu zauważyć, że choć opowiadanie jest niezmiernie ciekawe, to w pewnym momencie miałam już przesyt przykładów. Wydawało mi się, że wystarczyłoby pokazać połowę bohaterów i przekaż też byłby jasny i klarowny, a tak po prostu pojawił się jakiś element przerostu formy nad treścią. Choć i tak z przyjemnością doczytałam tekst do końca.
Trzy opowiadania kobiet, mianowicie "Primadonna" Marty Marchow, "Mgła" Matyldy Puchacz i "Dzień, którego nie było" Sylwii Skorstad, również bardzo mi się podobały. Szczególnie poruszona byłam, kiedy kończyłam lekturę "Mgły". Wszystkie te trzy teksty mają zakończenia, których zupełnie nie da się przewidzieć, co jest dla mnie zawsze wielkim plusem, szczególnie, że dość trudno mnie czymś zaskoczyć. Paniom się udało i to całkowicie. Nadal mam wrażenie, że słyszę śpiew Xymeny Nowak i krzyk przerażonej matki Jaśminy. Te opowiadania są niesamowicie plastyczne – zarówno wizualnie, jak i dźwiękowo. "Dzień, którego nie było" jest trochę inny, bardzo przewrotny i ukazuje wiele ludzkich wad. A co Wy byście zrobili, gdybyście mieli całkowitą pewność, że nadszedł dzień, w którym możecie uczynić wszystko i to bez żadnych konsekwencji? 
Ostatnie z tych, które mną wstrząsnęlo, i w którym zemsta wydaje się rzeczywiście okrutna, to opowiadanie Michała Pawła Urbaniaka "Przyjaciele". Potwierdza, że prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie, a kobieta może nieźle namieszać w relacjach między dwoma przyjaciółmi. Szczególnie, jeśli jeden z nich ma wiele kompleksów, a przyjaźnią z tym drugim stara się je wyleczyć. Co się stanie, gdy przyjaciel – najlepszy i jedyny – przestanie poświęcać mu cenny czas, by móc spotykać się z ukochaną? I kto tu tak naprawdę jest zwycięzcą, a kto przegranym?
Bardzo źle nastroiło mnie ostatnie opowiadanie. "Seweryn" Aleksandry Żurek to smutna opowieść o małżeństwie, które się nie udało. O związku, który był w jakiś sposób skazany na poniesienie klęski. Pełnym wzajemnego braku zrozumienia, całkowitego zatracenia się, w końcu pretensji i żalu. I w końcu kilka gorzkich słów na koniec – o tym, że może wystarczyło dać sobie jeszcze jedną szansę, że nie wszystko jest takie proste, jak się wydaje, że nawet kochając i żyjąc z kimś pod jednym dachem nie zawsze dostrzega się całą prawdę o nim. Tekst ważny, choć niekoniecznie należy do moich ulubionych. A i zemsta jest tu wymierzona raczej przez świat, ogólnie rozumiane otoczenie, przeznaczenie, nie wiem, jak to nazwać. Bardzo domyślna, ale i dojmująco bolesna.
Znudziłam się przy opowiadaniach "Malarz" Anny Dominiczak i "Sto dni lata" Przemka Guldy. Zupełnie do mnie nie przemówiły. "Oczy wieprza" Doroty Stachury również nie zrobiły specjalnie pozytywnego wrażenia, choć czytało się to opowiadanie dość dobrze. 
Ogólnie więc ujmując – zbiór jest bardzo ciekawym spojrzeniem na stosunki międzyludzkie, w szczególności relacje damsko-męskie. Spojrzeniem z "obu stron barykady". Teksty są bardzo różne zarówno pod względem podejmowanej tematyki (choć, oczywiście, mieszczą się w założeniach całego zbioru), jak i sposobu ich przedstawienia. Dzięki temu książka nie jest nudna, wzbudza emocje, zmusza do zastanowienia się nad wieloma kwestiami. Można zauważyć również różnice warsztatowe pomiędzy autorami, niektórym pisanie idzie lepiej, innym trochę słabiej, ale trzymają poziom i trudno wybrać tekst, który byłby najsłabszy pod tym kątem. Znalazłam kilka błędów stylistycznych, niestety nie mogę sobie teraz przypomnieć, w którym opowiadaniu; pozostałe raczej nie budziły żadnych negatywnych skojarzeń pod względem korekty czy redakcji. 
Czy coś bym zmieniła? Umieściłabym wywiad na początku książki i z pewnością zmieniła okładkę, która – moim zdaniem – nijak się ma do zemsty, a już z pewnością nie można o niej powiedzieć, że jest kobieca. Poza tym, polecam, bo tematyka jest bardzo interesująca, a i podejście do niej niebanalne.
 



Książka przeczytana w ramach Wyzwania:


Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa JanKa

środa, 9 grudnia 2015

Drobne występki w czasach obfitości – Matthew Kneale

Wydawnictwo: Wiatr od Morza
   Gdańsk 2015
Oprawa: miękka
Liczba stron: 287
Tytuł oryginału: Small Crimes in an Age of Abundance
Przekład (z angielskiego): Michał Alenowicz
ISBN: 978-83-936653-9-6
 
 
 
 
 
Moje drugie spotkanie z Matthew Knealem wypadło nadspodziewanie dobrze. Choć czytuję nieraz zbiory opowiadań, to niełatwo mnie do nich przekonać. Jednak po "Anglikach na pokładzie" miałam wielką ochotę sprawdzić, czy w krótkich formach ten Autor radzi sobie równie wyśmienicie. Otóż odpowiedź jest twierdząca. Oczywiście, znalazły się w zbiorze teksty słabsze, choć nie słabe, ale w większości poziom jest utrzymany bardzo wysoko.
Już pierwsze opowiadanie jest bardzo silnym uderzeniem. Zwyczajna podróż do Chin, która ma być połączeniem rodzinnego urlopu i biżuteryjnego biznesu przeradza się w ciąg zdarzeń, których nie dało się przewidzieć, a które kończą się doprawdy... wstrząsająco. Tak dla bohaterów "Kamienia", jak i czytelników. Trudno ten tekst wymazać z pamięci.
Dalej Kneale przedstawia nam prawnika w średnim wieku, którego dobrze zapowiadająca się kariera okazała się jedynie marzeniem ściętej głowy. Przeciętne zarobki, dawno nieremontowany dom na przedmieściach, stary samochód i ciągle niezadowolenie z życia to codzienność Petera. Kiedy więc nadarzy się okazja, by coś zmienić, chwyci ją jak tonący koła ratunkowego. Nawet mimo tego, że nowy sposób zarobkowania jest obciążony olbrzymim ryzykiem. A może... może właśnie dlatego? Bo przecież pieniądze to jedno, ale ten dreszczyk emocji i poczucie, że jest się w czymś naprawdę dobrym to równie istotne kwestie. Dokąd zaprowadzi państwa Pelhamów tajemnicza czarna torba znaleziona pod parkową ławką?
Opowiadanie "Liście" jest chyba najsłabszym tekstem zawartym w tym zbiorze. Choć, trzeba przyznać, pointa jest wyśmienita. Genialny jest tekst zatytułowany "Ciężar" – przewrotny, bardzo realistyczny, głęboko trafiający, ukazujący, czym jest zazdrość i brak wiary w siebie i innych. Poruszająca i dająca do myślenia opowieść o etiopskiej rodzinie i aspirynie to kolejne mocne uderzenie – dla czytelnika, ale również wymierzone przeciwko Europejczykom. Czy rzeczywiście w taki sposób gasimy nasze poczucie winy wobec tych najbardziej potrzebujących? Ten sam temat zresztą, choć w innym wymiarze, porusza Kneale w "Metalu", którego główny bohater staje przed wyborem: czy powiedzieć światu o tym, co naprawdę dzieje się w jednym z afrykańskich państw, ryzykując spokój i dobrobyt własnej rodziny, czy może jednak pozwolić, by Europa dalej milczała, a jego dzieci mogły się uczyć w prywatnych szkołach i jeździć na drogie wakacje. Którą alternatywę wybierze?
Świetny i przewrotny jest tekst zatytułowany "Smak", który ukazuje zakłamanie wyższej klasy średniej. Zupełna zmiana następuje na kolejnych stronach. Choć opowiadanie "Dźwięk" jest świetne, a pointę ma powalającą i całkowicie zaskakującą... wydaje się nie pasować zupełnie do tego zbioru. Nie do końca potrafię sobie wytłumaczyć, dlaczego zostało tu umieszczone, choć właściwie ciesze się, że miałam okazję się z nim zapoznać. Trochę strachu, odrobinka psychozy, i ten nieznany, niewyjaśniony, denerwujący dźwięk słyszany za oknem... Mimo wszystko genialny tekst.
Pięknie i romantycznie zaczyna się "Słońce". Przypomina trochę powieści Marleny de Blasi i jej włoskie przygody. Ładny domek w niewielkim włoskim miasteczku i, chyba nie do końca przemyślana, decyzja o jego zakupie doprowadzą bohaterów do odkrycia samych siebie. Czy jednak tego właśnie chcieli? Opowiadanie "Czas" zupełnie do mnie nie trafiło, natomiast rewelacyjne, wzruszające i trafiające prosto do serca okazało się opowiadanie zatytułowane "Liczby". Kneale zmusza czytelników, by zastanowili się nad tym, czym jest rodzina, jakie niesie ze sobą wartości i jak łatwo jest wszystko zaprzepaścić, gdy nie potrafi się dostrzec i zrozumieć cierpienia innych. 
Na koniec kolejne mocne uderzenie, można powiedzieć, że to niejako klamra zamykająca zbiór. "Biel" to widziany oczami Palestyńczyka Tel Awiw tamtych. Młodzieniec wyrusza do miasta z misją. Pod t-shirtem uprząż z bombą, w rękawie linka, za którą wystarczy pociągnąć, by przyoblec tamtych w biel. W imię Allaha. Czy jednak odważy się to uczynić i... co tak naprawdę kieruje jego wyborami? Kolejne opowiadanie, które pozostaje w głowie na znacznie dłużej, niż byśmy chcieli. 
Matthew Kneale znów próbuje dokonać swoistej wiwisekcji człowieka i jego duszy. Określić, na czym właściwie człowieczeństwo polega, gdzie przebiegają granice między miłością a zaborczością, między dobrem innych a własnym, między uczciwością a oszustwem. Ukazuje przeróżne ludzkie wady i grzeszki, ubierając je jednocześnie w szatę wymyślnych i wciągających historii. Zadaje pytania, na które nie ma prostych odpowiedzi. Czy rzeczywiście człowiek XXI wieku, wywodzący się z kultury Zachodu (Europa i USA) zatracił już poczucie sprawiedliwości, miłosierdzia, dobra ogółu? Czy naprawdę staliśmy się kompletnymi konsumpcjonistami, dla których liczą się jedynie własne wygody? Czy potrafimy zrozumieć innych, docenić ich inność, czy chociaż próbujemy? Czy tytułowe drobne występki są na pewno tylko drobne? Warto nad tymi pytaniami pochylić głowy i spędzić z nimi trochę czasu. 
Jak zwykle, kiedy mam w rękach książkę wydaną przez gdański Wiatr od Morza, mimo że jest to egzemplarz przed ostateczną korektą, jestem pełna podziwu dla pracy włożonej w przekład i redakcję tekstu. Znalazłam bodaj dwa błędy i nie mam właściwie wątpliwości, że zanim książka trafiła do sprzedaży, zostały już one usunięte. Zero zastrzeżeń.
 

 
 
 
 
Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Wiatr od Morza
 

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Fremen Justice – Brian Herbert i Kevin J. Anderson

Wydawnictwo: Wormhole Books
Denver 2011
Wyciąg z powieści "Dune: House Corrino"
Oprawa: miękka
Liczba stron: 40
Ilustracje: Joanna Erbach
ISBN: 978-0970965745




Dzisiaj krótko, bo tekst niedługi i niezbyt wymagający, o ile oczywiście potraficie czytać (ze zrozumieniem) po angielsku. 
"Fremen Justice" to fragment powieści "House Corrino", która została już dwukrotnie przełożona na polski (pod tytułem "Ród Corrinów"). Czy niezbędna jest znajomość poprzednich dwóch tomów trylogii? Nie wydaje mi się. Nie jest nawet konieczne orientowanie się w świecie Diuny, ponieważ "Fremen Justice" opowiada niejako samodzielną historię.
Czytelnik poznaje (o ile nie znał już wcześniej) dumnego Lieta Kynesa, który stara się uświadomić Imperatorowi, co naprawdę dzieje się na planecie Arrakis. A jest to planeta niezwykła, jedyna w całym wszechścwiecie. Dlaczego więc Imperator nie reaguje, dlaczego zupełnie nie trafiają do niego argumenty, fakty? Czy naprawę dla własnej ambicji poświęci Arrakis, bez której świat, jaki znają jemu współcześni mógłby rozsypać się w drobny mak? 
Co dla Fremenów, mieszkańców Arrakis, oznacza sprawiedliwość? Jak ją rozumieją i do jakich działań się posuną, by ją wymierzyć?  W tej niedługiej książeczce dowiecie się o nich jednak znacznie więcej, ponieważ będziecie mogli poznać niektóre ich zwyczaje, co zawsze wydawało mi się bardzo interesujące. Wszak pustynny lud jest naprawdę niezwykły.
"Fremen Justice" to w rzeczywistości niecałe 30 stron tekstu, a więc naprawdę niewiele. Określiłabym to jako ciekawą przygodówkę, a raczej zajawkę ciekawej przygodówki z elementami kulturoznawstwa. Tekst napisany jest dość prostym, przystępnym językiem i opatrzony fantastycznymi ilustracjami, które są bardzo mocną stroną tego wydania. Redakcja została wykonana dobrze, co może Czytelnikowi dawać nadzieję, że i cała książka zostanie (została) właściwie zredagowana.
Czy czytać? Jeśli nie byliście dotąd przekonani do tego, co ze światem Diuny zrobili Brian Herbert i Kevin J. Anderson, to może być dla Was ciekawa próbka. Nie oczekujcie jednak wielkiej filozofii, to jest po prostu fragment powieści przygodowej osadzonej w przyszłości. 





Książka przeczytana w ramach Wyzwania:



Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

środa, 2 grudnia 2015

Kubuś Puchatek – A. A. Milne

Wydawnictwo: Świat Książki
  Warszawa 2003
Oprawa: twarda
Liczba stron: 142
Tytuł oryginału: Winnie the Pooh
Przekład (z angielskiego): Irena Tuwim-Stawińska
Ilustracje: Ernest H. Shepard
ISBN: 978-83-7311-860-7





Za sprawą wytwórni Disney'a, Kubusia Puchatka znają wszyscy mali i duzi. Ale ilu z nich miało okazję i chęci zapoznać się z oryginałem czy choćby tłumaczeniem "Kubusia Puchatka" A. A. Milne'a? Choć to trochę wstyd, ja zabrałam się za lekturę dopiero teraz i naprawdę nie żałuję.
Książeczka urzeka na każdej płaszczyźnie. Historią, ciepłem, jakim emanuje, pięknym językiem, ilustracjami. Miś o Bardzo Małym Rozumku jest rozkoszny na każdym kroku, Prosiaczkiem i Maleństwem aż chce się opiekować, Kłapouchego tulić, a z Królikiem wypić popołudniową herbatkę. I te przygody, które są udziałem naszych bohaterów. Wyśmienite!
Historie opowiedziane przez Milne'a uczą najmłodszych, czym jest przyjaźń i odpowiedzialność, a także wspólna zabawa. Bo któż może przeżywać prawdziwie niesamowite przygody sam ze sobą, bez przyjaciół? Wyruszenie na wyprawę w poszukiwaniu Bieguna Północnego z pewnością byłoby znacznie mniej interesujące, gdyby Krzyś nie zabrał ze sobą mieszkańców Stumilowego Lasu. A wielka powódź, która niemalże zatopiła domek Prosiaczka mogłaby skończyć się naprawdę fatalnie, gdyby nie dobre serduszko Kubusia Puchatka. 
Zabawne opowieści, pełne humoru i miłości, o wesołych przygodach towarzyszy zabaw chłopca imieniem Krzyś bawią i uczą dzieciaki już od 90 lat i wciąż pozostają równie na czasie, jak w latach 20 ubiegłego stulecia. To prawdziwa klasyka i bardzo wartościowy przekaz – nie tylko dla najmłodszych.
Urzekły mnie wierszyki, czy też raczej śpiewanki-rymowanki, które co jakiś czas układał Kubuś. Są po prostu rozkoszne, a Tłumaczka wspaniale poradziła sobie z ich przekładem. Aż trudno uwierzyć, że nie zostały od razu napisane po polsku! I do tego jeszcze te piękne, klimatyczne ilustracje, które pozwalają przenieść się do Stumilowego Lasu.
Nie mam absolutnie nawet jednego zastrzeżenia do tej książeczki i lada chwila zabieram się do lektury "Chatki Puchatka". Wcale nie chcę rozstawać się z tymi postaciami. Wam również polecam zaprzyjaźnienie się z nimi.

Książka przeczytana w ramach Wyzwania:



Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

Trochę reklamy, trochę chwalenia się...

Dzisiaj chciałabym się pochwalić, a przy okazji zachęcić Was do zakupu nadzwyczajnych książek.
Krzysztof Spadło, Autor serii "Skazaniec" wznawia wydanie swoich powieści. Tym razem w twardej oprawie. Wersja kolekcjonerska jest teraz dostępna w promocyjnej cenie, z której naprawdę warto skorzystać. Promocja obejmuje również ebooki i wersję upominkową. Spójrzcie tylko jaka gratka!
Wejdźcie zatem na profil Skazańca na FB (https://www.facebook.com/Skazaniec-184579305046651/) i nie namyślajcie się za długo. Oferta obowiązuje do 14 grudnia br.
Czym się chciałam chwalić? Otóż na tylnej okładce drugiego tomu w edycji kolekcjonerskiej możecie znaleźć kilka słów ode mnie. Bardzo mnie to cieszy, szczególnie że "Skazańca" naprawdę warto znać.







Tutaj natomiast tylna okładka drugiego tomu i kilka słów ode mnie:

wtorek, 1 grudnia 2015

Turniej cieni – Elżbieta Cherezińska

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Poznań 2015
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron:815
ISBN: 978-83-7785-669-7






Jeśli myślicie, że Afganistan zainteresował Europę pod koniec XX wieku to jesteście w wielkim błędzie, jako i ja byłam. Już niemal dwieście lat temu toczyły się o niego zawzięte walki – tak za pomocą wielkich armii, jak i w salonach, wśród polityków i szpiegów. To o tym między innymi jest "Turniej cieni", choć ciężko wskazać jeden główny temat tej wielowątkowej historii.
Przyznaję, że początkowo najnowszą powieść Cherezińskiej czytało mi się bardzo ciężko. Odkładałam ją co chwilę z kilku powodów. Jednym z nich było nagromadzenie nazwisk i ciągła zmiana miejsc, w których rozgrywała się akcja. Wszystko to szło dość ślamazarnie póki nie pokazała nam Azji. Około dwusetnej strony historia robi się naprawdę ciekawa, a od połowy wciąga całkowicie. O ile pierwsze 150 stron czytałam miesiąc, o tyle resztę (czyli 650 stron) dosłownie połknęłam w niecały tydzień. 
O czym zatem napisała tym razem Autorka takich bestsellerów jak "Korona śniegu i i krwi" czy "Legionu"? Otóż przenosimy się do pierwszej połowy XIX stulecia. Właśnie dogorywa powstanie listopadowe. Wielki zryw okazuje się straszliwą klęską dla Polaków marzących o uwolnieniu swej Ojczyzny spod jarzma trzech zaborców. Szeregowi żołnierze, o ile nie oddali za Polskę krwi, zostają siłą wcieleni do armii rosyjskiej, inteligencja i przywódcy  tak polityczni, jak i wojskowi – udają się na emigrację. Tam zaś różnie się dzieje. Kilka skłóconych ze sobą obozów nie potrafi w żadnym razie dojść do porozumienia w sprawie kształtu przyszłej wolnej Rzeczypospolitej, jak więc mają cokolwiek osiągnąć... Rozpoczynają się swoiste podchody.
Tymczasem Rosja rośnie w siłę i pragnie stać się Trzecim Rzymem, który już nigdy nie upadnie. Wielka Brytania, największe i najsilniejsze imperium ówczesnego świata, nie jest tą perspektywą zachwycona. Trwa więc walka nie tylko na polach bitew, ale i w gabinetach prominentnych polityków. Niektórych z nich Czytelnik pozna całkiem dobrze. 
Kim są główni bohaterowie tej opowieści? Jest ich trzech, choć wydaje się nieraz, że znacznie więcej. Zdecydowanie jednak na pierwszy plan wysuwają się historie trzech Polaków: Rufina Jozafata Piotrowskiego, Jana Prospera Witkiewicza i Adama Gurowskiego. Pierwszy zrzucił mnisi habit, by pójść do powstania. Emigracja skierowała go do Paryża, gdzie wciąż stara się odnaleźć siebie i swoją misję, ponieważ głęboko wierzy, że ma do dokonania coś, co przybliży ukochaną Polskę do odzyskania wolności. Drugi został skazany za działalność spiskową i jako nastolatek zaledwie trafił na Syberię. Teraz przymierza wzdłuż i wszerz azjatyckie stepy i spotyka się z ważnymi osobistościami we wschodnich krajach, by budować potęgę cara. Trzeci, choć był w powstaniu dowódcą, zdaje się, że zupełnie zatracił siebie. Jego nazwisko ludzie raczej wypluwają niż wymawiają, a to dlatego, że napisał kilka bardzo niepochlebnych dzieł o Polsce, które miały za zadanie pokazać światu, że to Rosja jest najsilniejszym mocarstwem i przekazać ideę panslawizmu. Każdy jest inny, a nikt taki, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Bo i historia nie jest jedynie czarnymi zgłoskami zapisanymi na białym papierze. To skomplikowane jednostkowe sytuacje, układy i układziki, podchody, szpiegowanie, naciąganie rzeczywistości, zamykanie w więzieniach i zabijanie niedogodnych świadków. Istny turniej cieni.
Cherezińska pięknie pokazuje ówczesny świat. Odmalowuje go z wielką dokładnością, co zresztą nie zdziwi żadnego z jej Czytelników. Wschód pachnie targami pełnymi przypraw i świeżo zaparzoną herbatą. Syberia wywołuje zimne dreszcze. Wreszcie Europa jawi się jako gniazdo zepsucia i rozpasania, dbające tylko o swoje dobro. Czy tak rzeczywiście wyglądało życie w pierwszej połowie XIX wieku? Całkiem możliwe.
"Turniej cieni" to wyśmienicie i z wielkim polotem opowiedziana historia szpiegowsko-polityczna rozpoczynająca się w 1831 roku, a kończąca w roku 1855. To osiemset stron przedstawiających życie mniej i bardziej wybitnych jednostek, genialnie wykreowanych bohaterów, których losy Czytelnik śledzi z zapartym tchem. To w końcu Polacy, którzy szukają swej polskości. To miłość do Ojczyzny, patriotyzm, chęć oddania życia za coś ważnego, za coś, w co się wierzy i to w świecie, w którym trudno się z kimkolwiek porozumieć i trudno komukolwiek zaufać. Wszak "nie jest niczym trudnym być patriotą wśród bohaterów, trudniej jest zachować miłość do rodaków wśród tchórzy, kłótników, zdrajców". To opowieść, w której Polacy potrafią być wielcy, ale są przecież tylko ludźmi. To wciąż wielka miłość do Ojczyzny, którą jednak każdy przejawiać może w inny sposób. Ot, choćby wykorzystując instytucję ketmana.
Cherezińska uśmiecha się czasem do Czytelnika, wspominając o Adamie Mickiewiczu, Charlesie Dickensie, a nawet o Sherlocku Holmesie. Części, na które podzieliła swą powieść poprzedzają natomiast motta będące cytatami zaczerpniętymi z "Ksiąg narodu i pielgrzymstwa polskiego" Mickiewicza. Książkę wzbogacają mapy, które pomagają rozeznać się w sytuacji, a także kilka rycin.
Co chyba jednak najciekawsze – główni bohaterowie, choć tak literacko odmalowani przez Autorkę, to postaci autentyczne. Być może i Wy będziecie mieli ochotę, po zakończonej lekturze "Turnieju cieni" zapoznać się bliżej z ich biografiami.
Błędów znalazłam dosłownie kilka, można zliczyć na palcach jednej dłoni, co przy tak opasłej księdze jest nie lada wyczynem.
Żeby jednak nie było zbyt różowo, to teraz uwagi krytyczne. Osiemset stron to naprawdę niemało. Ta książka jest po prostu fizycznie ciężka, to znaczy – sporo waży. Na dodatek jest duża. Można by było na to przymknąć oko, jednak to zupełnie niemożliwe, ponieważ druk jest na tyle mały, że po przymknięciu oczu niewiele da się zobaczyć. To jeden z głównych powodów, dla których początki czytania były tak trudne. Jako, że mam wadę wzroku, musiałam książkę trzymać blisko twarzy, a tego z kolei nie wytrzymywały na dłuższą metę moje ręce. Spokojnie można by tę wspaniałą opowieść podzielić na dwa tomy, szczególnie że sama Autorka dzieli ją na siedem części, z czego piąta zaczyna się niemal dokładnie w połowie.






Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:
http://www.zysk.com.pl/



Książka przeczytana w ramach Wyzwania: