Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

poniedziałek, 12 marca 2012

Szepty dzieci mgły i inne opowiadania - Trudi Canavan



Moje pierwsze zetknięcie z prozą australijskiej pisarki, Trudi Canavan okazało się wspaniałą przygodą. Jak już kiedyś wspominałam – raczej nie czytuję opowiadań, preferuję zdecydowanie formy długie (z resztą sama Canavan też takowe woli). Jednak dostałam jej opowiadania i pomyślałam, że to świetny początek, skoro mam już właściwie wszystkie jej powieści i jeszcze nie zaczęłam ich czytać.
Zbiór składa się z pięciu opowiadań, które są różne zarówno ze względu na tematykę (od klasycznej fantasy, przez science fiction, do opowiadania, które możnaby nazwać nawet lekkim horrorem), jak i formę (część napisana w trzeciej osobie, część w pierwszej, jest tu także pamiętnik i kronika wydarzeń) oraz czas i miejsce (niektóre dzieją się w świecie wyimaginowanym, część zaś we współczesnym nam.
Tytułowe opowiadanie „Szepty dzieci mgły” to ciekawa fantasy. Mamy tu pustynię, karawany i dworską sorę o imieniu Velarin Initha – czarodziejkę, która powinna bronić władcy, a zajmuje się ochroną kupców. Nosi w sobie żal i wstyd, ponieważ w niedalekiej przeszłości zdarzyło się coś strasznego, za co się wini i uważa, że wszyscy postrzegają ją właśnie przez ten pryzmat. Jest to opowieść o pozorach i wielkiej odwadze, a także skromności i poczuciu obowiązku, przedstawiona w zaczarowanym świecie. Kim są dzieci mgły? Tajemnicę tę rozwikłacie jedynie czytając opowiadanie, za które autorka otrzymała w 1999 nagrodę „Aurealis” (Australian Fantasy & Sciecne Fiction Award).
„Szalony Uczeń” to z kolei opowiadanie – najdłuższe w całym zbiorze – ze świata Czarnego Maga, z pewnością więc fanom Canavan się spodoba. Dla mnie to było pierwsze spotkanie z tym uniwersum i musze przyznać, że przypadło mi do gustu. Spotykamy ucznia maga, Tagina i jego siostrę imieniem Indria, która… boi się młodszego brata, który już w dzieciństwie bił ją i terroryzował, kiedy tylko coś szło nie po jego myśli. Jest mężatką, jednak do męża z pewnością nie zwróci się o pomoc, gdy brat – niespełna rozumu – wplącze ją w tragiczną historię, w której trup będzie się słał gęsto, a niewinni oddadzą – zabrane siłą – życie, by młodzieniec zyskał moc do czarowania. Czy Indria znajdzie w sobie siłę, by przeciwstawić się bratu, czy za wszelką cenę będzie go chroniła, nawet wiedząc, że stał się potworem? Historia jest opowiedziana w trzeciej osobie, widzimy ją jednak wyraźnie z perspektywy młodej kobiety, która powoli dostrzega u brata objawy choroby, która zżera go od wewnątrz, niszcząc przy okazji całą Kyralię. Ciekawym i bardzo przyjemnym przerywnikiem w akcji, która porywa nas z szybkością błyskawicy, są zapiski kronikarza Gilkena.
„Markietanka” to pełna tajemnic magiczna historia generała Reny’ego i jego markietanki (damy do towarzystwa, delikatnie nazywając jej zawód). Gdy wziął ją do swego namiotu, nie przypuszczał, że może być kimś wyjątkowym, o kim będzie myślał każdego dnia do końca życia. Jaką tajemnicę nosi w sobie piękna, jasnowłosa Kala i jaki ma to związek z polami pełnymi martwych żołnierzy oraz królem, któremu służy Reny?
„Przestrzeń dla siebie” to pamiętnik spisany przez młodą artystkę, która w swym domu znajduje… tajemniczy pokój, w którym czas rozciąga się i płynie w zupełnie innym tempie, niż na zewnątrz. Marzenie każdego z nas, a przynajmniej większości – mieć czas na wszystko, żyć w świecie, gdzie doba ma czterdzieści osiem godzin (albo i więcej). Autorka sama tłumaczy, że nigdy nie lubiła opowiadań, w których występowały różnorakie wehikuły czasu, ponieważ zawsze znajdowała w nich nieścisłości. Osobiście takie historie lubię, chociaż w niektórych rzeczywiście występują karygodne błędy. Bąbel czasu stworzony przez Canavan zdaje się być całkiem logiczny, chociaż jak się przekonuje bohaterka – ma również zgubne skutki. To opowiadanie o tym, jak wiele jesteśmy w stanie poświęcić dla sukcesu i spełnienia się. Ponieważ czas płynie nieubłagalnie, nawet w tajemniczym pokoiku i nie jesteśmy w stanie z tym faktem walczyć. Prawa natury są dla nas bezlitosne. „Przestrzeń dla siebie” sporo daje do myślenia, chociaż nie sądzę, bym kiedykolwiek przestała marzyć o takim właśnie pokoiku, w którym miałabym czas na wszystkie moje zainteresowania i spełnianie kolejnych marzeń. Czy jednak warto? Trudi Canavan nie odpowiada wprost na to pytanie – zostawia je jednak wyraźnie zadane i każdy musi sobie sam na nie odpowiedzieć.
Jak wspomniałam, mamy w zbiorze również opowiadanie na granicy horroru. „Biuro rzeczy znalezionych”… Spojrzałam na tytuł i zaczęłam się zastanawiać, czy takie miejsca mają w ogóle rację bytu w dwudziestym pierwszym wieku. Trudno mi uwierzyć, bym udała się do niego w przypadku, który spotkał Trinity – gdybym zgubiła parasolkę. Nawet, jeśli wiązało się z nią wiele ciepłych wspomnień. Z pewnością poszłabym do najbliższego sklepu i kupiła po prostu nową. Jednak nasza bohaterka jest do swojej czarnej parasolki na tyle przywiązana, że udaje się do biura rzeczy znalezionych. Jednak czarnych składanych parasolek jest tam zatrzęsienie, a ona swojej nie odnajduje. Wbrew radzie dozorcy tego przybytku, zabiera więc inną, ponieważ chce uniknąć zmoknięcia. Gdyby wiedziała, jak wiele trudności spotka ją z tego powodu, na pewno by sobie odpuściła i pobiegła do sklepu. Wiele czasu jednak zajmuje jej zanim zrozumie, że ulewne deszcze i szalone burze w miejscach, w których akurat ona przebywa są karą za „pożyczenie sobie” cudzej parasolki z drewnianą rączką w kształcie kaczej główki…
Wspaniałym ukłonem w stronę czytelników są notki od autorki po każdym opowiadaniu. Po krótce wyjaśnia, czym się inspirowała, jak pisała i dlaczego wybrała taką, a nie inną formę opowiadania. Już we wstępnie wyjaśnia również, co skłania ją do pisania opowiadań, ponieważ nie jest tajemnicą, że preferuje opasłe tomiszcza, w których może rozwinąć skrzydła.
Trudno mi powiedzieć, jak wyglądają inne wydania, jednak polskie jest przepiękne. Niewątpliwie jest to jednak z najładniejszych książek – jestem całkowicie zauroczona papierem, na którym książkę wydrukowano. Przypuszczam, że był to cel czysto marketingowy – opowiadania łącznie to zaledwie dwieście stron tekstu, a książka dzięki użyciu takiego papieru zdaje się być przynajmniej dwukrotnie grubsza. Jakiekolwiek jednak były przesłanki wydawcy – wyszło wyśmienicie. Dotykanie takiego papieru, przewracanie grubych stron sprawia niesamowitą przyjemność, której nigdy nie zastąpią żadne ebooki (choć jestem gorąca zwolenniczką obu form wydawania książek). Dziękuję za tę ucztę.
Jednym słowem – pełna tajemniczości i magii przygoda, która miała tylko jeden minus (powód, dla którego zazwyczaj do opowiadań nie sięgam) – skończyła się zdecydowanie za szybko. Mam nadzieje ten głód zaspokoić czytając jej magiczne trylogie.
Jeszcze tylko jedno – chciałam się podzielić cytatem, który bardzo mi się spodobał, a pochodzi z opowiadania „Markietanka”:
„- Vorl jest jak miecz, którego używa się i wyrzuca, kiedy się stępi. Doradcy są niczym zwoje albo księgi – korzysta się z nich wiele razy. Nie uderzysz wroga książką i nie pójdziesz następnie radzić się miecza, prawda?”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz