Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

czwartek, 21 października 2021

Gorzko, gorzko – Joanna Bator

 

Wydawnictwo: ZNAK
Warszawa 2020
Oprawa: twarda
Liczba stron: 656
ISBN: 978-83-240-610-37
 
 



Po "Ciemno, prawie noc" miałam bardzo długiego kaca. Trwał, bagatela, siedem lat! No dobrze, przyznaję, że kilka razy myślałam o tym, że chciałabym przeczytać jakąś kolejną powieść spod pióra Joanny Bator. Myślałam, szukałam, ale wciąż coś mnie od tego pomysłu odwodziło. Zdawałam sobie sprawę, że sporo bym ryzykowała. Bo to literatura, choć najwyższego kalibru, bardzo ciężka, zapadająca w pamięć raczej mrocznymi elementami. Odmalowana w barwach, które – szczególnie w dzisiejszych, pandemicznych czasach – staram się omijać. Stało się jednak, wybraliśmy "Gorzko, gorzko" jako jedną z naszych lektur w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki. Czy żałuję?

Akcja powieści rozgrywa się, co nie powinno dziwić, czego można się było spodziewać po tej autorce, na Śląsku. Osadzona jest głównie w Unisławiu Śląskim, Wałbrzychu, Wrocławiu i Sokołowsku. Sam fakt "pojawienia się" na tej liście Wałbrzycha wróży, że będzie nieco przygnębiająco, trochę strasznie, gorzko właśnie. Tak od niemal dwóch dekad postrzegam to miasto i zawsze, gdy pojawia się w jakiejś książce, nastawiam się na smutne sceny, szare barwy, biedę. W "Gorzko, gorzko" Bator tak go zresztą maluje. Podobnie było w "Ciemno, prawie noc". I niewiele różni się tutaj również klimat Unisławia Śląskiego. Zupełnie innym światem, powiewem modnego Zachodu, zdaje się być niczym jakiś symbol, azyl dla wolnych, niebieskich ptaków, Wrocław. Miasta w tej powieści są również bohaterami, może nie pierwszoplanowymi, ale niezmiernie istotnymi. A to, co się w nich dzieje jest niejako potwierdzeniem swoistych uprzedzeń co do nich. Wrocław jest piękny, barwny, nowoczesny, można w nim poczuć wolność. Wałbrzych to miejsce szare, nierozwijające się, zastygłe w marazmie i beznadziei.

"Gorzko, gorzko" to rodzinna saga, ale saga jakże inna od tych najpopularniejszych. Wyróżnia ją galeria barwnych postaci, z których każda jest niepowtarzalna. Nie można ich ze sobą pomylić.  Berta, Barbara, Violetta, Kalina. Młody, Mirek, Bazyl, Jakub. Rodziny Koch i Serce. Już sam sposób nadawania imion postaciom jest niezwykle, rzec można, finezyjny. Każdy z bohaterów ma swój charakter, swój sposób myślenia, działania, a nawet swój własny sposób wysławiania się. Nieumiejętność porozumiewania się przez Barbarę, wynikająca z jej niemieckiego pochodzenia i znalezienia się po wojnie w polskim sierocińcu. Sposób, w jaki mówi Violetta, wciąż zaznaczająca, że "przez V i dwa t". W końcu narracja Kaliny, która czasem mówi o sobie w pierwszej osobie, a czasem w trzeciej, o czym na samym początku czytelników uprzedza. Zabieg ciekawy, w pierwszej chwili wprowadza co prawda trochę zamętu, ale okazuje się bardzo udany. Podobnie w "Pokorze" pisze Szczepan Twardoch i również uważam ten sposób narracji za interesujący i pasujący do tej jego powieści. Wszystkie te elementy współtworzą niezwykle plastyczny, żywy świat, w którym jednak wciąż czai się śmierć.

Złożoność fabuły może niektórych zniechęcić do czytania, jednak naprawę warto zagłębić się w tę niesamowitą powieść. Każde słowo ma tutaj znaczenie. Nie przejdzie system czytania jedyne dialogów. Ani zapoznania się z "biografią" tylko jednej z głównych bohaterek. Ich historie przeplatają się, Bator tworzy sieć zależności, różne sytuacje powtarzają się międzypokoleniowo, wybrzmiewają dopiero wówczas, gdy dostrzeże się ich prawidłowość na przestrzeni wielu dekad. 

Głównymi bohaterkami są Berta, córka rzeźnika, jej córka Barbara, zwana Bunią, jej córka Violetta (przez V i dwa t) oraz jej córka Kalina, narratorka starająca się opisać rodzinne losy. Berta żyła jeszcze przed wojną, gdy Unisław Śląski był niemiecki. Była Niemką. Miała marzenia. Miała czelność mieć marzenia. Czytała, śniła na jawie. Chciała żyć pełnią życia. Jednak wychowana przez ojca, który przyuczał ją do swego zawodu (a niejako "przy okazji" molestował), nie miała wielkich szans na spełnienie swych młodzieńczych, pełnych romantyzmu snów. I wtedy w jej życiu pojawił się Młody. Cygan, który ją uwiódł, dał nadzieję na lepsze jutro, a potem odjechał. Nie wiedząc, że dziewczyna spodziewa się dziecka. Nie to jednak, nie ciąża Berty, doprowadziło do prawdziwej rodzinnej katastrofy.

Barbara przyszła na świat w więzieniu. Berta zmarła, a ona trafiła do sierocińca, który po zakończeniu wojny stał się polskim. I stamtąd, z tego polskiego domu dziecka, zabrali ją państwo Serce. Mieli stać się rodziną, ale nierodzice i niecórka nigdy do końca się nią nie stali. Każde z nich miało swoje traumy do przerobienia i niekoniecznie potrafiło sobie z nimi poradzić. Tragizm tej sytuacji najbardziej zapadł mi w pamięć. Poruszył znacznie mocniej niż inne relacje, które nawiązywali bohaterowie powieści.

Barbara zakochuje się w cudownym mężczyźnie, jednak ich związek szybko się kończy. Mirek do końca jej dni pozostanie symbolem tego utraconego szczęścia, które mogło być, a jednak się nie wydarzyło. Spokoju, poczucia bezpieczeństwa i miłości. Osobiście wcale nie uważam, że był on jakimś wyjątkowo fascynującym pretendentem na partnera z pewnością jednak zacznie lepszym niż człowiek, z którym Barbara się ostatecznie związała na wiele lat. I znów zły wybór potencjalnego ojca dla dziecka.

Violetta jest chyba jedyną postacią kobiecą, której w tej książce czytelnik szczerze nie  lubi. Co ciekawe, o ironio, to również pierwsza w rodzie, która nie popełniła żadnej zbrodni. Owszem, nie potrafiła kochać. Uciekała w związki, ale uciekała przed miłością. Porzuciła własne dziecko, szukając wciąż siebie (i nie mogąc znaleźć, bo trudno jest znaleźć coś, jeśli nie wie się, czego się szuka). Raniła, kombinowała, była samolubna, ale... nikogo nie zabiła.

W końcu Kalina, której imię matka wybrała z powodu jakiegoś artykułu w gazecie. Próbująca jakoś odnaleźć się w świecie nowoczesnym, połatać dziurawe życie swoich przodków, zbudować prawdziwą, głęboką relację z chłopakiem, który jest miłością jej życia. Nie pozwalająca sobie na słuchanie "wrogich podszeptów" na temat ukochanej Buni. Szukająca odpowiedzi na tysiące pytań. Odważna, choć przecież nie mniej od swych przodków poharatana przez życie. 

"Gorzko, gorzko" to jednak nie powieść tylko o kobietach. Bardzo ważne są i męskie postaci. Kreacja Jakuba Serce to najwyższy majstersztyk. Odmalowanie Mirka jako niemal ideału w oczach Barbary, pokazanie Młodego (i w ogóle wprowadzenie Cyganów, jak w "Ciemno, prawie noc"), który w pewien sposób powraca w różnych wcieleniach, Bazyla Ochęduszko, który przewija się w historii kilku pokoleń rodziny, w końcu Konrada, którego osoba na końcu okazuje się zupełnie inna, niż można się na początku spodziewać. Wszyscy ci mężczyźni współtworzą barwny (choć odmalowany w barwach ciemnych) pejzaż świata przedstawionego.

Bator nie boi się pisać o deficycie miłości, o tym jak bohaterowie, poprzez swoje wybory, tworzą łańcuch przyczynowo-skutkowy dla wielu kolejnych pokoleń. A jednocześnie tworzy pewną magię, pewną międzypokoleniową "klątwę", która "każe" kobietom podejmować błędne decyzje, powielać błędy przodkiń, nawet, gdy o nich nie wiedzą. Mamy więc z jednej strony biedę i brak nadziei, szarość dnia codziennego i brak miłości, makabryczne odkrycia i rodzinne zbrodnie, a z drugiej ciepło w kontaktach na linii babcia-wnuczka, jasnowidza, który może wszystko odmienić (i poniekąd w pewnym momencie odmienia), przyjaźń chłopaka i dziewczyny, która trwa przez długie lata. Mamy problem molestowania, próbę odnalezienie siebie za wszelką cenę, przemoc domową, niemoc, traumy wynikające z czasów wojny, problem nieobecności bliskich. Bator nie boi się poruszać trudnych, niewygodnych, bolesnych spraw, ubierając je w wartką akcję, głębokie przemyślenia i często bardzo drastyczne sceny, które w czasie lektury widzimy oczami wyobraźni.

Minusy? Początek, który nie doczekał się żadnego logicznego rozwinięcia i wyjaśnienia. Choć niektórzy widzą w nim jakiś głębszy sens, mam wrażenie, że robią to raczej na siłę. 

Na pewno na kolejne długie lata pozostaną mi przed oczami widoki poustawianych w piwnicy słoików Buni, altanka na Działkach, czy przygotowywanie kiełbas przez Bertę. Chętnie znowu sięgnę do twórczości Bator, ale na pewno nie w tym roku. Jej książki należy sobie dozować.

To powieść smutna, przejmująca, tragiczna, dołująca, sprawiająca ból do trzewi, makabryczna. Opowiedziane historie misternie się przeplatają, zaskakując wciąż nowymi zwrotami akcji. Bardzo długo nie dajemy sobie sprawy np. dlaczego Barbara trafiła do więzienia, choć niemal od początku wiemy, że do tego doszło. W końcu to książka napisana pięknym językiem, który niemalże kontrastuje z... gorzką treścią. Cisną się na język pewne kulinarne przenośnie, pominę je jednak milczeniem. Dlaczego, dowiecie się, kiedy przeczytacie historię, mającą swój początek w domu rzeźnika.

 
 




Książkę przeczytałam w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz