Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

wtorek, 16 września 2014

Anglicy na pokładzie – Matthew Kneale

Wydawnictwo: Wiatr od Morza
Gdańsk 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron: 525
Przekład (z angielskiego): zbiorowy pod redakcją
Krzysztofa Filipa Rudolfa i Michała Alenowicza
Tytuł oryginału: English Passengers
ISBN: 978-83-936653-6-5





Piękna okładka, wydawnictwo, któremu dopinguję od pierwszych dni, Eden i Tasmania. Czy może być ciekawsza mieszanka? Otóż może, a to częściowo za sprawą samego Autora, częściowo – Michała Alenowicza, który wpadł na iście szatański pomysł dotyczący przekładu. Na dodatek na tym nie skończył, ale doprowadził projekt do końca i dzisiaj Ty, Czytelniku, możesz go ocenić. Ja wystawiam szóstkę z plusem – zdecydowanie jedna z trzech najlepszych książek, jakie miałam okazję czytać w tym roku. Po kolei jednak.
Tasmania przez długie lata była dla Europejczyków nieznanym światem. Jeszcze bardziej tajemniczym niż Australia. To, co przybysze uczynili z nowym lądem i jego ludnością można zaś nazwać tylko w jeden sposób – ludobójstwo, całkowita zagłada rdzennych Aborygenów. Nie ma żadnego usprawiedliwienia i na zawsze już powinniśmy się wstydzić tamtych dni, kiedy biali – dla sportu, dla własnego bezpieczeństwa, dla możliwości zdobycia nowych terenów i z wielu jeszcze różnych powodów – mordowali Aborygenów, a dzieci, które oszczędzali, oddawali na "wychowanie" Kościoła. Całkowita zagłada ludności i ich kultury, którą ówcześni mieszkańcy Europy uważali za tak niską, że właściwie nieistniejącą. Tragedia, która się wówczas rozgrywała stała się właśnie główną osią powieści Matthew Kneala.
Akcja rozgrywa się na przestrzeni około trzydziestu lat, w większości na statku, którym nasi bohaterowie płyną z Anglii na Tasmanię oraz na samej Wyspie. Czego jednak tam szukają? Otóż pewien, nie najmłodszy już, pastor nazwiskiem Wilson dochodzi do wniosku, że właśnie na Tasmanii odnajdzie biblijny Eden i postanawia udowodnić swe racje. Przygotowuje ekspedycję, w której udział – pod jego "dowództwem" – wezmą: jeszcze młody, podobno inteligentny, a na pewno leniwy lekkoduch Timothy Renshaw oraz chirurg, praktyk i teoretyk, spisujący notatki do nowej książki – doktor Potter. Tych trzech w ostatniej chwili będzie musiało wynająć inny statek, niż dotychczas planowano – w Indiach wybuchły zamieszki i wszystkie statki zdatne do użytku zarekwirowała angielska armia. Nie zapominajmy, że mamy połowę XIX wieku, brytyjskie imperium rozrosło się na pół świata i wcale nie zamierza się skurczyć z powodu "jakichś zbuntowanych Hindusów".
Ten, bardzo ograniczony, wybór pada na Sincerity – statek pod dowództwem kapitana Illiama Quilliana Kewleya z wyspy Man. Zresztą całą załogę tworzy całkiem barwna "zgraja" Mańczyków, którzy nie są zbyt zadowoleni z tego, że po pokładzie ich statku pałętają się Anglicy. Tym bardziej, że w poszyciu Sincerity ukryte są bele tytoniu, antałki z brandy i kolorowe szkiełka, które z pewnością nie spodobały by się wielebnemu pastorowi. Już swoje przeżyli, namęczyli się nieźle, by uniknąć złapania przez celników, a teraz przyjdzie im jeszcze płynąć na sam kraniec świata, po to tylko, by móc sprzedać kontrabandę. Cóż – Mańczycy z Anglikami się nie polubią i to żadna tajemnica.
W ten sposób przedstawiłam kilkoro z narratorów tej niesamowitej, barwnej, wspaniałej i gorzkiej w odbiorze powieści. "Anglicy na pokładzie" to historia opowiedziana aż przez 21 osób! 21 narratorów, każdy piszący innym językiem, każdy patrzący na świat swoimi oczami, każdy wychowany i doświadczony na swój własny sposób. Wrażenie niesamowite. Tym bardziej, że polskie wydanie jest totalnie bezprecedensowe. Przetłumaczenia powieści podjął się bowiem zespół 21 tłumaczy – każdego bohatera przekładała inna osoba. W pierwszej chwili nie byłam w stu procentach pewna, czy to dobry pomysł – na pewno dość ryzykowny. Okazał się po prostu wyśmienity! Premierę książki zaś Wiatr od Morza zaplanował na 30 września – czyli Międzynarodowy Dzień Tłumacza.
Jeśli obawiacie się, że akcję powieści będziecie oglądać jedynie oczami białych ludzi, nie macie powodu. Jednym z głównych bohaterów jest także Peevay – zrodzony z matki Aborygenki i białego poławiacza fok. Poczęty w wyniku gwałtu, żyje gdzieś pomiędzy – ani biały, ani tubylec. Nikt go tak do końca nie akceptuje, a matka... Cóż, ta relacja jest bardzo skomplikowana.
Tak różne spojrzenia na sytuację sprawiają, żeotrzymujemy naprawdę szerokie spektrum. Zapoznamy się bowiem z opiniami m.in. pastora, doktora-rasisty, mieszańca Peevaya, władz na Tasmanii, czy zbrodniarzy, którzy byli osadzeni w tamtejszych obozach. Bo trzeba pamiętać, że Tasmania nie tylko nie była rajem na Ziemi, ale dla wielu była prawdziwym piekłem, a jej biali mieszkańcy to w dużej mierze były osoby skazane za naprawdę poważne zbrodnie.
Trochę mało wśród narratorów kobiet, ale przecież to XIX-wieczna, wiktoriańska, imperialna Anglia, gdzie kobiety miały inną rolę do spełnienia, niż dzisiaj. Dobrze, że choć kilka dopuszczono do głosu, a ich głos uważam za jeden z najważniejszych w tej powieści.
Kneale świetnie poradził sobie z ukazaniem różnic w pojmowaniu i postrzeganiu świata pomiędzy Europejczykami a Aborygenami. Nie zatrzymał się jednak na tym. Bardzo zgrabnie przedstawił także różnice między Mańczykami a Anglikami. Muszę przyznać, że pozostaję pod olbrzymim wrażeniem.
W ogóle nie spodziewałam się, że Wiatr od Morza tak szybko się rozwinie i to na taką skalę. Kiedy w czasie zeszłorocznych Warszawskich Targów Książki zapowiadali wydanie pierwszej powieści – nie mogłam przewidzieć, że w ciągu niecałego półtora roku będą mieli na swym koncie tyle wyśmienitych i wybitnych pozycji, ani tym bardziej, że pokuszą się o tak wielkie przedsięwzięcie translatorskie. Naprawdę godne podziwu.
Wisienką na torcie jest przepiękna, klimatyczna okładka, którą zaprojektował Michał Alenowicz. Grafiki do niej (jak i i wszystkie pozostałe materiały graficzne) są natomiast dziełem Alexeya Pavlutsa.
Żeby nie było, że kadzę, czas na uwagi. Jest tylko jedna – bo choć otrzymałam egzemplarz recenzencki, a więc przed stateczną korekta, to znalazłam tylko trzy literówki, które z pewnością zostaną poprawione do daty premiery –  dlaczego służący Pottera raz nazywa się Hooper, a innym razem Hopper?
Chyba nie macie wątpliwości co do tego, że "Anglików na pokładzie" polecam całym sercem? Kupujcie i czytajcie, bo naprawdę warto!








Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Wiatr od Morza


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz