Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

poniedziałek, 10 października 2016

Musza góra – Bohdan Głębocki

Wydawnictwo: Media Rodzina
Poznań 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron: 559
ISBN: 978-83-8008-009-6





Trochę mi ta lektura zajęła. Jednak nie dlatego, że źle się czyta. Po prostu permanentny brak czasu młodej matki Bliźniaczek (ja młoda może nie jestem, ale mamą zostałam niedawno), a także brak sił (fizycznych i mentalnych). Kto nie ma dzieci, ten nie pojmie. Mówię Wam – nawet, kiedy są takie kochane jak Aria i Rebeka (czyli nasze Księżniczki), nawet jeśli przesypiają praktycznie całą noc i niewiele płaczą to wysysają energię do upadłego. I rzeczywiście po całym dniu zabaw, spacerów, karmienia, przewijania, przebierania, tańczenia dla nich (np. do Smerfnych hitów) i czytania im bajeczek i wierszyków... człowiek zamyka oczy na stojąco. Albo odmiennie – zasnąć nie może, ale jak tu włączyć lampkę i czytać skoro obok śpi drugi zmęczony rodzic. Tak więc trwało to długo (ponad dwa miesiące), ale się udało i jestem zadowolona. Czułam, że to będzie ciekawa lektura i się nie pomyliłam. Przejdźmy zatem do meritum.
W powieści przeplata się kilka historii. Z początku trochę trudno się połapać w bohaterach, ale z czasem nie tylko z łatwością ich rozpoznajemy, ale odkrywamy,że ich losy w różny sposób splatają się. Wszystkich łączy Poznań w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Właściwie w powietrzu czuć już zbliżający się konflikt zbrojny. Na pewno przeczuwają go mundurowi, których na stronicach "Muszej góry" przewinie się wielu.
Do grona głównych bohaterów należy z pewnością detektyw Kaczmarek, były poznański policjant, który, chcąc podleczyć nieco firmowy budżet, przyjmuje nowe zlecenie. Do głowy mu nie przyjdzie, że to kiepska sprawa, którą wielu zapłaci własną krwią i już nie ujrzy wschodzącego słońca. Nie lada rolę będzie miała do odegrania również jego wychowanica i pracownica. Ich śledztwo zazębi się w pewnej chwili z postępowaniem prowadzonym przez aspiranta Szuberta. A co z kapitanem owianej sławą :dwójki", Mieczysławem Apfelbaumem? Jakie będzie jego miejsce w tej zagmatwanej, trochę przerażającej, trochę zabawnej, z pewnością dostarczającej mnóstwo wrażeń opowieści? 
W "Muszej górze" jest właściwie wszystko – rzeczowo odmalowane przedwojenne miasto (dlaczego nikomu z bohaterów się ówczesny Poznań nie podoba i wszyscy na niego narzekają?!), wiele różnych perspektyw (polska, żydowska, niemiecka), zagadka, której czytelnikowi nie sposób rozwikłać. Zarysowany mocno problem polskiego antysemityzmu tuż na przednówku wojny, nazistowski tajny projekt, tajemnicze moce i... kopanie na cmentarzu. 
Czy są jakieś minusy? W pewnym momencie poczułam jednak pewien przesyt. Autor chciał dobrze, ale za dużo magii jak dla mnie – golem, duchy, demony, wilkołak, berserkerzy... Można by spokojnie połowę z nich usunąć, a powieść nie tylko nadal byłaby wciągająca, ale wręcz ciekawsza. Sądzę jednak, że wielu się to niecodzienne połączenie spodoba.
Niestety to nie wszystko. Autor popełnił również kilka błędów. Uparcie nazywa poznaniaków poznańczykami, po czym nagle, ni stąd ni z owąd czytamy o poznaniakach. Lekarz, bądź co bądź człowiek z pewnej wyższej klasy, inteligent (pamiętajmy, że jeszcze wtedy nie każdy mógł iść na studia) w rozmowie z Kaczmarkiem wypowiada się językiem typowym bardziej dla ejbra z Rybak niż pana doktora. Dlaczego Autor pisze o Niemcach szwaby zamiast Szwaby też nie potrafię pojąć. Kwiatków takich jest nieco więcej, nie miejsce jednak, by zabierać chleb redaktorom Wydawnictwa. Sprawia to niestety, że – bądź co bądź – bardzo zajmującą książkę czyta się, wciąż zastanawiając się, czy przypadkiem i w warstwie społecznej i historycznej nie ma jakichś podobnych błędów, których czytelnik, nie będący zaznajomionym z owym okresem na poziomie historyka, po prostu nie wyłapie.
Ogólnie rzecz ujmując – "Muszą górę" naprawdę warto przeczytać. Polecam. Myślę jednak, że dobrze by było zapoznać się nieco lepie z ówczesnym Poznaniem i panującym w nim klimatem. Na szczęście dla nie-poznaniaków jest z tyłu książki słowniczek zawierający wyrażenia gwarowe, niemieckiego pochodzenia, a także w jidysz i określenie współczesnych nazw miejsc, które nazywają się inaczej niż w dwudziestoleciu międzywojennym (to akurat przydatne nawet dla rodowitych poznaniaków).


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz