Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

środa, 17 listopada 2021

Historie z Biblii – Anna Małgorzata Jóźwik

 

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2021
Oprawa: twarda
Liczba stron: 40
Ilustracje: Ola Makowska
ISBN: 978-83-8144-512-2
 


 

Wydawnictwo: Jedność
Kielce 2021
Oprawa: twarda
Liczba stron: 40
Ilustracje: Ola Makowska
ISBN: 978-83-8144-511-5
 




Wydawnictwo Jedność daje nam piękny prezent nie tylko na Mikołajki. Myślę, że już same okładki przyciągają wzrok na tyle, że chce się zapoznać z tym, co w środku. Zresztą nie ma się co dziwić, książeczki ilustrowała Ola Makowska, którą uwielbiamy od dawna. Każda z nich jest piękna, bardzo precyzyjna, barwna, budząca mnóstwo emocji, idealnie komponująca się z treścią.
Rzeczywiście, dzisiaj zaczęłam trochę inaczej, ale rzeczywiście zwróciłam uwagę na te dwie pozycje właśnie ze względu na okładki. Dopiero potem postanowiłam, że chcę zapoznać się z treścią. I to był strzał w dziesiątkę. Obie bowiem są rewelacyjne. Być może komuś z Was takie zdanie wystarczy, by już kupować. Dla tych, który się jeszcze wahają – mam kilka bardziej szczegółowych uwag.
Każda z książek składa się z siedmiu rozdziałów opowiadających o różnych bohaterach. Dla dziewczynek o Bożych kobietach, dla chłopców – o mężczyznach. Są tam postaci znane nam zarówno z kart Starego, jak i Nowego Testamentu. Te najpopularniejsze, jakby można rzec, i te mniej znane. Przyznajcie, że niewiele przedszkolaków (a dla takich dzieci te książki polecam, o czym jeszcze poniżej) zna dobrze historię Noemi i Rut, Lidii, Gedeona czy Trzech młodzieńców, którzy odmówili posłuszeństwa królowi Nabuchodonozorowi. Prawda?
Poczynając od Miriam, siostry Mojżesza, dziewczynki zapoznają się z życiem kobiet, które postawiły na Boga. Nie było im łatwo w takim zwykłym, ludzkim kontekście. Jako kobiety w kraju o wyjątkowo patriarchalnym podejściu niewiele mogły zdziałać. A jednak Bóg je prowadził. W ten sposób Miriam ocaliła swego braciszka, który wyprowadził z Egiptu cały lud izraelski, Anna wymodliła syna, który stał się pewnego dnia wielkim prorokiem, któremu przyszło w udziale namaszczenia Dawida na króla Izraela. Maria i Marta musiały wybrać pomiędzy obowiązkiem, wychowaniem i przyzwyczajeniem a Jezusem. Z kolei Lidia wiele zaryzykowała, wybierając drogę chrześcijańską w świecie, dla którego Jezus był dla wielu wrogiem numer jeden. 
Chłopcom Anna Małgorzata Jóźwiak również proponuje niesamowitą przygodę wraz z wyjątkowymi mężczyznami. Pokazuje jak z biednego, sprzedanego przez rodzonych braci chłopca Józef wyrasta na doradcę samego wielkiego faraona i dzięki dobremu sercu i mądrości wybacza swym złoczyńcom i pomaga im w biedzie. Razem z Dawidem, niewielkim chłopaczkiem, pokonają niezwyciężoną armię Filistynów, a z Pawłem Apostołem zawędrują do Macedonii, by przekonać się, że głoszenie wiary w Zbawiciela może przynieść wiele bólu, ale zawsze daje wolność. 
Historie nie są długie, mają po około trzy do pięciu stron. Każda z nich jest bogato ilustrowana. Dodatkowym atutem jest krótkie podsumowanie po każdym rozdziale, w którym autorka wskazuje na najważniejsze cechy danej postaci i zachęca czytelników, by i w sobie je odnaleźli i pielęgnowali. Przyznam, że te kilka zdań na temat każdego z biblijnych bohaterów trafia do głębi serca. Ja zrobiłam sobie zdjęcia niektórych z nich, by zawsze mieć je w telefonie. Są bardzo życiowe, niesamowicie aktualne. Dzięki nim dzieci od razu widzą, że historie biblijne to nie tylko opowiastki sprzed wieków, ale również (albo i przede wszystkim) opowieści o Prawdzie, która dzieje się także tu i teraz.
Pisałam, że moim zdaniem książeczki te są przeznaczone dla przedszkolaków. Mam jedno zastrzeżenie, mianowicie co do opowieści o Trzech młodzieńcach. Zostawiłabym ją chyba dla chłopców w wieku szkolnym, bo dla młodszych może być nieco zbyt drastyczna. Choć oczywiście każdy rodzic sam powinien zdecydować, na ile jest jego dziecko gotowe. Wiadomo, że programy telewizyjne i gry komputerowe już takim maluchom proponują dość agresywne treści.
Książki są bardzo porządnie wydane, w twardych, lakierowanych oprawach, na kredowym papierze. O ilustracjach już pisałam, jestem pod dużym wrażeniem. W każdej z nich znalazłam po dwa błędy, więc nie jest najgorzej. Mogę z czystym sercem polecać.







Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Jedność

sobota, 13 listopada 2021

Dom Holendrów – Ann Patchett

Wydawnictwo: ZNAK
Warszawa 2021
Oprawa: twarda
Liczba stron: 336
Tytuł oryginału: The Dutch House
Przekład (Z j. angielskiego): Anna Gralak
ISBN: 978-83-240-7335-1
 
 



Spodziewałam się literackiej uczty, jako że to nie moje pierwsze spotkanie z Ann Patchett i się nie zawiodłam. Jej "Dom Holendrów" jest równie dobry jak "Dziedzictwo". A może nawet lepszy.

Gdybym miała w jednym zdaniu, czy nawet jednym tylko akapicie opisać, o czym jest ta książka, z pewnością by mi się nie udało. Jest w niej bowiem tyle różnych wątków, tyle symboliki, tyle wiążących się ze sobą kwestii, wydarzeń wynikających z siebie nawzajem. Powieść po prostu zachwyca wielowątkowością, w której jednak nie sposób się pogubić, co jest zadaniem dla autora niezwykle trudnym. Widać od razu, że warsztat Patchett ma doskonały.

Już na pierwszy rzut oka urzeka okładka i jest ona niesamowicie osadzona w treści. Prawdziwą przyjemność sprawiło mi szukanie, z czego wynikają poszczególne jej elementy. Myślę, że wiele osób ma w tej kwestii podobne odczucia. 

Narratorem powieści jest Daniel. Opowiada o życiu swoim i swej rodziny. Osoby, z którymi miałam okazję rozmawiać o książce uważają w większości, że główną bohaterką jest Meave, jego starsza siostra. Ja jednak nie jestem taka pewna. Postaci nietuzinkowych i niezmiernie ważnych dla całej fabuły jest tu bowiem wiele.

Akcja rozgrywa się na przestrzeni kilku dekad, w Stanach Zjednoczonych. Jest to bez wątpienia rodzinna saga, obfitująca w niesamowite zwroty akcji, tak jednak bogata w przemyślenia, tak głęboko osadzona w ludzkich tragediach, że nie sposób porównać ją do popularnych sag, w których jednak pierwsze skrzypce wiedzie akcja i romans. Tutaj najważniejsze zdają się psychologia i socjologia. 

Wracając jednak do akcji i postaci. Matka Daniela i Meave odchodzi z domu, gdy chłopiec jest jeszcze mały. Nie do innego mężczyzny. Czuje, że musi wyruszyć do Indii, nieść pomoc potrzebującym. Dlaczego nie postrzegamy tego jako coś pozytywnego? Cóż, kobieta opuszczająca własne dzieci, małe dzieci po to, by zajmować się obcymi dziećmi jest postacią przynajmniej dyskusyjną. Próba jej oceny, wyjaśnienia jej wyborów, w końcu być może zapomnienia krzywd i wybaczenia przewija się przez całą powieść.

Choć fabuła "Domu Holendrów" jest wciągająca, to nie ona stanowi o wartości książki i dlatego nie będę jej opisywać. Zresztą nie chciałabym psuć Wam przyjemności z lektury. Zwrócę jednak uwagę na kilka kwestii, które szczególnie dotknęły mojego serca i zapadły mi w pamięć.

Należy pamiętać w czasie lektury, że oczekiwania wobec mężczyzn i kobiet w tamtych czasach (akcja rozpoczyna się zaraz po zakończeniu wojny i rozwija przez kolejne dekady) były zupełnie inne niż teraz. Caroline pragnęła zostać żoną lekarza. Było to dla pewną niej nobilitacją. Nie powinniśmy jej za to źle osądzać, wiele kobiet chciało dobrze wyjść za mąż. Mąż miał być stabilizacją, dać bezpieczeństwo, dom, pieniądze. kobieta miała opiekować się mężem, dziećmi i domem. Takie były wobec nich oczekiwania. Czy właściwe? Nie mnie to oceniać. Rzecz w tym, że z naszej współczesnej perspektywy lubimy oceniać decyzje ludzi żyjących kiedyś, a potem bohatera nie lubimy za to, że robił coś, co w danym okresie było postrzegane za normalne, zdrowe, zgodne z modą czy wręcz doceniane jako wartość wyższa od innych. W bardzo subtelny sposób, między wierszami, Patchett nam to wypomina.

Maeve jest dla Danny'ego niczym matka i Caroline w pewnym momencie tak ją traktuje, jak upierdliwą teściową, na niej się może wyżywać, a kiedy jej zabraknie, nie ma już na kogo zwalać win za nieudane małżeństwo i w końcu się ono rozpada, bo całe negatywne nastawienie zostaje skierowane przeciw Danielowi.

Matka Daniela i Meave z kolei wprowadza nas w temat oddania się potrzebującym kosztem własnej rodziny. Trudno jednoznacznie orzec, czy to postać pozytywna, czy negatywna. Ja nie potrafiłam się do niej przekonać, choć pewnie znajdą się czytelnicy, którzy odbiorą ją inaczej. Poświęcenie się pracy na różnych poziomach, zarówno matki, jak i ojca jest kolejnym ważkim wątkiem w tej opowieści. Ciekawe, że ojca oceniamy surowo, ale dla matki nie mamy litości. Czy to uczciwe?

To także powieść o potrzebie rozmowy, o niespełnieniu, o życiu przeszłością (często wręcz traumatyczną, naznaczoną bólem i żalem), w końcu właśnie o matce marnotrawnej, o czym wspomniano na tylnej okładce.

Bohaterem jest poniekąd również, czego można się domyślać po tytule, sam dom. Amerykanie wciąż się przeprowadzają, za pracą, za rodziną, za nowymi możliwościami, a ten dom pokazywał, że wszystko może być mocno osadzone i niezmieniane przez pokolenia. Tak, jak często w domach starszych Polaków. Różnice kulturowe są tu mocno widoczne. Dom był zupełnie inny od tych, które bohaterowie znali, ma przeszklony na wylot hall, ma salę balową na piętrze, aż trzy kondygnacje, mnóstwo schodów. Jest nietypowy zarówno dla budownictwa amerykańskiego, jak i holenderskiego, a niemałe znaczenie mają również jego elementy zdobnicze, przywiezione na specjalne zamówienie wcześniejszych właścicieli z samej Europy, która zdaje się być jakąś wyjątkową krainą (nawet zaraz po wojnie). Dom możemy też rozumieć znacznie szerzej. Jako azyl. Dom naszego dzieciństwa, niezależnie od trudnych chwil, które przecież każdemu się przytrafiają, często bywa tą przystanią, którą z rozrzewnieniem wspominamy, do której chcielibyśmy wracać, która jest jakimś wzorem, do której dążymy. Pojawia się w powieści również ciekawy wątek swoistego domowo-samochodowego stalkingu (więcej nie zdradzę, przeczytajcie sam, co kryje się pod tym pojęciem).

W domu Holendrów bliższe kontakty mają członkowie rodziny ze służbą niż z sobą nawzajem. Czy to znak czasów? Absolutnie nie. To oznaka straszliwej nieumiejętności nawiązania naprawdę głębokich kontaktów. Uciekania przed problemami. Nie mówienia o swoich potrzebach. "Dom Holendrów" to bowiem chyba przede wszystkim powieść o tym, że musimy nauczyć się rozmawiać. Bez rozmowy nie da się budować relacji. Brak rozmów w związkach doprowadził do tego, że bohaterom wciąż było czegoś za mało, albo wciąż za dużo. Pojawiało się i rozwijało totalne niedopasowanie między nimi. Nawet gdy pragnęli się nawzajem uszczęśliwiać, nie wychodziło im to i napięcie między nimi oraz przepaść rosły.

Zresztą książka ta przesiąknięta jest też subtelnie i delikatnie ukazywanymi symbolami. Symbolem takim jest noga ojca rodziny. I to na różnych płaszczyznach.  Dom z wieloma schodami. Samochód jako swoisty azyl. Portret Meave.

To w końcu, co najmocniej widać w przypadku samego Daniela, powieść o szukaniu siebie, swojej drogi w życiu. Można to górnolotnie nazywać misją czy powołaniem, ale chodzi też o takie zwyczajne miejsce w społeczeństwie. Poszukiwanie tego, kim jestem, czego właściwie chcę, czego oczekuję od innych, z jakimi oczekiwaniami mogę i powinienem się mierzyć co do mojej osoby. I w końcu jak pogodzić sprzeczne oczekiwania, co dla Daniela i Meave było kwestią mającą reperkusje przez całe ich życie i aż dziw, że mimo to byli z sobą tak zżyci i mieli tak dobry kontakt.

W czasie lektury brakowało mi chyba jakiegoś bohatera stricte pozytywnego, wszyscy oni są mniej lub bardziej tragiczni. Chyba najbardziej pozytywna jest Meave, choć przecież widzimy bardzo dokładnie jej ciemną stronę, która w dużym stopniu przesądza o dalszych losach jej i Daniela, a nawet pozostałych członków tej trochę patchworkowej, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, rodziny. Zemsta na macosze, którą sobie dokładnie zaplanowała jest czymś, co trudno jednoznacznie ocenić. Choćby dlatego, że o tamtej kobiecie tak niewiele wiemy. Skąd przybyła, co się stało z jej poprzednim mężem, jakie miała pobudki poza "dobrym zamążpójściem", by wżenić się w tę rodzinę. Jednocześnie przecież widzimy, że ojciec Daniela i Meave nie potrafił z nikim zbudować dobrej relacji. Ani z kobietą, która nie umiała postawić w domu na swoim, ani z taką, która tym domem de facto rządziła. Jego żony różnią się od siebie diametralnie, a z żadną z nich nie umiał by szczęśliwy. 

Powieść czyta się rewelacyjnie, właściwie połyka się książkę, a jednocześnie tak wiele myśli się jej poświęca. Minęły już trzy miesiące od lektury, a ja wciąż do niej wracam myślami. Jest bardzo mocna, dotyka na wielu różnych poziomach i zmusza do przedefiniowania pewnych pojęć, do zastanowienia się nad tym, jak żyjemy i dlaczego nieraz coś nie wychodzi tak, jak byśmy tego pragnęli. Choć opowiada historię sprzed lat jest niesamowicie aktualna. Polecam z całego serca!

 

 




Książkę przeczytałam w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki

wtorek, 9 listopada 2021

Położna. O mojej cioci Stanisławie Leszczyńskiej – Maria Stachurska

 

Wydawnictwo: Burda Książka
Warszawa 2020
Oprawa: twarda
Liczba stron: 320
ISBN: 978-83-8053-645-6
 

 

Zabrałam się do lektury książki, ponieważ chciałam zapoznać się z nią zanim pójdę do kina na film. Do dzisiaj nie dane mi było tego filmu zobaczyć, ale jestem wdzięczna za możliwość przeczytania książki. Myślę, że jest ona bardzo ważna i bardzo aktualna w swoim wydźwięku. Szczególnie dzisiaj, gdy na nowo rozgorzała debata dotycząca aborcji.

Choć na okładce napisano, że to "pierwsza pełna biografia" położnej z Auschwitz-Birkenau, ja określiłabym tę pozycję bardziej jako opowieść rodzinną bardzo mocno osadzoną na faktach. Choć widać, że w niektórych momentach autorka musiała dodać coś od siebie, być może coś dopowiedzieć, coś nawet wymyślić. Dlaczego nie zgadzam się z nazywaniem "Położnej" biografią? Ponieważ nie ma w niej żadnych przypisów, żadnych odnośników do konkretnych źródeł (jeśli pominąć wspominany często "raport"). Nie sposób stwierdzić, które informacje wynikają z kwerendy dokumentów, a które są rodzinnymi wspominkami, zasłyszanymi – teraz czy dawniej – przez autorkę. Dla mnie nie umniejsza to wartości pozycji, czyni ją bardziej przystępną dla czytelnika, lżejszą w czytaniu (choć przecież temat jest niezwykle trudny), bardziej kładącą nacisk na ogólne przesłanie życie Stanisławy Leszczyńskiej niż na suche fakty. Trudno jednak obronić tezę, że jest to biografia, tym bardziej pełna.

"Miałam 16 lat kiedy odeszła. Pamiętam wiele, ale moje wspomnienia były zbyt ubogie, by mogła powstać z nich książka. Kiedy po śmierci jej synów zostałam zasypana dokumentami, wspomnieniami i zapiskami o cioci Stasi – poczułam, że jest to swoistego rodzaju testament, który należy wypełnić. Pokazać światu, kim naprawdę była słynna położna z Auschwitz-Birkenau. Napisać nie o ikonie tylko o prostej kobiecie, bo taka była: pełna ciepła i zrozumienia dla każdego człowieka." Tak oto swoją opowieść o cioci rozpoczyna Maria Stachurska (prywatnie m.in. mama Ani Lewandowskiej i teściowa Roberta). Każdy rozdział rozpoczyna się od krótkiej scenki zainscenizowanej przez autorkę. Te momenty są beletryzowane, ukazują główną bohaterkę w działaniu, w  otoczeniu najczęściej rodziny. Nie możemy wiedzieć czy wydarzenia tam opisane miały miejsce, czy Stachurska chciała nimi jedynie uwypuklić pewne cechy Leszczyńskiej, uczynić ją jeszcze bardziej ludzką (czy to możliwe?). W każdym razie dodają całości lekkości i, moim skromnym zdaniem, są taką chwilą na wzięcie oddechu.

Kim zatem była Stanisława Leszczyńska, nasza polska służebnica Boża? Zobaczymy ją na przestrzeni wielu dekad, Stachurska nie skupia się li tylko na czasie spędzonym w obozie. Opowieść rozpoczyna od dzieciństwa, w którym miał miejsce bardzo ciekawy epizod. Szkoda, że nie napisała o nim więcej. Chętnie poczytałabym jeszcze o latach, które Stasia spędziła w Brazylii i jaki miały one wpływ na jej późniejsze życie. 

Ciężka praca położnej szła w parze z życiem rodzinnym. Stanisława, mocno osadzona w Bożej miłości, w drugim człowieku zawsze dostrzegała Jezusa. Niosła pomoc potrzebującym,, nie patrząc na zawartość portfela. Była bardzo szanowana w Łodzi. Posyłano po nią do rodzących w różnych porach dnia i nocy, a ona zawsze pędziła. Przygotowana, choć zaspana, profesjonalna, choć zmęczona. Niezależnie od narodowości czy wyznania rodzącej.

Gdy wybuchła wojna była już, można rzec, kobietą ustatkowaną, po czterdziestce, mężatką, matką dorosłych dzieci. Miała duże doświadczenie w pracy położnej. Odbieranie porodów było dla niej nie tylko chlebem powszednim, ale codzienną misją do wypełnienia i czyniła to z wielką miłością i szacunkiem zarówno dla położnic jak i nowonarodzonych dzieci. Choć widziała różne domy i przyjmowała na świat noworodki w różnych warunkach, z pewnością nigdy nie spodziewała się tego, co czekało ją w obozie.

Opisy dotyczące Oświęcimia są przerażające, przejmujące grozą. Przewód kominowy, który służył za łózko ginekologiczne. Natychmiastowe uśmiercanie dzieci pochodzenia żydowskiego. Odbieranie aryjsko wyglądających noworodków matkom i wysyłanie ich do Niemiec, położnice wędrujące z nowonarodzonymi kruszynkami do komór gazowych. Brak środków przeciwbólowych czy higieny były dla tamtych matek chyba najmniejszym zmartwieniem. A ona? Ona trwała przy ich. Trzymała za rękę. Modliła się z nimi i za nie. Nie dziwne więc, że nazywały ją mamą, bo nią właśnie dla nich była. Tą, która w całej tej grozie nie zatraciła człowieczeństwa. Która za wszelką cenę starała się uratować życie drugiemu człowiekowi. Która do końca nie traciła nadziei. Uratowała wiele dzieci. M.in. dzięki temu, że tatuowała im niewielkie znaczki tuż po urodzeniu i zapisywała, które dziecko otrzymało jaki znaczek. W ten sposób, jak miała nadzieję, matki będą mogły odnaleźć po wojnie odebrane im dzieci. Była niezłomna w swym działaniu. Również po wojnie.

Dwanaście lat po wojnie napisała swój raport. Dokument, w którym opisała tamte dni. Położna z Auschwitz. Numer więźniarki 41335. Stanisława Leszczyńska. Człowiek już za życia uważany za świętego. Dla wielu ciężarnych i położnic w obozie po prostu mama.

Choć można zarzucić książce, że ma luki, przedstawia postać Stasi na tle rodziny, pracy, Polski, która zmieniała się na przestrzeni kolejnych dekad. Stachurska tworzy piękną, wciągającą, ciepłą rodzinną opowieść o kobiecie niezwykłej. Pisze ładnym językiem, dba o szczegóły, odmalowuje historię dotąd mało znaną. Ilustruje to wszystko całkiem licznymi fotografiami. 

Jeśli jesteście zainteresowani postacią Stanisławy Leszczyńskiej to poza książką Stachurskiej i filmem kinowym na jej podstawie możecie jeszcze znaleźć na naszym rynku inne tytuły: "Położna z Auschwitz" Magdy Knedler i "Anioł życia z Auschwitz" Niny Majewskiej-Brow. Rodzina jednak autoryzowała dotąd jedynie książkę, o której dzisiaj piszę. Dwóch pozostałych na razie nie czytałam, choć pewnie po nie sięgnę.

Należałoby "Położńą" rozpowszechnić, nie tylko w Polsce, by jak najwięcej ludzi poznało heroizm Stanisławy Leszczyńskiej. Miejmy nadzieję, że tak się stanie choćby w związku z trwającym od 1992 roku procesem beatyfikacyjnym. Polecam z całego serca.


poniedziałek, 25 października 2021

Stukot kół w naszych snach – Władysław Czuj, Monika Przedwojska

 

Wydawnictwo: ŚZŻAK Okręg Zamość
Zamość 2021
Oprawa: miękka
Liczba stron: 79
Ilustracje: Władysław Czuj
ISBN: 978-83-951832-5-6
 
 



Książka, niedługa, napisana została jako wspomnienia Władysława Czuja z czasów, gdy wraz z rodzicami został zesłany na Sybir. Na okładce widzimy rodzinne zdjęcie, jak się okazuje po przejrzeniu książki, wykonane w 1928 albo 1929 roku, a więc na dekadę przed rozpoczęciem wojny. Na fotografii szczęśliwa rodzina, rodzice i trzech synów (najstarszy z pierwszego małżeństwa Ludwika Czuja). Uśmiechnięte dzieci, poważni, ale wyglądający na zadowolonych z życia, rodzice. Elegancko ubrani jak przystało na wizytę u fotografa. 

Życie ich, oczywiście, nie było cukierkowe, oboje byli bardzo "robotni", cenili pracę i przynoszone przez nią owoce. Wychowywali dzieci, które wspominały swe dzieciństwo jako radosne i beztroskie. Aż świat zatrząsł się w posadach i wszystko dawne przeminęło. 

Już od pierwszych zdań dom rodzinny jawi się we wspomnieniach Władysława Czuja jako ciepłe  miejsce, pachnące pieczonym przez mamę chlebem. Opis samego domostwa i jego otoczenia przenosi czytelnika do Kipiaczki niedaleko Horodenki, skąd rozciągały się sielskie widoki, powietrze było rześkie, a gospodarstwo przynosiło zyski i radość. Te piękne, pełne nostalgii opisy uzupełniają szkice Czuja, który od dziecka lubił rysować, a ostatecznie został malarzem.

Delikatne, niemal poetyckie wspomnienia z lat dziecięcych stoją w dysproporcji nie tylko do samych dalszych wydarzeń, stanowiących główny temat tej pozycji. Są również zróżnicowane językowo. Bo choć ten początek zdaje się taki nieco mickiewiczowski, romantyczny, napisany bardzo emocjonalnie, to dalsza część jest jakby okrojona z uczuć. Nie ma tu zbędnego sentymentalizmu, nie ma użalania się nad własnym losem, żadnej ckliwości. Ten pozorny brak uczuć w opisach związanych z zesłaniem może początkowo budzić wątpliwości, ale zdaje się niezmiernie istotny dla odbioru całości. Szczególnie na końcu lektury.

Książka skupia się głównie na tym, co Władysław i jego rodzice przeżyli na Syberii. Wysiedleni, wiezieni w wagonach towarowych, w nieludzkich warunkach, oddzieleni od pozostałych członków rodziny, przemierzyli szmat drogi, wsłuchując się w stukot kół jadącego torami pociągu. Stukot ten towarzyszyć im zresztą będzie w myślach i snach jeszcze na wiele lat po wojnie. Z nauki w szkole i lektur z młodości kojarzę te zwierzęce wagony głównie z wywózkami do niemieckich obozów koncentracyjnych i obozów zagłady. Dopiero niedawno zainteresowałam się historią Polaków zsyłanych na Wschód. Książka zatem tematycznie idealnie wpisała się w moje zainteresowania i muszę przyznać, że jest wyjątkowym, jak dotychczas, głosem. Dlaczego? Po pierwsze jest niedługa, po drugie pisana przez osobę, która to wszystko rzeczywiście przeżyła. Nie jest zbeletryzowana, nie ma tu żadnych zmyślonych wątków. Z drugiej strony nie jest również opracowaniem naukowym. Najlepszym dowodem na to, że Autor napisał tylko o tym, co zapamiętał jest mapa trasy, którą pokonali – "przypuszczalny szlak zesłania" rozrysowany według wspomnień z postojów, a nie na podstawie dokumentów historycznych.

Życie w Kazachstanie było trudne od pierwszego do ostatniego dnia.  Nawet dla osób obrotnych, ludzi obeznanych z codzienną pracą. Trwająca ponad miarę długo zima, mroźna, śnieżna, taka jakiej w Polsce nie znano, choć i Polacy w tamtych czasach znali zimę prawdziwszą niż my dzisiaj. Brak higieny, nadludzka praca, liczne zachorowania, kiepskie (by nie powiedzieć dosadniej) pożywienie, wypadki przy pracy. W końcu odmrożenia i śmierć z zimna. Niewiele było takich rodzin, które powróciły po wojnie, nie zostawiwszy tam, w Kazachstanie, grobów swych najbliższych. 

Władysław Czuj opisuje pięć lat zesłania (oraz kolejny rok, który przyszło tam przeżyć jego matce i który znał z jej wspomnień, a wcześniej z korespondencji z nią). Pracę, stosunki społeczne, warunki, w jakich przyszło im żyć, zasady administracyjne w kołchozach. Poznajemy więc codzienne zmagania wielu rodzin. Jest często płacz, gdy ktoś z bliskich odchodzi. Jest lęk, co przyniesie jutro. Ale jest też nadzieja, gdy przychodzą wieści z frontu. Wzruszenia, gdy żonę odnajduje mąż, wracający z wojny. O samych uczuciach Autor jednak tylko wzmiankuje, stwierdza fakty, krótko, a potem wraca do swej opowieści.

Tak samo pisze o swoim powrocie do Polski, o tym, jak wyglądała wędrówka z wojskiem, do którego dostał powołanie w 1944 roku. Szli z kilkoma innymi powołanymi, Niemcy zaczynali przegrywać, w Warszawie trwało powstanie, a oni szli przez ziemie, które niegdyś zamieszkiwały ich rodziny. Odnajdywali na swej trasie straszne widoki, ale i spotykali znajomych z dawnych lat. Te spotkania, wzruszające zapewne, również pozbawione są w opisie jakiejś takiej "babskiej" ckliwości. Widzimy wszystkie te wydarzenia oczami młodego człowieka, choć pisze je dojrzały mężczyzna u kresu swej ziemskiej drogi. I to męskie spojrzenie jest tu niezmiernie istotne.

Krótkie podsumowanie o tym, co się działo po wojnie, po powrocie matki, jest swoistym zamknięciem historii. Rozliczeniem się z przeszłością. Zdjęcia Autora z rodziną, którą założył, informacja o dzieciach, wnukach i prawnukach tworzą pewną klamrę. Bo wszystko zaczęło się, gdy jego ojciec wyjechał do Stanów Zjednoczonych i tam zarobił pieniądze, za które po powrocie do Polski zakupił ziemię i tam spłodził pierworodnego. Wszystko zaczęło się od rodziny, wszystko kończy się na rodzinie. Myślę, że to ważne przesłanie, ważny akcent. 

Książka napisana jest bardzo ładnym językiem. Różnice w opisach różnych czasów już  przedstawiłam. Uważam, że mają kolosalne znaczenie dla odbioru opowieści jako całości. Jednocześnie miałam wrażenie, że tę historię słyszę, a nie widzę. To znaczy, że ktoś mi ją opowiada. Takim stylem jest pisana, jakby dziadek siedział w fotelu i opowiadał ją swoim wnukom. Poczułam się na chwilę jakby członkiem tej rodziny. Ma to jednak i swoje mankamenty, ponieważ język mówiony, potoczny (choć u Czuja mimo wszystko dość literacki) różni się nieco od pisanego i błędy wypowiedziane są znacznie krytyczniej przyjmowane, gdy je zapisano. Co mam na myśli? Że czyta się płynnie i dobrze, ale redakcja mogłaby popracować trochę nad błędami interpunkcyjnymi i nie tylko. Nie było ich bardzo dużo, ale jednak na tak niewielką objętościowo pozycję, sporo.

Dodam jeszcze, gwoli wyjaśnienia, kim jest współautorka. To wnuczka Władysława Czuja, która współtworzyła z nim prace nad spisaniem jego wspomnień. Początkowo planowali inną formę, postanowili jednak ostatecznie (zainteresowanie pani Moniki historią rodzinną, przeprowadzone przez nią rozmowy i wywiady miały na to niemały wpływ) wydać wspomnienia w formie książki. Dzięki temu historia rodzinna ujrzała światło dzienne w szerszym gronie.

Na zakończenie chciałam jeszcze zwrócić uwagę na to, że w publikacji znajdują się również zdjęcia oraz szkice autorstwa Władysława Czuja, które są jej dużym atutem.

Jeśli interesuje Was ta tematyka, chcecie poczytać wspomnienia jednego z Sybiraków,  polecam lekturę.




Za książkę dziękuję pani Monice Przedwojskiej

czwartek, 21 października 2021

Gorzko, gorzko – Joanna Bator

 

Wydawnictwo: ZNAK
Warszawa 2020
Oprawa: twarda
Liczba stron: 656
ISBN: 978-83-240-610-37
 
 



Po "Ciemno, prawie noc" miałam bardzo długiego kaca. Trwał, bagatela, siedem lat! No dobrze, przyznaję, że kilka razy myślałam o tym, że chciałabym przeczytać jakąś kolejną powieść spod pióra Joanny Bator. Myślałam, szukałam, ale wciąż coś mnie od tego pomysłu odwodziło. Zdawałam sobie sprawę, że sporo bym ryzykowała. Bo to literatura, choć najwyższego kalibru, bardzo ciężka, zapadająca w pamięć raczej mrocznymi elementami. Odmalowana w barwach, które – szczególnie w dzisiejszych, pandemicznych czasach – staram się omijać. Stało się jednak, wybraliśmy "Gorzko, gorzko" jako jedną z naszych lektur w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki. Czy żałuję?

Akcja powieści rozgrywa się, co nie powinno dziwić, czego można się było spodziewać po tej autorce, na Śląsku. Osadzona jest głównie w Unisławiu Śląskim, Wałbrzychu, Wrocławiu i Sokołowsku. Sam fakt "pojawienia się" na tej liście Wałbrzycha wróży, że będzie nieco przygnębiająco, trochę strasznie, gorzko właśnie. Tak od niemal dwóch dekad postrzegam to miasto i zawsze, gdy pojawia się w jakiejś książce, nastawiam się na smutne sceny, szare barwy, biedę. W "Gorzko, gorzko" Bator tak go zresztą maluje. Podobnie było w "Ciemno, prawie noc". I niewiele różni się tutaj również klimat Unisławia Śląskiego. Zupełnie innym światem, powiewem modnego Zachodu, zdaje się być niczym jakiś symbol, azyl dla wolnych, niebieskich ptaków, Wrocław. Miasta w tej powieści są również bohaterami, może nie pierwszoplanowymi, ale niezmiernie istotnymi. A to, co się w nich dzieje jest niejako potwierdzeniem swoistych uprzedzeń co do nich. Wrocław jest piękny, barwny, nowoczesny, można w nim poczuć wolność. Wałbrzych to miejsce szare, nierozwijające się, zastygłe w marazmie i beznadziei.

"Gorzko, gorzko" to rodzinna saga, ale saga jakże inna od tych najpopularniejszych. Wyróżnia ją galeria barwnych postaci, z których każda jest niepowtarzalna. Nie można ich ze sobą pomylić.  Berta, Barbara, Violetta, Kalina. Młody, Mirek, Bazyl, Jakub. Rodziny Koch i Serce. Już sam sposób nadawania imion postaciom jest niezwykle, rzec można, finezyjny. Każdy z bohaterów ma swój charakter, swój sposób myślenia, działania, a nawet swój własny sposób wysławiania się. Nieumiejętność porozumiewania się przez Barbarę, wynikająca z jej niemieckiego pochodzenia i znalezienia się po wojnie w polskim sierocińcu. Sposób, w jaki mówi Violetta, wciąż zaznaczająca, że "przez V i dwa t". W końcu narracja Kaliny, która czasem mówi o sobie w pierwszej osobie, a czasem w trzeciej, o czym na samym początku czytelników uprzedza. Zabieg ciekawy, w pierwszej chwili wprowadza co prawda trochę zamętu, ale okazuje się bardzo udany. Podobnie w "Pokorze" pisze Szczepan Twardoch i również uważam ten sposób narracji za interesujący i pasujący do tej jego powieści. Wszystkie te elementy współtworzą niezwykle plastyczny, żywy świat, w którym jednak wciąż czai się śmierć.

Złożoność fabuły może niektórych zniechęcić do czytania, jednak naprawę warto zagłębić się w tę niesamowitą powieść. Każde słowo ma tutaj znaczenie. Nie przejdzie system czytania jedyne dialogów. Ani zapoznania się z "biografią" tylko jednej z głównych bohaterek. Ich historie przeplatają się, Bator tworzy sieć zależności, różne sytuacje powtarzają się międzypokoleniowo, wybrzmiewają dopiero wówczas, gdy dostrzeże się ich prawidłowość na przestrzeni wielu dekad. 

Głównymi bohaterkami są Berta, córka rzeźnika, jej córka Barbara, zwana Bunią, jej córka Violetta (przez V i dwa t) oraz jej córka Kalina, narratorka starająca się opisać rodzinne losy. Berta żyła jeszcze przed wojną, gdy Unisław Śląski był niemiecki. Była Niemką. Miała marzenia. Miała czelność mieć marzenia. Czytała, śniła na jawie. Chciała żyć pełnią życia. Jednak wychowana przez ojca, który przyuczał ją do swego zawodu (a niejako "przy okazji" molestował), nie miała wielkich szans na spełnienie swych młodzieńczych, pełnych romantyzmu snów. I wtedy w jej życiu pojawił się Młody. Cygan, który ją uwiódł, dał nadzieję na lepsze jutro, a potem odjechał. Nie wiedząc, że dziewczyna spodziewa się dziecka. Nie to jednak, nie ciąża Berty, doprowadziło do prawdziwej rodzinnej katastrofy.

Barbara przyszła na świat w więzieniu. Berta zmarła, a ona trafiła do sierocińca, który po zakończeniu wojny stał się polskim. I stamtąd, z tego polskiego domu dziecka, zabrali ją państwo Serce. Mieli stać się rodziną, ale nierodzice i niecórka nigdy do końca się nią nie stali. Każde z nich miało swoje traumy do przerobienia i niekoniecznie potrafiło sobie z nimi poradzić. Tragizm tej sytuacji najbardziej zapadł mi w pamięć. Poruszył znacznie mocniej niż inne relacje, które nawiązywali bohaterowie powieści.

Barbara zakochuje się w cudownym mężczyźnie, jednak ich związek szybko się kończy. Mirek do końca jej dni pozostanie symbolem tego utraconego szczęścia, które mogło być, a jednak się nie wydarzyło. Spokoju, poczucia bezpieczeństwa i miłości. Osobiście wcale nie uważam, że był on jakimś wyjątkowo fascynującym pretendentem na partnera z pewnością jednak zacznie lepszym niż człowiek, z którym Barbara się ostatecznie związała na wiele lat. I znów zły wybór potencjalnego ojca dla dziecka.

Violetta jest chyba jedyną postacią kobiecą, której w tej książce czytelnik szczerze nie  lubi. Co ciekawe, o ironio, to również pierwsza w rodzie, która nie popełniła żadnej zbrodni. Owszem, nie potrafiła kochać. Uciekała w związki, ale uciekała przed miłością. Porzuciła własne dziecko, szukając wciąż siebie (i nie mogąc znaleźć, bo trudno jest znaleźć coś, jeśli nie wie się, czego się szuka). Raniła, kombinowała, była samolubna, ale... nikogo nie zabiła.

W końcu Kalina, której imię matka wybrała z powodu jakiegoś artykułu w gazecie. Próbująca jakoś odnaleźć się w świecie nowoczesnym, połatać dziurawe życie swoich przodków, zbudować prawdziwą, głęboką relację z chłopakiem, który jest miłością jej życia. Nie pozwalająca sobie na słuchanie "wrogich podszeptów" na temat ukochanej Buni. Szukająca odpowiedzi na tysiące pytań. Odważna, choć przecież nie mniej od swych przodków poharatana przez życie. 

"Gorzko, gorzko" to jednak nie powieść tylko o kobietach. Bardzo ważne są i męskie postaci. Kreacja Jakuba Serce to najwyższy majstersztyk. Odmalowanie Mirka jako niemal ideału w oczach Barbary, pokazanie Młodego (i w ogóle wprowadzenie Cyganów, jak w "Ciemno, prawie noc"), który w pewien sposób powraca w różnych wcieleniach, Bazyla Ochęduszko, który przewija się w historii kilku pokoleń rodziny, w końcu Konrada, którego osoba na końcu okazuje się zupełnie inna, niż można się na początku spodziewać. Wszyscy ci mężczyźni współtworzą barwny (choć odmalowany w barwach ciemnych) pejzaż świata przedstawionego.

Bator nie boi się pisać o deficycie miłości, o tym jak bohaterowie, poprzez swoje wybory, tworzą łańcuch przyczynowo-skutkowy dla wielu kolejnych pokoleń. A jednocześnie tworzy pewną magię, pewną międzypokoleniową "klątwę", która "każe" kobietom podejmować błędne decyzje, powielać błędy przodkiń, nawet, gdy o nich nie wiedzą. Mamy więc z jednej strony biedę i brak nadziei, szarość dnia codziennego i brak miłości, makabryczne odkrycia i rodzinne zbrodnie, a z drugiej ciepło w kontaktach na linii babcia-wnuczka, jasnowidza, który może wszystko odmienić (i poniekąd w pewnym momencie odmienia), przyjaźń chłopaka i dziewczyny, która trwa przez długie lata. Mamy problem molestowania, próbę odnalezienie siebie za wszelką cenę, przemoc domową, niemoc, traumy wynikające z czasów wojny, problem nieobecności bliskich. Bator nie boi się poruszać trudnych, niewygodnych, bolesnych spraw, ubierając je w wartką akcję, głębokie przemyślenia i często bardzo drastyczne sceny, które w czasie lektury widzimy oczami wyobraźni.

Minusy? Początek, który nie doczekał się żadnego logicznego rozwinięcia i wyjaśnienia. Choć niektórzy widzą w nim jakiś głębszy sens, mam wrażenie, że robią to raczej na siłę. 

Na pewno na kolejne długie lata pozostaną mi przed oczami widoki poustawianych w piwnicy słoików Buni, altanka na Działkach, czy przygotowywanie kiełbas przez Bertę. Chętnie znowu sięgnę do twórczości Bator, ale na pewno nie w tym roku. Jej książki należy sobie dozować.

To powieść smutna, przejmująca, tragiczna, dołująca, sprawiająca ból do trzewi, makabryczna. Opowiedziane historie misternie się przeplatają, zaskakując wciąż nowymi zwrotami akcji. Bardzo długo nie dajemy sobie sprawy np. dlaczego Barbara trafiła do więzienia, choć niemal od początku wiemy, że do tego doszło. W końcu to książka napisana pięknym językiem, który niemalże kontrastuje z... gorzką treścią. Cisną się na język pewne kulinarne przenośnie, pominę je jednak milczeniem. Dlaczego, dowiecie się, kiedy przeczytacie historię, mającą swój początek w domu rzeźnika.

 
 




Książkę przeczytałam w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki