Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

środa, 12 grudnia 2012

Kiedy król gubi swój kraj - Maurice Druon

Wydawnictwo: Wydawnictwo Otwarte
Kraków 2011
Cykl: Tom VII (ostatni)
Oprawa: twarda
Liczba stron: 341
Przekład: Adriana Celińska
ISBN: 978-83-7515-161-9




Wiecie doskonale, że przy poprzednich sześciu tomach piałam z zachwytu. Mogło się to nawet wydawać dziwne i nienaturalne – a jednak, każda z tych książek była wyśmienita, niesamowita, genialnie napisana i powodów do zachwytu było wiele. Tym razem – niestety, ich nie będzie.
Druon napisał wspaniałą sagę i w szóstym tomie zakończył wszystkie wątki, nie zostawiając czytelnikowi żadnego niedosytu. Rzadko kiedy udaje się przy tak rozbudowanej fabule nie zapomnieć o którymś bohaterze – jemu się udało. Tak powinno zostać – "Królowie przeklęci" winni byli się zakończyć na powieści "Lew i lilie". Cóż podkusiło autora, by po siedemnastu latach napisał kontynuację? Nie mam pojęcia. Nie wyszła jednak i pozostawia pewien niesmak, jak niezbyt udany deser po naprawdę wyśmienitym daniu głównym.
Początkowo zapowiada się ciekawie – nowy typ narracji, interesujące podejście do tematu. Trochę bawi, trochę rozczula, jednak po kilkunastu stronach zaczyna nużyć i czekamy, aż opowieść dobiegnie końca i znów napotkamy wartką akcję znaną nam z poprzednich części. Czekamy, czekamy, strony lecą, a tu nic... I tak już niemal do końca.
Mnogość informacji powala – nawet dobre akademickie podręczniki do historii były bardziej zrozumiałe. Gdy bowiem w jednej scenie spotykamy czterech królów i niestety przynajmniej dwóch z nich nosi to samo imię... zaczynamy się lekko gubić. Każdy z nich przecież nosił po kilka tytułów i autor, by nas nie znudzić (sic!) używa ich zamiennie, co jedynie potęguje zamieszanie.
Opowieść snuta przed kardynała de Perigord jest po części jego wspomnieniami, po części zasłyszaną przez niego historią. Z pewnością miało to ubarwić narrację, niestety tylko ją skomplikowało. Powtarzanie tego, co gdzieś od kogoś usłyszał, nie wychodzi mu najlepiej i jest nienaturalne. Ploteczki, plotki, zasłyszane informacje... Każdy natomiast przedstawia historię tak, by najlepiej w niej wypaść, co sprawia, że opowieść jest wielokrotnie subiektywna.
Niestety, nie spotykamy na kartach ostatniego tomu znanych nam bohaterów – zmarli wszakże wszyscy w poprzedniej części. Nie jesteśmy do nikogo przywiązani, a mnogość nowych bohaterów mąci w głowie.
Genialne – temu nie można zaprzeczyć – jest zakończenie, czyli opis wielkiej bitwy pod Poitiers i to jest moim zdaniem jedyny wielki plus tej powieści. Poza nielicznymi błędami i naprawdę świetną korektą.
Czytałam z wysiłkiem i dotarłam do końca właściwie tylko z szacunku dla autora i dlatego, że głupio byłoby zostawić te niewiele stron nieprzeczytanych, skoro zmierzyłam się z całą sagą. Przykro mi, jednak nie polecę z serca tej książki. Oczywiście, warto ją przeczytać dlatego, że jednak jest częścią całości (bardzo luźno nawiązującą, moim zdaniem). Ciekawy jest początek – jakieś pierwsze kilkanaście stron, kiedy ujmuje narracja i zakończenie. Środek spokojnie możnaby wyrzucić, wtedy jednak powstałaby co najwyżej nowelka, a z pewnością nie o to chodziło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz