Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

wtorek, 4 grudnia 2012

Lot w nieskończoność - Joseph-Henri Rosny Senior



Wydawnictwo: Wydawnictwo „Bibljoteki Groszowej”
Warszawa, 1927
Oprawa: twarda
Liczba stron: 123
Przekład: Halina Korska
ISBN: brak (książka wydana przed 1966 rokiem)







Troszkę może naiwna, a jednak fascynująca wyprawa na Marsa, do połknięcia w jeden zimowy wieczór.
Lekkie pióro, ciekawe spostrzeżenia, fantastyczne pomysły – wszystko to znajdziecie w tej krótkiej książeczce. I wiele, wiele więcej.
Otóż ludzie zbudowali niesamowity pojazd, zwany Stellarium (przeszklony, wygodny, bezpieczny), dzięki którym można spokojnie polecieć na Marsa. Trzech zapaleńców – przyjaciół z dawnych jeszcze lat – podjęło się tego zadania i po trzech miesiącach podróży dotarło do czerwonej planety.
Tu się zaczynają ich fantastyczne przygody. Nic to, że początkowo jest ciężko, nie mogą znaleźć wody, a życie jakoś nie chce się również pojawić. Kiedy już jednak okazuje się, że Mars wcale nie jest planetą wymarłą – ilość i różnorodność żyjących na jego powierzchni (oraz pod nią) istot jest zniewalająca. Nie dość tego – rozwinęły się te organizmy w tak niespodziewany dla człowieka sposób, że niektórych nich nie sposób w ogóle pojąć według naszych miar i przyzwyczajeń.
Okazuje się jednak, że poza roślinami i zwierze tai wykształciły się tam jeszcze inne gatunki i to z jednym z nich przyjdzie się bliżej zapoznać. Bo choć początkowo porywają jednego z naszych walecznych i odważnych astronautów, okazują się nastawioną pokojowo, wymierającą powoli rasą istot bardzo inteligentnych.
Więcej nie opowiem, ponad to, że Rosny miał rzeczywiście baśniową niemal wizję tej – do dziś przecież nie do końca zbadanej – planety.
Początkowo drażniło mnie trochę podejście naukowe astronautów. Kiedy oni pobierali próbki żywych istot, by bezczelnie kroić je i oglądać po mikroskopem, wszystko było Obrze Kiedy jednak zostali zaatakowani przez „tubylców”, pełni byli oburzenia na tych „gburów”. Na szczęście zmieniło się to i w dalszych rozważaniach nie było już tego rażącego podziału na dobrych ludzi, którzy mogą sobie przybyć do innego świata i go niszczyć, niech się tylko przypadkiem jego mieszkańcy nie ważą podnieść rąk (czy jakichkolwiek innych części ciała) na człowieka…
Ogólnie rzecz biorąc – powiastka to doprawdy fantastyczna, ładnie napisana, wciągająca i zastanawiająca. Ujmujące jest również jej zakończenie.
Świetnie spisała się także korekta. Ciekawi mnie jedynie, dlaczego raz Ziemia pisana jest z dużej, a innym razem z małej litery- kiedy wyraźnie widać, że w obu przypadkach chodzi o nazwę planety. To jednak jedyne zastrzeżenie. Gorąco polecam!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz