Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Polcon 2012

Polcon, Polcon i po Polconie… Było zacnie, choć mam też parę zastrzeżeń, o których na końcu.
Po kolei zatem. Kolejka, jak to kolejka na dobrych konwentach – długa, kolorowa, radosna. Słońce świeciło, obok bufet, można się było posilić i napoić, czekając na swoją kolej w akredytacji. Cudnie, że dla tych, którzy już zapłacili wcześniej i musieli swoją jedynie odebrać, była osobna kolejka.
Zaczęłam w czwartek o 15, prelekcją o średniowiecznej magii z Anią Brzezińską. Temat wdzięczny, prelegentka, jak zawsze, urocza i fantastyczna. Uwielbiam jej słuchać! Rzeczowo, na temat, z uśmiechem i inteligentnym żartem, chętna do odpowiedzi na pytania słuchaczy. Jednym słowem – genialny początek merytorycznej części Polconu w Breslau.
Dwugodzinna prelekcja o ukraińskiej fantastyce zaintrygowała mnie na tyle, że do domu powróciłam z czterema tomiszczami Mariny i Siergieja Diaczenko. Prowadzący przedstawili nie tylko historię gatunku w dziejach swego kraju, ale nakreślili również społeczny krajobraz, tłumacząc różne zawiłości na rynku literackim Ukrainy. Na dodatek – o dziwo – niemal wszystko, co mówili rozumiałam i nie musiałam specjalnie słuchać tłumaczki. Wspaniałe odkrycie!
„Fantastyczne światy Franka Herberta” przekonały mnie do powtórnej lektury jednego z jego dzieł. Ponadto rozpoczęły ciekawą dyskusję. Cieszy, że jest nadal tyle osób na konwentach, które się tym tematem interesują. Dzięki więc prowadzącemu, że zgłosił się, by przygotować nam trochę informacji i przekazać je w ciekawy sposób. Dodatkowy plus za interesujące „ugryzienie” tematu J
„Niesamowity PRL”. Cóż, moja wina – nie doczytałam, w czym rzecz i nastawiłam się na coś kompletnie innego. Moja wina… Było… Ciekawie. Śmiesznie, zabawnie, szokująco… dziwnie. Na pewno nie było strasznie, choć to oczywiście nie tyle wina prowadzącego (choć prelekcja odbywała się w bloku Horror i groza) tylko filmów grozy czasu PRLu. Cóż – z pewnością było to ciekawe doświadczenie, którego jednak nie powtórzę i raczej nie skłoniło mnie do pogłębienia tematu, ani tym bardziej do obejrzenia któregokolwiek z przedstawianych pokrótce filmów „grozy”.
Koniec czwartku, czas na powrót do domu. Daleko, bo cięliśmy koszty, ale warto. Przynamniej trochę Wrocławia można zobaczyć z okien tramwaju, czy autobusu.
Piątek czas zacząć od… Gwiezdnych Wrót. „Układy w galaktyce Stargate” to przekrój pierwszych kilku serii SG-1. Być może w założeniu prowadzącego nawet całego serialu, niestety z powodu spóźnienia nie zdążył przedstawić nam wszystkich plansz. Szkoda. Byłam bardzo ciekawa podejścia do tematu Ori. Może następnym razem. Miłe przypomnienie kilku najważniejszych kwestii i ciekawe komentarze, chociaż liczyłam na ugryzienie mniej linearne, bardziej tematyczne.
Kolejne spotkanie z Anią Brzezińską – tym razem bardziej o życiu i twórczości. Pełna humoru i fascynujących dygresji opowieść snuta przez pisarkę, która została po raz kolejny nominowana do nagrody Zajdla (szkoda trochę, że nie wygrała). Dzięki niej mam kilka kolejnych interesujących tematów do zgłębienia, a osoby, które prowadzą prelekcje – dobrą lekcję, jak zrobić świetny efekt przy niedużych funduszach. Ania Brzezińska nigdy właściwie nie korzysta w komputera, rzutnika i prezentacji, a na spotkania z nią ciężko dostać się już po pierwszych kilku minutach, ponieważ sala pęka w szwach, a ona prowadzi ożywioną dyskusję ze słuchaczami, snując swe niesamowite opowieści, jednocześnie skromnie siedząc na krzesełku. Iście renesansowa osobistość.
„Języki bardzo obce” to kolejny przykład tego, jak z tematu, który ma wielki potencjał, a który można jednocześnie przedstawić w sposób do bólu nudny, zrobić coś genialnego. Dorota Guttfeld ma w sobie tyle energii, że nie sposób jej nie słuchać. Jednocześnie głowa pełna wiedzy i pomysłów, a danie to okraszone świetnym humorem prowadzącej i elastycznym podejściem do tematu. Czy mi też uda się kiedyś coś tak cudownie poprowadzić? Oby…
Spotkanie z Wydawnictwem Dobre Historie po raz kolejny. Nie ma się co dziwić – zaczynam z nimi współpracować, więc „musiałam” się pojawić. Kilka newsów, co chłopaki planują w najbliższym czasie, trochę pytań z sali, a w perspektywie trzeci numer czasopisma „Coś na progu” do odebrania w ciągu najbliższych dwóch godzin. Przyjemne spotkanie z trzema współwłaścicielami wydawnictwa przerwał mi sms od Męża z informacją, że… wygrałam akredytację na Worldcon w Londynie w 2014 roku! 60 funtów do przodu, genialne wakacje przed nami, satysfakcja niesamowita z tego, że to wygrana. Żeby tak jeszcze szczęście się uśmiechnęło do mnie, kiedy gram w Totka…
Największy bodaj hit konwentu czas zacząć – dwugodzinne spotkanie z Erichem Danikenem. Osobiście to nie był mój pierwszy typ, poszłam właściwie dlatego, że prosił mnie o to Mąż. W każdym razie mogę powiedzieć tyle – Daniken z pewnością nie wygląda na swój wiek i jestem w stanie zrozumieć, dlaczego ludzie tak tłumnie przybyli na spotkanie z nim. Ma w sobie tyle energii, którą tryska i tak niesamowitą osobność, że łatwo jest ulec jego urokowi. Zdziwiło mnie, że mówił po niemiecku, a nie po angielsku, ale to nie miało tak naprawdę większego wrażenia, ponieważ na sali było dwoje tłumaczy, którzy (jedno lepiej, drugie gorzej – bo to małżeństwo) dali sobie radę z nadążeniem za panem Erichiem. Ja nie wierzę w to, co mówił, ale te informacje, które są czysto naukowe, są niezmiernie ciekawe, a fakt, że wszystko to ilustruje własnymi zdjęciami i filmami, nie mówiąc już o wspomnianej energii – rewelacja. Tyle tylko, że kiedy wchodził na temat UFO… zamykały mi się oczka. Uwaga dla organizatorów – po jakiego diabła dawaliście nam miejscówki z numerami rzędów i krzeseł, skoro przy wchodzeniu okazało się, że dwa pierwsze rzędy są zarezerwowane dla VIPów, a reszta niech siada, gdzie chce? Chaos przez to wprowadziliście. Trzeba było nie numerować miejsc, albo najlepiej – kazać każdemu siadać według numeru na bilecie.
Panel „Co piszczy w polskiej grozie?”, w którym uczestniczyli Łukasz Śmigiel, Michał Gacek i Robert Cichowlas można najlepiej podsumować ich własnymi słowami: „Nie piszczy, wrzeszczy”. Godzinne spotkanie, z którego wszyscy miłośnicy grozy, horroru i suspensu wyszli z pewnością z większą niż dotychczas nadzieją, że polski rynek literatury tych gatunków wreszcie odzyskał głos i nie zamierza się poddać, przynajmniej w najbliższym czasie.
Ponowne spotkanie z Danikenem – jak wyżej. Trudno pisać co innego, skoro było tak samo, tylko tematyka zboczyła lekko bardziej w stronę Europy.
Króciutkie, bo zaledwie dwudziestominutowe spotkanie z redaktorem naczelnym serwisu internetowego Szuflada.net zaspokoiło właściwie moją ciekawość w temacie działalności i profilów tego serwisu, a jednocześnie dało trochę do myślenia. Kurcze, szkoda, że tak krótko, szczególnie, że Szuflada.net rozwija się prężnie, organizuje całe mnóstwo ciekawych konkursów literackich (w obecnym nawet biorę udział) i ma szanse na spore osiągnięcia.
Sobotę rozpoczęłam od spojrzenia na… koniec świata według dziewiętnastowiecznych mieszkańców imperium brytyjskiego. „Koniec świata dżentelmenów” to świetnie poprowadzona prelekcja mówiąca właśnie o tym, czego Brytyjczycy bali się najbardziej w dziewiętnastym i na początku dwudziestego wieku. Nie tylko, ale oczywiście przede wszystkim, w literaturze. Prowadzący przedstawił wnioski, które zamieścił w swej pracy doktorskiej, nie było tu jednak ani minuty uniwersyteckich nudów. Do rzucania warzywami i owocami w prowadzącego nie doszło, choć podobno był na to przygotowany! Świetny temat, rewelacyjne prowadzenie, genialnie przygotowana prezentacja – pełna strachów przeplatanych (nieangielskim) humorem – oto pobudzający do myślenia i uśmiechu początek soboty.
Dwie godziny oddechu, czyli czas na spotkanie ze znajomymi w „konwentowym” barze Cynamon. Przyjemne miejsce, miła atmosfera i rzesze cale konwentowiczów. Śniadanko, ploteczki i przepyszna kawka. Dzięki, Legion.
„Jak zadebiutować w Nowej Fantastyce?”… Krzesła, podłogi, podium, parapety – wszędzie zaś pełno ludzkich pośladków okupujących każdy centymetr przestrzeni w całkiem przecież dużej sali. I to nie tylko dlatego, że miał się pojawić Sapek. Nie było go i o tym wiedzieliśmy już gdzieś od drugiej minuty panelu, a jednak niewiele osób wyszło z sali. Cóż, sam Parowski miał problem, by do niej dotrzeć, mimo że przecież był jednym z prelegentów. Czego się dowiedzieliśmy? Kilku ciekawych przypowieści, jak to było kiedyś, jak debiutowali sławni dzisiaj pisarze i jak się zmienił redaktor naczelny na przestrzeni lat. Obiecano nam też konkurs z okazji trzydziestolecia pisma – już się zabieram do pisania…
Kto by pomyślał… „Tajemnice III Rzeczy” przyciągnęły takie rzesze (sic!) ludzi, że nie weszłam do sali. Pięć minut spóźnienia i okazało się, że nie ma tam już ani krztyny powietrza, gżdacze stoją na czatach i nikogo nie wpuszczają. Tego jeszcze nie było! Z perspektywą, że jak dobrze pójdzie to może po godzinie uda mi się wejść, przeszłam się po raz kolejny po budynku, odwiedziłam jeszcze kilka stoisk, zakupiłam mnóstwo książek, które później musiałam ze sobą przewieźć do domu (ku nieszczęściu mego Męża, który taszczył walizę), by w końcu drogi zajść na panel dotyczący przyszłości książki. A przyszłość tę wydawcy widzą w bardzo czarnych barwach i przestrzegają, że może być jeszcze gorzej w następnych latach. Ja jednak pozostaję dobrej myśli – w każdym razie ich wypowiedzi dały mi trochę do myślenia.
Kończymy sobotę bardzo… religijnie. Dyskusja z Wojciechem Szydą, autorem „Fausterii”, czyli religia w fantastyce. Jak się okazuje po dłuższym przemyśleniu – religia w fantastyce jest bardzo popularna i dużo na naszym rynku pozycji o niej traktujących. Wystarczyła mała burza mózgów.
Kiedy my wracamy do domu (koleżanki, u której się zatrzymaliśmy), na Polconie trwa Gala. Zajdle wędrują do Jakuba Ćwieka w kategorii opowiadanie i do Mai Lidii Kossakowskiej w kategorii powieść. Gratulujemy zwycięzcom. Dziw jedynie, że tak niewiele osób głosowało w ogóle.
Niedziela, walizki, pożegnania, ostatnie prelki i ścigające myśli o tym, że trzeba zdążyć na transport. Wspomnienia? Czemu nie. Panel z autorami, którzy może dawno już przeżyli swoje dwudzieste urodziny, ale nadal pozostają młodzi. Znani wielcy, którzy publikują od kilku/ kilkunastu lat. Trochę wspomnień przyprawionych odrobiną melancholii. Kilka rad, co zrobić, by ostatecznie się udało. I chyba najważniejsze – nadzieja, że po trzydziestce nadal można być młodym autorem.
Kolejna zapełniona po brzegi sala. Czy to romanse wampiryczne przyciągnęły konwentowiczów, czy energiczny zwycięzca, Kuba Ćwiek? Mnie temat, ale nie mam wątpliwości, że prowadzący miał sporo wspólnego z tym, że sala pękała w szwach, a tlenu powoli zaczynało brakować. Zabawnie poprowadzona dyskusja ze słuchaczami o tym, dlaczego te powieści tworzą właściwie jedynie kobiety i… dlaczego to źle? Cóż, nie sposób chyba nie zgodzić się z opinią Kuby Ćwieka – choćby na podstawie „True Blood”, która jest fatalnie napisaną książką (przez babeczkę w końcu) i świetnie nakręconym serialem (przez facetów, rzecz jasna). Coś w tym jest. Przegląd literatury, począwszy od „Drakuli” Stockera, a na „Zmierzchu” kończąc, okraszony niezdrową dla mięśni brzucha dawką humoru. Dobre wpomnienie na długie tygodnie (szczególnie, że właśnie zakończył się kolejny sezon „True Blood”).
Sabat czarownic. Ach te panie na miotłach. Mają tyle uroku. Palenie ich na stosach już nieco mniej, ale Milena Wójtowicz postarała się przedstawić nam temat w różnych aspektach. Merytorycznie i trochę zabawnie. Z dużą ilością zdjęć i ciekawych tekstów źródłowych. Jak sama wspomniała na początku – nie wierzy w to, co mówi. To jedynie ciekawy wątek historii, o którym warto mówić i który warto rozpatrywac pod kątem społecznym i psychologicznycm, a który z pewnością doda smaczku w lietarurze, którą niektórzy z nas uprawiają.
Na zakończenie (przynajmniej dla mnie, gdyż czas już naglił, by udać się na dworzec i wsiąść do autobusu) koty. Dyskusja Kossakowskiej i Białołęckiej to doprawdy przekomiczne, urokliwe i pełne miłości do tych zwierząt anegdoty. Z literatury, życia, legend. Bo jak nie kochać tych puchatych stworzonek? W końcu z resztą (słowami Ewy Białołęckiej): „Normalny pisarz ma kota”…
I tyle o prelekcjach, panelach, spotkaniach. Jak zwykle nie wzięłam udziału w żadnym LARPie, sesji RPG, czy turnieju planszówkowym – czasu za mało, nie da się doby rozciągnąć, choćby nie wiem, jak próbować. Kilka wspaniałych spotkań ze znajomymi, którym serdecznie dziękuję za poświęcony mi czas. Kilka osób, których zabrało… Ich strata.
Organizacja? Może dyplomatycznie – nie było źle. Chociaż nastawiałam się, że może nie być rewelacyjnie. Fakt, że właściwie na cztery dni przed konwentem nie można się było doprosić choćby o wstępny program, zakrawał na kpinę. Serio, nie czepiam się. Po prostu każdy chce wiedzieć, na co jedzie, za co zapłacił. To, że przy akredytacji musiałam się naprawdę kłócić o to, by w ogóle dano mi program to już jednak szok! Jak niby z samej książeczki miałam cokolwiek sobie zaplanować? Z resztą to było absolutnie niemożliwe, ponieważ książeczka została wydana w tak dziwaczny sposób, że w ogóle jej nie pojmuję. Jaki był klucz kolejności opisywanych w niej punktów programu i dlaczego nie było przy nich daty, godziny i miejsca – tego chyba nie wie nikt.
Stoisk było nad wyraz mało. Oczywiście i tak całą kasę wydawałam – na książki, ale żałuję, że nie było większego wyboru. Nie widziałam ani jednego stoiska z biżuterią (poza zegarkami Drobin czasu). Była zaledwie jedna księgarnia (z bogatym dorobkiem, ale jednak). Tylko na trzech stoiskach można było zakupić ciuszki (z tego na dwóch jedynie koszulki), a niestety wybór był mizerny L Chciałam sobie kupić płaszcz, nie udało się – na całym Polconie był tylko jeden egzemplarz i ktoś mi go sprzątnął spod nosa…
Ponadto dużo luk w programie. Wyjeżdżając do Wrocławia łudziłam się, że te luki z planu beta znikną, ale się przeliczyłam. Dziwne, chociaż… Najbardziej zszokowana byłam, kiedy trzy osoby siedzące na jednej prelekcji nieopodal mnie podsumowały, że nie znoszą, kiedy program jest napakowany ciekawymi punktami, bo oni nie potrafią wybrać, na co iść i luki są fajne. Żal serce ściska. Serio? Przecież o to właśnie chodzi, żeby był wybór, żeby nie iść na coś właściwie tylko dlatego, że nie ma w tym czasie niczego innego! Cóż, ludziska bywają dziwne, a ja i tak lubię, żeby było duuuużo. Nawet, jeśli później marudzę, że nie potrafię podjąć decyzji, do które sali iść w danej godzinie.
A za rok Warszawa. Już nie mogę się doczekać. Nie mówiąc o Worldconie 2014. Szykują się prawdziwe konwentowe perełki. Teraz zaś trzeba nadrobić czas poza domem, zając się porządnie pisaniem i… czekać na Pyrkon w marcu.

2 komentarze:

  1. Mała uwaga natury technicznej - najczęściej popełniany błąd, tu z pewnością wynikający z przeoczenia lub skrótu myślowego... "True Blood" to tytuł serialu produkcji HBO, opartego na serii książek o Sookie Stackhouse. Książki te są autorstwa Charlaine Harris, pod zbiorczą nazwą "The Southern Vampire Mysteries", choć przyjęło się o nich mówić "the Sookie Stackhose novels/series". Serial wziął swą nazwę nie od tytułu książek, ktorych stanowi dość luźną adaptację, a od syntetycznej butelkowanej krwi, którą w swych książkach wymyśliła pani Harris.

    OdpowiedzUsuń
  2. Rzeczywiście, użyłam tutaj skrótu myślowego. Dziękuję za upomnienie :)

    OdpowiedzUsuń