Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

środa, 12 września 2012

Śmierć w Breslau - Marek Krajewski

Przypuszczam, że każdy z Was gdzieś kiedyś słyszało o tej książce. Od niej zaczęła się moda na Wrocław. Na Wrocław w fantastyce i fantastykę we Wrocławiu. Gdyż kryminały są zaliczane do ogólno pojętej fantastyki. „Śmierć w Breslau” natomiast to nie tylko kryminał, to kryminał genialny, mądry, bawiący się z czytelnikiem drobnymi niuansami, bogato osadzony w realiach czasu i, oczywiście, miejsca.
Rozpoczynamy naszą podróż od Drezna w 1950 roku, by za chwilkę cofnąć się do tytułowego Breslau. Mamy rok 1933. Breslau nie leży w granicach Polski – jest miastem niemieckim, a w Niemczech władze przejął właśnie Adolf Hitler. Zapowiada się ciekawie? Owszem, a jest tylko coraz lepiej.
Paskudne morderstwo nastoletniej baronówny odrywa zastępcę szefa Wydziału Kryminalnego Prezydium Policji, radcę Eberharda Mocka od fascynującej gry w szachy w niecodziennym towarzystwie i miejscu, które raczej z turniejami szachowymi się nie kojarzy. Dlaczego ktoś rozpruł młodej dziewczynie brzuch, zgwałcił, wpuścił jej w trzewia okropne skorpiony i na dodatek zabrał jej bieliznę? To tylko niektóre z zagadek, które przyjdzie rozwiązać panu radcy. Dołączą do tego problemy natury osobistej, nowy współpracownik i coraz trudniejsze stosunki z władzami, w których do głosu zaczynają coraz częściej i nachalniej dochodzić hitlerowcy.
Historia zbudowana została drobiazgowo i cały czas trzyma w napięciu, gwarantując czytelnikowi kilka niespodziewanych zwrotów akcji. Jej rozwiązanie na pewno Was zaskoczy. Ja tak bardzo nie mogłam się go doczekać, że kompletnie zawaliłam noc – po prostu musiałam doczytać do ostatniej strony.
Bohaterowie są intrygujący, realistyczni i… czasami trudno stwierdzić, czy pozytywni, czy nie. Bo czyż można dobrze mówić o mężczyźnie, który regularnie zdradza żonę, chadza do burdelu i nie omieszka skorzystać z każdej szansy na to, by się wybić, awansować, zająć lepsze stanowisko? A jednak… w jakiś sposób polubiłam tych ludzi, mimo, że z pewnością miałabym opory, by się z nimi przyjaźnić w realnym świecie. Krajewski nie pokazuje świata w dwóch kolorach – nikt nie jest do końca ani biały, ani czarny. Jak to w życiu bywa. Tym bardziej więc może się wydawać, że ta historia jest rzeczywistością, a nie tylko zmyśloną opowieścią autora.
Drobiazgowe pokazanie nam niemieckiego przedwojennego Breslau otwiera oczy. To nie tylko ulice i domy, restauracje, dworki, sklepiki i parki. To także panujący wówczas klimat – tak meteorologiczny, jak i ideowy. Wszakże wojna już niedługo, choć pewnie nikt się jej jeszcze wówczas nie spodziewał. Dziękuję również za spis ulic i placów na końcu książki – dzięki temu można z łatwością odnaleźć miejsca, o których czytamy na współczesnej mapie Wrocławia. To taki mały słowniczek – nazwa niemiecka użyta w powieści (zgodnie z tym, jak to wyglądało w 1933) i obecna. Świetny pomysł, który jeszcze bardziej pozwala zgłębić wiedzę o tym fantastycznym mieście.
Skorpiony? Karaluchy? Węże? Tak, trochę wszelakiego paskudztwa tu znajdziemy, niestety. A może stety… Skorpiony robią duże wrażenie i pomagają budować napięcie. Karaluchy pokazują, jak wyglądały ówczesne czynszowe kamienice w „peryferyjnym niemieckim mieście”. Wszystko to istotne jest więc dla budowania klimatu, dla oddania rzeczywistości i… dodania odrobiny orientalnego smaczku w mieście, które dla nas dzisiaj nie ma już w sobie chyba takiej magii.
Ponadto, książka jest cudownie wręcz wydana przez Wydawnictwo Znak. Twarda oprawa z ciekawą grafiką, a właściwie dwiema, ponieważ tylnia okładka pokazuje kolejną interesującą postać. Grube, eleganckie strony, dbałość o szczegóły w zdobieniach i coś, czego jeszcze nigdy wcześniej nie spotkałam, a co mnie ujęło. Numeracja stron – numery są jedynie na stronach parzystych, ale… podwójne. Czyli np. na stronie 16 mamy numer 16/17. Taka mała ciekawostka, która zapada w pamięć.
Byłam tak pochłonięta lekturą, że zupełnie nie zwracałam uwagi na błędy. W każdym razie nic nie rzuciło mi się w oczy. Chyba, że w niemieckich nazwach, ale tego nie byłabym w stanie wyłapać, a jest ich tu – z oczywiste przyczyny – całkiem sporo.
Nie mogę się doczekać, kiedy w moje łapki wpadnie kolejny tom opowiadający o losach Eberharda Mocka.

1 komentarz:

  1. W sumie to nie jestem w stanie nic zarzucić Twojej recenzji. Raczej tylko dodać taką refleksję. Ja tą książkę czytałem jakieś 2 lata temu. Dla mnie, miłośnika historii, urodzonego w Niederschlesien :-) Fana Wrocławia i to zwłaszcza tego przedwojennego - czytanie tej książki to była czysta przyjemność. Jednakże, po tych dwóch latach, czytając tą recenzję, uświadomiłem sobie, że już nic z tej powieści nie pamiętam! A pamięć do książek mam bardzo dobrą.
    Niestety, ale taka jest twórczość Marka Krajewskiego - świetne przyrządzone, smakowite danie którego po pewnym czasie zupełnie nie pamiętamy. Nic nie zostaje, ani wspomnienia, ani refleksje.

    OdpowiedzUsuń