Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

wtorek, 5 lutego 2013

Korona śniegu i krwi - Elżbieta Cherezińska



Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
Poznań 2012
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 736
ISBN:798-83-7785-070-1


Pierścień, który zmyje klątwę...
Miecz, który skłóci śmiertelnych...
Orzeł, który przebudzi królestwo.

„Wraz z rykiem lwa budzi się orzeł…” Okładka przyzywa z półki sklepowej. Nazwisko przywołuje (nie czytałam wcześniej niczego Cherezińskiej, byłam jednak na dwóch jej wykładach i oczarowała mnie). Krótki opis i recenzja natywnej okładce powoduje przyspieszenie bicia serca. Cóż, swoje kosztuje, ale jakże można jej nie mieć?
Stoi chwilę, czy dwie w mojej bibliotece i czeka na swoją kolej. Niedługo, bo rwie mnie do niej i za każdym razem, jak ją widzę, już już chcę brać w moje łapki. Przeglądam, jak zawsze przed rozpoczęciem czytania. Na środkowych okładkach – mapa. Świetny pomysł – przynajmniej nie muszę mieć przy sobie map z atlasów historycznych. Z tyłu spis rodów, z których wywodzą się bohaterowie. Fajnie, coraz ciekawiej. Do tego jeszcze wpadam na drzewo genealogiczne naszych Piastów dzielnicowych. Cóż, postarali się. Jedna opinia, druga, trzecia. Nawet znakomite zdanie tak znakomitej osobistości, jak Maciej Parowski. Kilka słów od autorki… Ja mam dokładnie to samo podejście, co ona. O Piastach? No, a jakże, będzie się działo!
Zaintrygowana tym wpisem na ostatniej stronie: „Co ja mam, na litość boską, napisać o książce Cherezińskiej? Że jest fantastyczna, to rozumie samo przez się. Że dzięki niej Polacy mniej więcej zrozumieją, o co chodziło w rozbiciu dzielnicowym, wiadomo. Że nadaje się do sfilmowania (lecz nie przez Polaków, Boże uchowaj!) – tak, zdecydowanie tak.” Już nie miałam najmniejszych wątpliwości – trzeba, po prostu trzeba czytać.
Utonęłam, rozpłynęłam się, porwała mnie rwąca… Warta. Przede wszystkim Warta, jako że jestem z Poznania i całe Zycie słyszałam o Przemyśle, miliony razy przechodziłam koło jego wzgórza, a moją szkołę podstawową (wiele lat po tym, jak ją skończyłam) nazwali właśnie jego imieniem. Dla mnie więc szokujące nieco było stwierdzenie samej autorki, że o tym władcy pamiętają już chyba jedynie poznaniacy. Doprawdy? Nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Po zbawiennym wstępie, który chyba jest dłuższy, niż Inwokacja w „Panu Tadeuszu” (rany, a może by tak znowu i do tej lektury powrócić?), przejdźmy do konkretów.
Mamy więc Piastów. Naszych rodowców sprzed lat. Silnych, walecznych i… nie do końca takich szlachetnych i świętych, jakby można wnioskować po lekcjach historii w szkole. To prawdziwi politycy, którzy myślą często jedynie o władzy i idą – dosłownie – po trupach. Cherezińska nie wybrała jednego głównego bohatera, choć możnaby się pokusić o teorię, że takim jednym, głównym bohaterem byłaby… Polska. Mimo, że przecież na mapie Europy nie istnieje, gdyż podzielona jest na wiele małych i większych księstw i księstewek. Wielu ich władców stara się o zjednoczenie tych ziem, większość jednak dla własnej chwały i władzy, nie dla samej idei. Pojawi się jednak i taki, który dzięki tej idei będzie zdobywał kolejne ziemie, tak szablą, jak i układem. Przemysł II, książę Starszej Polski.
Jak już zauważyłam – bohaterów jest wielu, całe właściwie zatrzęsienie. Autorka poradziła sobie z tym problemem świetnie, choć miała niełatwy orzech do zgryzienia – wszędzie bowiem roi się od Bolesławów, Władysławów i Henryków, a zmienić imion historycznych postaci przecież nie można. Może przez pierwsze pięćdziesiąt stron miałam delikatny problem z ogarnięciem, kto jest kim, to jednak wina nie Cherezińskiej, a zwyczaju nadawania synom imion po ojcach. Cóż, w końcu to powieść historyczna, przynajmniej w większości. Tak więc genialnym pomysłem było rozpoczynanie każdego z krótkich rozdziałów od imienia osoby, o której będzie on traktował. Oczywiście bohaterowie spotykają się ze sobą – w walce, przy stole, w łożu – każdy rozdział jest jednak opowiedziany z punktu widzenia konkretnej osoby. Olbrzymi plus, który bardzo przypadł mi do gustu.
Całość dzieje się na przestrzeni 43 lat (lata 1253-1296) i opowiada właśnie o jednoczeniu naszych ziem i zrywaniu z Klątwą Rozbicia. Nie zabraknie w tej historii pojęć takich jak zdrada, miłość, przyjaźń, honor, zwycięstwo, klątwa, poganie, Bóg, przodkowie, rody i… oczywiście Królestwo. Spokojnie można „Koronę lodu i krwi” nazwać trillerem historycznym z elementami (czasem nawet sporymi) fantasy. Jest to pozycja absolutnie wyjątkowa i godna polecenia. Rzeczowa, dokładna, realistyczna, tryskająca – gdzie tylko to możliwe – humorem, czasem wzruszająca, czasem zabawna, a przede wszystkim przyspieszająca rytm bicia ser ducha. Bo jakże inaczej, kiedy po niemal dwóch wiekach Biały Orzeł znów zatrzepotał skrzydłami nad swym ludem?
Jak wspominałam wcześniej – Piastowie w niczym nie przypominają tych szlachetnych władców, o których uczono nas w szkołach. Są ludźmi z krwi i kości i potrafią walczyć o swoje. Nie przeszkodzi im w tym wuj, stryj, ani ojciec. Żona jest na ogół po to, by dać potomka, męskiego oczywiście, a siostra po to, by można ją dobrze wydać za mąż i dzięki temu coś zyskać. Nic więc dziwnego, że sami się siebie boją i często powtarzają… „Nie daj Boże zjazd piastowski!”.
Autorka wyśmienicie łączy wątki historyczne z elementami fantasy, a walki na polach bitew i oblężenia siedzib kuzynów i wujów przerywa ekstazą religijną i łóżkową. Nie zabraknie tu bowiem scen łóżkowych, niektórych nawet nieco wyuzdanych, domu uciech, kochanek i żon, a nawet księcia homoseksualisty. Spotkamy na stronicach „Korony…” dewotów, księży i świętych, a także tego jednego, wielkiego, bez którego nic by się nie udało – Jakuba Świnkę, zdecydowanego faworyta w tej opowieści, jeśli o mnie chodzi. Nie raz rozbawi nas do łez, wielokrotnie zmusi do przemyślenia wielu spraw i z pewnością doda sił. Bardzo przypadł mi do gustu oczywiście i Przemysł II, ale też władający Wschodnim Pomorzem Mściwój, któremu lekarz nakazał picie wina, by mógł przejrzyście myśleć. Z kolei Bolesław Wstydliwy i jego małżonka, Kinga z Arpadów pokierują nasze myśli do klasztorów, świata wiary, mistycyzmu i… nie, nie powiem więcej.
Gdzie więc fantasy? Jest, jest, bez obaw, jeśli ktoś sięga po te powieść właśnie dla fantasy znajdzie je i to całkiem często. Delikatne, symboliczne, ale bardzo w tej historii ważne. Tak samo, jak pogański Trzygłów, Matki, mamuny i wilkołaki. Bowiem Cherezińska nie zapomniała, że na polskich ziemiach owego czasu żywa wciąż jeszcze była rodzima wiara, a Kościół katolicki nie zawsze zwyciężał  w swej walce z jej przejawami. Wspaniale wplotła wcześniejsze dzieje Królestwa Polskiego i buntu pogańskiego, który wybuchł niemal dwieście lat przed wydarzeniami głównymi w „Koronie…”. Prawdziwy majstersztyk. A piękne zielone dziewczyny z lasu, które zamieszkują dom uciech i niepostrzeżenie wplątuje się w wielką Historię? To mogła napisać jedynie wyśmienita autorka, jedynie kobieta!
Osobiście od wielu lat uwielbiam okres rozbicia dzielnicowego i uważam, że jest to jedna z najciekawszych kart naszej historii. Dlatego bardzo cieszy mnie, że Elżbieta Cherezińska te powieść napisała. Mam jednak pełną świadomość, że nie jest to książka dla dzieci w wieku szkolnym. Może dla licealistów – za dużo tu jednak mściwych władców, oszukujących swych sojuszników, zdradzających żon i ciągle rozlewających krew. Za wiele – ale nie dla czytelnika dorosłego.
Korekta spisała się całkiem dobrze. Błędów trochę znalazłam, około piętnastu, ale przy tak grubym tomie to i tak niewiele, szczególnie, że znaczna ich większość to drobiazgi, ledwie zauważalne. Chyba jedynym minusem książki jest to, że na tej przepięknej i urzekającej okładce… odbijają się paluchy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz