Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

piątek, 10 stycznia 2014

To, co zostało – Jodi Picoult

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Warszawa 2013
Oprawa: Miękka
Liczba stron: 558
Przekład (z angielskiego): Magdalena Moltzan-Małkowska
Tytuł oryginału: The storyteller
ISBN: 978-83-7839-604-8



Jodi Picoult jest bardzo poczytną autorką, której książki przetłumaczono już na 34 języki. W samej tylko Polsce znaleźć można na półkach księgarskich aż 23 tytuły. Jak to się więc stało, że wcześniej na nią nie trafiłam? Proste. Przyklejono jej etykietkę "Kobiety to czytają!", która mnie szczerze zniechęca do wszystkiego. Nie cierpię takiego szufladkowania, szczególnie, że często książki, które są polecane kobietom to niezbyt wysokich lotów romansidła. Da się je przeczytać, choć nie wszystkie, ale od razu się o nich zapomina i zalegają jedynie na półkach. Jestem więc bardzo zadowolona, że dostałam taki właśnie prezent na imieniny, gdyż sama bym pewnie w ogóle na tę półkę w księgarni nie spojrzała. 
Biorąc w rękę powieść amerykańskiej autorki raczej nie spodziewam się, że będę czytała (przynajmniej w dużej mierze) o... Polsce. Muszę przyznać, że mnie to zaskoczyło, a jednocześnie bardzo ucieszyło. i to chyba jedna z niewielu spraw, które w czasie lektury tej powieści rzeczywiście cieszą. Bo jakże cieszyć się, gdy czytamy o losach Minki, żydowskiej dziewczyny z Łodzi, która wraz z rodziną trafia do getta, a później snuje się od jednego obozu koncentracyjnego do drugiego? Jakże cieszyć się, gdy pewnego dnia starszy pan z sąsiedztwa prosi Sage o to, by pomogła mu umrzeć? Jak cieszyć się, kiedy twój przyjaciel przyznaje się, że był esesmanem, zabijał ludzi, mordował niewinnych? Cieszyć się? O, nie? Zapomnieć? Wybaczyć? Pomóc? A jeśli... Czy to będzie pomoc, czy po prostu morderstwo? Czy będzie oznaczać wybaczenie, czy będzie zwykłą zemstą, aktem nienawiści? "To, co zostało" jest powieścią bardzo złożoną, próbującą odpowiedzieć na wiele trudnych pytań, z którymi przyszło się zmierzyć każdemu czytelnikowi. Och, nie chciałabym nigdy stanąć na miejscu Sage i musieć podjąć takie decyzje, jakie były jej udziałem.
Po kolei jednak.
Sage ma swoje własne życiowe problem. Straciła oboje rodziców, z siostrami utrzymuje sporadyczny kontakt. Czuje, że obwiniają ją o śmierć matki, w związku z czym raczej stara się ich unikać. Poza tym ma na twarzy blizny i to chyba jej największy problem. Wszystkie problemy kładzie na karb śmierci mamy, z którą to śmiercią poradzić sobie nie potrafi. Unika ludzi, pracuje w nocy (jako piekarz i prace tę szczerze kocha), spotyka się z żonatym facetem (pracującym w zakładzie pogrzebowym), bo nie wierzy, że ktoś normalny,wolny i przystojny mógłby się nią zainteresować. Zwykła zakompleksiona młoda kobieta z kilkoma niestandardowymi wspomnieniami. Od trzech lat chodzi na spotkania grupy terapeutycznej. Liczy, że pomoże jej to pogodzić się z odejściem matki. Tam właśnie pewnego dnia poznaje Josefa – starszego pana z sąsiedztwa, który przez wiele lat uczył w szkole i jest bardzo lubianym i szanowanym człowiekiem. Powoli się zaprzyjaźniają, bo przecież Sage nie tak łatwo nawiązać znajomość. Wygląda na to, że wszystko teraz ułoży się w miarę dobrze, aż pewnego dnia... Joseph prosi dziewczynę, by pomogła mu umrzeć. Wstrząśnięta dziewczyna próbuje pojąć, jakimi kieruje się przesłankami. Josef niczego nie chce ukrywać. W przeszłości był esesmanem, brał udział w masowych mordach na ludności żydowskiej. Liczy na wybaczenie i odejście w spokoju. Dlaczego Sage? Ponieważ i ona jest Żydówką (a przynajmniej jej rodzice byli Żydami, choć ona odcięła się od wiary przodków). 
Opowieść Josefa jest o tyle wstrząsająca, że przecież, jak każdy z nas, był kiedyś zwykłym dzieckiem, nastolatkiem. Miał rodziców, brata, ładny dom. Szkołę, za którą nie przepadał. Jak tysiące niemieckich dzieciaków w tamtych czasach dał się wciągnąć w nazistowską machinę śmierci. Co się stało, co go odmieniło? Czy każdy z nas mógłby, jak on..? Wstrząsające wyznanie...
Sage jednak nie wierzy. To niemożliwe. Zresztą nawet, gdy podzieli się swym problemem z najlepszą przyjaciółką i jednocześnie pracodawcą... Któż mógłby w to uwierzyć? Policja? FBI/ Nie, nikt nie daje wiary jej słowom. Wszakże kto słyszał o zbiegłym naziście, który nagle, niespodziewanie i zupełnie bez powodu przyznaje się, że mordował setki, tysiące bezbronnych istot? W końcu zostaje skierowana do Wydziału Praw Człowieka i Specjalnych Spraw Karnych Departamentu Sprawiedliwości., konkretnie zaś do Leo Steina. teraz dopiero zacznie się prawdziwe "śledztwo". Jednak i tu możecie się zdziwić, gdyż zamiast wielkiego, rozdmuchanego procesu, sali sądowej, dziesiątków dziennikarzy i kilku świadków mamy... jednego świadka. Minkę, babcię Sage. Minkę, która opowie swoją historię, nawet nie wiedząc, do czego zmierza jej wnuczka. Nawet historia Josefa zostaje przyćmiona tym, co ma do powiedzenia Minka. Życie w getcie, obozy koncentracyjne... Ciągła walka o przetrwanie, o życie, a czasem "tylko" o godną śmierć. Mika opowiada bez oceniania. Nie wszyscy Niemcy byli źli, nie wszyscy Polacy, nie wszyscy Żydzi to nieskazitelne postaci godne bycia wzorem dla następnych pokoleń. Człowiek jest człowiekiem, niezależnie od koloru skóry, włosów, czy długości nosa. Niezależnie od wyznawanej wiary i języka, jakim się na co dzień posługuje. I to chyba najważniejsza lekcja płynąca z tej opowieści.
Niektórym może się więc wydać, że uczucie, które pojawia się pomiędzy Sage i Leo jest błahe, bezsensowne, że przy tych wszystkich upiornych wydarzeniach, o których wcześniej pisze, Picoult za wszelką cenę chce uczynić te powieść lżejszą, bardziej przystępną, bardziej pop... Ja jednak mam zupełnie inne zdanie. Dzięki temu, że połączyła ważne tematy (Holokaust, wybaczenie, zapomnienie) z prozą codziennego życia (romans z żonatym mężczyzną, odsunięcie się od sióstr, ukrywanie przed ludźmi swojej blizny) sprawia, że powieść staje się jeszcze bardziej wiarygodna. nie jest bowiem poematem o grozie i okrucieństwie, ani o wielkich czynach i ogromnej odwadze, chęci życia milionów gnębionych i tępionych przez hitlerowców ludzi. To opowieść o życiu, o wszelkich jego przejawach. O tych jasnych dniach i ciemnych nocach, a czasem, ciemnych dniach w popiołach z krematorium i jasnych nocach w piekarni. Picoult udało się połączyć dwa światy (a właściwie trzy, bo mamy jeszcze przecież Anię i Aleksandra) w jedną całość i nie zrobić przy tym zbyt wielkiego zamieszania. Wszystko się uzupełnia. Jeden umiera, drugi się rodzi. A ludzie? Ludzie niestety nie zawsze uczą się na błędach z przeszłości... Świat niczego się nie nauczył. Rozejrzyj się. Nadal mamy czystki etniczne. (…) Byłam pewna, że przeżyłam po to, aby coś takiego nigdy już się nie zdarzyło, ale chyba się myliłam. Bo to wciąż się dzieje, Sage. Każdego dnia, wyznaje z troską Minka.
No właśnie – Ania i Aleksander. Wspaniały pomysł na wplecenie tych bohaterów, niebanalna opowieść o upiorze, który ma przecież ludzką twarz. O tym, że ludzie zawsze boją się nieznanego. Na dodatek przez mniej więcej połowę książki nie wiadomo, kim naprawdę są Ania i Aleksander, a kiedy już się tego dowiadujemy... Nie zdradzę, ale ja byłam zaskoczona i bardzo mi się takie rozwiązanie spodobało.
Czytałam książkę przez całą noc, aż zrobiła się piąta. Gdyby teraz było lato, kończyłabym ją kiedy już jest jasno. Nie mogłam się oderwać. Tłumaczyłam się sama przed sobą (korzystając z mojego najlepszego, niezawodnego kłamstwa), że jeszcze tylko do końca rozdziału, jeszcze tylko strona, może jeszcze tylko ten krotki fragment o Ani, jeszcze tylko... I już tak do końca, przez ostatnie sto stron. Nie żałuję zakończenie wbiło mnie w poduszkę i nadal jeszcze (po tygodniu) przyprawia o dreszcze.
Uwagi do samego wydania? Nie rozumiem polskiego tytułu. Nie rozumiem go w ogóle. Ani jego sensu, ani tego, dlaczego tłumacz go sobie wymyślił, zamiast po prostu przetłumaczyć ładny tytuł oryginału. Tyle minusów, więc chyba nie macie wątpliwości, że warto, prawda?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz