Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

sobota, 18 stycznia 2014

Uczta Lodu i Ognia – Chelsea Monroe-Cassel i Sarrian Lehrer

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Kraków 2013
Oprawa: twarda
Liczba stron: 236
Przekład (z angielskiego): Łukasz Małecki
Tytuł oryginału: A Feast of Ice and Fire
Fotografie: Kristin Teig, Chelsea Monroe-Cassel, Sarrian Lehrer
ISBN: 978-83-08-05229-7





Mój Mąż zawsze wie, jak sprawić mi przyjemność. Moje zamiłowanie do książek i do kuchni połączył tym razem z jednym z naszych ulubionych seriali, czyli "Grą o tron". Przyznaję bez bicia, że serii Martina jeszcze nie czytałam (choć właśnie Michał na Święta dostał pierwszy tom, więc lektura nieunikniona), za to produkcja HBO robi na nas olbrzymie, pozytywne oczywiście, wrażenie. Stąd właśnie z okazji urodzin dostałam tę oto książkę... "Ucztę Lodu i Ognia". Bez owijania w bawełnę mogę stwierdzić, że czytanie jej to prawdziwa uczta dla zmysłów. Zdążyłam też wypróbować jeden z przepisów – pisząc tę recenzję zajadam ciasteczka cytrynowe, czyli ulubiony smakołyk Sansy. Tak, jak tej postaci szczerze w serialu nie znoszę, tak muszę przyznać, że ma doprawdy dobry gust w kwestii słodyczy, a autorki książki... wiedzą, jak upiec przepyszne ciasteczka.
Zaczynając od początku... wstęp do książki napisał sam George R.R. Martin, który przyznaje, że niejednokrotnie proponowano mu wydanie książki kucharskiej. Niestety, autor Sagi nie potrafi gotować, stąd było to niewykonalne. Kiedy więc dwie młode dziewczyny prowadzące bloga kulinarnego, zafascynowane opisami pyszności wszelakich, które Martin podobno bardzo często na stronicach swych grubych powieści serwuje, dały znak, że chętnie podejmą się tego projektu, Martin dał im zielone światło. Sam zdążył już parę razy wypróbować ich zdolności kulinarne i był nimi zachwycony. Dziewczyny więc wzięły się do pracy i stworzyły dzieło niebagatelne – pełne ciekawych smaków, które łechcą podniebienie i pobudzają wyobraźnię. Wykonały swą prace naprawdę wzorowo. Nie tylko bowiem stworzyły od podstaw niemalże kuchnię Siedmiu Królestw. Uczyniły coś znacznie więcej. Przybliżyły czytelnikom stare, zapomniane od wieków przepisy, sięgając aż do średniowiecznych zapisków (a kilka razy nawet do starożytnych), by jak najlepiej oddać klimat kuchni, którą raczyli się Starkowie czy Lannisterowie. 
Cała książka podzielona jest na krainy – wszystko zgodnie ze światem stworzonym przez Martina. Jest to bardzo dobry pomysł i to nie tylko dla fanów serii. Dzięki niemu możemy lepiej dobrać posiłki gatunkowo i sami w domowych pieleszach przygotować niebagatelną ucztę w konkretnym klimacie. Inaczej przecież jedli członkowie Nocnej Straży (zimno, śnieżnie, lodowo, para z ust, jednym słowem koszmar), a inaczej w Królewskiej Przystani (gdzie można znaleźć najznamienitsze smakołyki z całego świata).
Dziewczyny poszły jednak o krok dalej. Zanim zabrały się do opisywania pyszności ze świata Pieśni Lodu i Ognia, opowiedziały nam trochę o kuchni... średniowiecznej. O wykorzystywanych wówczas przyprawach, o podstawowych daniach, bez których żaden kucharz by sobie nie poradził, o specyfice różnych składników i możliwości ich zastępowania tym, co jest dostępne w dzisiejszych sklepach.
Wachlarz przepisów jest szeroki. Od tak niesamowitych dań, jak choćby pieczony wąż, czy szarańcza w miodzie, albo pieczeń z żubra (zwierzę u nas chronione, więc nie radzę poszukiwać tego mięsiwa, próżne to poszukiwania) aż po tak proste przepisy, jak zupa z porów, czy grzane wino. Dzięki temu możecie stworzyć własne menu, posiłkując się podpowiedziami autorek przed każdym przepisem podają, z czym najlepiej podać daną potrawę), nie męcząc się za bardzo – łączycie po prostu przepis skomplikowany z przepisem łatwy, a i tak wychodzi coś nieprawdopodobnie egzotycznego i ciekawego, co na pewno Wasi goście zapamiętają na dłuższy czas.
Każdy niemalże przepis ma dwie wersje – stara (najczęściej średniowieczną) oraz unowocześnioną. Sami możecie wybrać, która odpowiada Wam najbardziej, albo też skorzystać z obu, coś pozmieniać, poeksperymentować. Jako i ja uczyniłam, piekąc ciasteczka Sansy. Zresztą autorki często zachęcają do modyfikowania przepisów. Osobiście przyznaję, że przestudiowałam je wszystkie dość dokładnie i bardziej odpowiadają mi te starsze wersje. Być może dlatego, że nowsze są dla mnie zbyt amerykańskie, nie ma się jednak co za bardzo temu dziwić. 
Całość wydana jest po prostu przepięknie. Gruba oprawa, kredowy papier. Świetnie dobrana kolorystyka, rustykalne zdobnictwo i do tego fotografie, na widok których po prostu dostaję ślinotoku. Autorki bowiem nie tylko świetnie radzą sobie przy przysłowiowych garach, ale potrafię też rewelacyjnie zaaranżować podawane przez siebie smakołyki. Dlatego nie podają ich na saskiej porcelanie, ale na drewnianych tacach, w mosiężnych dzbankach, albo glinianych miskach. 
Uczta dla każdego, kto lubi eksperymenty kuchenne i chce zaskoczyć znajomych czymś nowym na swoim stole. Polecam gorąco i... idę spałaszować jeszcze jedno ciasteczko.


Książka przeczytana w ramach Wyzwania

2 komentarze:

  1. Nie przepadam za tego tupu książkami ;< http://wuess.blogspot.com/ (Poklikasz w linki w obu postach i banery aupie oraz choies? Bardzo mi na tym zależy a tobie to chwilka i pomoc dla mnie :) )

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie bawię się w opcje obs za obs, kome za kom. Niestety, twój wpis wygląda, jak zaproszenie do tej "zabawy".

    OdpowiedzUsuń