Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Fremen Justice – Brian Herbert i Kevin J. Anderson

Wydawnictwo: Wormhole Books
Denver 2011
Wyciąg z powieści "Dune: House Corrino"
Oprawa: miękka
Liczba stron: 40
Ilustracje: Joanna Erbach
ISBN: 978-0970965745




Dzisiaj krótko, bo tekst niedługi i niezbyt wymagający, o ile oczywiście potraficie czytać (ze zrozumieniem) po angielsku. 
"Fremen Justice" to fragment powieści "House Corrino", która została już dwukrotnie przełożona na polski (pod tytułem "Ród Corrinów"). Czy niezbędna jest znajomość poprzednich dwóch tomów trylogii? Nie wydaje mi się. Nie jest nawet konieczne orientowanie się w świecie Diuny, ponieważ "Fremen Justice" opowiada niejako samodzielną historię.
Czytelnik poznaje (o ile nie znał już wcześniej) dumnego Lieta Kynesa, który stara się uświadomić Imperatorowi, co naprawdę dzieje się na planecie Arrakis. A jest to planeta niezwykła, jedyna w całym wszechścwiecie. Dlaczego więc Imperator nie reaguje, dlaczego zupełnie nie trafiają do niego argumenty, fakty? Czy naprawę dla własnej ambicji poświęci Arrakis, bez której świat, jaki znają jemu współcześni mógłby rozsypać się w drobny mak? 
Co dla Fremenów, mieszkańców Arrakis, oznacza sprawiedliwość? Jak ją rozumieją i do jakich działań się posuną, by ją wymierzyć?  W tej niedługiej książeczce dowiecie się o nich jednak znacznie więcej, ponieważ będziecie mogli poznać niektóre ich zwyczaje, co zawsze wydawało mi się bardzo interesujące. Wszak pustynny lud jest naprawdę niezwykły.
"Fremen Justice" to w rzeczywistości niecałe 30 stron tekstu, a więc naprawdę niewiele. Określiłabym to jako ciekawą przygodówkę, a raczej zajawkę ciekawej przygodówki z elementami kulturoznawstwa. Tekst napisany jest dość prostym, przystępnym językiem i opatrzony fantastycznymi ilustracjami, które są bardzo mocną stroną tego wydania. Redakcja została wykonana dobrze, co może Czytelnikowi dawać nadzieję, że i cała książka zostanie (została) właściwie zredagowana.
Czy czytać? Jeśli nie byliście dotąd przekonani do tego, co ze światem Diuny zrobili Brian Herbert i Kevin J. Anderson, to może być dla Was ciekawa próbka. Nie oczekujcie jednak wielkiej filozofii, to jest po prostu fragment powieści przygodowej osadzonej w przyszłości. 





Książka przeczytana w ramach Wyzwania:



Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

środa, 2 grudnia 2015

Kubuś Puchatek – A. A. Milne

Wydawnictwo: Świat Książki
  Warszawa 2003
Oprawa: twarda
Liczba stron: 142
Tytuł oryginału: Winnie the Pooh
Przekład (z angielskiego): Irena Tuwim-Stawińska
Ilustracje: Ernest H. Shepard
ISBN: 978-83-7311-860-7





Za sprawą wytwórni Disney'a, Kubusia Puchatka znają wszyscy mali i duzi. Ale ilu z nich miało okazję i chęci zapoznać się z oryginałem czy choćby tłumaczeniem "Kubusia Puchatka" A. A. Milne'a? Choć to trochę wstyd, ja zabrałam się za lekturę dopiero teraz i naprawdę nie żałuję.
Książeczka urzeka na każdej płaszczyźnie. Historią, ciepłem, jakim emanuje, pięknym językiem, ilustracjami. Miś o Bardzo Małym Rozumku jest rozkoszny na każdym kroku, Prosiaczkiem i Maleństwem aż chce się opiekować, Kłapouchego tulić, a z Królikiem wypić popołudniową herbatkę. I te przygody, które są udziałem naszych bohaterów. Wyśmienite!
Historie opowiedziane przez Milne'a uczą najmłodszych, czym jest przyjaźń i odpowiedzialność, a także wspólna zabawa. Bo któż może przeżywać prawdziwie niesamowite przygody sam ze sobą, bez przyjaciół? Wyruszenie na wyprawę w poszukiwaniu Bieguna Północnego z pewnością byłoby znacznie mniej interesujące, gdyby Krzyś nie zabrał ze sobą mieszkańców Stumilowego Lasu. A wielka powódź, która niemalże zatopiła domek Prosiaczka mogłaby skończyć się naprawdę fatalnie, gdyby nie dobre serduszko Kubusia Puchatka. 
Zabawne opowieści, pełne humoru i miłości, o wesołych przygodach towarzyszy zabaw chłopca imieniem Krzyś bawią i uczą dzieciaki już od 90 lat i wciąż pozostają równie na czasie, jak w latach 20 ubiegłego stulecia. To prawdziwa klasyka i bardzo wartościowy przekaz – nie tylko dla najmłodszych.
Urzekły mnie wierszyki, czy też raczej śpiewanki-rymowanki, które co jakiś czas układał Kubuś. Są po prostu rozkoszne, a Tłumaczka wspaniale poradziła sobie z ich przekładem. Aż trudno uwierzyć, że nie zostały od razu napisane po polsku! I do tego jeszcze te piękne, klimatyczne ilustracje, które pozwalają przenieść się do Stumilowego Lasu.
Nie mam absolutnie nawet jednego zastrzeżenia do tej książeczki i lada chwila zabieram się do lektury "Chatki Puchatka". Wcale nie chcę rozstawać się z tymi postaciami. Wam również polecam zaprzyjaźnienie się z nimi.

Książka przeczytana w ramach Wyzwania:



Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

Trochę reklamy, trochę chwalenia się...

Dzisiaj chciałabym się pochwalić, a przy okazji zachęcić Was do zakupu nadzwyczajnych książek.
Krzysztof Spadło, Autor serii "Skazaniec" wznawia wydanie swoich powieści. Tym razem w twardej oprawie. Wersja kolekcjonerska jest teraz dostępna w promocyjnej cenie, z której naprawdę warto skorzystać. Promocja obejmuje również ebooki i wersję upominkową. Spójrzcie tylko jaka gratka!
Wejdźcie zatem na profil Skazańca na FB (https://www.facebook.com/Skazaniec-184579305046651/) i nie namyślajcie się za długo. Oferta obowiązuje do 14 grudnia br.
Czym się chciałam chwalić? Otóż na tylnej okładce drugiego tomu w edycji kolekcjonerskiej możecie znaleźć kilka słów ode mnie. Bardzo mnie to cieszy, szczególnie że "Skazańca" naprawdę warto znać.







Tutaj natomiast tylna okładka drugiego tomu i kilka słów ode mnie:

wtorek, 1 grudnia 2015

Turniej cieni – Elżbieta Cherezińska

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Poznań 2015
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron:815
ISBN: 978-83-7785-669-7






Jeśli myślicie, że Afganistan zainteresował Europę pod koniec XX wieku to jesteście w wielkim błędzie, jako i ja byłam. Już niemal dwieście lat temu toczyły się o niego zawzięte walki – tak za pomocą wielkich armii, jak i w salonach, wśród polityków i szpiegów. To o tym między innymi jest "Turniej cieni", choć ciężko wskazać jeden główny temat tej wielowątkowej historii.
Przyznaję, że początkowo najnowszą powieść Cherezińskiej czytało mi się bardzo ciężko. Odkładałam ją co chwilę z kilku powodów. Jednym z nich było nagromadzenie nazwisk i ciągła zmiana miejsc, w których rozgrywała się akcja. Wszystko to szło dość ślamazarnie póki nie pokazała nam Azji. Około dwusetnej strony historia robi się naprawdę ciekawa, a od połowy wciąga całkowicie. O ile pierwsze 150 stron czytałam miesiąc, o tyle resztę (czyli 650 stron) dosłownie połknęłam w niecały tydzień. 
O czym zatem napisała tym razem Autorka takich bestsellerów jak "Korona śniegu i i krwi" czy "Legionu"? Otóż przenosimy się do pierwszej połowy XIX stulecia. Właśnie dogorywa powstanie listopadowe. Wielki zryw okazuje się straszliwą klęską dla Polaków marzących o uwolnieniu swej Ojczyzny spod jarzma trzech zaborców. Szeregowi żołnierze, o ile nie oddali za Polskę krwi, zostają siłą wcieleni do armii rosyjskiej, inteligencja i przywódcy  tak polityczni, jak i wojskowi – udają się na emigrację. Tam zaś różnie się dzieje. Kilka skłóconych ze sobą obozów nie potrafi w żadnym razie dojść do porozumienia w sprawie kształtu przyszłej wolnej Rzeczypospolitej, jak więc mają cokolwiek osiągnąć... Rozpoczynają się swoiste podchody.
Tymczasem Rosja rośnie w siłę i pragnie stać się Trzecim Rzymem, który już nigdy nie upadnie. Wielka Brytania, największe i najsilniejsze imperium ówczesnego świata, nie jest tą perspektywą zachwycona. Trwa więc walka nie tylko na polach bitew, ale i w gabinetach prominentnych polityków. Niektórych z nich Czytelnik pozna całkiem dobrze. 
Kim są główni bohaterowie tej opowieści? Jest ich trzech, choć wydaje się nieraz, że znacznie więcej. Zdecydowanie jednak na pierwszy plan wysuwają się historie trzech Polaków: Rufina Jozafata Piotrowskiego, Jana Prospera Witkiewicza i Adama Gurowskiego. Pierwszy zrzucił mnisi habit, by pójść do powstania. Emigracja skierowała go do Paryża, gdzie wciąż stara się odnaleźć siebie i swoją misję, ponieważ głęboko wierzy, że ma do dokonania coś, co przybliży ukochaną Polskę do odzyskania wolności. Drugi został skazany za działalność spiskową i jako nastolatek zaledwie trafił na Syberię. Teraz przymierza wzdłuż i wszerz azjatyckie stepy i spotyka się z ważnymi osobistościami we wschodnich krajach, by budować potęgę cara. Trzeci, choć był w powstaniu dowódcą, zdaje się, że zupełnie zatracił siebie. Jego nazwisko ludzie raczej wypluwają niż wymawiają, a to dlatego, że napisał kilka bardzo niepochlebnych dzieł o Polsce, które miały za zadanie pokazać światu, że to Rosja jest najsilniejszym mocarstwem i przekazać ideę panslawizmu. Każdy jest inny, a nikt taki, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Bo i historia nie jest jedynie czarnymi zgłoskami zapisanymi na białym papierze. To skomplikowane jednostkowe sytuacje, układy i układziki, podchody, szpiegowanie, naciąganie rzeczywistości, zamykanie w więzieniach i zabijanie niedogodnych świadków. Istny turniej cieni.
Cherezińska pięknie pokazuje ówczesny świat. Odmalowuje go z wielką dokładnością, co zresztą nie zdziwi żadnego z jej Czytelników. Wschód pachnie targami pełnymi przypraw i świeżo zaparzoną herbatą. Syberia wywołuje zimne dreszcze. Wreszcie Europa jawi się jako gniazdo zepsucia i rozpasania, dbające tylko o swoje dobro. Czy tak rzeczywiście wyglądało życie w pierwszej połowie XIX wieku? Całkiem możliwe.
"Turniej cieni" to wyśmienicie i z wielkim polotem opowiedziana historia szpiegowsko-polityczna rozpoczynająca się w 1831 roku, a kończąca w roku 1855. To osiemset stron przedstawiających życie mniej i bardziej wybitnych jednostek, genialnie wykreowanych bohaterów, których losy Czytelnik śledzi z zapartym tchem. To w końcu Polacy, którzy szukają swej polskości. To miłość do Ojczyzny, patriotyzm, chęć oddania życia za coś ważnego, za coś, w co się wierzy i to w świecie, w którym trudno się z kimkolwiek porozumieć i trudno komukolwiek zaufać. Wszak "nie jest niczym trudnym być patriotą wśród bohaterów, trudniej jest zachować miłość do rodaków wśród tchórzy, kłótników, zdrajców". To opowieść, w której Polacy potrafią być wielcy, ale są przecież tylko ludźmi. To wciąż wielka miłość do Ojczyzny, którą jednak każdy przejawiać może w inny sposób. Ot, choćby wykorzystując instytucję ketmana.
Cherezińska uśmiecha się czasem do Czytelnika, wspominając o Adamie Mickiewiczu, Charlesie Dickensie, a nawet o Sherlocku Holmesie. Części, na które podzieliła swą powieść poprzedzają natomiast motta będące cytatami zaczerpniętymi z "Ksiąg narodu i pielgrzymstwa polskiego" Mickiewicza. Książkę wzbogacają mapy, które pomagają rozeznać się w sytuacji, a także kilka rycin.
Co chyba jednak najciekawsze – główni bohaterowie, choć tak literacko odmalowani przez Autorkę, to postaci autentyczne. Być może i Wy będziecie mieli ochotę, po zakończonej lekturze "Turnieju cieni" zapoznać się bliżej z ich biografiami.
Błędów znalazłam dosłownie kilka, można zliczyć na palcach jednej dłoni, co przy tak opasłej księdze jest nie lada wyczynem.
Żeby jednak nie było zbyt różowo, to teraz uwagi krytyczne. Osiemset stron to naprawdę niemało. Ta książka jest po prostu fizycznie ciężka, to znaczy – sporo waży. Na dodatek jest duża. Można by było na to przymknąć oko, jednak to zupełnie niemożliwe, ponieważ druk jest na tyle mały, że po przymknięciu oczu niewiele da się zobaczyć. To jeden z głównych powodów, dla których początki czytania były tak trudne. Jako, że mam wadę wzroku, musiałam książkę trzymać blisko twarzy, a tego z kolei nie wytrzymywały na dłuższą metę moje ręce. Spokojnie można by tę wspaniałą opowieść podzielić na dwa tomy, szczególnie że sama Autorka dzieli ją na siedem części, z czego piąta zaczyna się niemal dokładnie w połowie.






Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Zysk i S-ka:
http://www.zysk.com.pl/



Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

czwartek, 19 listopada 2015

Biała jak mleko, czerwona jak krew – Alessandro D'Avenia

Wydawnictwo: Znak Literanova
  Kraków 2011
Oprawa: miękka
Liczba stron: 309
Tytuł oryginału: Bianca come il latte, rossa come il sangue 
Przekład (z włoskiego): Alina Pawłowska
ISBN: 978-83-240-1653-2





Okładka książki skutecznie mnie zniechęcała, toteż ta niezwykła powieść przez półtora roku stała na półce i czekała na swoją kolej. W końcu jednak po nią sięgnęłam i nie żałuję, ponieważ lektura okazała się nie tylko niezwykłą, wzruszającą przygodą, ale również bardzo ważną podróżą do wnętrza mnie samej. Po kolei jednak.
Powieść-pamiętnik. Świat widziany oczami szesnastolatka, który poszukuje swego marzenia, życiowego celu, dla którego warto się poświęcić. Zwyczajnego włoskiego chłopca, który lubi muzykę, jazdę na skuterze i piłkę nożną. Chłopca jednak o tyle niezwykłego, że widzącego i czującego świat w kolorach. Ukochana dziewczyna jest czerwona jak miłość. Najlepsza przyjaciółka niebieska. A pustka i nicość codzienności jest znienawidzoną przez Leo bielą. 
Zwyczajna młodość, pełna beztroski, średniego zainteresowania nauką i narzekaniem na rodziców zmieni się, gdy Leo dowie się, że jego ukochana Beatrice jest śmiertelnie chora. Znienawidzona biel wdziera się w czerwień miłości. Wyrok jest straszny – białaczka. Jak sobie z tym poradzić? Jak pomóc Beatrice, która nawet nie zdaje sobie sprawy z istnienia Leo? Jak jej wyznać miłość? Czy ofiarowanie własnej krwi wystarczy?
W tym samym czasie na zastępstwo przychodzi nowy nauczyciel historii i filozofii, ochrzczony przez chłopca Naiwniakiem. Będzie miał niemały udział w procesie dojrzewania Leo. To on zada mu najważniejsze pytania, nie udzieli jednak odpowiedzi. Tych chłopak musi szukać sam. I to właśnie to poszukiwanie, które nie jest usłane różami jest tą niesamowitą podróżą do wnętrza człowieka. 
Choć Leo ma dopiero szesnaście lat i wcale nie jest nad wiek dojrzały to... przyznać muszę, że niektóre problemy egzystencjalne, z którymi się boryka są aktualne nawet dla mnie, choć jestem ponad dwukrotnie od niego starsza. W tym tkwi chyba największy atut powieści – w bezpośredniości i bardzo subiektywnym, ludzkim, spojrzeniu na otaczający świat. 
Powieść napisana jest w formie pamiętnika, narratorem jest więc sam Leo. To jego oczami widzimy wydarzenia, słyszymy jego myśli, odczuwamy jego rozterki, wzloty i upadki. Język, którym się posługuje jest bardzo sugestywny, a jednocześnie poetycki. Co ciekawe, zupełnie ta poetyckość nie razi w połączeniu z trochę zbuntowanym nastolatkiem. To kolejny atut tej książki. D'Avenia jest prawdziwym mistrzem pióra, który potrafi porwać czytelnika na długie godziny i zostawić go z barwną ciszą. Może i Wy macie ochotę na taką podróż?
"Biała jak mleko, czerwona jak krew" to powieść bardzo dojrzała, jednocześnie realistyczna i czasami trochę magiczna, poruszająca do głębi. Jak życie – słodko-gorzka. A raczej... czerwono-biało-niebieska. 
Nie mam żadnych zastrzeżeń co do wydania, jeśli wyjąć okładkę, która nie tylko mi się nie podoba, ale nijak ma się do treści powieści. A i uwaga, że jest to "współczesne Love Story" (umieszczona na okładce) dość daleka jest, moim zdaniem, od prawdy.

czwartek, 12 listopada 2015

W obcym domu – Sabina Waszut

Wydawnictwo: Muza
Warszawa 2015
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 320
ISBN: 978-83-775-8998-4





Akcja kontynuacji "Rozdroży" rozgrywa się w latach 1945-1950. Znów spotykamy Sophie i Władka, znów ich oczami oglądamy Śląsk. Choć wojna się już zakończyła, mieszkańcom Katowic i okolic czasami ciężko uwierzyć w tę wolność, którą przyniosła im armia i władza zza wschodniej granicy. Życie stawia przed nimi nowe mury, które trzeba pokonać, jeśli chce się żyć godnie i nie umrzeć z głodu, wycieńczenia, albo zakatowania w... więzieniu.
Obraz to smutny, choć wciąż pełen nadziei. Bo pomimo okropnych warunków życiowych bohaterowie nie przestają liczyć na to, że kolejny dzień będzie lepszy od poprzedniego. Jednak trudno jest patrzeć przez różowe okulary, gdy za oknem brudny śnieg, sąsiedzi pochowani w swoich maleńkich klitkach, każdy boi się odezwać do obcego, w obawie, że zostanie zatrzymany. Każde słowo należy przynajmniej dwukrotnie przemyśleć, nad każdym gestem porządnie się zastanowić. Cieniem kładą się obóz na Zgodzie oraz wysiedlenia górników do kopalń w ZSRR. Każdy, komu udaje się stamtąd wrócić jest wielokrotnie prześwietlany przez władzę, szykanowany, w pewien sposób opuszczony przez społeczeństwo.
Jak w tej nowej rzeczywistości odnajdą się Zosia i Władek? Czy ich rodzinom uda się pomyślnie przejść rehabilitację i czy znajdą dla siebie miejsce w nowej socjalistycznej Polsce? Jak zareagują powracający do ojczyzny mężczyźni, gdy odkryją, że ich ukochane urodziły dzieci radzieckim żołnierzom-gwałcicielom?
Poza zwyczajną codziennością i walką o przetrwanie – "W obcym domu" to powieść o miłości i ludzkich dramatach. O tym, że bracia mogą stać po przeciwnych stronach barykady, a siostry patrzeć na świat w zupełnie inny sposób. O łamiących się sercach setek tysięcy matek, które utraciły swe dzieci w czasie wojny i niewiele mniejszej rzeszy tych, których dzieci w taki czy inny sposób zaginęły już po zakończeniu działań wojennych. To przeplatająca się codzienność śląskiego miasta, którego klimat Autorka oddała z wielką pieczołowitością i cieni wojny, które na zawsze zostaną w tych, którzy ją przeżyli. Codziennie pojawia się pytanie czy lepsze jest czekanie na lepsze jutro czy może jednak jedynym wyjściem jest emigracja. Którą z tych opcji wybiorą bohaterowie najnowszej powieści Sabiny Waszut?
Książkę czyta się niesamowicie szybko, strony uciekają, jakby je jakiś ubek gonił i ani się obejrzeć, a docieramy do ostatniej strony. Narracja pierwszoosobowa dodaje historii dynamizmu i dramatyzmu. Jednocześnie spojrzenie – jakby nie było – Niemki na sytuację panującą w Polsce jest bardzo ciekawe, a dodatkowym atutem jej wypowiedzi jest dość częste używanie gwary śląskiej. Na szczęście dla tych, którzy jej nie znają (jak ja), każde z tych wyrażeń jest wytłumaczone. Pozwala to poczuć klimat powojennych Katowic, a jednocześnie wszystko doskonale zrozumieć.
"W obcym domu" jest doskonałym przykładem tego, jak zręczny i dobry pisarz może połączyć ze sobą literaturę obyczajową i historyczną, tworząc powieść, która ma porywającą akcję, a jednocześnie oddaje realia minionych czasów i jest przesiąknięta lokalnym klimatem, stawiając przy tym ważkie pytania o naturę ludzi i ich podejście do trudnych spraw. 
Jeśli chodzi o samo wydanie to nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Na srebrnym globie – Jerzy Żuławski

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Kraków 1956
Cykl: Trylogia księżycowa, tom 1 
Oprawa: miękka
Liczba stron: 341
Ilustracje: Stefan Żechowski
ISBN: brak (książka wydana przed rokiem 1966)





Na początku warto zauważyć, że choć książka wydana została w roku 1956 to w rzeczywistości jest znacznie starsza. Żuławski, jak sam podaje, pisał ją w zimie 1901/1902 roku i już wówczas doczekała się na pierwszego – gazetowego – wydania. Dziś więc trafia do nas powieść z gatunku fantastyki stworzona przeszło 11 dekad temu. Co może zaoferować współczesnemu czytelnikowi? Wbrew pozorom – bardzo dużo.
Młodopolski pisarz stworzył dzieło wybitne i porywające. Pod przykrywką (doskonale napisaną, o czym za chwilę) podróży na Księżyc, ukazał nam de facto podróż do wnętrza człowieka. Niesamowity, głęboki obraz homo sapiens samotnego, tęskniącego, oszalałego w końcu, który przecież zaczynał od marzeń i snów o wielkich odkryciach. Czy Autor próbował nam przez to powiedzieć, że nie zawsze dobrze lokujemy swe marzenia, a ich spełnienie może nam przynieść więcej szkody niż dobrego? Być może. Myślę jednak, że Żuławskiemu chodziło o znacznie, znacznie więcej.
Sto kilkanaście lat po śmierci Juliusz Verne'a, czyli mniej więcej w dniu dzisiejszym (umarł on w 1905 roku) został zrealizowany jeden z jego fantastycznych pomysłów – wysłano ludzi na Księżyc. Niestety misja nie powiodła się, na Ziemię nie dotarły żadne informacje o stanie statku, ani tym bardziej o tym, co stało się z jego załogą. Podobny los spotkał kolejną ekipę. Po latach zupełnie o nich zapomniano. Do dnia, gdy pewien naukowiec obwieścił, że odnalazł rękopis wysłany z Księżyca. Na Ziemi minęło 50 lat, na Lunie – 707 dni księżycowych. 
Powieść można czytać według kilku kluczy, choć z pewnością ten psychologiczno-socjologiczny jest dzisiaj najbardziej aktualny. Zauważa to już Stanisław Lem, w napisanej w 1956 roku przedmowie do książki. To, co dla Żuławskiego i jemu współczesnych było fantastyczną przyszłością dzisiaj zdaje się trochę skostniałe. Wiele kwestii jest źle rozwiązanych. Księżyc znamy znacznie lepiej niż nasi dziadowie, zdajemy sobie doskonale sprawę z tego, że nie ma na nim atmosfery – ani na półkuli widocznej z Ziemi, ani na tej drugiej. Kondycja człowieka, jak można sobie uświadomić w czasie lektury, niewiele się jednak zmieniła.
"Na srebrnym globie" podzielono na trzy części. Pierwsza opowiada o podróży na Księżyc i po jej widocznej półkuli. Jest ona bardzo dokładna, przedstawia nazwy miejsc, w których znajdują się bohaterowie, czas potrzebny do przebycia kolejnych etapów podróży. Pomocna jest również mapa Księżyca, którą można znaleźć na początku książki. W drugiej części Żuławski opisuje los kosmicznych rozbitków w nowym świecie. Próby zbudowania sobie przyszłości, pogodzenia się z losem, znalezienia nowego celu. W części trzeciej dowiadujemy się, jak wygląda społeczeństwo księżycowe na przestrzeni kolejnych czterdziestu ziemskich lat. Czy się Wam spodoba? Musicie sprawdzić sami.
Jak już napisałam – wielka podróż na Księżyc jest również wielką podróżą wgłąb człowieczej duszy. To powieść o  marzeniach, tęsknocie, walce z samotnością. O szale, w jaki potrafi wpaść człowiek pozbawiony drugiego człowieka. O procesach tworzenia się nowych społeczeństw, dostosowywaniu się do otoczenia, o tym, jak powstaje religia. O moralnych dylematach i próbie zdefiniowania człowieka. W końcu o tym, że póki ma się ochotę i siłę walczyć, można przetrwać wszystko.
Powieść pisana jest w formie pamiętnika, a więc w pierwszoosobowej narracji. Autorem tego lunarnego dzieła jest Polak, Jan Korecki. To jego oczami widzimy całą podróż i wszystkie wydarzenia. Poznajemy jego myśli, jego uczucia. On w końcu przedstawia nam swoich kompanów. Robi to pięknie i wzruszająco, choć młodopolska maniera jest czasem w tekście wyczuwalna. Czy przeszkadza? Ja nie miałam nic przeciwko niej. Przyznam, że nadawała opowieści swoistego, magicznego klimatu.
Wspaniałym dopełnieniem tego wydania "Na srebrnym globie" są ilustracje Stefana Żechowskiego. Ma się wrażenie, że razem z Koreckim i jego załogą był na Księżycu, a może... to on jest Koreckim. Wykonał kawał naprawdę wyśmienitej roboty.
Jeśli chodzi o korektę i redakcję, jest mi niezmiernie ciężko oceniać. Co prawda jakichś rzucających się w oczy błędów ne znalazłam, jednak... Powieść napisano w okresie Młodej Polski. Potem wydawano kilka razy, zanim doczekaliśmy się wydania Wydawnictwa Literackiego. Minęło ponad pół wieku pomiędzy pierwszym wydaniem a tym, które czytałam. Język uległ wielu zmianom. Teraz upłynęło kolejne niemal sześć dekad. Język polski wciąż ewoluuje, rozwija się, zmienia. Dodatkowo wydawca korzystał z kilku wcześniejszych wydań, próbując przy tym tekst ujedolicić i unowocześnić. Część słów zmieniło formy, niektóre więc zostały pozmieniane, inne pozostawione. Czuję z tego powodu pewien niedosyt. Nie otrzymałam powieści jednolitej językowo, nie wiem, jak wyglądał tekst napisany rzeczywiście przez Żuławskiego. I to moje jedyne zastrzeżenie do "Na srebrnym globie"
Myślę, że w niedalekiej przyszłości zapoznam się z kolejnymi tomami trylogii księżycowej.


Książka przeczytana w ramach Wyzwania:



Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

sobota, 31 października 2015

Zapowiedzi na listopad

Kolejny bardzo subiektywny wybór nowości wydawniczych z mojej strony. Tym razem kilka propozycji na listopad 2015. Ciekawe czy i Wy znajdziecie coś dla siebie.

Zysk i S-ka
Frances Hodgson Burnett
"Mały lord"




  Nowa Baśń
Erin Hunter
"Wojownicy. Ogień i lód"


Filia
Zbiór opowiadań
"Siedem życzeń"



Zysk i S-ka
Charles Dickens
"Opowieści wigilijne. Świerszcz za kominem"




Wielka Litera
Marek Niedźwiecki
"Australijczyk"



Fronda
Joanna Puchalska
"Kresowi Sarmaci"



Wiatr od Morza
Matthew Kneale
"Drobne występki w czasach obfitości"



Zysk i S-ka
Frances Hodgson Burnett
"Tajemniczy ogród"


Ja już zacieram rączki na niektóre z tych pozycji. Ponadto dowiedziałam się o kilku bardzo ciekawych premierach, które wydawnictwa szykują nam na grudzień. Końcówka roku będzie naprawdę ekscytująca.