Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

sobota, 2 czerwca 2012

Tysiąc dni w Toskanii - Marlena de Blasi

„Wszyscy tu wiedzą, że tak naprawdę są trzy tematy, na które warto rozmawiać, przynajmniej w tych stronach – stwierdza. – Najważniejsza jest pogoda, bo decyduje o wszystkim, a oni są rolnikami. Druga rzecz to narodziny i śmierć, zarówno ludzi, jak i zwierząt. A trzecia to potrawy – z uwzględnieniem tego, co jadło się poprzedniego dnia i co planuje się zjeść następnego. W tych trzech tematach mieści się właściwie wszystko: filozofia, psychologia, socjologia, antropologia, nauki ścisłe, historia, sztuka, literatura i religia. Przy różnych okazjach dyskutujemy o tym, co naprawdę liczy się w życiu, ale zwykle to właśnie wtedy, gdy rozmawiamy o jedzeniu, dotykamy rzeczy najistotniejszych. Ten temat łączy się bowiem ściśle z innymi. W życiu najważniejsze są stół i łóżko. Wszystkie inne sprawy załatwiamy tylko po to, by móc znowu zasiąść do stołu lub wrócić do łóżka.”  

Tymi słowami Barlozzo wyjaśnia nam, co jest najważniejsze dla mieszkańców Toskanii, w której zamieszkali nasi znajomi bohaterowie po opuszczeniu Wenecji. O tym też jest cała powieść Marleny de Blasi.
Podzielona na cztery pory roku – bo przecież dla rolniczego społeczeństwa tak właśnie dzieli się rok – to piękna historia zwykłych ludzi, którzy mają codzienne problemy, ale jednak starają się znaleźć w nich jakieś dobre strony. Bo życie jest przecież po to, by czerpać z niego pełnymi garściami i uczyć się z przeszłych błędów.
Dlatego właśnie w niewielkim miasteczku San Casciano dei Bagni życie toczy się tak, jakby jego mieszkańcy nigdy nie wkroczyli do wieku dwudziestego. Choć niektórzy z nich doskonale pamiętają, jak straszliwe były czasy drugiej wojny światowej. Być może jednak to właśnie takie tragiczne wydarzenia kształtują w nich te pozytywne podejście do życia. W końcu kiedyś bywało znacznie gorzej. Kiedyś bogactwem było mieć trzy worki kasztanów zamiast dwóch. Dlaczegóż więc nie cieszyć się wszystkim, co się ma, zamiast narzekać, że możnaby mieć więcej?
W San Casciano życie jest znacznie tańsze i prostsze niż w Wenecji (nie wspominając już o USA, z których pochodzi Chou-Chou), a jednak nikt nie czuje się ubogi. Czym bowiem jest ubóstwo? Czy nie lepiej cieszyć się swoim życiem i spełniać marzenia, nawet jeśli w oczach świata jest się na skraju nędzy, niż pędzić za pieniądzem i poświęcać się całkowicie nielubianej pracy, by później nie mieć czasu na spożytkowane zarobionych „kokosów”?
To wspaniała opowieść, która pachnie nie tylko rozmarynem (jak głosi napis na okładce), ale i smażonymi kwiatami cukinii, wypiekanym w ogrodowym piecu chlebem toskańskim, oliwkami, winogronem i truflami. Każdy bowiem miesiąc to dla Toskanii inny dar ziemi, wokół którego kręci się życie.
To jednak nie tylko smakowite zapachy i piękne widoki, ale również, a może przede wszystkim ludzie, którzy zamieszkują to miasteczko. To niesamowity i tajemniczy starszy pan, Barlozzo (nazywa w domowych pieleszach naszych bohaterów Księciem), który szczerze zaprzyjaźnia się z Fernandem i Flori – skromna i ciepła kobieta która staje się najlepszą przyjaciółką naszej bohaterki. Ponadto cała galeria innych osób, które rzadziej lub częściej pojawiają się na stronicach tej pasjonującej powieści.
To także mobilizacja. Dla mnie? Owszem. Kiedy małżonkowie przybywają do domu, w którym mają zamieszać jest raczej w opłakanym stanie i trzeba się nieźle przyłożyć, by go uprzątnąć. Ledwie skończyłam pierwszy rozdział, a już myłam okna (a mam ich teraz naprawdę sporo do ogarnięcia). Kilka rozdziałów później już szykowałam apetycznie pachnący świeżą bazylią i czosnkiem sos z prawdziwych pomidorów, zamiast z przecieru. W przyszłym tygodniu będę piekła chleb (po raz pierwszy w życiu), już ogarniam, co należy kupić. Ale przede wszystkim to spora dawka energii i pozytywnego spojrzenia na świat, a także przemyśleń dotyczących nieznanej przyszłości i priorytetów.
Marlena de Blasi nie zaskoczyła – jest genialna, jak zawsze. Chociaż może, odrobinę… Wzruszające sceny są poruszające do tego stopnia, że wszystko staje gdzieś głęboko w gardle i nie chce wyjść, a łzy, choć cisną się do oczu, nie mają siły z nich ujść. To niesamowite, że można tak zbudować scenę, by jednocześnie było pewne, że zaryczę się niemal na śmierć, a jednocześnie, bym… uroniła zaledwie dwie, może trzy łezki. Prawdziwe mistrzostwo.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz