Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

sobota, 20 lipca 2013

Nikt nie przyjdzie - Robbie Garner, Toni Maguire

Wydawnictwo: Amber
Warszawa 2013
Cykl: Skrzywdzone
Oprawa: miękka
Liczba stron: 302
Przekład: Julia Wolin
ISBN: 978-83-241-4595-9



Czytałam, to co napisali na tylnej okładce, słuchałam tego, co mówiła mi przyjaciółka, która mi te książkę poleciła. Spodziewałam się więc poniekąd, co będzie się dziać na jej stronach... Ale nie spodziewałam się TEGO...

Jeden molestujący opiekun, jedna sadystyczna zakonnica... ok – człowiek to człowiek, nie każdy jest święty... nawet, gdy nosi habit. Wiedziałam, że takie rzeczy się na świecie działy, że pewnie nadal się dzieją... Ale wszyscy... Cały personel???!!! Tyle czasu i nikt... Plotki? To jest tak nieprawdopodobne, że normalnie nie mogę. Ja – etatowa płaczka... nie uroniłam żadnej łzy...

To zaś zdarza się jedynie w sytuacji, kiedy jestem zbyt wstrząśnięta ogromem cierpienia i łzy po prostu nie płyną, bo nic by nie znaczyły. Czytam, czytam i nadal nie wierzę, wiec czytam dalej. Im dalej, tym mniej wierze... Łzy nie płyną, tu nie ma co się wzruszać. To nie jest wzruszająca powieść... To jest wstrząsające, szokujące, zupełnie niespodziewane uderzenie w tył głowy. Nie ma łez, jest tylko schylona głowa... W obawie, że to może być prawda...

Przeczytałam całość w jedno popołudnie. Nie mogłam się oderwać, w nadziei na jakąś iskierkę radości... Nie znalazłam jej.Teraz chce mi się płakać. Może to te łzy, które nie potrafiły się pojawić w trakcie lektury?

O czym jest – zapytacie –powieść, która tak głęboko mnie poruszyła i wywołała taki natłok myśli, tyle uczuć, które nie miały siły się wydostać? O ludzkim cierpieniu, o świecie, który jest po prostu zły. o świecie – choć opowiadanym przez dorosłego mężczyznę – widzianym oczami dziecka. Bezbronnego, potrzebującego opieki, miłości i szacunku. Wzorców. Przede wszystkim jednak bliskości tych, których kocha. Matki, ojca, braci. Wszystkiego tego mu brakuje.

Robbie i jego rodzeństwo wychowują się w patologicznej rodzinie. Mieszkają na Devonshire Place w St Helier, stolicy Jersey. John, najstarszy z chłopców wie, że ma innego ojca. Być może także mały Davie nie jest synem Stanleya. A maleńka Denise? Gloria (nie mówią do niej mama, ani matka, po prostu Gloria) pali, pije, przyjmuje "wujków", krzyczy, bije i nie ma czasu na zajmowanie się domem. Wszystkie obowiązki przejmuje najstarszy syn – na początku powieści zaledwie siedmioletni. Stanley, jej obecny, niby-stały partner pracuje całymi dniami, stara się, jak może, jednak nie wytrzymuje w pewnej chwili i podejmuje próbę samobójczą.

Kończy się przygoda. Nie ma już domu. Bo jakikolwiek by nie był, był ich domem. Byli razem. teraz zostali rozdzieleni. O losach niemowlaka dowiemy się dopiero na ostatnich stronach powieści. Johna władze wysyłają do ośrodka Haut de la Garenne. Robbie i Davie trafiają do sierocińca Sacre-Coer... Tamtego dnia rozpoczyna się, trwające dla Robbiego dziesięć lat, piekło...

Poniżenie, kary, ciemna komórka, molestujący pracownik, bicie, głodzenie... Zakaz zabaw, a przed wszystkim dojmująca samotność i tęsknota Oraz nieustająca nadzieja, że Stanley wydobrzeje i po nich przyjdzie, że pewnego dnia znów będą wszyscy razem. Że wróci ich świat. Jednak... nikt nie przychodzi, a jak się okazuje, sierociniec nie jest jeszcze najgorszym miejscem na tym ponurym świecie.
Robbie opowiada swą historię, choć przez całe dorosłe życie starał się o niej zapomnieć, wyprzeć się jej. Schować gdzieś głęboko i do niej nie wracać. Świat jednak miał wobec tych okropnych wspomnień inne plany i niejako zmusiło go, by do nich sięgnął. Spokojny, toczący ustabilizowane życie, lubiący rutynę, która pozwalała mu zachować logikę codzienności słyszy pewnego dnia w telewizji, że w murach Haut de la Garenne odnaleziono zwłoki dziecka, prawdopodobnie nie jedyne. Wszystkie wspomnienia wracają, jak za dotknięciem czarodziejskiej różczki. Tyle, że czarownik był po tej złej stronie, stronie ciemności, poniżenia, wzgardzenia, odrzucenia. Po stronie pełnej nienawiści i bezbronności. Dzieci, które "bardziej niż inne potrzebowały miłości, zrozumienia i ochrony", otrzymały dokładny negatyw...

Najbardziej chyba przeraził mnie ogrom... tyle bólu, tyle strachu, tylu ludzi i nikt nie pomógł tym dzieciom... Jedynie na końcu byłam bliska płaczu, kiedy Robbie odkrył, że matka przyszła po małą Denise i zostawiła tylko synów. Nie zapadła się pod ziemię, nie zniknęła, nie zabrali jej. Po prostu ich nie chciała, a dziewczynkę wzięła do domu...
Miałam problem z ustaleniem miejsca i czasu. Nigdzie nie podano dat. Domyśliłam się jedynie, że cała ta straszliwa historia działa się w latach pięćdziesiątych, być może zahaczając o początek lat sześćdziesiątych. W każdym razie chłopcy przychodzili na świat w latach wojny i tuż po jej zakończeniu, a cała opowieść snuje się na przestrzeni dekady. Początkowo myślałam, że to Stany Zjednoczone, okazało się, że nie. Jersey to jedna z wysp Normandzkich. Jersey zostało zajęte przez hitlerowskie Niemcy 1 maja 1940 roku i było okupowane aż do zakończenia działań wojennych w Europie.
Znajdowałam trochę błędów,nawet całkiem poro literówek, ale zupełnie się na nich nie skupiałam z racji wstrząsającej historii, która miałam przed oczami. Myślę jednak, że wydawnictwo Amber mogłoby się postarać o lepszą korektę.  

Nie mogę jednak nie zwrócić uwagi na błędnie przetłumaczony tytuł. "Nobody Came" oznacza dokładnie "Nikt nie przyszedł", a nie "Nikt nie przyjdzie". To istotna różnica w tej historii, nawet bardzo. Nie rozumiem takiej zmiany...






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz