Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

środa, 13 listopada 2013

Falkon 2013


Za nami kolejny, ostatni już w tym roku, konwent. Z różnych powodów nie wybieramy się już nigdzie więcej, póki data w kalendarzu nie zmieni się na 2014. Zresztą nie ma się co dziwić – na kolejny roczek zaplanowaliśmy sześć konwentów, w tym dwa zagraniczne, a nad siódmym się jeszcze zastanawiamy…
Pierwszy duży plus dla Falkonu – brak kolejek. Akredytacja nie trwała nawet pięciu minut, a było nas równocześnie czworo. Rewelacja! Na dodatek – co już było wiadomo wcześniej – cały konwent odbywał się w jednym budynku, dzięki czemu nie traciło się tak wiele czasu na przemieszczanie pomiędzy salami, jak np. w czasie ostatniego Polconu. Pozwoliło to prelegentom na spokojne prowadzenie swoich punktów programu, uczestnikom na chwilę oddechu pomiędzy nimi, a także zaoszczędziło wiele pracy osobom „pracującym” w szatni. Naprawdę super!
To teraz – dla równowagi – minus. Największy minus całego konwentu… radiowęzeł, który w kółko przeszkadzał. Nadawano po kilka razy na godzinę te same informacje (nie powiem, ale te dotyczące Fireshow to już była przesada na maxa…), przeszkadzając tym wszystkim. Nie wiem, co właściwie organizatorzy chcieli osiągnąć. Nie sądzę, żeby z tego powodu na „reklamowanych” punktach programu pojawiało się więcej osób, natomiast przeszkadzało to zarówno prelegentom, jak i słuchaczom. Na dodatek nie informowano o tym, co rzeczywiście ważne – czyli zmianach programowych wynikających np. z niepojawienia się prowadzącego dany punkt. Jeśli już miał ten radiowęzeł mieć jakiś sens, to właśnie taki – informacyjny, a nie reklamowy. Niestety, patent zupełnie się nie sprawdził.
Przejdźmy do konkretnych punktów programu. Tu, jak zawsze, bardzo subiektywnie. Choćby dlatego, że nie mogłam być w wielu miejscach naraz, stąd opiszę jedynie te punkty, w których osobiście uczestniczyłam. Dodam również, że w poniedziałek już się nie pojawiłam – z wielu niezależnych powodów, co oznacza, że informacje dotyczą zaledwie trzech dni konwentowych.
Niestety, nie zdążyłam na 17:00 i musiałam sobie podarować spotkanie z Andrzejem Pilipiukiem. Bardzo żałuję, jednak trochę nam się chyba zapomniało, że piątek rozpoczynający długi weekend może być na drogach ciężki i droga zajęła nam niemalże dwukrotnie więcej czasu, niż się spodziewaliśmy. Rozpoczęłam więc Falkon 2013 (btw – mój pierwszy Falkon) od prelki dotyczącej religii w Sci-Fi. Postawiono sobie pytanie, czy są one motorem cywilizacji czy hamulcem postępu. Rozważania dotyczyły w zdecydowanej mierze różnych serii Star Treka (jestem wielką fanką, więc nie mam nic przeciwko). Ponadto pod lupą znalazły się takie seriale jak: Battlestar Galactica (znowu fanka), czy Andromeda (coś, co muszę jeszcze zbadać, ponieważ nie znam). Prowadzący naprawdę świetnie się przygotował i aż szkoda, że nie mógł mówić dalej i nie było czasu na dyskusję ze słuchaczami.
Tak się złożyło, że w piątek nie miałam więcej punktów programu, w związku z czym na zakończenie pochodziłam sobie po strefie wystawców, przyglądając się, co też przywieźli ze sobą. Oczywiście moje największe zainteresowanie wzbudziły książki, choć naprawdę starałam się ich unikać. Ostatecznie kupiłam tylko jedną. Chwała wydawnictwu Solaris za dwudziestozłotowe bony (tradycja konwentowa), dzięki którym zaopatrzyłam się w siódmy tom „Rakietowych szlaków”.
Sobota rozpoczęła się niezbyt fortunnie od prelekcji „Biust fantastyczny, stanik sadystyczny”. Nie chodzi absolutnie o to, że temat nudny, albo źle przedstawiony. Po prostu były spore problemy ze sprzętem i niestety nastąpiło w związku z tym niemal półgodzinne opóźnienie. Nie zawiniła tutaj prowadząca, ale… właściwie nie wiem, czy tylko sprzęt, czy również organizatorzy. Zostawmy więc to za sobą i przejdźmy dalej. Sama prelekcja była dość ciekawa, choć raczej nie skuszę się na powtórkę, jeśli byłaby taka okazja. Namówił mnie Mąż, ale to temat pozostający poza sferą moich zainteresowań :P
Na szczęście nie ominęło mnie kolejne spotkanie z Pilipiukiem. Jego przeciekawe opowieści wciągnęły, jak zwykle i ani się nie obejrzałam, a minęła godzina i czas się było zwijać. Zrobiłam całkiem sporo ciekawych notatek dotyczących postaci, o których jak na razie nigdy nie pisał (albo przynajmniej ja jeszcze tego nie czytałam).
Mój Michał poszedł następnie po autografy do Wielkiego Grafomana, ponieważ okazało się, że zostały nam jeszcze cztery woluminy bez jego podpisu, ja natomiast udałam się na Nieporadnik młodego autora. Ania Kańtoch i Agnieszka Hałas opowiadały o redakcji tekstów nadchodzących do Esensji oraz o tym, jakich tekstów nie przyjmują, dlaczego i co można w nich zmienić. Sporo praktycznych rad, chociaż muszę przyznać, że z niektórymi ich opiniami zupełnie nie mogłam się zgodzić. Mimo to jestem z tego punktu zadowolona.
Jedna z ciekawszych prelekcji (chociaż zdecydowana większość tych, w których uczestniczyłam była na bardzo wysokim poziomie) dotyczyła legendarnej postaci jednorożca na przestrzeni 2500 lat, kiedy to po raz pierwszy odnotowano wzmianki o tym stworzeniu (a przynajmniej zachowały się one do dnia dzisiejszego). Prowadzący poradził sobie z tym tematem na medal i nie wydaje mi się, by ktokolwiek wyszedł po tej godzinie niezadowolony, albo niedouczony. Świetna robota!
Po godzinnej przerwie udałam się dalej, by wysłuchać paru słów o marsjańskiej technologii i szalonych naukowcach w światach Edgara Rice’a Burroughsa. Wyszłam w połowie, ponieważ nie było w tym nic zabawnego. Prowadzący opowiedział całą niemalże powieść „Władca umysłu z Marsa” i bałam się, by nie zaczął robić tego samego z pozostałymi. Na szczęście tę przeczytałam w ostatnim miesiącu, więc niczego mi nie zaspoilerował, ale… Halo? Nie potrafię na poczekaniu powiedzieć, czy dałoby się ten temat poprowadzić w taki sposób, by jednak nie opowiadać za wiele, ale sadzę, że jeśli nie, to lepiej byłoby chyba w ogóle go nie ruszać. Szkoda, bo zapowiadał się bardzo ciekawie i widać było, że prelegent jest świetnie przygotowany merytorycznie, ale, niestety, nie tędy droga…
Przez kolejną godzinę słuchałam o Wolsungu. Kupiłam Michałowi na imieniny planszówkę i miałam nadzieję, że uda mi się zadać kilka pytań, jako że jeszcze nie graliśmy. Niestety nie starczyło na to czasu, a spotkanie dotyczyło jednak klasycznej wersji, czyli RPG, a na tym się zupełnie nie znam. Mimo wszystko jednak nie uważam tej godziny za straconą, ponieważ spotkanie było poprowadzone bardzo zgrabnie i dowiedziałam się kilku ciekawostek ze świata.
Rewelacyjnie poprowadzona prelekcja dotycząca „Mgieł Avalonu” to jeden z najlepszych punktów programu. Porównanie powieści Marrion Zimmer Bradley do klasycznych legend arturiańskich wypadło nadzwyczaj dobrze, również dzięki Toperz – siedzącej na Sali dziewczynie, która właśnie obroniła tytuł magistra z… Merlina! Fantastyczne dyskusje, mnóstwo wiedzy oraz podsumowanie – nic nie jest takie oczywiste, jak się może wydawać. Choć przecież wiadomo, że legend o królu Arturze jest tyle, co autorów… okazuje się jednak, że wiele jeszcze nie wiemy.
Na dworze było już ciemno, kiedy Jacek Komuda zaczął dawać rady młodym autorom. Bez bicia przyznaję, że dotychczas nie czytałam nic jego autorstwa (choć na wiosnę może się to zmienić, ponieważ planuje bardzo ciekawą pozycję, o której niżej). Mówił sam od siebie i odpowiadał na pytania z widowni. Niektóre rady na długo zapadną mi w pamięć. Szczególnie jedna z nich, którą odebrałam bardzo personalnie.
Mentaci, wiedźmy i Przyprawa, czyli o tym, dlaczego Diuna jest lepsza od Star Wars i Star Treka… Jedyny minus tej godziny to to, że… trwała zaledwie godzinę. Chętnie zostałabym dłużej, chętnie jeszcze więcej podyskutowała o Diunie i o tym, jak mógłby się rozwinąć diunowy fandom. Musiałam się jednak zwijać ponieważ… o godzinie 20:00 rozpoczynało się spotkanie z Kevinem J. Andersonem.
No to spotkanie, a następnie autografy. O tym, że to swojski i bardzo miły człowiek wiedziałam już przynajmniej od czwartku, kiedy to gościł w naszym domu na kolacji. Mimo to nie zdążyłam zadać mu wszystkich pytań, poza tym wiedziałam, że będą także pytania od innych osób, które mogą okazać się bardzo ciekawe. Tak też się stało, mimo że spotkanie było po angielsku (bez tłumacza). Trochę się obawiałam, czy ludzie znajdą odwagę, by się pytać po angielsku, ale na szczęście pierwsze lody zostały przełamane, a Kevin bardzo chętnie odpowiadał na każdy temat.
Równie udana była ostatnia godzina, czyli autografy. Pojawiło się całkiem sporo osób, więcej niż na spotkaniu. Właściwie nie ma się co dziwić – spotkanie nie było tłumaczone, a w niedzielnym planie było takie po polsku, więc z pewnością można się było spodziewać większej ilości słuchaczy na sali w niedzielę, a to, że ktoś nie był na spotkaniu nie oznacza przecież, że nie może przyjść po autograf. W każdym razie - bardzo miłe zakończenie dnia.
W niedzielę nie zdążyłam (z mojej winy, ponieważ po mszy na drugim końcu Lublina, na którą wybrałam się pieszo, poszłam jeszcze zobaczyć Stare Miasto i jakoś tak czas szybko uciekał…) na pierwszy zaplanowany punkt programu, w związku z czym nie miałam okazji posłuchać o nazistach i początkach Niemiec. Szkoda, może następnym razem.
W samo południe kolejne spotkanie z Kevinem, tym razem dwugodzinne i z tłumaczką. Ani się nie spostrzegłam, jak minął czas i trzeba było już iść. Oczywiście po kolejne autografy i zdjęcia z Autorem. Bardzo się cieszę z tych spotkań i mam nadzieję, że Kevin jeszcze odwiedzi w najbliższych latach nasz kraj.
Anioły i demony w kulturze masowej to kolejna świetna prelekcja Cathii. Niestety trochę się zawiodłam jej podejściem do serialu Battlestar Galactica. Nie można było zrobić już nic gorszego, niż pokazać zakończenie ostatniego odcinka. Podsumowując – wszystko pięknie i bardzo mi się podobało, ale z BSG Cathia dała dupy…
Bardzo żałuję, że nie odbyło się spotkanie dotyczące językowych kombinacji w tłumaczeniu Metro 2033. Tłumacz nie dotarł i musiałam się obejść smakiem. Szkoda, ponieważ to mogło być bardzo ciekawe i kształcące. I znów – radiowęzeł się nie spisał, ponieważ nikt o tym nikogo nie poinformował. Na dodatek w tym czasie odbyła się prelekcja, która miała być godzinę później, co już jest w ogóle kuriozum, ponieważ z braku informacji osoby, które chciały wziąć w niej udział o godzinie 17:00, nie wiedziały, ze zaczęła się godzinę wcześniej. Spory minus dla organizatorów. Pozostaje mi jedynie cieszyć się, że mnie to nie dotknęło osobiście.
W bloku popularno-naukowym rozważaliśmy dlaczego nie ma smoków. Trochę ta prelekcja różniła się od tego, czego oczekiwałam, ale muszę przyznać, że dobrze się stało. Wiedza, którą przekazał prowadzący jest bezcenna, a z pewnością sama bym do niej nie dotarła. Ciekawie jednak wyglądały dzieciaki w wieku na oko gimnazjalnym, które wychodziły, kiedy się spostrzegły, że zamiast oglądania grafik smoków, będziemy rozmawiać o rozkładzie białek i ewolucji oka. Bezcenne!
Lublin fantastyczny legendarny i duchowo skarbowy – źle się czułam i niestety musiałam wyjść po jakichś dwudziestu minutach, więc ciężko mi się tu wypowiadać. Pozostawię więc bez komentarza.
Na 19:00 miałam zaplanowaną przerwę, ale jako, że odpoczęłam chwilę wcześniej, dałam się namówić na pójście z całą ekipą na prelekcję Czy Roddenberry czytywał Tolkiena. Rozważania o tym, czy Wolkanie się podobni do Elfów zaowocowały nie tylko ciekawymi dyskusjami na Falkonie, ale również i po. Chyba do drugiej w nocy kontynuowaliśmy temat, choć bardziej pod kątem językowym, jako że w czasie dyskusji na Sali wywiązał się niewielki spór na temat tego, czy należy mówić elfy czy elfowie. Zresztą mam w planach napisać o tym krótki tekst w niedługim czasie, dowiedziecie się więc dokładniej, w czym rzecz.
Polacy na Kremlu to z kolei tytuł spotkania autorskiego z Jackiem Komudą. Nie będę się powtarzać, zdradzę natomiast obiecaną wcześniej informację na temat planów wydawniczych na wiosnę.  2014. Otóż ma się ukazać zbiór opowiadań dotyczących ważnych dat w historii Polski. Myślę, że będzie to bardzo ciekawa pozycja i warto się z nią zapoznać. Poza tym na spotkaniu rozmowy dotyczyły zarówno planów wydawniczych, jak i różnych historii zawartych w wydanych już książkach Autora.
Na zakończenie niedzieli, a dla mnie również całego konwentu, warsztaty literackie z Esensją. Hmmm.. To już chyba nie ta pora, nie ta godzina, nie ten dzień. Ania Kańtoch i Agnieszka Hałas też nie bardzo panowały nad salą, ponieważ nie można robić tak (znów moje subiektywne zdanie), że daje się ludziom na napisanie czegoś powiedzmy 10 minut,  w tym czasie pozwala się cały czas na rozmowy i bierze w nich udział. Jeden z uczestników po minucie zaczął opowiadać swój pomysł na opowiadanie, co bardzo utrudniało pozostałym pracę. Ja zupełnie nie mogłam się skupić, kiedy na sali mówiły dwie, trzy osoby równocześnie. Szkoda. Chociaż postaram się napisać tekst, nad którym pracowałam i wysłać do redakcji. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Na zakończenie podziękowania. Wszystkim, którzy pracowali nad programem. Organizatorom, którzy rewelacyjnie sobie ze wszystkim radzili. Pierwszy raz nie było kolejkonu. Nie brakowało papieru toaletowego. Nie wiem, jak to zrobili, ale nawet kolejki do toalety były niezbyt długie. Bardzo udana organizacja. Sale dopasowane wielkością do prelekcji, które miały się w nich odbywać. W ogóle świetna miejscówka. Naprawdę organizacja na medal!
Kevinowi – za to, że zaszczycił nas swoją obecnością i okazał się takim fantastycznym człowiekiem. Wojtkowi za ciekawe rozmowy na stoisku. Legionowi za pomysły dotyczące diunowego fandomu. Teodorowi – za nocleg, pyszne wino aroniowe, spacer po lubelskiej starówce i niezapomniany poniedziałek w kuźni. Martynie i Bartoszowi za podróż i długie nocne rozmowy. Kwisatzowi – za to, że mnie namówił na ten wyjazd. Kogoś zapomniałam? Z pewnością tak. Przepraszam. Dziękuję wszystkim serdecznie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz