Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

poniedziałek, 23 marca 2015

Ostatni papież. Tajemnica przepowiedni Malachiasza – Dariusz Hryciuk

Wydawnictwo: Varsovia
Warszawa 2015
Oprawa: miękka
Liczba stron: 281
ISBN: 978-83-61463-09-2







To już moja druga powieść o tym samym tytule. Czy najnowsza powieść polskiego autora dorówna "Ostatniemu papieżowi" Luisa Miguela Rochy?
Tytuł intryguje, ponieważ zawiera w sobie aż cztery przyciągające słowa: ostatni, papież, tajemnica i przepowiednia. Malachiasz zostaje niewiadomą, która potęguje to uczucie. Do tego dodajemy elektryzującą okładkę ze starym pergaminem, woskową pieczęcią i Watykanem w tle. Trzeba przyznać, że Autor i Wydawnictwo osiągnęli zamierzony cel – intrygują i kuszą. "Odkryj przepowiednię na temat zbliżającego się końca czasów i nadejścia Antychrysta" – taki oto napis widnieje w prawym górnym rogu. Można chcieć czegoś więcej? Patronaty portali granice.pl oraz sztukater.pl są niejako potwierdzeniem tego, że powieść jest "na poziomie". Otwieramy więc i zaglądamy do środka, wszak nie powinno się sądzić książki jedynie po okładce.
Na samym początku wymienieni są bohaterowie, ich imiona, nazwiska i to, kim są. W kolejności alfabetycznej, dwie strony. Wierzcie mi, na początku lektury ta ściąga bardzo się przydaje, ponieważ postaci w powieści jest naprawdę wiele i zanim się do nich przyzwyczaicie, minie kilkadziesiąt stron (o, nowa miara czasu!).
Początkowo historia biegnie powolutku, ale już przy końcu pierwszego rozdziału przyspiesza. David Stone jest wziętym dziennikarzem. Obecnie pracuje w redakcji New York Timesa i wieczorem ma odebrać nagrodę dla "Dziennikarza roku". Szykuje się elegancka gala, czerwony dywan, przemówienia, oklaski, piękne kobiety... Tymczasem jedyne, o czym potrafi myśleć David, to stygnący na stole kurczak z mikrofalówki, burczenie w brzuchu i głębokie przekonanie, że nie cierpi takich spędów, na których wszyscy wszystkim włażą w wiadomo którą część ciała. Kiedy odważy się zrzucić maskę i pokazać, kim naprawdę jest, zawalczyć o zasady, które wyznaje i wypowiedzieć wojnę jednemu z amerykańskich kongresmenów, jego życie odmieni się nie do poznania. Utrata pamięci, pobyt w szpitalu, ucieczka przed nasłanymi mordercami, nagonka w mediach – to tylko kilka z kłód, które Davidowi rzucają ludzie, którym nadepnął na piętę. 
Tymczasem na jednej z farm niedaleko Nowego Jorku Esther Sayes kończy przygotowywanie pięknego witraża do pobliskiego kościoła. Robi to pro publico bono. Jej dobre serce i otwartość są jednym z powodów, dla których farma tonie w długach, a na jej terenie mieszka kilkoro pokrzywdzonych przez los, którzy nie mieli się gdzie podziać. Co może łączyć bogatego i znanego Davida z cichą, pokorną i miłosierną Esther? Czas pokaże, że niezbadane są ścieżki Pana.
Dariusz Hryciuk oddaje w ręce czytelników książkę z pogranicza sensacji, powieści futurystycznej,  moralistycznej i teologicznej. Ten czasami wybuchowy koktajl smakuje całkiem przyzwoicie. Nie, źle się wyraziłam. Jest naprawdę smakowity, mimo kilku zostających w zębach okruchów, o których później. 
Wielowątkowa i wielopłaszczyznowa powieść ukazuje nam świat niedalekiej przyszłości, do którego z całą pewnością zmierzamy. Świat pełen technologii wyręczających człowieka, wszechobecnych mediów i ciągłego zagrożenia nuklearnego. W Stanach Zjednoczonych każdy człowiek, który nie postanowił stać poza społeczeństwem został oczipowany. Czipy ułatwiają życie, pozwalają dokonywać płatności, zamówień, informują o historii chorób delikwenta i tak dalej. Jednym słowem – są ogromnie pożyteczne. Z drugiej jednak strony niosą za sobą niebezpieczeństwo – można człowieka namierzyć o każdej porze dnia i nocy, od razu wiadomo co lubi, co kupuje, gdzie bywa, co jeszcze można mu sprzedać. Duże zyski czerpią z tego systemu portale reklamowe. Tak naprawdę jednak najważniejszym graczem na czipowym rynku jest Patrick Bohr, właściciel Konsorcjum Babel. Człowiek, do którego idealnie pasuje miano szarej eminencji, a który chciałby w końcu wyjść z cienia.
Strzelanki na ulicach Nowego Jorku i pościgi za uciekającymi pozytywnymi bohaterami to jednak nie wszystko. Można wręcz powiedzieć, że to jedynie posypka do pierniczków, która je ubarwia, ale nie jest w stanie zaspokoić głodu. Tym najważniejszym składnikiem jest tu bowiem tytułowa tajemnica Malachiasza, na którą przed laty trafił, będąc pracownikiem Tajnych Archiwów Watykańskich, ksiądz (z zupełnie niezrozumiałych powodów nazywany ojcem) Bernard Staniewski, którego poznajemy jako jednego z mieszkańców farmy należącej do Esther. Sami widzicie, krąg się zaciska.
Akcja biegnie wartko. Może nie porywa w jakiś wir, z którego trudno się wydostać, ale z pewnością nie chce się czytelnikowi od książki odrywać, jeśli nie jest to absolutnie konieczne. Bohaterowie Hryciuka są różnorodni i, kiedy już przyzwyczaić się do ich ilości, łatwo rozpoznawalni. Niektórzy są rzeczywiście bardzo wyraziści i dopracowani, ale nie można tego powiedzieć o wszystkich. Czegoś mi brakowało w demonicznym Bohrze, chyba jakiegoś logicznego wytłumaczenia, rysu psychologicznego, który by pozwalał zrozumieć, co nim kierowało (poza rządzą władzy; wydaje mi się, że to jednak za mało w jego przypadku). Fantastyczna jest postać księdza Bernarda, wykreowanie papieża Mikołaja III też należy uznać za sukces Autora. Natomiast Esther jest tak straszliwie naiwna, że aż trudno uwierzyć w możliwość istnienia takiej osoby w XXI wieku.
"Ostatni papież..." to w jednym zdaniu – powieść o odwiecznej walce dobra ze złem. Mamy tu ludzi żądnych władzy, skorych do wielu okrucieństw, matactw i poświęcenia (innych, a nie siebie). Mamy czyste dusze, które zawsze widzą świat przez różowe okulary. I w końcu są oni – ksiądz Bernard i papież Mikołaj III, do których należeć będzie ostateczna rozgrywka. 
Bardzo spodobał mi się pomysł połączenia futuryzmu z teologią. Szczególnie z dodatkiem wiszącego na cieniutkiej nitce realnego i bliskiego zagrożenia wybuchem wojny nuklearnej. W warstwie fabularnej powieść nie ustępuje pomysłowi, a żywy i przystępny język sprawia, że czytanie jest czystą przyjemnością. 
Żeby jednak nie przesłodzić tych znakomitych pierniczków z ich kolorową posypką, trochę sody oczyszczonej, czyli co mi się nie spodobało.
Po pierwsze imiona papieży przełomu XX i XXI wieku. Skoro Autor chciał im nadać inne imiona, trzeba było powieść umieścić w bardziej odległej przyszłości. Informacja o tym, że w początku XXI wieku na Tronie Piotrowym zasiadał Mikołaj II wywołała u mnie wielki zgrzyt i sprawiła, że powieść od razu stała się mniej realna. A szkoda...
Druga sprawa: przypisy. Owszem, w niektórych miejscach mogą się okazać przydatne, jeśli po książkę sięgnie czytelnik nieoczytany, bądź nie znający pojęć związanych z Kościołem. Większość przypisów zdawała się jednak zupełnie zbędna, o ile nawet nie bezsensowna. Naprawdę, w dobie wszechobecnego internetu i dość rozwiniętego systemu edukacji w Polsce nie trzeba nikomu tłumaczyć, czym jest NATO, ani podawać dokładnej lokalizacji indyjskich miejscowości (szczególnie, że ich lokalizacja nie ma żadnego wpływu na odbiór lektury). Tym bardziej tłumaczenie, kim był Adolf Hitler powoduje lekki i żenujący uśmieszek.
Ostatnia sprawa: redakcja. Choć korekta powieści wpadła bardzo pozytywnie, niestety do redakcji mam wiele (to słowo nijak się ma do natężenia moich negatywnych odczuć w tej kwestii) zastrzeżeń. Otóż bubli znalazłam przynajmniej kilka i to dość dużych. Na dodatek takich, które dostrzeże nawet średnio uważny czytelnik. Bubli, które redaktor powinien wychwycić natychmiast i poprawić bez dwóch zdań. Szczególnie, że wymagałoby to na ogół zmiany jednego zdania. Ok, w jednym przypadku trzeba by usunąć niemal dwie strony kompletnie bezsensownego i nielogicznego tekstu, ale to wyjątek. Takie kosmetyczne zmiany były konieczne i bezbolesne, ponieważ ich wprowadzenie w konkretnych miejscach nie wymagało żadnych zmian w dalszych partiach tekstu – to były zdania nie mające wpływu ani na akcję, ani na świat zastany (poza tym wypadkiem z dwiema stronami). Przyznaję – to wina Autora, że takie kilka bubli mu się zdarzyło. Sama jednak wiem, że pisząc książkę, autor zna cały świat, całą historię, żyje w świecie tworzonym i wie o nim oraz jego bohaterach znacznie więcej, niż pisze. I czasem może zapomnieć, że jednak czegoś nie napisał, czytelnik tego nie wie, albo coś sobie wymyślił, a potem zmienił w jednym miejscu i zapomniał, że o tym jest jeszcze trzy akapity dalej. Takie rzeczy się zdarzają. I właśnie dlatego w wydawnictwach pracują redaktorzy. Niestety w tym przypadku, komuś się mocno przysnęło. Naprawdę, wierzcie mi, chciałam tę książkę przeczytać z czystą przyjemnością i nie zauważać błędów (swoją drogą, żadnych literówek nie przyuważyłam), ale tych kilku niekonsekwencji po prostu nie można było przeoczyć.
Co takiego przepowiedział mnich Malachiasz? Imię ostatniego papieża, koniec świata, nadejście Antychrysta? Kim będą ci ludzie i dla kogo koniec czasów okaże się chwilą kary, a dla kogo będzie oznaczał wieczną nagrodę? Przekonajcie się sami.








Książka przeczytana w ramach Wyzwania:



Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

2 komentarze:

  1. "Co takiego przepowiedział mnich Malachiasz? Imię ostatniego papieża, koniec świata, nadejście Antychrysta?" - o tym, co przewidział Malachiasz, wiadomo doskonale już od dekad. Podpowiadam recenzentowi/recenzentce - wystarczy skorzystać z Google. Ksiądz Bernard też by mógł, oszczędziłoby mu to sporo czasu. Reszta książki na podobnym poziomie logicznym.
    "W Stanach Zjednoczonych każdy człowiek, który nie postanowił stać poza społeczeństwem został oczipowany" - naprawdę recenzentko/recenzencie przeczytałeś tę książkę? Bo już w pierwszym albo drugim rozdziale jest napisane, iż od 2015 roku zaczipowany został CAŁY ŚWIAT.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, napisano na początku, że zaczipowany został cały świat. I to jest jedna z tych nielogicznych kwestii, które Autorowi wypominam. Bo cała akcja ze strony pana Bohra dotyczy właśnie tego, że on chce dopiero tego dokonać. Najpierw Autor napisał, że zaczipowano w 2015 cały świat, a następnie buduje akcję (w roku 2025) na tym, że pan Bohr chce to dopiero uczynić (podsycając w tym celu konflikt między Indiami i Chinami). Tak więc nie ja, a Autor popełnił tu błąd. Myślę, że to wystarczający dowód tego, że książkę przeczytałam i to na dodatek bardzo dokładnie, zaznaczając sobie nieścisłości, które redakcja powinna od razu wyłapać.
      Co przewidział Malachiasz? Przecież to nie jest pytanie konkursowe ani egzaminacyjne, ale zdanie które ma zachęcić potencjalnych czytelników książki do sięgnięcia po nią. Szkoda, że osoba, która nie potrafi nawet się podpisać, nie jest w stanie wyczuć różnicy. Tego, co napisano w Piśmie Świętym nie trzeba szukać w Google, wystarczy, że poczyta się Biblię, a i tak mnóstwo autorów pisze powieści na tej kanwie, korzystając na dodatek z licentia poetica. Idąc tym torem, w recenzji powieści "Arka Noego" również nie mogę użyć zdania: "Co dokładnie powiedział Bóg Noemu?", ponieważ jest to napisane w Starym Testamencie i autorka powieści niczego nowego nie odkryła. To żaden argument, bo licentia poetica pozwala jej modyfikować postaci i ich wypowiedzi. Tak, jak Hryciuk wymyślił sobie papieży Mikołaja II i Mikołaja III, mimo, że w czasie, który wskazuje papieżami byli kolejno Jan Paweł II, Benedykt XVI i Franciszek.
      Ja powieść przeczytałam bardzo uważnie, jak to robię z każdą książką. Przyjmuję krytykę, kiedy jest rzeczowa i merytoryczna, ale nie pozwolę sobie zarzucać, że nie czytam recenzowanych książek.

      Pozdrawiam,
      Chani

      P.S. Gdyby komentator dokładnie przeczytał recenzję, wiedziałby, że jestem kobietą.

      Usuń