Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

czwartek, 21 czerwca 2012

Próby pisania opowiadań...

Taka mała akcja zaistniała po Pyrkonie i chciałam się nią podzielić. Chodziło o to, żeby napisać kryminał, romans i horror, które zaczynają się od zdania: "Na ławce w parku siedzi przestraszona dziewczyna, do której podchodzi uśmiechnięte dziecko." Ważne jest również to, że każde z nich nie mogło być dłuższe niż na cztery strony.

Podzielę się więc z Wami tym, co skrobnęłam. Na początek romans.

         
Na ławce w parku siedzi przestraszona dziewczyna, do której podchodzi uśmiechnięte dziecko. Dziewczynka – może sześcioletnia – pcha przed sobą wózek z lalką i badawczo przygląda się dziewczynie, która widzi ją, jak przez mgłę, choć na niebie świeci słońce. To łzy i strach zacierają jej możliwość wyraźnego widzenia.
Wszystko zaczęło się kilka lat temu, kiedy zaczynała klasę maturalną. Była dobrą uczennicą, miała wysokie aspiracje. Marzyła o tym, że dostanie się na dziennikarstwo, napisze kilka dobrych artykułów do prasy, dzięki którym zasłynie w świecie, być może jakiś czas popracuje jako korespondent dla któregoś z czasopism turystycznych, a później poświęci się całkowicie pisaniu powieści, na które miała już wówczas setki pomysłów. Przygotowywała się do matury i egzaminów wstępnych. Poprosiła swego polonistę, by pomógł jej w skompletowaniu materiałów literackich do prezentacji. Z pewnością żadne z nich nie spodziewało się, że te kilka spotkań zaowocuje gorącym romansem.
Profesor Paweł – tak właśnie mówili do niego uczniowie – był przystojnym mężczyzną w kwiecie wieku. Czarne włosy, wielkie brązowe oczy, zdrowa opalenizna, intelektualista, który nie stronił od sportów. Kamila podkochiwała się w nim od pierwszej klasy – z pewnością nie ona jedna – ale do głowy jej nie przyszło, że on może odwzajemniać jej uczucia. Okazało się jednak, że urzekła go już dawno ta krucha brunetka, która każdą wolną chwilę poświęcała na czytanie i pisanie.
Tamten pierwszy pocałunek był dla obojga szokiem. Kiedy dotarło do nich, co się właśnie stało, byli absolutnie zdezorientowani i przez pierwszych kilka minut nie odezwali się do siebie słowem. Najtrudniejszy był pierwszy tydzień – później w końcu poddali się uczuciom. Spotykali się w tajemnicy – co by się stało, gdyby grono pedagogiczne, rodzice i uczniowie dowiedzieli się o ich romansie? Co prawda Kamila była już pełnoletnia, jednak…
Mijały tygodnie, przyszła zima, rozpoczął się nowy rok. Matura zbliżała się wielkimi krokami, wybiła godzina zero dla studniówki. W pięknej granatowej sukni z kryształkami i wysoko upiętymi włosami, Kamila weszła na salę, powodując, że Pawłowi zaparło dech w piersiach. Miał ochotę chwycić ją w ramiona i całować do upadłego, nie zwracając uwagi na pozostałych uczestników imprezy. Ostatecznie jednak musiał się opanować i dany był im tylko jeden taniec.
Rozpoczęły się ferie. Okłamując rodziców i wszystkich znajomych – Kamila wybrała się na kilka dni do Zakopanego, gdzie już na nią czekał. Spędzili tam wspaniałe dni i noce, właściwie nie wychylając nosa z wynajętego pokoiku na poddaszu starego, drewnianego domku. Romans stulecia – myślała, wracając do domu i wspominając pocałunki, którymi obsypywał ją niemal non stop.
Zaczął się drugi semestr i nagle coś się wydarzyło. Do klasy – co za głupota przenosić się na trzy miesiące przed maturą, myślała w pierwszej chwili – dołączył nowy kolega. Wysoki, świetnie zbudowany, typ buntownika. Chodził w czarnej skórzanej kurtce, włosy ledwie odrastały od czaszki, zielone oczy przypatrywały się wszystkim z mieszaniną ciekawości i złości. Nabijany ćwiekami czarny plecak był jego nieodłącznym atrybutem, podobnie jak wytarte jeansy i skórzane, wysokie buty z dziesiątkami sprzączek. Koledzy patrzyli na niego podejrzanie, koleżanki usuwały się z drogi w obawie, że może zrobić im krzywdę. Nauczyciele… byli zachwyceni jego inteligencją i erudycją, a jednocześnie martwili się jego wyglądem i tym, ile palił.
Widząc, że Krystian sporo czyta, Paweł zaproponował, by Kamila spędziła z nim trochę czasu i pomogła mu nadrobić zaległości. Zgodziła się, zdziwiona tym, że naprawdę chciała go lepiej poznać. Z resztą – robiła to właściwie dla Pawła. Chłopak okazał się naprawdę zjawiskowy i nawet ona musiała przyznać, że nie czytała tyle, co on. Potrafili tak dyskutować całymi godzinami. Nie jeden raz i nie dwa zasiedziała się u niego do późna, albo on u niej. Paweł zaczynał być zazdrosny, ponieważ tracili kolejne wieczory i teraz spotykali się góra trzy razy w tygodniu. Tęsknił za nią. Ona też tęskniła, ale nie potrafiła oprzeć się pokusie kolejnych godzin spędzonych w towarzystwie nowego kolegi.
- Zosiu, wracamy – woła rudowłosa kobieta po trzydziestce, zwracając się do córeczki, która siedzi w piaskownicy i buduje kolejną wieżę zamku.
            Dziewczyna przygląda się tej scenie i nie może odpędzić od siebie wspomnienia tamtego wypadu nad jezioro. Do matury został tydzień i postanowili się trochę rozerwać. Zośka, Marta, Sławek, Eliza, Krystian i ona – weekend w wynajętej chatce nad Jeziorem Srebrnym. Pogoda ich zaskoczyło – świeciło słońce, temperatura nagle skoczyła do trzydziestu stopni – zupełnie jakby był to prezent specjalnie dla nich. Bawili się wyśmienicie. W sobotni wieczór Marta i Sławek urwali się gdzieś na dyskotekę – spotykali się już od dwóch lat i chyba potrzebowali pobyć trochę tylko we dwójkę. Zośka była zachwycona okolicą i namówiła Elizę na wycieczkę krajoznawczą. Kamila wykręciła się bolącym kolanem, które stłukła rano na niewielkim molo.
            Zostali tylko we dwójkę. Krystian zaskoczył ją, szykując znakomitą kolację. Usiedli na – górnolotnie brzmiące określenie – tarasie, zapalili świeczki i długo, długo rozmawiali.
- Popływajmy – zaproponował nagle i nie mogła uwierzyć, że się zgodziła. Woda była lodowata i nie miała najmniejszego zamiaru wchodzić do niej w ten weekend. Nawet nie zabrała ze sobą stroju kąpielowego.
Doskonale znała tatuaż na jego ramieniu, jako że pod skórzaną kurtką nosił zazwyczaj koszulkę bez rękawów. Kiedy jednak zaczął się rozbierać, poczuła dreszcz. Z łopatek wychodziły dwa czarne skrzydła, które biegły wzdłuż całych pleców aż po… kolana. Westchnęła cicho i przygryzła wargi, czując się winna, że ten widok ją podniecił. Pomyślała o szerokich ramionach Pawła i jego kochającym wzroku. Potrząsnęła głową i starała się wyrzucić w głowy widok Krystiana, który zdążył już na szczęście zanurzyć się w wodzie po samą szyję. Dołączyła do niego, trzęsąc się – woda nie była lodowata – miała wrażenie, że wchodzi do balii wypełnionej ciekłym azotem.
            Kiedy wyciągnął do niej rękę, zawahała się na moment. Spojrzała mu głęboko w oczy, co nie było łatwe, kiedy zważyć, że wędrowały po jej dekolcie. Wiedziała, że serce dudni jej w piersiach, oddech stał się płytki i urywany. W końcu podała mu dłoń i pozwoliła przyciągnąć się do niego. Dzieliło ich zaledwie kilkanaście centymetrów, czuła na twarzy jego gorący oddech. Chciała coś powiedzieć, ale nie starczyło jej sił. Pozwoliła mu absolutnie na wszystko, czerpiąc z jego pieszczot nieograniczoną przyjemność.
            Wychodziła z jeziora z poczuciem winy i wstydem, że zdradziła Pawła. Jednocześnie – była szczęśliwa i spełniona. Krystian szedł tuż obok, obejmując ją w pasie. Pobiegli do domku, zamarzając i szybko schowali się pod kocem. Pocałowała go namiętnie, mając ochotę na więcej.
- No pięknie – chwilkę nas nie ma, a tu już rozpusta – roześmiała się Zośka, stojąc w progu. – Nie przeszkadzajcie sobie, przejdziemy się jeszcze z Elizką – dodała, kiedy zobaczyła zawstydzenie na ich twarzach. Okręciła się na pięcie i wyszła, zamykając za sobą drzwi.
Kamila i Krystian roześmiali się szczerze i wrócili do pieszczot. Ani razu tej nocy, ani następnego dnia nie pomyślała o Pawle. Dopiero w poniedziałek, kiedy stanęła na szkolnym dziedzińcu. Nie wiedziała, jak ma mu o tym powiedzieć – nie chciała go zranić. Na swój własny sposób, nadal go kochała. Był jej pierwszym mężczyzną, szanowała go, podziwiała, była nim zafascynowana i nie chciała, by cierpiał z jej powodu. Wiedziała, jednak, że musi porozmawiać z nim jak najszybciej – zanim do jego uszu dojdą – a z pewnością doszłyby – plotki na temat wydarzeń z nad jeziora.
Musiał oprzeć się o ławkę, niemalże stracił równowagę. Patrzył na nią z niedowierzaniem i nic nie mówił. Słuchał jedynie, jakby się zastanawiał, czy na pewno się już obudził. Zwiesił głowę, bezsilny, pokonany, zdradzony. Nie odezwał się ani słowem, pozwalając jej odejść. Wiedział, że tak musi być – miała szansę na normalny związek, na chłopaka, którego nie będzie musiała przed nikim ukrywać. On był jedynie kulą u nogi, a ona wreszcie została uwolniona. Było jej przykro, kiedy patrzyła w jego smutne oczy. Chciała, żeby na nią nakrzyczał, wyzwał ją. Nazwał zwykłą dziwką. Do niczego takiego nie doszło. Zachował się jak rycerz, którym zawsze dla niej był.
Szkoła się zakończyła. Zdali maturę. Dostali się na wymarzone studia – Kamila na dziennikarstwo, Krystian na lingwistykę stosowaną. Na balu maturalnym przetańczyli razem całą noc, właściwie nie przestając się całować. Kamila zdawała sobie sprawę z tego, że Paweł to wszystko widzi i z pewnością źle się czuje, nie mogła jednak tego wytłumaczyć Krystianowi. Nie chciała mieć przed nim tajemnic, ale ten jeden sekret postanowiła zachować – dla dobra Pawła, jak sobie tłumaczyła.
Po wspólnie spędzonych wakacjach na wsi u dziadków Krystiana, wrócili do miasta. Opaleni, wypoczęci, zaspokojeni. Kamila zaczęła palić. Zrobiła sobie niewielki tatuaż na karku, co straszliwie nie spodobało się jej rodzicom. Pokłócili się, powiedzieli sobie o kilka słów za wiele i ostatecznie na początku listopada zaproponowała Krystianowi, by wynajęli jakąś kawalerkę i zamieszkali razem. Zgodził się z optymizmem. Szczęśliwym zrządzeniem losu znaleźli lokum w ciągu tygodnia, drugie tyle czasu spędzili na jego urządzaniu i jeszcze na koniec miesiąca zamieszkali na trzydziestu metrach kwadratowych.
Wspólne Święta, radosny sylwester, na którego zaprosili wszystkich znajomych (nieprawdopodobne, że na tak niewielkiej przestrzeni mogło się zmieścić i naprawdę dobrze bawić ponad pięćdziesiąt osób), romantyczne walentynki w trakcie pierwszej wspólnej sesji. Wtedy właśnie coś się zaczęło psuć.
- Proszę pani – mówi jakiś starszy mężczyzna, który nie wiadomo kiedy przysiadł się obok niej. – Proszę pani, telefon dzwoni.
            Dziewczyna otwiera torebkę, szuka i nie może znaleźć. Siwy staruszek przygląda się jej badawczo, w końcu ręką wskazuje kieszeń, z której dochodzi denerwujący dźwięk. Dziewczyna odbiera, starając się opanować emocje i nie dać po sobie poznać, jak trzęsie jej się głos.
- Dobra wiadomość – ni to pyta, ni to stwierdza sąsiad z ławeczki. Kiwa jedynie głową na potwierdzenie, a kąciki jej ust unoszą się niemal niezauważalnie. Dobra wiadomość.
            Sesja zrujnowała Krystiana. Wszystkie pieniądze, jakie posiadał, wydał na tabletki, na Plusssze, na kawę, papierosy, takie i siakie lekkie narkotyki. Tak przynajmniej mówił Kamili. Widziała, jak staczał się na dno, ale jej słowa wchodziły jednym uchem i wychodziły drugim. Płakała, kiedy wychodził z domu, szukała rad wśród znajomych. Wracał – pijany, zaćpany, czasami z siniakiem tu, czy tam. Przez dwa miesiące nie dostała od niego grosza i sama musiała zapłacić czynsz, opłacić rachunki za telefon, Internet, kupić sobie podręczniki do przedmiotów na kolejny semestr.
            Po ostatnim egzaminie zaprosił ją na kolację. Romantyczna restauracja, świece na stoliku, on pokrył wszystkie koszty. Przeprosił, obiecał, że się poprawi, że to się nigdy więcej nie powtórzy. Uwierzyła. Poprawił się. Wszystko było dobrze – znów był tym wspaniałym człowiekiem, w którym się zakochała. Cieszyły go studia, czuł się rewelacyjnie na uczelni. Roztaczał przed nią wizję wspaniałej kariery naukowej, która go czeka. Pomagał jej, kiedy miała gorsze dni.
            Letnia sesja… Teraz dopiero pokazał, że skrzydła wytatuowane na plecach należą raczej do szatana, niż anioła. Zagwarantował jej istne piekło. Nie skończyło się na piciu i ćpaniu. Zapraszał kolegów, z którymi się uczył. W domu zapanował chaos i syf – walające się brudne talerze, potłuczone szklanki, pety porozrzucane w najmniej spodziewanych miejscach, trawka tu, maryśka tam. Miała sińce pod oczami, tyle łez wypłakała, ale nic nie pomagało. Może by to zniosła, gdyby na bałaganie się skończyło. Nawet mogła mu darować szastanie pieniędzmi. Niestety poszedł o krok dalej.
            Pierwszy siniec na policzku pojawił się dzień po jej ostatnim kolokwium. Pił, krzyczał, bił. Obiad był niedobry, na stole nie było miejsca na jego notatki, w łóżku nie dawała mu satysfakcji. Cierpiała prawdziwe męki. Postanowiła wrócić do rodziców – spakowała walizkę i już miała wyjść, kiedy wrócił z imprezy. Wpadł w istny szał – właściwie zmasakrował jej twarz, zdarł z niej ubranie i zgwałcił w korytarzu, po czym poszedł do łóżka i powiedział jedynie, że tam na nią czeka. Siedziała, skulona pod ścianą, zapłakana, zakrwawiona. Dopiero kiedy usłyszała jego chrapanie, chwyciła za walizkę i cichutko wymknęła się z mieszkania.
            Było jej wstyd przed rodzicami, nie wiedziała, do kogo zwrócić się o pomoc. Siedziała na tej samej ławeczce, co teraz – cały czas jeszcze miała siniaki na twarzy, mimo że upłynęły już prawie dwa tygodnie. Krystian siedział w areszcie, a ją czekały wszystkie nieprzyjemności związane z rozprawą w sądzie. Przyglądała się dzieciom biegającym po placyku zabaw i zastanawiała, co się stanie z tym maleństwem, które rosło w niej. Nie powiedziała mu, że jest w ciąży. Chciała jedynie się od niego uwolnić, a dziecko mogło ją do niego przywiązać do końca życia. Myśląc o swojej przyszłości nawet nie zauważyła, że przed nią stanął… Paweł.
            Po tym wszystkim, co zrobiła, po całym tym bólu, który mu wyrządziła – był ciepły, spokojny, uśmiechnięty. Nawet nie wiedziała, jak to się stało, że opowiedziała mu o wszystkim. Nawet rodzice nie wiedzieli, że spodziewała się ich wnuka. Pozwolił jej się wypłakać na swoim ramieniu, przytulił, zaprosił na kawę. Nie narzucał się, ale jasno dał do zrozumienia, że zawsze może do niego przyjść, wygadać się, wypłakać, szukać rady, czy po prostu towarzystwa.
            Rozprawa była koszmarem, ale Paweł był zawsze obok. Kiedy Krystian zobaczył ją po raz pierwszy, była w piątym miesiącu ciąży i nie dało się już tego ukryć. Wyzwał ją od zdzir, nie domyślając się w ogóle, że dziecko jest jego. Nie przeszkadzało jej. Wręcz przeciwnie – cieszyła się. Kiedy w końcu usłyszała wyrok, kamień spadł jej z serca.
            Był początek marca, kiedy poczuła pierwsze skurcze. Zrobiło jej się słabo i oparła się o ścianę bloku. Rozejrzała się wokoło i dotarło do niej, że zaledwie przecznicę dalej jest jej liceum, a tam… Paweł. Resztką sił doszła do drzwi i poprosiła woźnego, żeby go poprosił. Strach w jego oczach mówił sam za siebie, kiedy ją zobaczył. Rzucił wszystko i pojechał z nią do szpitala. Nie odszedł na krok, dopóki nie zasnęła po przerażająco długim i bardzo bolesnym porodzie.
            „Minęły już prawie trzy lata od tamtej wiosny – myśli dziewczyna – Czekam na szczęśliwe zakończenie.” Uśmiecha się do starszego pana, który nadal siedzi obok i karmi gołębie okruszkami chleba. Wstaje powoli, kłania mu się i kieruje do bramy parkowej. Po drugiej stronie ulicy znajduje się szpital miejski.
            Mała Sylwia stała się oczkiem w głowie rodziców – Paweł podał w aktach swoje nazwisko w rubryce dotyczącej ojcostwa. Pomagał jej każdego dnia, otaczał miłością i czułością, nie żądając niczego w zamian. Jak mogła go nie kochać? Nie mogła. Kochała każdego dnia mocniej, aż w końcu odważyła mu się to powiedzieć. Wybiegł z domu, jak rażony piorunem. Wrócił po kilkudziesięciu minutach – z bukietem kwiatów i pierścionkiem zaręczynowym. Po pół roku zostali małżeństwem.
            Niedługo cieszyli się szczęściem. Zaledwie po miesiącu od dnia ślubu, Paweł poszedł z Sylwią na spacer, kiedy Kamila była na uczelni. Jakiś idiota wjechał w przystanek autobusowy. W ostatniej chwili Pawłowi udało się wypchnąć wózek i uratować córeczkę. Niestety – od dwóch miesięcy leżał w szpitalu i lekarze nie rokowali sukcesu. To było jak wyrok – nigdy więcej nie stanąć na nogi. Już mieli amputować nogi, kiedy nagle pojawił się w szpitalu zagraniczny profesor, który zaproponował operację. Nie dawał wielkich szans, ale dawał nadzieję. Przed chwilą dzwonił Paweł. Powiedział tylko jedno zdanie:
- Zrobiłem właśnie cztery kroki, Kochanie.

Na ławce w parku siedzi przestraszona dziewczyna, do której podchodzi uśmiechnięte dziecko. Dziewczynka – może sześcioletnia – pcha przed sobą wózek z lalką i badawczo przygląda się dziewczynie, która widzi ją, jak przez mgłę, choć na niebie świeci słońce. To łzy i strach zacierają jej możliwość wyraźnego widzenia.
Wszystko zaczęło się kilka lat temu, kiedy zaczynała klasę maturalną. Była dobrą uczennicą, miała wysokie aspiracje. Marzyła o tym, że dostanie się na dziennikarstwo, napisze kilka dobrych artykułów do prasy, dzięki którym zasłynie w świecie, być może jakiś czas popracuje jako korespondent dla któregoś z czasopism turystycznych, a później poświęci się całkowicie pisaniu powieści, na które miała już wówczas setki pomysłów. Przygotowywała się do matury i egzaminów wstępnych. Poprosiła swego polonistę, by pomógł jej w skompletowaniu materiałów literackich do prezentacji. Z pewnością żadne z nich nie spodziewało się, że te kilka spotkań zaowocuje gorącym romansem.
Profesor Paweł – tak właśnie mówili do niego uczniowie – był przystojnym mężczyzną w kwiecie wieku. Czarne włosy, wielkie brązowe oczy, zdrowa opalenizna, intelektualista, który nie stronił od sportów. Kamila podkochiwała się w nim od pierwszej klasy – z pewnością nie ona jedna – ale do głowy jej nie przyszło, że on może odwzajemniać jej uczucia. Okazało się jednak, że urzekła go już dawno ta krucha brunetka, która każdą wolną chwilę poświęcała na czytanie i pisanie.
Tamten pierwszy pocałunek był dla obojga szokiem. Kiedy dotarło do nich, co się właśnie stało, byli absolutnie zdezorientowani i przez pierwszych kilka minut nie odezwali się do siebie słowem. Najtrudniejszy był pierwszy tydzień – później w końcu poddali się uczuciom. Spotykali się w tajemnicy – co by się stało, gdyby grono pedagogiczne, rodzice i uczniowie dowiedzieli się o ich romansie? Co prawda Kamila była już pełnoletnia, jednak…
Mijały tygodnie, przyszła zima, rozpoczął się nowy rok. Matura zbliżała się wielkimi krokami, wybiła godzina zero dla studniówki. W pięknej granatowej sukni z kryształkami i wysoko upiętymi włosami, Kamila weszła na salę, powodując, że Pawłowi zaparło dech w piersiach. Miał ochotę chwycić ją w ramiona i całować do upadłego, nie zwracając uwagi na pozostałych uczestników imprezy. Ostatecznie jednak musiał się opanować i dany był im tylko jeden taniec.
Rozpoczęły się ferie. Okłamując rodziców i wszystkich znajomych – Kamila wybrała się na kilka dni do Zakopanego, gdzie już na nią czekał. Spędzili tam wspaniałe dni i noce, właściwie nie wychylając nosa z wynajętego pokoiku na poddaszu starego, drewnianego domku. Romans stulecia – myślała, wracając do domu i wspominając pocałunki, którymi obsypywał ją niemal non stop.
Zaczął się drugi semestr i nagle coś się wydarzyło. Do klasy – co za głupota przenosić się na trzy miesiące przed maturą, myślała w pierwszej chwili – dołączył nowy kolega. Wysoki, świetnie zbudowany, typ buntownika. Chodził w czarnej skórzanej kurtce, włosy ledwie odrastały od czaszki, zielone oczy przypatrywały się wszystkim z mieszaniną ciekawości i złości. Nabijany ćwiekami czarny plecak był jego nieodłącznym atrybutem, podobnie jak wytarte jeansy i skórzane, wysokie buty z dziesiątkami sprzączek. Koledzy patrzyli na niego podejrzanie, koleżanki usuwały się z drogi w obawie, że może zrobić im krzywdę. Nauczyciele… byli zachwyceni jego inteligencją i erudycją, a jednocześnie martwili się jego wyglądem i tym, ile palił.
Widząc, że Krystian sporo czyta, Paweł zaproponował, by Kamila spędziła z nim trochę czasu i pomogła mu nadrobić zaległości. Zgodziła się, zdziwiona tym, że naprawdę chciała go lepiej poznać. Z resztą – robiła to właściwie dla Pawła. Chłopak okazał się naprawdę zjawiskowy i nawet ona musiała przyznać, że nie czytała tyle, co on. Potrafili tak dyskutować całymi godzinami. Nie jeden raz i nie dwa zasiedziała się u niego do późna, albo on u niej. Paweł zaczynał być zazdrosny, ponieważ tracili kolejne wieczory i teraz spotykali się góra trzy razy w tygodniu. Tęsknił za nią. Ona też tęskniła, ale nie potrafiła oprzeć się pokusie kolejnych godzin spędzonych w towarzystwie nowego kolegi.
- Zosiu, wracamy – woła rudowłosa kobieta po trzydziestce, zwracając się do córeczki, która siedzi w piaskownicy i buduje kolejną wieżę zamku.
            Dziewczyna przygląda się tej scenie i nie może odpędzić od siebie wspomnienia tamtego wypadu nad jezioro. Do matury został tydzień i postanowili się trochę rozerwać. Zośka, Marta, Sławek, Eliza, Krystian i ona – weekend w wynajętej chatce nad Jeziorem Srebrnym. Pogoda ich zaskoczyło – świeciło słońce, temperatura nagle skoczyła do trzydziestu stopni – zupełnie jakby był to prezent specjalnie dla nich. Bawili się wyśmienicie. W sobotni wieczór Marta i Sławek urwali się gdzieś na dyskotekę – spotykali się już od dwóch lat i chyba potrzebowali pobyć trochę tylko we dwójkę. Zośka była zachwycona okolicą i namówiła Elizę na wycieczkę krajoznawczą. Kamila wykręciła się bolącym kolanem, które stłukła rano na niewielkim molo.
            Zostali tylko we dwójkę. Krystian zaskoczył ją, szykując znakomitą kolację. Usiedli na – górnolotnie brzmiące określenie – tarasie, zapalili świeczki i długo, długo rozmawiali.
- Popływajmy – zaproponował nagle i nie mogła uwierzyć, że się zgodziła. Woda była lodowata i nie miała najmniejszego zamiaru wchodzić do niej w ten weekend. Nawet nie zabrała ze sobą stroju kąpielowego.
Doskonale znała tatuaż na jego ramieniu, jako że pod skórzaną kurtką nosił zazwyczaj koszulkę bez rękawów. Kiedy jednak zaczął się rozbierać, poczuła dreszcz. Z łopatek wychodziły dwa czarne skrzydła, które biegły wzdłuż całych pleców aż po… kolana. Westchnęła cicho i przygryzła wargi, czując się winna, że ten widok ją podniecił. Pomyślała o szerokich ramionach Pawła i jego kochającym wzroku. Potrząsnęła głową i starała się wyrzucić w głowy widok Krystiana, który zdążył już na szczęście zanurzyć się w wodzie po samą szyję. Dołączyła do niego, trzęsąc się – woda nie była lodowata – miała wrażenie, że wchodzi do balii wypełnionej ciekłym azotem.
            Kiedy wyciągnął do niej rękę, zawahała się na moment. Spojrzała mu głęboko w oczy, co nie było łatwe, kiedy zważyć, że wędrowały po jej dekolcie. Wiedziała, że serce dudni jej w piersiach, oddech stał się płytki i urywany. W końcu podała mu dłoń i pozwoliła przyciągnąć się do niego. Dzieliło ich zaledwie kilkanaście centymetrów, czuła na twarzy jego gorący oddech. Chciała coś powiedzieć, ale nie starczyło jej sił. Pozwoliła mu absolutnie na wszystko, czerpiąc z jego pieszczot nieograniczoną przyjemność.
            Wychodziła z jeziora z poczuciem winy i wstydem, że zdradziła Pawła. Jednocześnie – była szczęśliwa i spełniona. Krystian szedł tuż obok, obejmując ją w pasie. Pobiegli do domku, zamarzając i szybko schowali się pod kocem. Pocałowała go namiętnie, mając ochotę na więcej.
- No pięknie – chwilkę nas nie ma, a tu już rozpusta – roześmiała się Zośka, stojąc w progu. – Nie przeszkadzajcie sobie, przejdziemy się jeszcze z Elizką – dodała, kiedy zobaczyła zawstydzenie na ich twarzach. Okręciła się na pięcie i wyszła, zamykając za sobą drzwi.
Kamila i Krystian roześmiali się szczerze i wrócili do pieszczot. Ani razu tej nocy, ani następnego dnia nie pomyślała o Pawle. Dopiero w poniedziałek, kiedy stanęła na szkolnym dziedzińcu. Nie wiedziała, jak ma mu o tym powiedzieć – nie chciała go zranić. Na swój własny sposób, nadal go kochała. Był jej pierwszym mężczyzną, szanowała go, podziwiała, była nim zafascynowana i nie chciała, by cierpiał z jej powodu. Wiedziała, jednak, że musi porozmawiać z nim jak najszybciej – zanim do jego uszu dojdą – a z pewnością doszłyby – plotki na temat wydarzeń z nad jeziora.
Musiał oprzeć się o ławkę, niemalże stracił równowagę. Patrzył na nią z niedowierzaniem i nic nie mówił. Słuchał jedynie, jakby się zastanawiał, czy na pewno się już obudził. Zwiesił głowę, bezsilny, pokonany, zdradzony. Nie odezwał się ani słowem, pozwalając jej odejść. Wiedział, że tak musi być – miała szansę na normalny związek, na chłopaka, którego nie będzie musiała przed nikim ukrywać. On był jedynie kulą u nogi, a ona wreszcie została uwolniona. Było jej przykro, kiedy patrzyła w jego smutne oczy. Chciała, żeby na nią nakrzyczał, wyzwał ją. Nazwał zwykłą dziwką. Do niczego takiego nie doszło. Zachował się jak rycerz, którym zawsze dla niej był.
Szkoła się zakończyła. Zdali maturę. Dostali się na wymarzone studia – Kamila na dziennikarstwo, Krystian na lingwistykę stosowaną. Na balu maturalnym przetańczyli razem całą noc, właściwie nie przestając się całować. Kamila zdawała sobie sprawę z tego, że Paweł to wszystko widzi i z pewnością źle się czuje, nie mogła jednak tego wytłumaczyć Krystianowi. Nie chciała mieć przed nim tajemnic, ale ten jeden sekret postanowiła zachować – dla dobra Pawła, jak sobie tłumaczyła.
Po wspólnie spędzonych wakacjach na wsi u dziadków Krystiana, wrócili do miasta. Opaleni, wypoczęci, zaspokojeni. Kamila zaczęła palić. Zrobiła sobie niewielki tatuaż na karku, co straszliwie nie spodobało się jej rodzicom. Pokłócili się, powiedzieli sobie o kilka słów za wiele i ostatecznie na początku listopada zaproponowała Krystianowi, by wynajęli jakąś kawalerkę i zamieszkali razem. Zgodził się z optymizmem. Szczęśliwym zrządzeniem losu znaleźli lokum w ciągu tygodnia, drugie tyle czasu spędzili na jego urządzaniu i jeszcze na koniec miesiąca zamieszkali na trzydziestu metrach kwadratowych.
Wspólne Święta, radosny sylwester, na którego zaprosili wszystkich znajomych (nieprawdopodobne, że na tak niewielkiej przestrzeni mogło się zmieścić i naprawdę dobrze bawić ponad pięćdziesiąt osób), romantyczne walentynki w trakcie pierwszej wspólnej sesji. Wtedy właśnie coś się zaczęło psuć.
- Proszę pani – mówi jakiś starszy mężczyzna, który nie wiadomo kiedy przysiadł się obok niej. – Proszę pani, telefon dzwoni.
            Dziewczyna otwiera torebkę, szuka i nie może znaleźć. Siwy staruszek przygląda się jej badawczo, w końcu ręką wskazuje kieszeń, z której dochodzi denerwujący dźwięk. Dziewczyna odbiera, starając się opanować emocje i nie dać po sobie poznać, jak trzęsie jej się głos.
- Dobra wiadomość – ni to pyta, ni to stwierdza sąsiad z ławeczki. Kiwa jedynie głową na potwierdzenie, a kąciki jej ust unoszą się niemal niezauważalnie. Dobra wiadomość.
            Sesja zrujnowała Krystiana. Wszystkie pieniądze, jakie posiadał, wydał na tabletki, na Plusssze, na kawę, papierosy, takie i siakie lekkie narkotyki. Tak przynajmniej mówił Kamili. Widziała, jak staczał się na dno, ale jej słowa wchodziły jednym uchem i wychodziły drugim. Płakała, kiedy wychodził z domu, szukała rad wśród znajomych. Wracał – pijany, zaćpany, czasami z siniakiem tu, czy tam. Przez dwa miesiące nie dostała od niego grosza i sama musiała zapłacić czynsz, opłacić rachunki za telefon, Internet, kupić sobie podręczniki do przedmiotów na kolejny semestr.
            Po ostatnim egzaminie zaprosił ją na kolację. Romantyczna restauracja, świece na stoliku, on pokrył wszystkie koszty. Przeprosił, obiecał, że się poprawi, że to się nigdy więcej nie powtórzy. Uwierzyła. Poprawił się. Wszystko było dobrze – znów był tym wspaniałym człowiekiem, w którym się zakochała. Cieszyły go studia, czuł się rewelacyjnie na uczelni. Roztaczał przed nią wizję wspaniałej kariery naukowej, która go czeka. Pomagał jej, kiedy miała gorsze dni.
            Letnia sesja… Teraz dopiero pokazał, że skrzydła wytatuowane na plecach należą raczej do szatana, niż anioła. Zagwarantował jej istne piekło. Nie skończyło się na piciu i ćpaniu. Zapraszał kolegów, z którymi się uczył. W domu zapanował chaos i syf – walające się brudne talerze, potłuczone szklanki, pety porozrzucane w najmniej spodziewanych miejscach, trawka tu, maryśka tam. Miała sińce pod oczami, tyle łez wypłakała, ale nic nie pomagało. Może by to zniosła, gdyby na bałaganie się skończyło. Nawet mogła mu darować szastanie pieniędzmi. Niestety poszedł o krok dalej.
            Pierwszy siniec na policzku pojawił się dzień po jej ostatnim kolokwium. Pił, krzyczał, bił. Obiad był niedobry, na stole nie było miejsca na jego notatki, w łóżku nie dawała mu satysfakcji. Cierpiała prawdziwe męki. Postanowiła wrócić do rodziców – spakowała walizkę i już miała wyjść, kiedy wrócił z imprezy. Wpadł w istny szał – właściwie zmasakrował jej twarz, zdarł z niej ubranie i zgwałcił w korytarzu, po czym poszedł do łóżka i powiedział jedynie, że tam na nią czeka. Siedziała, skulona pod ścianą, zapłakana, zakrwawiona. Dopiero kiedy usłyszała jego chrapanie, chwyciła za walizkę i cichutko wymknęła się z mieszkania.
            Było jej wstyd przed rodzicami, nie wiedziała, do kogo zwrócić się o pomoc. Siedziała na tej samej ławeczce, co teraz – cały czas jeszcze miała siniaki na twarzy, mimo że upłynęły już prawie dwa tygodnie. Krystian siedział w areszcie, a ją czekały wszystkie nieprzyjemności związane z rozprawą w sądzie. Przyglądała się dzieciom biegającym po placyku zabaw i zastanawiała, co się stanie z tym maleństwem, które rosło w niej. Nie powiedziała mu, że jest w ciąży. Chciała jedynie się od niego uwolnić, a dziecko mogło ją do niego przywiązać do końca życia. Myśląc o swojej przyszłości nawet nie zauważyła, że przed nią stanął… Paweł.
            Po tym wszystkim, co zrobiła, po całym tym bólu, który mu wyrządziła – był ciepły, spokojny, uśmiechnięty. Nawet nie wiedziała, jak to się stało, że opowiedziała mu o wszystkim. Nawet rodzice nie wiedzieli, że spodziewała się ich wnuka. Pozwolił jej się wypłakać na swoim ramieniu, przytulił, zaprosił na kawę. Nie narzucał się, ale jasno dał do zrozumienia, że zawsze może do niego przyjść, wygadać się, wypłakać, szukać rady, czy po prostu towarzystwa.
            Rozprawa była koszmarem, ale Paweł był zawsze obok. Kiedy Krystian zobaczył ją po raz pierwszy, była w piątym miesiącu ciąży i nie dało się już tego ukryć. Wyzwał ją od zdzir, nie domyślając się w ogóle, że dziecko jest jego. Nie przeszkadzało jej. Wręcz przeciwnie – cieszyła się. Kiedy w końcu usłyszała wyrok, kamień spadł jej z serca.
            Był początek marca, kiedy poczuła pierwsze skurcze. Zrobiło jej się słabo i oparła się o ścianę bloku. Rozejrzała się wokoło i dotarło do niej, że zaledwie przecznicę dalej jest jej liceum, a tam… Paweł. Resztką sił doszła do drzwi i poprosiła woźnego, żeby go poprosił. Strach w jego oczach mówił sam za siebie, kiedy ją zobaczył. Rzucił wszystko i pojechał z nią do szpitala. Nie odszedł na krok, dopóki nie zasnęła po przerażająco długim i bardzo bolesnym porodzie.
            „Minęły już prawie trzy lata od tamtej wiosny – myśli dziewczyna – Czekam na szczęśliwe zakończenie.” Uśmiecha się do starszego pana, który nadal siedzi obok i karmi gołębie okruszkami chleba. Wstaje powoli, kłania mu się i kieruje do bramy parkowej. Po drugiej stronie ulicy znajduje się szpital miejski.
            Mała Sylwia stała się oczkiem w głowie rodziców – Paweł podał w aktach swoje nazwisko w rubryce dotyczącej ojcostwa. Pomagał jej każdego dnia, otaczał miłością i czułością, nie żądając niczego w zamian. Jak mogła go nie kochać? Nie mogła. Kochała każdego dnia mocniej, aż w końcu odważyła mu się to powiedzieć. Wybiegł z domu, jak rażony piorunem. Wrócił po kilkudziesięciu minutach – z bukietem kwiatów i pierścionkiem zaręczynowym. Po pół roku zostali małżeństwem.
            Niedługo cieszyli się szczęściem. Zaledwie po miesiącu od dnia ślubu, Paweł poszedł z Sylwią na spacer, kiedy Kamila była na uczelni. Jakiś idiota wjechał w przystanek autobusowy. W ostatniej chwili Pawłowi udało się wypchnąć wózek i uratować córeczkę. Niestety – od dwóch miesięcy leżał w szpitalu i lekarze nie rokowali sukcesu. To było jak wyrok – nigdy więcej nie stanąć na nogi. Już mieli amputować nogi, kiedy nagle pojawił się w szpitalu zagraniczny profesor, który zaproponował operację. Nie dawał wielkich szans, ale dawał nadzieję. Przed chwilą dzwonił Paweł. Powiedział tylko jedno zdanie:
- Zrobiłem właśnie cztery kroki, Kochanie.

środa, 20 czerwca 2012

Świątobliwy złodziej - Ellis Peters

Volume XIX Kronik Brata Cadfaela… „Świątobliwy złodziej” Ellis Peters to już dziewiętnasty tom, a jednak można go przeczytać, nie znając poprzednich i czerpać z tego niewysłowioną radość.
Mamy rok 1144, trwa walka o tron między królem Stefanem a cesarzową Maud. Jakże miło wrócić do Anglii z „Filarów Ziemi”. Nie mamy tu jednak tej wielkiej polityki, którą pokazuje nam Follett. Owszem – bohaterowie wspominają o wojnie i czasami zastanawiają się nad możliwościami jej zakończenia, wszystko to jednak przez pryzmat własnych lokalnych i rodzinnych koligacji i interesów. Czy zwycięży jeden, czy drugi władca zdaje się nie mieć dla nich takiego znaczenia, dopóki ich ziemie i tytuły zostaną zabezpieczone, a ludzie będą mieli co jeść.
Również braciszkowie nie snują intryg dworskich. Liturgia godzin wybija tu rytm ich życia, modlitwa rzeczywiście jest najważniejsza. Jakaż więc trwoga spadnie na bernardynów z Shrewsbury, gdy po powodzi odkryją zaginięcie relikwiarza Świętej Winifredy. To wokół jej trumny krążą wszystkie wątki tej znakomicie napisanej, trzymającej do ostatniej strony w napięciu powieści. Tajemnica goni tu tajemnicę, a to, co z początku czytelnikowi zdawać się może oczywiste.… Cóż, Ellis Peters w wyśmienitym stylu tworzy niespodziewane zwroty akcji, a jej postaci są wyraziste i tajemnicze.
Genialny jest brat Cadfael, o którym z miłą chęcią dowiem się więcej, czytając wcześniejsze tomy Kronik (i równie chętnie obejrzę pewnego dnia serial). Lotny umysł, niesamowita spostrzegawczość, bezpośredniość i… wiele nieujawnionych cech, a także umiejętności. Jest bratem, jest przyjacielem, jest zielarzem i chyba lekarzem, świetnym detektywem, ale wie również, jak władać bronią i rozpoznać rany nią zadane. Skrywa również pewien mroczny sekret, który dzieli jedynie ze swym przyjacielem, szeryfem. Kradzież relikwii ukochanej świętej jest dla niego czymś więcej – to osobista porażka i… zagrożenie. Zrobi więc wszystko, by ją odzyskać i dowiedzieć się, kto i dlaczego postanowił ją zabrać.
To także niesamowicie uzdolniony muzycznie Tutilo – nowicjusz z Ramsey o głosie anioła. Głosie jedynie, ponieważ raczej jest urwisem, niż aniołem. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło – piękny głos uratuje go być może przed nieuniknionym stryczkiem w procesie o morderstwo.
Galeria postaci jest olbrzymia i spektakularna, choć przecież książeczka stwarza pozór, że to opowiastka niedługa i być może prosta. Nic w tym rodzaju. To kryminał na miarę Holmesa, czy Poirot. One również do grubych nie należały, a trudno zaprzeczyć, że wszystkie trzymają w napięciu.
„Świątobliwego złodzieja” czyta się z zapartym tchem, także dlatego, że jest świetnie przetłumaczony. Tu ukłon dla tłumacza, Marka Michowskiego (Marku, dziękuję, że mi tę książkę podarowałeś i dałeś szansę, bym zapoznała się z historią Cadfaela). Zysk i S-ka nie spisał się chyba jedynie jeśli chodzi o korektę. Co dziwne – gdzieś do połowy książki byłam z niej bardzo zadowolona, niestety w drugiej połowie – znacznie mniej, ponieważ usiana jest literówkami. Szkoda, bo trochę psuje to odbiór, choć muszę przyznać, że na tyle mało, by nadal sprawiać radość czytania.
Czas sięgnąć po wcześniejsze części i… czekać na kolejną. Szkoda tylko, że to już ostatnia, ponieważ autorka zmarła już prawie dwadzieścia lat temu. Do przetłumaczenia pozostał tylko ten jeden tom i zbiór trzech opowiadań. Nadal to jednak dwadzieścia jeden tomów – a dopiero jeden za mną. Nie mogę się już doczekać. Z pewnością dopiszę do listy książek, które chciałabym dostać :)




sobota, 2 czerwca 2012

Tysiąc dni w Toskanii - Marlena de Blasi

„Wszyscy tu wiedzą, że tak naprawdę są trzy tematy, na które warto rozmawiać, przynajmniej w tych stronach – stwierdza. – Najważniejsza jest pogoda, bo decyduje o wszystkim, a oni są rolnikami. Druga rzecz to narodziny i śmierć, zarówno ludzi, jak i zwierząt. A trzecia to potrawy – z uwzględnieniem tego, co jadło się poprzedniego dnia i co planuje się zjeść następnego. W tych trzech tematach mieści się właściwie wszystko: filozofia, psychologia, socjologia, antropologia, nauki ścisłe, historia, sztuka, literatura i religia. Przy różnych okazjach dyskutujemy o tym, co naprawdę liczy się w życiu, ale zwykle to właśnie wtedy, gdy rozmawiamy o jedzeniu, dotykamy rzeczy najistotniejszych. Ten temat łączy się bowiem ściśle z innymi. W życiu najważniejsze są stół i łóżko. Wszystkie inne sprawy załatwiamy tylko po to, by móc znowu zasiąść do stołu lub wrócić do łóżka.”  

Tymi słowami Barlozzo wyjaśnia nam, co jest najważniejsze dla mieszkańców Toskanii, w której zamieszkali nasi znajomi bohaterowie po opuszczeniu Wenecji. O tym też jest cała powieść Marleny de Blasi.
Podzielona na cztery pory roku – bo przecież dla rolniczego społeczeństwa tak właśnie dzieli się rok – to piękna historia zwykłych ludzi, którzy mają codzienne problemy, ale jednak starają się znaleźć w nich jakieś dobre strony. Bo życie jest przecież po to, by czerpać z niego pełnymi garściami i uczyć się z przeszłych błędów.
Dlatego właśnie w niewielkim miasteczku San Casciano dei Bagni życie toczy się tak, jakby jego mieszkańcy nigdy nie wkroczyli do wieku dwudziestego. Choć niektórzy z nich doskonale pamiętają, jak straszliwe były czasy drugiej wojny światowej. Być może jednak to właśnie takie tragiczne wydarzenia kształtują w nich te pozytywne podejście do życia. W końcu kiedyś bywało znacznie gorzej. Kiedyś bogactwem było mieć trzy worki kasztanów zamiast dwóch. Dlaczegóż więc nie cieszyć się wszystkim, co się ma, zamiast narzekać, że możnaby mieć więcej?
W San Casciano życie jest znacznie tańsze i prostsze niż w Wenecji (nie wspominając już o USA, z których pochodzi Chou-Chou), a jednak nikt nie czuje się ubogi. Czym bowiem jest ubóstwo? Czy nie lepiej cieszyć się swoim życiem i spełniać marzenia, nawet jeśli w oczach świata jest się na skraju nędzy, niż pędzić za pieniądzem i poświęcać się całkowicie nielubianej pracy, by później nie mieć czasu na spożytkowane zarobionych „kokosów”?
To wspaniała opowieść, która pachnie nie tylko rozmarynem (jak głosi napis na okładce), ale i smażonymi kwiatami cukinii, wypiekanym w ogrodowym piecu chlebem toskańskim, oliwkami, winogronem i truflami. Każdy bowiem miesiąc to dla Toskanii inny dar ziemi, wokół którego kręci się życie.
To jednak nie tylko smakowite zapachy i piękne widoki, ale również, a może przede wszystkim ludzie, którzy zamieszkują to miasteczko. To niesamowity i tajemniczy starszy pan, Barlozzo (nazywa w domowych pieleszach naszych bohaterów Księciem), który szczerze zaprzyjaźnia się z Fernandem i Flori – skromna i ciepła kobieta która staje się najlepszą przyjaciółką naszej bohaterki. Ponadto cała galeria innych osób, które rzadziej lub częściej pojawiają się na stronicach tej pasjonującej powieści.
To także mobilizacja. Dla mnie? Owszem. Kiedy małżonkowie przybywają do domu, w którym mają zamieszać jest raczej w opłakanym stanie i trzeba się nieźle przyłożyć, by go uprzątnąć. Ledwie skończyłam pierwszy rozdział, a już myłam okna (a mam ich teraz naprawdę sporo do ogarnięcia). Kilka rozdziałów później już szykowałam apetycznie pachnący świeżą bazylią i czosnkiem sos z prawdziwych pomidorów, zamiast z przecieru. W przyszłym tygodniu będę piekła chleb (po raz pierwszy w życiu), już ogarniam, co należy kupić. Ale przede wszystkim to spora dawka energii i pozytywnego spojrzenia na świat, a także przemyśleń dotyczących nieznanej przyszłości i priorytetów.
Marlena de Blasi nie zaskoczyła – jest genialna, jak zawsze. Chociaż może, odrobinę… Wzruszające sceny są poruszające do tego stopnia, że wszystko staje gdzieś głęboko w gardle i nie chce wyjść, a łzy, choć cisną się do oczu, nie mają siły z nich ujść. To niesamowite, że można tak zbudować scenę, by jednocześnie było pewne, że zaryczę się niemal na śmierć, a jednocześnie, bym… uroniła zaledwie dwie, może trzy łezki. Prawdziwe mistrzostwo.



środa, 30 maja 2012

Trucizna królewska - Maurice Druon

Napisać o trzecim tomie nie jest łatwo, kiedy nie można powiedzieć czegoś dokładnie odwrotnego, niż o poprzednich. Właśnie w tym sęk – „Trucizna królewska” Maurice’a Druona z cyklu „Królowie przeklęci” jest tak samo genialna, jak jej poprzedniczki.
Po straszliwej podróży z Neapolu – burze, zatonięcie znacznej części bagażu, choroby morskie i wszelkie tragedie, które się na wodzie przydarzają – Klemencja w końcu dobija do wybrzeży Francji, by po niedługim czasie spotkać swego przyszłego małżonka. Ludwik X jest szczerze oczarowany jej postacią – piękną, młodą kobietą pełną wdzięku, w której nie tylko płynie błękitna krew Andegawenów – niemalże tę krew widać. Pobożna, czuła i otwarta – taka bowiem jest przyszła królowa największego katolickiego królestwa w średniowieczu.
To jednak nie tylko powieść o związku młodych małżonków, w którym to Klemencja – dzięki delikatności i pobożności – wiedzie prym. Ludwik pod jej skrzydłami łagodnieje, staje się przyjemniejszy w obyciu, zdolny nawet do ludzkich odruchów, wydaje się, że kocha swą żonę. To także historia miłości dzielnego Guccia, Lombarda zakochanego w szlachciance. Ich miłość zostanie wystawiona na prawdziwą próbę i trudno powiedzieć, jakie będzie zakończenie tej „przygód” (w końcu przed nami jeszcze cztery tomy sagi).
Na dworze nadal nie ma spokoju – owszem, król wziął ślub, nowa małżonka została koronowana. Jednak co z następcą tronu? Kto, w razie śmierci władcy, zasiądzie na tronie? Jego wuj Walezjusz, czy może młodszy brat Filip (któremu udało się wyrwać z twierdzy żonę i przebaczyć jej – szczerze chyba, ponieważ niedługo po tym Blanka zachodzi w ciążę)? Co z córeczką króla i jego poprzedniej żony? Czy jest rzeczywiście królewskim dzieckiem, czy może bękartem?
Pojawiają się też templariusze, którzy nadal żyją nadzieją odbudowania zakonu i zemsty na potomkach Filipa Pięknego. Bunt we Flandrii i w księstwie Artois będą niejednokrotnie spędzać sen z powiek nie tylko króla i jego najbliższych. Jakby tego było mało – nadal nie wybrano papieża. Co prawda Ludwik X mniej się już tym faktem przejmuje, ale nadal mamy pustkę na tronie namiestnika świętego Piotra.
Wszystko to prowadzi do niesamowicie porywających akcji, których nie sposób przewidzieć. Jedno maleńkie zdarzenie, jedna pomyłka może wstrząsnąć całym krajem, a może i światem.
Druon w fascynujący sposób przybliża nam średniowieczną Francę, pokazując również ciekawe różnice pomiędzy dworem francuskim a neapolitańskim, z którego przybywa Klemencja. Dzięki jej pojawieniu się, muśniemy trochę innego świata oczami damy. Z resztą ciekawych kobiet jest tu znacznie więcej – Mahaut Burgundzka także nie powiedziała swojego ostatniego słowa i zamierza walczyć o ziemie, które uznaje za swoje – za wszelką cenę. Jak daleko się posunie, gdy król odmówi jej pomocy?
Druon w swej sadze zaskakuje właściwie non stop. Poza tym - być może wspominałam już –  jest prawdziwym mistrzem powieści historycznej. Wszystkim znane są takie powieści, w strych bohater osadzony jest w dawnych realiach, które gdzieniegdzie spotykamy, które dają nam o sobie znać, żebyśmy nie zapomnieli, że jednak ta, czy owa postać nie chadza w jeansach i wytartym podkoszulku, a w średniowiecznej szacie. Jednak mało jest takich utworów, w których główni bohaterowie tworzę Historię przez duże H. Takich, którzy są postaciami znanymi z lekcji w szkole. To naprawdę rzadkość – świadczy o olbrzymim kunszcie pisarza, jeśli mu się taki zabieg powiedzie, a Druonomwi z całą pewnością się udało.
Cóż więcej mogę rzec? Naliczyłam DWA błędy (to chyba najmniej ze wszystkich książek, z jakimi miałam w tym roku do czynienia).
POLECAM GORĄCO!

niedziela, 27 maja 2012

Córka drukarza - Ines Thorn

Dlaczego śliczna i cnotliwa Lila udała się do obozu wojskowego z pistoletem i kogo chciała zabić? Jaki jest powód oziębłości Andreasa w stosunku do jego pięknej żony? Dlaczego Marga nie znajduje w swoim mężu wsparcia, a jedynie napotyka na pogardę? Wszystko jednak od początku.
Gutta i Bertram zmarli, doczekali się jednak – jak wiemy – dzieci. „Córkę drukarza” rozpoczyna kondukt żałobny jednego z nich – Gerona. Geron Geisenheimer wsławił rodzinne nazwisko i dzięki niemu ród stał się znany i bardzo szanowany. Gdy umiera… wiadomo – gdy nie wiadomo, w czym jest problem, chodzi o pieniądze. Zaskakujący testament sprawia, że Rieke, żona Andreasa (który jest wnukiem Gerona) jeszcze bardziej znienawidzi swoją szwagierkę Lilę i poprzysięgnie, że położy jeszcze swoją dłoń na spadku po wielkim kupcu i patrycjuszu.
To historia jednej rodziny, ale każda jej odnoga stanowi niejako o własnym losie, jest jednocześnie wplątana w intrygi całości rodziny, ale jest też bytem samym w sobie. Słowami samej Ines Thorn – „tak podobni jak byli do siebie bracia (czyli Andreas i Arno), tak różne były ich żony (Rieke i Lila)”. Pierwsza nie zawaha się przed niczym, by osiągnąć swój cel – zajść w ciążę i spłodzić potomka, który odziedziczy znaczną część majątku. Do czego jest zdolna się posunąć? Oj, nawet się nie spodziewacie. Lila natomiast to uosobienie dobra – mądra, spokojna i pobożna – znakomita żona, perfekcyjna pani domu, matka kochająca dzieci – jednym słowem wzór cnót wszelakich. Jest jednak tylko człowiekiem, a wiadomo – mylić się jest rzeczą ludzką. Lila popełnia więc błąd, który doprowadzi do całej masy przykrych i bolesnych wypadków. Chcąc skryć tajemnicę, którą nosi od wielu lat, będzie musiała znieść upodlenie i chwilową bezdomność, by ostatecznie odnieść zwycięstwo.
To jednak również historia Judith – wdowy, która bardzo pragnie nie być samotna. Nie potrafi jednak wybrać pomiędzy dwoma mężczyznami, którzy zabiegają o jej względy, mimo że jest już niepierwszej młodości (niedługo, jak się obawia, jej córka wyjdzie za mąż i odejdzie z domu). Który z nich okaże się godny tej zacnej damy o wielkim sercu, która cudem chyba tylko uniknęła śmierci, gdy we Frankfurcie panowała czarna śmierć?
Kim jednak jest tytułowa córka drukarza, której pewnego dnia wróżka przepowie, że to ona przedłuży ród, który będzie dalej rósł w siłę? To Marga, kuzynka Arna i Andreasa, która mieszka w Lipsku. Prowadzi drukarnię, którą odziedziczyła po ojcu, jednak nie ma łatwego życia. Daleko jej do patrycjuszowskich wygód frankfurckiej części rodziny, a o miłości ze strony męża powinna już dawno zapomnieć. Wyszydzana, wyzywana i poniżana przez małżonka i syna, stara się nie poddawać. Los się do niej uśmiechnie, przejdzie jednak długą i bardzo bolesną drogę.
Ines Thorn pokazała swój kunszt i uowodniła, że jest prawdziwą mistrzynią. Druga część sagi o wielopokoleniowej frankfurckiej rodzinie kupieckiej w niczym nie ustępuje „Córce kupca”. Wciąga całkowicie i zniewala pod każdym względem. To kupieckie wolne miasto w czasie oblężenia i czarnej śmierci. To ciągłe walki katolików z protestantami i… winionymi za wszelkie niepowodzenia Żydami. Piękna i wzruszająca opowieść o zmaganiach z losem – tymi codziennymi drobnymi problemami, z którymi – mimo upływu czterech wieków – nadal możemy się spotkać każdego dnia i tymi wielkimi – które spowodowane są przez Historię przez wielkie H. Nie ma tu jednak jednej silnej kobiety, która przeciwstawia się swojemu miejscu w społeczeństwie –jak Gutta. Wydaje się, że drugi tom jest jeszcze głębszy, jeszcze mądrzejszy. Każda z bohaterek bowiem jest kobietą z krwi i kości – to nie tylko papierowe lalki, pojawiające się na stronicach książki. One żyją pełnią życia, a każda szuka swojego sposobu, by to życie spożytkować jak najlepiej. Każda ma swoje priorytety i swoje doświadczenia, dzięki czemu żadna nie nudzi. Mężczyźni są może trochę słabiej opisani, ale także każdy z nich jest inny. Autorka nie powiela scenariuszy, ani charakterystyk. Budowani przez nią bohaterowie są tak naturalni, jak to tylko możliwe na czasy, w których przyszło im żyć.
Cudownie, że udało się Thorn wpleść w kilku miejscach – i jak to pięknie uzasadniła – ukochane powiedzonko Gutty – „Głupstwo i błazenada”. Dodała tym delikatnym akcentem sporo smaczku, choć i tak jej książka jest idealnie przyprawiona.
Kilka błędów – zliczyć można na palcach jednej ręki. Naprawdę nie mogę się przyczepić. Książka z piękną okładką – po prostu dobrze wykonana. Jeśli już musiałabym się pożalić – kto wpadł na pomysł, by na grzbiecie tytuł napisać w poziomie, kiedy na pierwszym tomie jest w pionie? Teraz, kiedy książki stoją obok siebie, wygląda to naprawdę dziwnie. Tyle ode mnie – wkrótce zabieram się za trzeci tom – kończącą sagę – „Kupiecką baronową”.



środa, 23 maja 2012

Siewca Wiatru - Maja Lidia Kossakowska

Jak już kiedyś wspominałam – uwielbiam anioły. Zaczęło się lata temu od zauroczenia słodkimi barokowymi cherubinkami w złoconych przepaskach na biodrach i o złotych skrzydełkach. Później już bardziej dojrzale zaczęłam czytać o tym, kim i skąd są, jaka jest wśród nich hierarchia i tak dalej. Nie mogłam więc przejść obojętnie obok półki, z której spozierał na mnie posępnie… ciemnowłosy anioł w skórzanej kurtce, z metalowymi skrzydłami i olbrzymim mieczem.
„Siewca Wiatru” to chyba moja pierwsza powieść fantastyczna traktująca o aniołach. Później pojawiła się seria „Upadłych” Lauren Kate i „Angelologia” Danielle Trussoni. Dlaczego teraz mi się przypomniało o „Siewcy…”? Sama nie wiem – szczególnie, że… Nie, to zostawię na zakończenie.
Nie jest to recenzja „na świeżo”. Mam jednak zwyczaj notowania sobie różnych myśli związanych z przeczytanymi książkami, szczególnie, jeśli wywarły na mnie pewne wrażenie, więc nie jest to również tekst o powieści zupełnie zapomnianej, choć – jak zaznaczyłam na początku – minęło już trochę czasu, odkąd odłożyłam „Siewcę Wiatru”.
O tej powieści Mai Lidii Kossakowskiej napisano już wiele, nie zamierzam więc specjalnie rozwodzić się na treścią (z reszta zawsze staram się tego unikać, by nie opowiedzieć Wam wszystkiego, a czasami bardzo ciężko jest wyczuć granicę). Każdy chyba jest mniej więcej zorientowany w kwestii tego, że „Siewca Wiatru” traktuje o aniołach, które mają do zgryzienia nie lada ciężki orzech – oto Bóg opuścił stworzony przez siebie świat i po prostu… odszedł. Co zrobić? Powiedzieć o tym niewtajemniczonych, czy utrzymać ten sekret w jak najmniejszym gronie? I jak sobie poradzić w chwili, kiedy zbliża się ten najważniejszy, sądny dzień, a Boga po prostu nie ma? Kto stawi czoła siłom mroku, kto pokona Cień?
Głównymi bohaterami są archaniołowie Garbyś, Michaś, Razjel, Rafał… Oj, oj – nie mogę wybaczyć Kossakowskiej tych zdrobnień. Być może chciała ich za bardzo upodobnić do ludzi. Nie wiem, co nią kierowało, ale mnie straszliwie raziło. Nie – nie jestem sztywna – zupełnie nie przeszkadza mi, że nasi bohaterowie piją, palą, przesiadują w karczmach i czasami bardziej przypominają rozbójników na średniowiecznych drogach, niż byty anielskie. Ale te zdrobnienia… Cóż, wyróżniają się z pewnością wśród pozostałych angelologicznych dzieł, które miałam w rękach. Nazywanie Lucyfera Lampką – choć językowo uzasadnione – również wydaje mi się nieco zbyt wymyślne.
Natomiast nie ma niczego śmiesznego i rażącego w postaci, która zdecydowanie najbardziej przypadła mi do gustu i – przypuszczam – w zamyśle autorki miała się uplasować na pozycji głównego bohatera. Daimon Frey, który przyciąga magnetyzującym spojrzeniem z okładki… Abaddon, Tańczącym na Zgliszczach, Anioł Zagłady, żyjący, ale martwy, umarły, ale jednak żywy. W obecnej chwili możnaby go po prostu nazwać popularnym określeniem „nieumarły”, chociaż wtedy, kiedy Kossakowska popełniła tę powieść, chyba jeszcze takiego określenia nie znaliśmy. To on ma ocalić świat przed zagładą (czyli tytułowym Siewcą Wiatru – symbolicznym synem Antykreatora), jak głosi przepowiednia. Rzecz w tym, że… sam daleki jest od ideału.
Zmagania sił niebiańskich, które jednoczą się czasami z Głębianami (czyli mieszkańcami tak jakby piekła), liczne Spock i akcje niemal szpiegowskie, miłość, poszukiwanie ukradzionej Księgi, która zawiera najważniejsze zaklęcia świata i po prostu zwykłe życie anielskiej braci – to wszystko znajdziemy w tej powieści. Jednak… Mimo całej rzeszy postaci, które z zamysłu muszą być szalenie ciekawe, mało kto przykuwa prawdziwie uwagę. Ja z pewnością nie zapomnę Daimona, który wydajemy się zdecydowanie najbardziej pociągającym aniołem ever i Drop, opiekuńczego anioła-stróża małych dzieci. Pozostałe postaci – może poza członkiem komanda Szeol, Drago – doprawdy nie wzruszają. Są tak przewidywalne i proste, że aż czasami boli, chociaż… zdarza się, że nieraz anioł okazuje się niedobry, a Głębianin znacznie od niego szlachetniejszy, jednak i to można przewidzieć w konkretnej sytuacji.
Anioły w powieści Kossakowskiej są bardzo ludzkie  tak podobne do nas, że nieraz możnaby wręcz zapomnieć, że mamy do czynienia z jakimiś lepszymi, wyższymi bytami, gdyby nie świat, który stworzyła. Muszę przyznać, że świat ciekawy i dopracowany, chociaż może trochę zbyt uproszczony, ale jednak zdecydowanie godny tego, by go poznać.
Ogólnie rzecz biorąc – to ciekawa lektura, którą bardzo przyjemnie się czyta (może pomińmy jednak ten humor, który nie przypadł mi do gustu). Widać (co z resztą można przeczytać w glosariuszu), że autorka sporo czasu poświęciła na zbadanie tematu. Z pewnością warto się z „Siewcą Wiatru” zaznajomić, nie jest to jednak książka, do której się wraca. Ja w każdym razie nie zamierzam (aczkolwiek chętnie zobaczyłabym ekranizację tej powieści).

wtorek, 22 maja 2012

Dziedziczki - Andrzej Pilipiuk

Porywające zakończenie trylogii „Kuzynki Kruszewskie”! Pilipiuk ciągle zaskakuje – akcją, postaciami, piękną literaturą. Nie ma tu mowy o nudzie, nie ma czasu na niepotrzebne dłużyzny – nawet dla żyjącej od dwunastu stuleci Moniki.
Nasi bohaterowie wyprowadzają się z Krakowa. Miasto pojawia się jeszcze w kilku sytuacjach, jednak zdecydowana większość akcji  rozgrywa się w… Kruszewicach Nowych. Stasia postanowiła bowiem odbudować starą posiadłość (projekt wykonał sam Sędziwój) i przywrócić jej dawny blask. Pojawi się w związku z tym całe mnóstwo nowych problemów, gdyż „pozostałością” po znajdującym się tu od dziesięcioleci PGRze są… ludzie, którzy ani myślą o pracy w ogóle, a już w szczególności dla dziedziczki. Obraz żalu i rozpaczy – bimberek, który spowodował u nich zdiagnozowany alkoholizm sprawił, że żyją z dnia na dzień, zadowalając się rentą i nie robią absolutnie nic. Nie spodoba im się taka nagła i niespodziewana zmiana.
Na budowę przyjadą także Ukraińcy, którzy są świetnie obeznani z ludowymi mitami i legendami o wampirach, żmijach i całym tym ustrojstwie, z którymi człowiek musi dzielić otaczający go świat.
Znów pojawią się poszukiwacze czerwonej tynktury z Bractwa Drugiej Drogi. Laszlo i Arminius wyjadą do Trodheim, gdzie będą próbowali wytropić i unieszkodliwić Architekta, którego podejrzewają o bycie pasożytem, a w życiu Moniki pojawi się przystojny student ASP, Paweł.
Nie dla wszystkich ta historia zakończy się pozytywnie, nie wszyscy przeżyją. Dwór Kruszewice Nowe stanie szybko, jednak i na niego będą czyhać niespokojne duchy. Budynki bowiem również bywają przeklęte.
Rewelacyjnie poprowadzona akcja. Wspaniałe i nietuzinkowe postaci, z którymi nie sposób się nie związać emocjonalnie. Poszukiwanie porwanego przyjaciela, trudy budowy, tortury i planowanie agroturystyki to tylko część tego, co Was czeka, gdy sięgniecie po „Dziedziczki”. Mnie osobiście zauroczył ten dwór, w którym pichcono pyszności kuchni ukraińskiej i gruzińskiej, a nikt do końca nie był tym, na kogo wyglądał. Świetnie napisana powieść, pełna zaskakujących zwrotów akcji, której zakończenia nie sposób przewidzieć.
Podobnie, jak „Księżniczka” – piękne wydanie. Twarda oprawa, stylizowane inicjały, ładne ilustracje i w ogóle całe opracowanie graficzne, tasiemkowa elegancka zakładka. Tylko czytać i czerpać z tego nieograniczoną radość. Gorąco polecam!

Klucz z Rosetty - William Dietrich

„Klucz z Rosetty” to powieść amerykańskiego dziennikarza i laureata Nagrody Pulitzera – Williama Dietricha. Autor jest ponoć (jak głosi notka na okładce) znany polskiemu czytelnikowi dzięki powieściom „Mur Hadriana” i „Attyla. Bicz Boży”. „Klucz z Rosetty” jest natomiast swego rodzaju kontynuacją ”Piramid Napoleona”. Mi jednak – przyznać chyba trzeba ze wstydem – nic to nazwisko nie mówiło, a książkę kupiłam w prezencie Bratu, ponieważ… okładka zrobiła na mnie piorunująco pozytywne wrażenie. Wszystko jednak po kolei.
Główny bohater- Ethan Gage… Amerykanin, poszukiwacz skarbów, hazardzista i ryzykant, który może się szczycić tym, że jego mentorem był sam Benjamin Franklin. Jakby tego było mało – wielokrotnie staje oko w oko ze zdobywcą świata – wielkim Napoleonem Bonaparte, którego pieszczotliwie nazywa Boniem (ja, osobiście, jestem bardzo oddaną fanką Korsykanina, którego nazywam po postu… Napo). Nie może też w tym równaniu zabraknąć kobiety… A nawet dwóch. Z jednej strony egipska mistyczna, Astiza, która wpadła do Nilu i słuch po niej zaginął, co złamało Ethanowi serce. Z drugiej – skromna i niewinna Miriam, która go zauroczy, mimo bacznie pilnującego jej cnoty brata, Jerycha. Nie można też zapomnieć o głównym antagoniście Ethana – hrabim Alessandro Silano. Ani o Nedzie – angielskim marynarzu, który z zaciekłego wroga staje się najbliższym przyjacielem, ani o Mohammadzie, sir Sidneyu i… Galeria postaci doprawdy imponująca.
Po nieudanym poszukiwaniu Księgi Tota w Egipcie, Ethan Gage (nie bez przeszkód, nie bez dorobienia się sakiewki monet i nowych wrogów) ląduje w Jerozolimie. Poszukiwanie księgi, (która być może dała Mojżeszowi zdolność czynienia cudów, a templariuszom niezmierzone bogactwa), pościgi przez pustynię, pojedynki, oblężenie Jaffy i Akki przez wojska Napoleona, ciągłe zmiany na froncie i w sercu Ethana przeplatają się tu z chęcią odkrycia tajemnic starożytnych – żydowskiej kabały i egipskich hieroglifów. Czy odnaleziony w wiosce Rosetta kamień pozwoli hrabiemu Silano i Napoleonowi zdobyć władzę i nieśmiertelność? Jak to możliwe, że Ethan zawsze ląduje na czterech łapach, jak kot i która kobieta zostanie przy jego boku?
Fascynujące spekulacje co do tego, co doprowadziło do władzy starożytnych i templariuszy oraz co tak naprawdę doprowadziło do przejęcia przez Napoleona władzy we Francji i objęcia urzędu pierwszego konsula. Świetny pomysł. Ładnie napisana historia, a jednak… Kiedy czytałam – całkiem wciągała i była naprawdę interesująca. Kiedy jednak choć na chwilę odkładałam – nie miałam ochoty już do niej wracać. Nie porywa. Nie spędza snu z powiek. Nie uzależnia, jak narkotyk. Czegoś jej brakuje. Czego? Nie do końca wiem. Może to kwestia tego, że nie potrafiłam obdarzyć głównego bohatera żadnymi uczuciami – był mi absolutnie i totalnie obojętny – mimo niemal 450 stronic powieści. Więcej odczuwałam w stosunku do osiołka, na którym próbował przemierzyć część pustyni. Właściwie żaden bohater nie wywoływał u mnie żadnych uczuć, nawet Napo…
Jak to Rebis – ładnie, schludnie, błędów naprawdę zaledwie kilka. Czyta się przyjemnie. Jak już wspominałam – rewelacyjna okładka. Gratulacje dla pomysłodawcy – pana Zbigniewa Mielnika (projekt i opracowanie graficzne okładki oraz ilustracja na niej). Pięknie się prezentuje.
Co do samego autora – nie wiem, czy jeszcze wrócę do jego utworów, choć przyznaję, że kusi „Attyla. Bicz Boży”. Może nie powinnam się zniechęcać. W końcu nagrody otrzymał, a „Klucz z Rosetty” może po prostu jest jego najsłabszą powieścią.