Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

poniedziałek, 9 lipca 2012

Spisek przeciwko Ameryce - Philip Roth

Dla kogoś takiego, jak ja – czyli osoby uwielbiającej historię i się nią interesującej, początek był bardzo przykry. Otóż ilość danych przekazanych przez autora całkowicie mnie przytłoczyła – zasypał mnie nazwiskami lokalnych polityków z 1940 roku, o których nigdy wcześniej nie słyszałam… Pomyślałam sobie jednak, że przecież się nie poddam. W końcu autor, Philip Roth, otrzymał już tyle literackich ważnych nagród, jest nawet laureatem Pulitzera – nie, czytam dalej. Dobrze zrobiłam, ponieważ to powieść wyjątkowa.
„Spisek przeciwko Ameryce” to alternatywna historia lat 1940-1942. Franklin Delano Roosevelt przegrywa wybory prezydenckie po drugiej kadencji. Fotel w Białym Domu zajmuje Charles A. Lindbergh – kandydat republikanów, pilot-pionier, chwalący hitlerowski reżim, izolacjonista. Jego głównym hasłem – tym, które porwało Amerykanów – było nieprzystąpienie Stanów Zjednoczonych do wojny w Europie. Prezydent sygnował tak zwany Pakt Islandzki, w którym zobowiązywał się nie włączać do walk.
Wszystko to – rodzący się w USA antysemityzm, początkowo słowny, który jednak przeradza się w pogromy i śmierć niewinnych współobywateli widzimy oczami… Philipa Rotha, kilkuletniego chłopca żydowskiego pochodzenia. Rodzina Rothów mieszka w Stanach przynajmniej od kilku pokoleń. Czują się Amerykanami, wychwalają amerykańską demokrację i równość obywateli, prawość administracji i piękne ideały Konstytucji. Nie należą do osób specjalnie wierzących i praktykujących – raczej od święta. Pan Roth jest agentem ubezpieczeniowym, jego małżonka zajmuje się domem i działa w różnych społecznych komitetach. Brat Philipa, Sandy to uzdolniony mały artysta, który pięknie rysuje, jego starszy kuzyn Alvin to obibok i chuligan, którego rodzice Philipa próbują sprowadzić na właściwą drogę. A sam Phil? To kolekcjoner znaczków, z zamiłowania filatelista, który wszystko przelicza i porównuje do swojej kolekcji. To również zwyczajne dziecko, które kocha rodziców, patrzy na nich przez prymat ich wielkości i stałości, chodzi do szkoły, bawi się na podwórku i podziwia starszego brata.
Wszystko to jednak zmieni się, a przyjemne i spokojne życie rodziny Rothów zostanie niejednokrotnie zachwiane prze burzliwe dzieje narodu amerykańskiego w latach 1940-1942. Alvin ucieknie do Kanady i wstąpi do oddziału komandosów, by wrócić do kraju bez nogi i z wielką raną na duszy. Sandy zostanie wciągnięty w wir politycznych agitacji, a Philip zagubi swój cenny klaser. Przy tym wszystkim zobaczymy niejedną śmierć i niejedno cierpienie zwyczajnych ludzi, którzy po prostu chcieli normalnie żyć. Owszem, USA nie przystąpiły do wojny, póki Białym Domem zarządzał Lindbergh, jednak do spokojnych ten kraj nie należał.
Opowiedzenie tej historii z perspektywy dziecka, które nie wszystko rozumie, albo rozumie i tłumaczy na swój własny sposób, było rewelacyjnym pomysłem, godnym genialnego autora. Przytoczę choćby jeden przykład. Otóż Philip w pewnym momencie znalazł sobie ciekawą rozrywkę – razem z kolegą wsiadali do autobusu i śledzili chrześcijan. W pewnym momencie Philip miał takie oto przemyślenia: (to nie cytat, tylko moje wolne przywołanie) Wszystko to wina Chrystusa. Gdyby nie było Chrystusa nie byłoby chrześcijan. Gdyby nie było chrześcijan, nie byłoby antysemityzmu. Gdyby nie było antysemityzmu, nie byłoby Hitlera. Gdyby nie było Hitlera, nie byłoby Lindbergha. Gdyby nie było Lindbergha, FDR (Roosevelt) wgrałby wybory… (Trzeba tu wspomnieć, że cała rodzina Rothów uwielbiała wręcz swojego byłego prezydenta, nie mniej jednak większość Amerykanów w tym okresie ubóstwiała Lindbergha.)
Powieść to mądra i ciekawa. Wciąga i zastanawia. Nie ma tam niczego pewnego – wszakże historia, jaką znamy ze szkoły nie ma tu zastosowania. Czy rzeczywiście przeciwko Ameryce został zawiązany spisek, a jeśli tak, to przez kogo? Którzy z bohaterów dożyją – i w jakiej kondycji fizycznej i psychicznej – do kolejnych wyborów prezydenckich? Dowiecie się tego i wielu innych interesujących spraw, jedynie czytając tę książkę.
Bardzo przydatny jest też dodatek w postaci życiorysów głównych bohaterów w realnym świecie, który znamy z lekcji historii. Krótkie notki biograficzne najważniejszych osób, które pojawiły się w powieści - dzięki nim możemy dowiedzieć się, jak naprawdę potoczyły się ich losy.
Może zachwyciłam się narracją, może dialogami, może samym pomysłem, a może wszystkim tym razem – ale nie znalazłam żadnego błędu, żadnej literówki. I jedynie zszokowało mnie na samym początku, kiedy pan Roth mówił „O, Jezu”. Czy rzeczywiście autor tak napisał, czy to wolność tłumaczenia, nie wiem, ale było to przynajmniej dziwne w ustach Żyda.
Już sama okładka przyciąga uwagę i zachęca do zajrzenia do środka. Co to za znaczek? Przeczytajcie, a się dowiecie. Polecam.




sobota, 7 lipca 2012

Kolejne opowiadanie mojego autorstwa

Tym razem odkopane opowiadanie z przed pięciu już lat, któremu nawet udało się wygrać w jednym konkursie i zostało opublikowane w magazynie internetowym. Szkoda, że nie można się już do tamtego numeru dostać... W każdym razie - miłego czytania i przepraszam, jeśli jest koślawe - jest zdecydowanie za gorąco na bawienie się w edycję (moja wina, choć wstyd, bo tak się u innych czepiam).





Wojna skończyła się czterdzieści sześć lat temu – jeszcze przed narodzeniem Samiira...

Był rok 2010, gdy indyjscy naukowcy ogłosili pomyślne zakończenie projektu AI. Na styczeń 2012 roku zapowiedzieli konferencję prasową, na której obiecali pokazać światu wynik swoich wieloletnich prac – sztuczną inteligencję. Odwieczne marzenie ludzkości miało stać się rzeczywistością.
Debaty na temat właściwości i moralnych aspektów tego osiągnięcia nie miały końca. Cały świat był poruszony. Przeciwnicy uzasadniali swe racje obawą,  że maszyny przejmą kontrolę nad globem oraz głosili hasła o wyższości rodzaju ludzkiego. Jego zwolennicy zaś upajali się możliwością dokonania nowych odkryć – przede wszystkim tych, które wymagają od człowieka podjęcia działań zagrażających jego życiu lub zdrowiu. Odbywały się liczne odczyty i konferencje, na których prezentowano argumenty obu stron. Nie wszyscy jednak z oponentów przedstawiali swe racje pokojowo. Policja wielu krajów musiała stawić czoło protestującym tłumom. Nie jeden raz użyto broni, dokonywano aresztowań, kilkanaście osób poniosło śmierć. Wszystkie te problemy zakończyły się w listopadzie 2011 roku. Ileż osób nacierpiało się i z zginęło w imię tej sprawy!
Siódmego listopada 2011 roku Dyrektor Instytutu Badań nad Sztuczną Inteligencją w Mumbaju, profesor Rohit Chopra, poinformował, że poprzedniej nocy, w laboratorium w Armistarze, gdzie wyprodukowano prototyp maszyny obdarzonej sztuczną inteligencją, doszło do wypadku przy pracy. Uległa ona destrukcji, a wielu ludzi poniosło poważne obrażenia. Najgorsze jednak jest to, że w wyniku wybuchu znajdujących się w laboratorium zbiorników uwolnione zostały opary Xynalu – substancji płynnej wykorzystywanej do przyspieszenia przesyłu danych w światłowodach.
Siódmego listopada 2011 roku czterystu dwudziestu trzech pracowników Instytutu uległo poparzeniu oparami Xynalu. Siódmego listopada 2011 roku pierwsze ludzkie komórki, w wyniku fatalnego przypadku, poddane zostały mutacji. Siódmego listopada 2011 roku dla ludzkości rozpoczęła się nowa era...

Dwa lata po wypadku, Anjali – jedna z pracownic Instytutu, wyjechała na stypendium do Chicago. Niedługo po przyjeździe dowiedziała się, że jest w ciąży. Niestety, jej narzeczony zmarł miesiąc wcześniej. Był to jeden z powodów, dla których Anjali przyjęła tę ofertę – wyjazd miał jej pozwolić na zapomnienie o wypadku, chorobie ukochanego Amana    i jego śmierci.
Poród był ciężki. Po cesarskim cięciu, kobieta była w krytycznym stanie. Dziecku również groziła śmierć. Lekarze nie potrafili uratować matki – w jej krwi odkryli dziwne ciała, które uniemożliwiały transplantację. Anjali zmarła trzy dni po zabiegu. Dziecko – Megha – przeżyło. Nikt nie potrafił wyjaśnić tego „ozdrowienia”. Poddano ją dziesiątkom badań i wykryto u niej te same zmiany w składzie krwi, co u jej zmarłej matki.
Megha rosła nadzwyczaj szybko. Rodzina, która ją adoptowała była dumna ze swojej dziewczynki. Megha zaczęła chodzić już w wieku siedmiu miesięcy, a mówić po roku. W 2015 roku, w dniu swych drugich urodzin, spadła ze schodów, łamiąc obie nogi. Lekarze nie dawali jej szans – dziewczynka miała spędzić resztę życia na wózku inwalidzkim. Szok, jaki przeżyli wszyscy widząc ją biegającą w niecały miesiąc po wypadku, trudno opisać słowami. Orzeczono – cud! Wieść rozniosła się po całym świecie z szybkością błyskawicy.
Relację o niesamowitym dziecku ze Stanów Zjednoczonych zobaczyli w telewizji również Jurij i Marina Kruszczenko – pracownicy Instytutu w Mumbaju. Pietia – ich roczny synek – także „cudownie” wyzdrowiał po wypadku samochodowym, któremu uległ, a w którym zginęła jego opiekunka. W ciągu dwóch dni wyszedł ze śpiączki, zaczął mówić i chodzić. Lekarze nie wierzyli swym oczom i wynikom badań. Chłopiec miał rok i... dziwny skład krwi.
Minęło pięć lat. Na konferencji hematologicznej w Toronto doktor Jane Smith wygłosiła referat dotyczący najnowszych metod badania krwi u dzieci i ciekawym odkryciu, którego dokonała wśród niektórych pacjentów. Tego dnia świat medyczny dowiedział się o mutacjach zachodzących w ostatnich latach w dziecięcej krwi. Nikt nie potrafił znaleźć wytłumaczenia dla tych, niezależnych od siebie, przypadków. Do momentu, gdy do badań dołączył doktor Chang Chai. Dlatego właśnie, w późniejszym okresie, mutację nazwano od jego imienia – on bowiem odkrył, że rodzice wszystkich „zarażonych” dzieci brali udział w wypadku w Armistarze w 2011 roku.
Być może nikt poza środowiskami lekarskimi nie zainteresowałby się sprawą, gdyby nie to, że „chore” dzieci zdawały się posiadać nadzwyczajne moce – począwszy od bardzo szybkiego rozwoju fizycznego i psychicznego, na nadludzkiej wręcz sile i niezwykłych zdolnościach kończąc.
Na świecie znów zapanował strach. Ludzie, przerażeni perspektywą posyłania swych pociech do tych samych szkół, co „mutanty”, wyszli na ulice. Rozpoczęły się strajki, zamieszki, pisano petycje do rządów i prezydentów wszystkich państw. Władze musiały zareagować. Zrozpaczonym rodzicom odbierano prawa rodzicielskie, a ich dzieci wysyłano do wydzielonego i zamkniętego ośrodka na wyspie Man, położonej na Morzu Irlandzkim, w połowie drogi między Anglia i Irlandią.
Był rok 2031, gdy urodziło się pierwsze dziecko wychowanków Ośrodka dla Dotkniętych Chai – Samantha Ridgraf – córka telepatki i Watera – mężczyzny potrafiącego okiełznać wodny żywioł. Jakie zdolności odziedziczyła? Jak zmutowały jej geny? Kim będzie, gdy dorośnie? Kiedy dorośnie? Same pytania i strach – jak zawsze – strach przed nieznanym... Czy zdolności rodziców będą się w dzieciach mnożyć i narastać, czy zostaną wyeliminowane po kilku pokoleniach?
Mijały lata. Odpowiedzi na zadawane pytania przeraziły „normalnych” mieszkańców naszej planety. W obawie przed powstaniem rasy nadludzi o nadzwyczajnych siłach i zdolnościach, postanowiono zatrzymać następne mutacje. Drugiego marca 2052 roku wydano „Dekret o natychmiastowym poddaniu mutantów zabiegowi kastracji”. O piątej rano następnego dnia rozpoczęła się czternastoletnia wojna. Wojna, która pochłonęła tysiące ofiar po obu stronach barykady. Wojna o przetrwanie nowego gatunku.
Elena Velasquez – różowooka trzydziestolatka miotająca płomieniami, założycielka „Pokoju dla Ziemi”, podpisała umowę pokojową przyznającą mutantom prawa i obowiązki równe „zwykłym” ludziom. Warunkiem było nie korzystanie przez  z nadzwyczajnych mocy w celach niepokojowych. Piątego maja 2066 roku nastał pokój...
  Tak o wydarzeniach z przed lat mówiły podręczniki historii, z których Samiir uczył się w szkole. Takie było obiektywne spojrzenie ich autora - profesora, którego córka okazała się mutantem i który postanowił walczyć o jej szczęście, będąc jednocześnie „normalnym” człowiekiem.

Samiir nigdy nie uważał swoich mocy za niebezpieczne. Wręcz przeciwnie. Dzięki nim zdarzało mu się już kilkakrotnie zrobić coś pozytywnego. Samiir potrafił władać deszczem. Potrafił wywołać deszcz. Pierwszy raz jego dar ujawnił się, gdy był jeszcze niemowlęciem. Gdyby nie był mutantem, gdyby nie posiadał tych umiejętności – zginąłby w pożarze, który wybuchł w rodzinnym domu, gdy chłopiec miał półtora roku. Zdolności wśród mutantów ujawniały się zazwyczaj w wieku dojrzewania, dlatego to, co przytrafiło się Samiirowi było uznawane za niewiarygodne nawet w środowiskach „mutosów’, jak ich pogardliwie nazywali „normalni” ludzie. Taka siła w małym dziecku była czymś dotąd niespotykanym. Przez długi czas pisano o nim w gazetach, wytykano palcem na ulicy jego rodziców, wyszydzano, obrzucano dom butelkami z farbą... Ludzie nie potrafili pojąć, że dziecko broniło się w ten sposób przed śmiercią. Że ma wielki, niespotykany dar, który może uratować życie. Samiir był mutantem i jedynie to się liczyło. Nie był normalny...
            Minęło tyle lat od zakończenia wojny, a ludzie nadal nie potrafili pogodzić się z tym, że są wśród nich istoty z nadzwyczajnymi zdolnościami. Prawa, zapewnione mutantom układem pokojowym, łamano, naciągano, ograniczano. Nie mieli pracy – nie chciano ich zatrudniać, zwalniano, dręczono w wielu miejscach. W szkołach powstawały dla ich pociech oddzielne klasy. Już od najmłodszych lat dzieci ze „zwykłych” rodzin były uczone nienawiści do swoich kolegów z podwórka czy szkoły. Mijały lata, a poprawa sytuacji była znikoma
            Gdy Samiir poszedł do szkoły, był przerażony. Dzieci na korytarzu wyszydzały go, nikt nie chciał z nim rozmawiać, musiał korzystać z osobnego prysznica i ubikacji. Nie jadał drugiego śniadania razem z kolegami i koleżankami w stołówce – mutanty spędzały przerwę śniadaniową w klasach. Co prawda klasy były już mieszane, kilka lat wcześniej zniesiono podziały w szkołach, jednak na każdym kroku chłopiec czuł, że jest inny, gorszy...
            W piątej klasie, zupełnie niechcący, przyłapał kolegów bawiących się zapałkami. Kolegów – „normalnych ludzi”. Gdy zaczęli na niego krzyczeć, uciekł. Po godzinie cała szkoła stanęła w płomieniach. Samiir ugasił pożar. Dzieciaki cieszyły się tygodniowymi feriami spowodowanymi osuszaniem i częściową odbudową budynku. Samiira wydalono... Żadna szkoła nie chciała go przyjąć z takimi aktami. Zresztą, wystarczyło to, że był mutantem, który przenosił się w trakcie roku szkolnego. Każdy dyrektor wiedział, że to musiało być za karę, jeszcze zanim otworzył teczkę z dokumentacją chłopca. Samiir miał wtedy jedenaście lat!

            Jakim cudem udało mu się skończyć szkołę – trudno powiedzieć. Grunt, że skończył. Jeszcze kilka razy zdarzały mu się „wypadki” z wywołaniem deszczu. Nikt nie potrafił zrozumieć, że nie robi tego komuś na złość, żeby kogoś zranić, uszkodzić coś, zniszczyć, ale dlatego, że jest to konieczne dla ratowania życia, zdrowia, mienia. Nikt nie miał pretensji do strażaków przyjeżdżających ugasić pożar, wszyscy z nienawiścią odnosili się do Samiira, kiedy on zalewał płomienie. Jednak Samiir był silnym młodym człowiekiem, nie poddawał się. Postanowił walczyć. Postanowił, że będzie normalnym człowiekiem, że nigdy już nie usłyszy wyzwisk, nie poczuje się gorszy, jego rodzice nie będą musieli się wstydzić wśród znajomych, że ich syn jest inny...
            Dostał się na studia. Na uniwersytet stworzony dla mutantów - przez mutanty. Poznał tam wiele osób do niego podobnych, borykających się z tymi samymi i podobnymi do niego problemami. W szkole znał wiele takich dzieci – nie rozmawiały jednak ze sobą o swoich kłopotach i rozterkach; każdy bał się i wstydził, mając w pamięci zaczepki innych dzieci. Tutaj zaś Samiir mógł podzielić się swoim bólem, żalem, swoją samotnością w tej globalnej wiosce. Tutaj też zrozumiał, że wcale nie chce być normalny – bo normalni ludzie są nietolerancyjni, nienawidzą się nawzajem, gonią za pieniądzem, zapominając, co jest naprawdę ważne, i nie potrafią pogodzić się z tym, że ktoś może dokonać czegoś więcej. Samiir nie chciał stać się jednym z tych „zwykłych”.
            Po skończeniu uniwersytetu wrócił do rodzinnego miasta i tam starał się dostać pracę. Niestety... był mutantem... Poznał również Ashę. Wiedziała, że nie jest taki, jak większość jej znajomych, jak jej rodzina, jak ona sama. A jednak potrafiła go pokochać. Długi czas ukrywali przed światem swój związek, z obawy przed reakcją środowiska. To Samiir bał się, że Asha zostanie wyklęta przez rodzinę. Kochał ją i nie chciał dla niej tego bólu. Nie chciał go też dla siebie. Spotykali się niecałe dwa lata. Gdy ich miłość wyszła na jaw, rzeczywistość tych dwojga młodych ludzi stała się gorsza od piekła. Po kilku tygodniach stawiania oporu rodzinie i środowisku, Asha popełniła samobójstwo. Nikt nie miał wątpliwości, czyja to wina... Zraniony, oskarżony o doprowadzenie do śmierci ukochanej kobiety, wyjechał. Wsiadając do ślizgacza powiedział rodzicom, że nie wróci, póki nie odnajdzie celu w życiu. Minęło sześć lat. Nie wrócił...

            Stał w oknie szpitalnego pokoju. Po drugiej stronie plastikowej szyby leżał umierający człowiek. „Normalny” człowiek. Pielęgniarka zmieniała kroplówkę.
            Xavier Thiers miał dziewiętnaście lat. Urodził się z chorym lewym płucem – lekarze orzekli, że po kilku latach przestanie ono funkcjonować i chłopiec będzie musiał przejść przeszczep. Niestety, w krytycznej chwili nie znaleziono dawcy i Xavier, w wieku siedmiu lat, otrzymał sztuczne płuco. Chłopiec był mało odporny i często chorował. Nie ominęła go również epidemia grypy panująca ostatniej zimy we Francji. Nie doleczona choroba dawała się we znaki jeszcze przez kilka kolejnych miesięcy. Orzeczenie lekarza było dla Xaviera wyrokiem – wirus zaatakował prawe płuco. Trzy miesiące... Trzy miesiące życia, jeśli nie znajdzie się odpowiedni dawca. Rodzice chłopca nie mogli oddać mu swoich organów – oboje mieli grupę krwi A (heterozygotyczny genotyp LAl), natomiast ich syn – 0 (genotyp homozygotyczny ll).
            Rozpoczęły się poszukiwania dawcy – walka z czasem. Walka o życie chłopca. Samiir przeczytał o Xavierze w gazecie. Od razu pomyślał, że jest idealnym dawcą – jako mutant nie musiał obawiać się komplikacji życia z jednym tylko płucem – jego organizm dostosowałby się do tej sytuacji szybko. Po kilku dniach Samiir czułby się jak przed operacją. Poza tym, zmutowane krwinki były jedynymi, które mogły zostać zaakceptowane przez osoby mające grupę krwi 0. Już przed kilkoma laty dowiodły tego badania przeprowadzone przez Bastiana Schmidta, znajomego Samiira z uniwersytetu. Po konsultacji z kolegą, Samiir skontaktował się z lekarzem prowadzącym i zaoferował pomoc. Następnego dnia, poznał rodziców Xaviera. Nigdy wcześniej nie przeżył takiego szoku, jak tamtego dnia. Postawieni przed wyborem – dać synowi płuco od mutanta, co było jedyną możliwością utrzymania chłopca przy życiu, czy pozwolić u umrzeć w tak młodym wieku – państwo Thiers wybrali drugą opcję...

- Pamiętnik. Otwórz. Zapisuj – Gdy mnie widzą, odwracają głowy. Ich syn umiera. Za kilka dni będą musieli zapłacić za jego trumnę. Wolą pozwolić mu odejść, niż „zabrudzić go” moją krwią. W czym jestem od nich gorszy? Czy w ogóle jestem od nich gorszy? Jestem taki sam, jak oni, taki sam, jak ich syn. Jestem człowiekiem! Takim samym, jak oni, a jednak innym. Innym, bo potrafię więcej, bo moje ciało potrafi dostosować się do cięższych warunków, bo potrafię wywołać deszcz, który ratuje tę planetę... Jestem od nich inny, a jednak taki sam – przeżywam ten sam ból, kiedy odchodzi ktoś bliski, modlę się do tego samego Boga, co oni, mam dwie ręce, dwie nogi i... jedno serce, które cierpi. Wiedzą, że nie znajdą innego dawcy. Żaden „normalny” człowiek nie może oddać Xavierowi swego płuca, bo nie zostanie ono przyjęte przez jego organizm. Jedyną szansą dla tego chłopca jest przeszczep od mutanta. Tylko od mutanta! Dlaczego zabierają mu jedyną szansę na życie? Jakim prawem?! Komputer. Stop – otarł łzy zaciśniętą pięścią. Spojrzał na zdjęcie Ashy. Odebrano mu kobietę, którą kochał. Sens w życiu. Teraz, gdy znalazł nowy, znów to robiono.. – Zapisz. Zabili Ashę, teraz zabiją Xaviera. Tylko dlatego, że jestem inny. Skoro jestem inny, to dlaczego łzy płyną mi z oczu, jak każdemu z nich, dlaczego serce bije mocniej na jej wspomnienie, dlaczego...? Nie jestem gorszy! Jestem taki sam! Chcę wrócić do domu i móc stanąć przed moimi rodzicami, spojrzeć im prosto w oczy i powiedzieć, że już nigdy nikt mnie nie wyśmieje, że już nikt nigdy nie wyrządzi mi krzywdy swoim słowem, czy czynem. Że znalazłem sens w swoim życiu. Że nie jestem już obcy na tej planecie... Chcę wrócić do domu!!!

sobota, 30 czerwca 2012

Uczennica maga - Trudi Canavan

Myślę, że powinnam zacząć od takiej informacji – jest to dopiero moje drugie spotkanie z prozą Trudi Canavan (wcześniej czytałam jedynie opowiadania). Nie znam więc jeszcze Trylogii Czarnego Maga, czytając zatem „Uczennicę maga” nie miałam najmniejszego pojęcia, co będzie się działo za kilkaset la,t w kolejnych tomach. Dla mnie to historia sama w sobie, nie prequel do znanej już powieści. Być może w znacznej części więc zmienia to sposób, w jaki odebrałam „Uczennicę…”.
Wciągnęła mnie ta historia do tego stopnia, że potrafiłam na długie godziny zatracić się w świecie przedstawionym przez autorkę, zupełnie nie widząc różnicy między nim, a tym, w którym (podobno) żyjemy. Ważne sprawy działy się wokoło, a ja ich nie dostrzegałam, całkowicie przeniesiona w przestrzeni, wędrując między Kyralią a Sachaką.
Bohaterowie od początku przypadli mi do gustu – antybohaterowie z resztą również, ale oczywiście w tym sensie, że podobała mi się och kreacja, a nie że ich polubiłam. Owszem – darzę sympatią Tessię i Dakona, ale boję się Takado… Kurcze, rzeczywiście pisze o nich, jakby żyli tu i teraz.
Magia, zróżnicowane społeczeństwo i dwa ludy – tak podobne, a jednak tak od siebie różne. Walka, miłość, szacunek, strach, nienawiść, wolność, niewolnictwo… Gildia uzdrowicieli i magowie… i Tessia, córka uzdrowiciela, która marzy o tym, by móc również leczyć. Problem w tym, że… jest kobietą. Nie może zostać uzdrowicielką, ale gdy pewnego dnia okaże się, że ma w sobie magię, zostanie natychmiast przyjęta jako uczennica maga Dakona. Jakże dziwny jest ten świat.
Dwa różne światy – z początku wiadomo, że Kyralia jest wspaniałą krainą wolności (nawet, jeśli kobiety nie mogą leczyć), a Sachaka to straszliwe imperium, w którym silni wolni ludzie, a przede wszystkim magowie, żyją w luksusie, ponieważ wszelkie prace wykonują za nich niewolnicy. I tu nagle niespodzianka – po trzystu stronach pojawia się nowa bohaterka, Steria. I ona właśnie pokaże nam, że Sachaka nie jest taka straszliwa i… zamieszkują w niej również dobrzy ludzie. Sama początkowo jest zszokowana, ponieważ po wielu latach wraca do stolicy państwa, z którego pochodzi jej ojciec i od razu napotyka na same problemy. Cóż, jest kobietą… w powieści Canavan kobiety – niezależnie od zamieszkiwanych ziem – nie mają łatwego życia i zawsze są na drugim miejscu, po mężczyznach.
Steria właśnie jest moją ulubioną bohaterką tej powieści – silna, inteligentna, wie, czego chce w życiu, a jednak potrafi się zaskoczyć swoimi uczuciami względem męża, którego wybrał jej ojciec. To osoba, która jest przykładem dla innych – jest ceniona przez pozostałe panie, a nawet niektórych mężczyzn. Na dodatek nie boi się stawiać oporu – w końcu wychowywała się w Elyne, gdzie kobiety mogą prowadzić interesy, gdzie nie ma niewolnictwa. Myślę jednak, że nie tylko wychowanie sprawiło, że Steria jest właśnie Sterią. Ma silną wolę i własne przekonania.
Koniec wojny między Kyralią a Sachaką był dla mnie absolutną zagadką, ponieważ – jak już wspomniałam – nie czytałam jeszcze Trylogii Czarnego Maga. Dlatego nie miałam pojęcia, która ze stron i na jakich warunkach zwycięży. Chociaż… czy na pewno można to nazwać zwycięstwem, skoro tylu ludzi straciło życie?
Trudi Canavan pisze pięknie i naprawdę świetnie się to czyta. Powieść wciąga bezustannie i wystarczy chwilka przerwy i już się człowiek zastanawia, co będzie dalej i chce się przenieść do tego magicznego – a przecież wcale nie pięknego i błogiego – świata. Jedyne, czego mogłam się domyśleć to to, że Jayanowi uda się zapoczątkować gildię magów, w końcu taki tytuł nosi kolejny tom, do którego zajrzę już niebawem. Nie mogę się doczekać.
Tomiszcze grube, ma bowiem ponad 800 stron. Dobrym pomysłem było umieszczenie na końcu słowiczka, na dodatek podzielonego według rodzaju słownictwa (chociaż ja osobiście wolę zwyczajne, alfabetyczne). Bardzo pomocny bywał w trakcie czytania. Podobnie – mapki – doskonale, że są – wydają się niemal niezbędne i nie potrafię sobie w tej chwili wyobrazić, że miałabym poznawać ten świat bez map.
Gruba oprawa trochę może utrudnia czytanie, ale przy takim gabarycie książki pięknie prezentuje się na półce, na dodatek bez żadnych uszkodzeń grzbietu. Błędów kilka znalazłam, ale w miarę niewiele, szczególnie jak na tak wiele stronic. Ogólnie – korekta spisała się bardzo dobrze.

piątek, 29 czerwca 2012

Kupiecka baronowa - Ines Thorn

Jak ta kobieta wyśmienicie pisze – powiedziałam ostatnio do męża, kiedy zdejmowałam z półki „Kupiecką baronową”, ostatni – niestety – tom historii o rodzinie Geisenheimerów z Frankfurtu. Po chwili jeszcze dodałam, że muszę koniecznie spojrzeć, co jeszcze napisała i – o ile tylko zostało przetłumaczone na nasza polską mowę – kupić to. Rzeczywiście, Ines Thorn jest niesamowitą pisarką – wystarczy jeden dzień, by połknąć, i to dosłownie, trzysta niemal stron jej powieści. Ta lekkość przy poruszaniu trudnych tematów, ta znajomość realiów z dawnych czasów, te dopieszczone kreacje i widoki, a jednocześnie skomplikowane relacje międzyludzkie i rozterki, które przecież mogą się przytrafić każdemu z nas.
„Kupiecka baronowa” kończy historię rodu – choć sama doskonale wiem, że nie zawsze kończy się sagę wtedy, kiedy się zaplanowało, cicho więc marzę, że autorka jeszcze do tego rodu powróci, jako i ja uczyniłam ze swoimi bohaterami.
Mamy rok 1792. Rewolucja francuska, gilotyna, Marsylianka. Wolność, równości braterstwo. Trójkolorowe kokardy i rządy jakobinów. Co ma do tego wolne miasto cesarskie i to na dodatek w roku wyboru nowego cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego? Jaki ta rewolucja będzie miała wpływ na kupiecką rodzinę Geisenheimerów?
Nie ma tym razem żadnego wielkiego mężczyzny, który by prowadził dom kupiecki. Jest Theda, wdowa po Teodorze. I jest jej trójka dzieci – Jago, który chce być poetą i zamiast siedzieć za pulpitem, układa rymy w kawiarni; Stefan – który z kupiectwem również ma niewiele wspólnego, a rewolucja we Francji pokazuje mu świat z zupełnie nowej perspektywy i kusi swymi ideami; jest w końcu, zaledwie szesnastoletnia, Friederike, która postanowiła podarować ukochanemu to, co miała najcenniejszego. Biedna Theda, nie jeden raz naje się wstydu, nie dwa razy będzie musiała sprowadzić dzieci ze złej drogi i ratować je przed pochopnymi decyzjami. Nie trzy razy… odmawiać swej ręki, w końcu nie minął nawet rok od śmierci męża, a już pojawiają się adoratorzy.
Theda jednak nie jest zainteresowana ponownym zamążpójściem. Nie wierzy w miłość, ponieważ nigdy jej nie zaznała, a przynajmniej zdążyła już dobrze zapomnieć, czym ona może być. I przyrzekła sobie dawno temu, że nie będzie kochać. Wierzy w dom handlowy, choć sama nie jest najlepszym kupcem. Będzie więc starała tak ożenić swego pierworodnego, by to jego małżonka zajęła się pracą. Co z tego wyniknie? Jak Jago, poeta-marzyciel, który szuka muzy, będzie traktował żonę z musu? Czy Stefan pogodzi się z rozlewem krwi, czy nadal będzie stał na stanowisku, że rewolucja może się bez niego powieść? Co zrobi najmłodsza córka, gdy zrozumie, że stała się kobietą, a jej dzieciństwo zostało bezpowrotnie utracone?
Wszystko to we Frankfurcie oczekującym na wojska francuskie, a później przez nie okupowanym. W tle kupcy, Alten Limpurg, bogate salony, dobrze zaopatrzone spichlerze, pojedynki na honor i karczmy, w których proletariat stara się zjednoczyć przeciwko patrycjuszom, opowiadając o tym, jak wspaniale będzie się żyło w porewolucyjnym świecie. Do tego cała galeria niezwykle przedstawionych postaci drugoplanowych.
Gorzko-słodka opowieść o ludzkich dylematach, szukająca odpowiedzi na trudne pytania. Jednocześnie tak prawdziwa i porywająca, że nie sposób się od niej oderwać. Nic, jednie czytać i polecać dalej.
Jeśli zaś chodzi o samo wydanie – jak poprzednio – ładna okładka, niewiele błędów, schludnie i przyjemnie. W sam raz na nadchodzące lipcowe upały, które mają osiągnąć… nie będę straszyć. Szczególnie, że ta powieść z pewnością Was jeszcze trochę rozgrzeje emocjonalnie.

Chorwacja - Anna i Krzysztof Kobusowie

„Chorwacja” Anny i Krzysztofa Kobusów, wydana nakładem G+J RBA, Licecjobiorcy Natonial Geografic Society to niesamowita podróż do tego – tak przez Polaków uwielbianego – kraju. Podróż zaczarowana, widziana okiem podróżników, dziennikarzy i fotografów, ale tym razem chyba przede wszystkim rodziców.
Ciekawie opowiedziana, ładnie napisana, radosna i ciepła historia pewnych rodzinnych wakacji spędzonych u wybrzeży Morza Adriatyckiego. Czyta się właściwie jednym tchem – mi zajęło właściwie niewiele ponad godzinę (czytam powoli, na dodatek delektuję się pięknymi fotografiami, a książeczka ma jednak prawie 100stron).
Chyba jeszcze nie trafiłam na podróżniczą literaturę napisaną z taką lekkością i polotem, a jednocześnie dystansem do samego siebie i swoich słabości. Muszę przyznać, że urzekły mnie opowieści o rodzinnych kampingach, żelkowych wężach i walkach na statkach pirackich. Najbardziej jednak w pamięci pozostanie mi pierwszy rozdział mówiący o tym, jak łatwo jest dać się porwać codzienności i zapomnieć o tym, co najważniejsze. Jak łatwo dzisiaj żyć czasem, zamiast mieć czas na życie. Myślę, że to bardzo ważna lekcja do zapamiętania. I jeszcze niesamowity opis (historię znałam, ale sposób jej opowiedzenia zdaje się niezwykły) życia Dioklecjana i historii Splitu. Boże, zdjęcia są tak rewelacyjne, że po prostu od razu sięgnęłam po atlas świata, by zobaczyć, gdzie dokładnie leży to zaczarowane miasto.
Właśnie, zdjęcia. Wspaniały dodatek do całości. Niewielkie, a szkoda, ale przynajmniej dzięki temu jest ich całkiem sporo, a dokładnie 36. Można się prawdziwie rozmarzyć, patrząc na ten magiczny kolor wody w Jeziorach Plitwickich, czy tradycyjną konobę (restauracyjkę) zbudowaną, jak za dawnych lat, z kamienia i pokrytą łupkami. Żyć, nie umierać.
Cud! Korekta spisała się na medal – znalazłam dosłownie dwa błędy. To się zdarza bardzo rzadko.
Warto chyba nadmienić, że autorzy nie opisali jedynie Chorwacji. Ten niewielki w rozmiarach, ale olbrzymi w pomysłach (i za to im chwała, bo przyda się zapewne, gdy będziemy mieć własne pociechy) tom wpisuje się w serię „Mali podróżnicy w Wielkim Świecie”. W obecnej chwili możemy już dostać opowieści o Szwecji, Polsce i Tunezji. Wkrótce ukażą się także tomiki o Bali i Holandii.
Gorąco polecam, ja z pewnością zapoznam się z pozostałymi pozycjami państwa Kobusów, a na razie wybieram się w podróż palcem po mapie. Zaczynam od Splitu – miasta w pałacu Dioklecjana.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Biblia umarłych - Tom Knox


Oszałamiająca, wbijająca w fotel powieść, jedna z nowości Domu Wydawniczego Rebis, czyli „Biblia umarłych” Toma Knoxa. Nic więcej, nic ująć. Genialna, trzymająca w napięciu do ostatniej linijki, a nawet dłużej, mądra, zjawiskowa, zmuszająca do myślenia.
Na tym mogłabym zakończyć, ponieważ nadal jestem jeszcze bardzo na gorąco (skończyłam czytać niecałe piętnaście minut temu) i staram się jeszcze ogarnąć ogrom tej powieść i pozbierać myśli.
To opowieść tocząca się dwutorowo – podobnie trochę, jak w ”Sekrecie Genezis”, z tymże bohaterowie, których losy śledzimy w zupełnie różnych zakątkach świata, a którzy próbują niezależnie rozwiązać tę samą zagadkę spotykają się dopiero w okolicach trzysetnej strony, czyli raczej bliżej końca. Tym bardziej ta podróż jest pasjonująca, bo pozwala nam na dochodzenie do prawdy po kawałku i oglądania całego ogromu problemu (w końcu to całe czterdzieści tysięcy lat!) z zupełnie różnych perspektyw. Wyśmienity pomysł.
Chemda, prawniczka działająca w komisji ONZ do spraw rozliczenia reżimu Czerwonych Kmerów, straciła w Kambodży większość rodziny i stara się zrozumieć przeszłość swego kraju. Julia, amerykańska archeolog pracująca obecnie na wykopaliskach w jednym z dystryktów francuskich, została w młodości zgwałcona. Jake, brytyjski fotograf stracił w dzieciństwie kilkuletnią siostrę i matkę. Te doświadczenia dręczą ich w każdej chwili życia. Chemdzie pomogą zrozumieć przeszłość i odkryć rodzinną tajemnicę, Julii opracować ciekawą teorię dotyczącą ludzi prehistorycznych, a Jake… cóż, musicie sami przeczytać.
„Biblia umarłych” to niesamowita podróż przez mniej nam chyba znaną Azję – Kambodżę, Laos, zahacza też o Tajlandię i Bangkok. Porywająca, wartka akcja i tropiki oraz niesamowite krajobrazy czasami nawet mrożące krew w żyłach oraz upały, których chyba sobie nie wyobrażamy. Z drugiej strony chłodna i deszczowa Francja w barwach jesieni i… równie tajemnicze czaszki z dziurami w głowie.
Czy człowiek naprawdę różni się od zwierzęcia? A jeśli tak, to czy… to dobrze? Przedstawione przez autora teorie na temat wiary i sumienia są przenikliwe i naprawdę zmuszają do przemyślenia przynajmniej kilku kwestii, które zdajemy się uważać za dogmaty. Kim jesteśmy i dlaczego tak ciężko jest nam zabijać? Jak to możliwe, że człowiek jest zdolny do takiego okrucieństwa jak Czerwowni Kmerzy? Czy rzeczywiście za wszystko to odpowiada niewielki skrawek kory mózgowej znajdujący się w czołowym płacie mózgu? Znajdziecie odpowiedzi na te wiele innych pytań, jedynie czytając.
„Biblia umarłych” to rewelacyjny kryminał, szczególnie dla tych, którzy uznają spiskową teorię dziejów. Poza tym to mądra powieść, zmuszająca do myślenia i motywująca do prowadzenia własnych badań. To straszliwa opowieść o bólu, cierpieniu, niepotrzebnym okrucieństwie. Jak wiemy z „Sekretu Genezis” Tom Knox nie boi się pokazywać tortur, prucia flaków, a krew w jego powieści leje się dość często. I tym razem niczego nam nie oszczędził. Jest więc z pewnością sporo mroku w „Biblii umarłych”, wiele scen obrzydliwych i… poruszających najgłębsze zakamarki serca i żołądka.
Bez wątpienia, kawał wyśmienitej literatury, na dodatek bardzo ładnie wydanej. Okładka zastanawia, przyzywa, zachęca do czytania, poza tym tworzy ładną serię z dwiema pozostałymi powieściami autora, które Rebis już wydał. Błędów na tyle niewiele, że nie rażą, nic dodać, nic ująć. Zdecydowanie piątka z dużym plusem.