Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

piątek, 4 stycznia 2013

Więzień na Marsie - Gustaw Le Rouge (oraz Niewidzialni tegoż autora)

"Więzień na Marsie"
Wydawnictwo: M. ACTA w Warszawie
Warszawa 1929
Oprawa: twarda
Liczba stron: 136
Przekład: z francuskiego (nazwisko przekładającego nieznane)
Ilustracje: 16 rycin (autora nie podano)
ISBN: brak (książki wydane przed 1966 rokiem nie posiadają)


"Niewidzialni"
Wydawnictwo: M. ACTA w Warszawie
Warszawa 1913
Oprawa: twarda
Liczba stron: 233
Przekład: z francuskiego przełożyła K.W.(nazwisko przekładającego nieznane)
Ilustracje: 9 rycin (autora nie podano), w tym jedna, której nie ma w "Więźniu na Marsie"
ISBN: brak (książki wydane przed 1966 rokiem nie posiadają)


Już na początku spieszę wytłumaczyć, dlaczego obie książki razem. Od kilku dni zastanawiałam się, jak wyjść z tej opresji, którą sama sobie zafundowałam biorąc do rąk to właśnie wydanie "Więźnia na Marsie". Kiedy bowiem skończyłam czytanie i sięgnęłam po "Niewidzialnych" okazało się, że drugi tom zawarty jest już w tej pierwszej przeze mnie przeczytanej książce. Z tym, że nie ma tak żadnej, najmniejszej choćby, wzmianki, że książka zawiera całą dylogię. Stąd problem. przeczytałam "Więźnia...", a okazało się, że za mną obie części, nie potrafię więc powiedzieć, jak została wydana, czy zredagowana druga część powieści. Poza tym, że zdecydowanie w lepszej formie, o czym jeszcze za chwilę.
O czym powieść traktuje? Poza oczywistą konkluzją, że o Marsie, rzecz jasna. Jest trochę magiczna, trochę techniczna, trochę naukowa i... trochę nudnawa. Ja miałam problemy w trakcie jej czytania i to spore. Treść mnie specjalnie nie porwała, choć właściwie do końca nie potrafię powiedzieć, z jakiego powodu. Zapowiadało się bardzo ciekawie, a ostatecznie wyszło takie nie wiadomo co. Otóż młody naukowiec, Robert Darvel dostaje zaproszenie od tajemniczego bramina Ardaveny, by podjąć współpracę. Nie mając pojęcia, na co się pisze, przyjmuje propozycję - otrzymuje wspaniale wyposażone laboratorium, o jakim nawet nie śmiał dotąd marzyć, ma spokój, jest szanowany przez pozostałych braminów, poznaje tajniki ich wiedzy, jednocześnie urzeczony Indiami, w których się znalazł. Wszystko idzie dobrze, póki pewnego dnia nie budzi się na skraju skały, tuż pod nim przepaść, ludzi nie widać... Chwilę - i to raczej dłuższą, niż krótszą - zajmie mu dojście do prawdy - znalazł się na czerwownej planecie. Tu się zaczyna jakby główny wątek opowieści i - niestety - kończy to, co było w niej najciekawsze.
Mars w wizji Le Rouge'a jest planetą zamieszkaną przez różne dziwne gatunki, cywilizacja jednak wyraźnie chyli się ku upadkowi. Nie ma się czemu dziwić - taka wizja Marsa była powszechna w czasach, gdy autor pisał "Więźnia...". Jego Marsjanie są oczywiście nieco inni, niż u pozostałych twórców, jednak ogólnie wizja jest podobna. Mars był kiedyś zamieszkany przez inteligentne istoty, które jednak złoty wiek mają już dawno za sobą.
Robert postanawia więc pomóc przyjaznym istotom, które spotkał na swej drodze. Daje im - niczym mityczny Prometeusz - dar ognia, obiecuje chronić przed paskudnymi wampirzymi straszydłami, które dotąd terroryzowały potulny ludek, a jednocześnie czerpie pełnię radości z tego, że jest przez nich uważany za wybawcę i swego rodzaju bożka można nawet rzec.
Wróćmy jednak na Ziemię. Tu dzieją się bowiem sceny ciekawsze. Nie mając wiadomości od ukochanego przyjaciela, Ralf Pitcher postanawia dowiedzieć się, jaka spotkała go przygoda. Wyrusza więc na poszukiwania, a towarzyszą mu w nich - była narzeczona Roberta, miss Alberta (która nadal pała do niego gorącym uczuciem i nie chce przyjąć do wiadomości, że mógł zginąć), inżynier Boleński, z którym niegdyś współpracował, kapitan Wad, który stacjonuje w Kelambrum, gdzie przez miesiące Robert współpracował z braminami oraz jego Murzyn, Zaruk. Dołączy do nich w późniejszym okresie również brat Roberta, Jerzy.
Dlaczego ciekawsze sceny rozgrywają się tutaj? Toczą się bowiem interesujące dyskusje, trwają badania, dokonywane są niewiarygodne odkrycia. ponadto rozdział (pochodzący de facto już z "Niewidzialnych") pod tytułem "Uczta Lukullusa: jest tak zaskakujący i pięknie napisany, że choćby dla niego warto po tę powieść sięgnąć.
Ciekawym zabiegiem jest pokazanie po kolei różnych gatunków zamieszkujących Marsa. Najpierw są ci poczciwcy, którym Robert przewodzi i broni ich przed złem. Jednak zło okazuje się wcale nie takie wielkie. Również cierpi, również jest zagrożone, broni się, jak może. W końcu okazuje się, że jest jeszcze gorszy gatunek na czerwonej planecie. Robert i z nim walczy, by dowiedzieć się, że... nie takie zło straszne, jak je malują, bo zawsze może się jeszcze większe znaleźć. Rzeczywiście te pomysł bardzo mi się spodobał. Stopniowanie zła - tak go nazwałam. O napięciu raczej nie mówię - nie czułam specjalnie żadnego napięcia w trakcie czytania, a już na pewno nie zauważyłam jego stopniowania.
Książkę czytało się ciężko nie tylko dlatego, że średnio wciągnęła mnie akcja. Została ona bowiem wydana w nieporęcznej formie, wielkości bodajże B2... Na dodatek jest to przedruk z gazet (powieść została bowiem początkowo wydana w odcinkach) w dwóch kolumnach, małą czcionką... Stron jest 136, choć to bardzo mylące. Jedna strona "Więźnia na Marsie" to mniej więcej trzy i pół strony książki w zwykłym formacie. Policzyć więc dość łatwo, że to prawie pięćset stronic. Czyta się wolno, oczy męczą się od tych kolumn. Nie polecam takiego wydawania powieści. Jakież więc było moje niezadowolenie, kiedy odkryłam, że ponad połowa z tego jest tak naprawdę drugim tomem, który również posiadam w innym wydaniu - poręcznym, mniejszym, z większymi literami, w jednej kolumnie! Ileż mniej bym się namęczyła, gdybym wcześniej ten fakt dostrzegła. Cóż - nauczkę na przyszłość mam i Wam radzę się również dobrze przyglądać. Uczcie się na moich błędach, zamiast męczyć biedne oczy.
Czy powieść polecam? Sama nie wiem. "Ucztę Lukullusa" polecam gorąco. Resztę - jeśli wpadnie Wam w ręce to przeczytajcie. Jest napisana naprawdę ładnym językiem i nim można się zachwycać, co też czyniłam, choć sama treść nie powala i trąci nudą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz