Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

niedziela, 11 maja 2014

Bilet na Arkę – Stanisław Karolewski

Wydawnictwo: Szarlatan
Wrocław 2012
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 218
ISBN: 978-83-929352-8-5






Patrząc na okładkę, wciąż zastanawiałam się, co mnie czeka w środku. "Bilet na Arkę"... Wcześniej nic o książce nie chciałam wiedzieć. Domyślałam się, że będzie dotyczyła potopu i, no dobrze, trzeba to powiedzieć, jakby głupio nie zabrzmiało... Arki. Ale bilety? Komu będą sprzedawane? I czy kwota 33,77 złotych wystarczy? Czy ja również bym się załapała, gdybym uiściła opłatę w tak śmiesznej wysokości? Czyżby to miała być jakaś komedia, parodia? Trzeba sprawdzić.
Wpadłam jak śliwka w kompot. Obawiałam się, że czytanie zajmie mi sporo czasu, bo jednak dotarły do mnie głosy, że tekst jest trudny. Z coraz większą obawą otwierałam książkę... By utonąć, niczym w potopie. Ani się nie obejrzałam, a byłam na półmetku. Całkowicie zauroczona, absolutnie bezwolna. Czytać, czytać, czytać dalej, dowiedzieć się więcej, poznać lepiej bohaterów i w końcu odkryć, co z tą powodzią, końcem świata, Twierdzą, Arką i całym tym niesamowitym galimatiasem. Ostatecznie doszłam jednak do wniosku, że cała wędrówka była znacznie ciekawsza, niż finał, a droga okazała się dużo bardziej fascynująca, niż rozwiązanie zagadek. Po kolei jednak.
Fryderyk Pauszke jest... dziwakiem. To chyba najbardziej odpowiednie określenie, by nie przesadzić z analizą psychologiczną. W pewnym momencie życia postawił na bezpieczeństwo. Nie raz już miał przez to mnóstwo kłopotów i, powiedzmy to sobie, nie jest ulubieńcem sąsiadów. Wszelkie zabezpieczenia, którymi obwarował swoje mieszkanie w bloku z płyty, które nazywa Twierdzą, to nic w porównaniu ze stosami wszystkiego – począwszy od baniaków z wodą, poprzez dziesiątki palet z puszkowanym pożywieniem, po stare pralki, lodówki i telewizory – co zgromadził na klatce schodowej, w piwnicy i garażu. Teraz natomiast wpadł na pomysł zbudowania Arki... I nie chodzi mu wcale o jakąś drewnianą łajbę, na której znajdzie się miejsce dla kilku żyraf, słoni i szczurów. O nie. Fryderyk myśli o domu, pod którym będzie bunkier, wielka łódź podwodna i w ogóle cała aglomeracja, w której koniec świata przyjdzie spędzić jemu, jego synowi i jeszcze kilku osobom. Jednak takie przedsięwzięcie jest kosztowne. Skąd więc wziąć pieniądze, kiedy chce się je uczciwie zarobić, a nie kraść? Chociaż kraść od państwa, które człowieka okrada każdego dnia, Fryderyk uważa za coś niekoniecznie złego... W każdym razie wpada na kolejne "genialne" pomysły, które nie tylko pozwolą mu zdobyć całkiem pokaźne zaplecze finansowe, ale również... ukażą kondycję współczesnego społeczeństwa. I, niestety, kondycja ta nie jest najlepsza.
"Bilet na Arkę" to historia zabawna, śmieszna, straszna i fantastyczna zarazem. Z jednej strony aż strach się bać, a z drugiej... cóż Fryderyk jest po prostu niesamowity. Również jego syn, który jest narratorem powieści (co pozwala nam doskonale poznać tę niesamowita, wykrzywioną rodzinę składającą się z dwóch mężczyzn), to całkiem niezły gagatek. Niby dorosły, doktorant, naukowiec, a taki bezwolny – robi wszystko, co mu ojciec każe i nie widzi w tym nic nadzwyczajnego. Niby dostrzega, że F. nie jest taki, jak inni, a jednak... 
Autor skonstruował doprawdy fantastycznych bohaterów, którzy chyba na długo pozostaną w mojej pamięci. Do tego udało mu się wyśmienicie poprowadzić narrację, wprowadzając liczne przypowieści i historie, które młody Pauszke opowiada wybrance swego serca, a które jej i nam mają wytłumaczyć, dlaczego jego ojciec jest tym, kim jest. Do połowy powieść jest z najwyższej półki. Później zdarzają się gorsze momenty, przeplatane co jakiś czas jakąś rewelacyjną sceną. Książka kończy się... Nie wiem, jak to opisać. Zupełnie zakończenia nie zrozumiałam i chyba już wolałabym, że by go w ogóle nie było. 
Powieść ma, niestety, kilka minusów. Przede wszystkim układ graficzny tekstu jest fatalny. Te wcięcia w dialogach, bałagan na stronach. Czasami nie wiadomo, czy coś jest częścią dialogu, czy narracji. Bardzo to początkowo irytuje i utrudnia skupienie się na naprawdę wyśmienitym tekście. Poza tym znalazłam trzy błędy logiczne. Przykład: Lata 80, PRL i... zaakceptowanie Obamy. Przywołanie prezydenta USA byłoby świetnym pomysłem, gdyby nie to, że Autor umiejscowił je w tamtym czasie, kiedy nikt w Polsce (ani prawdopodobnie w USA) o Baracku jeszcze nie słyszał. 
Czy polecam? Zdecydowanie tak. Książka bawi – zarówno językiem, jak anegdotami – a jednocześnie jest bardzo poważna. Poruszając temat strachu przed końcem świata, wiary, mocy modlitwy, czy zaufania jest pozycją mądrą i ukazującą nasz codzienny świat w nieco innym spektrum. Życzę Autorowi powodzenia na dalszej drodze literackiej.

2 komentarze:

  1. Ja znam autora z innej książki. Niestety jego styl nie przypadł mi do gustu na tyle, by przeczytać inną jego pozycję ;]

    OdpowiedzUsuń
  2. Przyznaję, że styl Autora jest specyficzny. Coś jakby połączenie Erenburga, Pilipiuka i Folleta. Ok, dziwne połączenie, ale ciekawe. Do mnie przemówiło :)

    OdpowiedzUsuń