Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

piątek, 11 maja 2012

Królewskie Psy. Morrigan - Piotr Olszówka

„Cztery opowieści o Świecie, w którym potężna magia niczego nie naprawia ani nie psuje, piękne kobiety występują niezwykle rzadko, a nawet najdzielniejsi rycerze nie palą się do walki…”

I chyba to najlepsze podsumowanie, które powinnam zostawić na zakończenie, jednak wydaje się równie doskonałym wstępem.


„Morrigan” opisałam już wcześniej (zajrzyjcie trochę niżej – do postów kwietniowych) i nie zamierzam się powtarzać.
„Imię ojca” to 200 stron. Opowiadanie, czy może nawet krótka powieść… Gorzkie, właściwie bez możliwości dobrego zakończenia. Któryś z bohaterów musiał ponieść klęskę.
Rhoud-an, znany w Królestwie pod imieniem Rudy, chce udowodnić, że jego los zależy wyłącznie od jego decyzji i działań. Nikt nie będzie mu dyktował, co ma robić – a już na pewno nie mistrz Raffin-an Saiid. Problem w tym, że jego mistrz chce stoczyć w nim pojedynek, w którym zamierza polec i przekazać uczniowi (którego traktuje właściwie jak syna) swoją sławę i tytułowe imię. Jak pogodzić te dwa stanowiska? W idealnym świecie z pewnością znajdzie się rozwiązanie. Jednak ani Królestwo – brudne, śmierdzące i rozpasane, ani Wielka Ziemia – step zamieszkiwany przez Kurgów… nie leżał zbyt blisko utopijnych krain znanych nam z baśni o Królewnie Śnieżce, czy Pięknej i Bestii. O nie – daleko im do ideału.
„Imię ojca” to fascynująca podróż młodego mężczyzny, który właściwie całe życie spędził pod opieką Kurga (nie byle jakiego, bo Galloera, a takich chodzi po świecie zaledwie kilku), a teraz wraca do Królestwa i chce je poznać. Pomaga mu w tym rycerz zwany Grubym Psem, który pasuje go, tym samym wpisując w poczet rycerstwa. Jednak my odbywamy podróż z Rhoudem/Rudym, gdy towarzyszy mu kupiec, Paul z Schoenbergu. Każdy z nich ciekawy drugiego. To nie tylko podróż przez Królestwo, ale i w przeszłość Rudego, a jak się okazuje również i Paula. To przeszłe doświadczenia bowiem kształtują człowieka teraźniejszego. Widać tę myśl również w kolejnych opowiadaniach składających się na „Królewskie Psy”.
Jest tu mord na drogach i w bitwach, na które wyzywają się Kurgowie. Jest niespełniona miłość (a nawet nie jedna). Jest szacunek, któremu jednak przeciwstawia się chęć odnalezienia prawdziwego siebie i poczucia wolności. Jest zdziwienie drugim światem, który jest tak inny. Ani nikt tu nie osiągnie do końca swego celu, bowiem życie pisze nam swoje scenariusze, a my zawsze musimy ponosić konsekwencje swoich wcześniejszych decyzji i czynów. Rycerz Rudy i kupiec Paul uczą się siebie, uczą się, że świat nie jest prosty, a fakt, że sąsiedni lud postrzega go inaczej, nie oznacza, iż się myli. Wielka Ziemia jest skomplikowana i pełna tradycji i głębokiej wiary, a Królestwo wcale nie takie… królewskie. To wielka podróż do wnętrza człowieczeństwa.
Olszówka pisze swobodnie, nie hamuje swoich bohaterów, pozwalając się im wyżyć zarówno słowem, jak i mieczem. Widać w „Imieniu ojca” doskonałą znajomość autora w kwestii różnorakich broni i ich zastosowania. Nic dziwnego – wszakże sam prowadził sekcję szermierki tradycyjnej przy Krakowskim Klubie Szermierzy. Pokazuje nam świat oczami bohaterów, co jeszcze ubarwia jego poznanie. Prawdziwy majstersztyk.
W „Róży i mieczu” główną bohaterką jest Dobromiła z Ujścia, panna-rycerz. Nawet w Królestwie rzecz raczej niespotykana. Owszem – kolegom-rycerzom zaakceptowanie jej jako towarzysza broni nie przychodzi nawet nadmiernie ciężko, jednak reakcje w odwiedzanych przez nią wsiach nie należą do najprzyjemniejszych (chyba, że ktoś lubi, by na jego widok szeptać i spluwać, jednak nasza Miłka do takich cudów natury nie należy).
Mamy tu Królestwo i wielką Ziemię. Spotykamy jednego z głównych bohaterów „Imienia ojca” (o nie, nie zdradzę, którego, chociaż całkiem łatwo się tego domyśleć). Słyszymy o Morrigan i… Ogólnie – to opowiadanie wiąże pozostałe, udowadniając, że „Królewskie Psy” są jednolitą i przemyślaną dogłębnie całością.
Miłka próbuje się odnaleźć w tym dziwnym świecie, w którym każdy ma z góry przypisaną rolę. Mężczyźni są do wojaczki, a kobiety… no cóż – do rodzenia dzieci i garów. Zdarzają się jednak wyjątki – jak Dobromiła z Ujścia. Wdziewają zbroję, a ich orężem jest miecz, a nie kopyść. Zamiast uganiać się za mężczyznami w poszukiwaniu męża, szukają bitew i turniejów, zamiast pięknych sukien kupują broń. Jednak Miłka – mimo, że chce być traktowana, jak rycerz – potrafi o siebie zadbać (nawet, jeśli urodą nie grzeszy). Wszakże w ostateczności jest panienką z dobrego – nawet jeśli zubożałego – rodu. Co się jednak stanie, gdy zdradzi ją ukochana służąca i jaką w tym wszystkim rolę odegra magia? Zakończenie nie daje nam jasnej odpowiedzi, co się stało z Miłką – możemy się domyślać po jej łzach i decyzji podjętej praktycznie wspólnie przez przyjaciół-rycerzy – Roudana i Kelleta. Jednak pewności nie mamy.
Znów swego rodzaju opowiadanie drogi. Ten sam świat, taka sama konstrukcja wspomnieniowa, a jednak tak inna postać, że nie sposób się nudzić. Nie brak tu świeżości i atrakcyjności. Porywa, jak rwąca rzeka i nie sposób się od niej oderwać.
Osobiście opowiadanie – „Róża i miecz” podobało mi się jeszcze bardziej, niż „Imię ojca”.
W „Jeszcze raz Morrigan” dowiadujemy się w końcu, kim są tytułowe Królewskie Psy. Ciekawy pomysł, że dopiero tutaj. O czym jest to krótkie, w porównaniu z pozostałymi, opowiadanie? O miłości, która nie zna granic, o bezsensownej śmierci, która czyha na drodze nawet na najbardziej walecznych, o zemście, która każe najpierw działać, a później dopiero (o ile w ogóle) myśleć. I chyba również o zawiści – jak Artur nie chciał się z nami bawić w święto, bo nie byliśmy dla niego wystarczająco dobrzy, to my mu nie pomożemy, gdy śmierć jest blisko, bo i do pomocy pewnie nie jesteśmy wystarczająco dobrzy. Zwykłe ludzkie odruchy, które prowadzą do serii smutnych i bolesnych wydarzeń.
Muirre zabiła niewinnego żołnierza, który na dodatek wyzwolił ją spod władzy parszywego Guya. Ucieka i chowa się gdzieś w obcym domu w pobliskiej wsi. Nie chce umierać, a nie ma wątpliwości, że kolega-rycerz pomści zmarłego. Liczy na noc w suchym i ciepłym miejscu, ale na pewno nie spodziewa się tego dziwnego mężczyzny, który zechce ją chronić i kochać. Jak to u Olszówki jednak – nie liczcie na słodkie zakończenie w stylu „żyli długo i szczęśliwie”. Czy żyli? Tego Wam nie powiem. Zachęcam do lektury.
Podsumowanie ogólne? Powtórzę – okładka jest ładna, ale jakoś nie pasuje do klimatu „Królewskich Psów”. Czekam na kolejny tom i liczę, że będzie jakaś taka… mniej bajkowa, cukierkowa i myląca (jakkolwiek uwielbiam filetowe sukienki, nie tylko u księżniczek, wróżek i czarownic). Chętnie poczytam więcej i mam nadzieję, że teraz autor pokaże nam trochę więcej Psów.
Cieszę się ze słowniczka z tyłu – to rzadkość w dzisiejszych czasach, a bardzo pomaga. Tak, wiem, że mamy wujka Google i ciocię Wikipedię, jednak nie zawsze Internet jest w pobliżu. Ok. – mobilny, przez telefon. Ale zaglądanie do sieci, kiedy się czyta tak świetną literaturę, która na dodatek dzieje się w świecie nie znającym techniki komputerowej, to już lekka przesada, trochę niesmak i na pewno zabijanie klimatu. Dzięki więc za słowniczek, ponieważ przydał się kilka razy. I za rysunek przedstawiający budowę miecza również. I za to, że znalazłam bardzo mało literówek ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz