Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Powidoki – Marta Magdalena Lasik

Wydawnictwo: Craiis
Kraków 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron: 260
Ilustracje: Anna Wołosiak-Tomaszewska
ISBN: 978-83-937572-37






"Powidoki" Marty Magdaleny Lasik to zbiór 14 tekstów (choć w spisie treści ujęto ich jedynie 11) – dłuższych i krótszych – które zostały określone przez wydawnictwo jako "opowiadania preapokaliptyczne". Czy słusznie? Nie jestem pewna. Niezależnie jednak od tego, przyznaję, że ze zbiorem warto się zapoznać, ponieważ wciąga niczym magiczny kapelusz Szalonego Kapelusznika (fani serialu "Once Upon a Time" zrozumieją). Od pierwszej do ostatniej strony jesteśmy karmieni magicznymi światami. I to karmieni do syta i z dobrym wyczuciem smaku. Prawdziwa uczta dla czytelnika. Szczególnie, jeśli lubicie danie podane elegancko, na dobrej zastawie, pięknie pachnące i będące małym dziełem sztuki. Bo choć w "Powidokach" zdarzają się i gorsze chwile, to ogólnie zbiór uważam za bardzo udany. Nadaje się na wyższe półki w Waszych biblioteczkach.
Pierwszy tekst, czyli "Powidoki", to opowieść o murze. Nie byle jakim murze, który możecie znaleźć gdziekolwiek. Mur to jest iście tajemniczy, od którego wieje grozą, o którym od dawna opowiada się straszliwe historie i który z reguły wszyscy omijają z daleka. No, nie wszyscy. Dzieci lubią gdybać, co się znajduje za owym murem i czasami, w przypływie odwagi, próbują go zbadać. Główny bohater, który jest jednocześnie narratorem, zdecydował się na rekonesans dopiero jako dorosły człowiek i razem z nim przyjdzie nam zobaczyć to i owo... Choć nagranie zostaje w pewnym momencie przerwane, a my przenosimy się niby do innego świata, a przynajmniej do innej historii.
"2835 kwadransów do końca"... Zwykła dziewczyna. Kobieta właściwie. Zbliża się do trzydziestki i niczego nie osiągnęła. Miała marzenia, miała plany. Cokolwiek jednak przyszło jej do głowy, zawsze była ganiona przez matkę, zrównywana z ziemią, przygniatana. Słyszeć całe życie, że się jest do niczego? Beznadziejna sytuacja. Kiedy więc nagle powierzona jej zostanie pewna tajemnica... Ona postanowi postawić wszystko na jedną kartę i ten jeden jedyny raz zaszaleć. Czy było warto? I dlaczego właśnie tyle kwadransów? Jesteście ciekawi? To opowiadanie przypominało mi w klimacie jeden z odcinków (bodaj drugi) serialu "Metal Hurlant". Ciekawe, czy Autorka widziała ten (swoją drogą bardzo dziwny, moim zdaniem) serial...
"Częstochowa 9:20" to zdecydowanie moje ulubione opowiadanie w zbiorze. Łączy w sobie wszystko, co lubię – ciekawe postaci, zagadkę, historię, magię, steampunk i Polskę pod zaborami. Naprawdę wisienka na przepysznym torcie. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że ten tekst może już konkurować z wytworami Wielkiego Grafomana. Czyżby pojawił się Pilipiuk w spódnicy...? Nie mam wątpliwości, że się Wam spodoba.
"Chryzoprazowa karuzela" to troszkę groteskowe opowiadanie o pewnym studencie, który wynajmuje pokój u starszej pani. Potrafi ona dostrzec duchy i od razu wyczuwa, kiedy coś złego dzieje się w okolicy. Rzecz w tym, że z jakichś powodów nie zauważa, iż w wynajmowanym pokoju, poza studentem, mieszka jeszcze... ktoś. Właściwie nie wiem, jaki morał wyciągnąć z tej przypowieści, bo kończy się ona w trochę dziwny sposób, choć ogólnie rzecz ujmując – jest całkiem przyjemna.
Przy lekturze "Dieu le veut" pojawiła się niemała konsternacja. Bo niby opowiadanie ma wiele cech, które powinny sprawić, że będę zachwycona. Są anioły, jest religijna tajemnica, ksiądz rozmawia z wysłannikiem diabła... Czegoś mi zabrakło w czasie lektury. Kiedy ją zakończyłam... okazało się, że jednak jestem zachwycona. Może właśnie o to chodziło. By to wielkie "wow" nastąpiło na zakończenie, a nie gdzieś w środku. Czy to dobrze? Nie wiem. Uważam jednak, że Autorka wykonała kawał dobrej roboty i miała naprawdę wspaniały pomysł na tę historię.
"Na dnie" zaś opowiada o losach dwóch mężczyzn, którzy są ze sobą bardzo związani. Pierwszym jest Andree Foulon, pisarz szukający weny. Drugi to Pascal Bertrand – postać literacka wykreowana przez Andree. Każdy żyje poniekąd własnym życiem, jednak tylko do czasu, gdy pewnego dnia na horyzoncie pojawi się piękna kobieta w czerwonej sukience. Cóż się zmieni? Całkiem sporo, a zakończenie... wbije Was w fotele!
Powracamy do opowieści o murze. Nasz narrator przedostaje się do środka... Czyli jednak dowiemy się czegoś więcej, czyli jednak Autorka powolutku dozuje napięcie i nie zamierza tak po prostu urwać tej historii. Dobrze, bardzo dobrze. Tego się nie spodziewałam.
W "Złotym roczniku" poznajemy kolejnych magów. Tym razem jesteśmy w Paryżu. Z Luwru do Wersalu przeprowadza się niesamowity Instytut, o istnieniu którego z pewnością wie zaledwie garstka ludzi. Nad czym pracują? Choćby nad wytworzeniem złota. Tak, pracują w nim alchemicy i to nie byle jacy. Będzie się działo. Jak to się skończy i jakie jest w tym wszystkim miejsce pewnego rocznika win?
"Miłość czarodzieja" to trochę przewrotna tragi-komedia, która zaczyna się od znalezienia trupa na wycieraczce pewnej starszej pani. Rzecz w tym, że pani nagle zniknęła, choć sąsiedzi twierdzą, że wciąż ją słyszą, a nawet widują. A nóż wbity w pierś nieszczęśnika bez wątpienia pochodzi z jej kuchni. Co się wydarzyło i dlaczego miłość potrafi zabijać? Bardzo zgrabnie upleciona intryga i ślicznie przeprowadzona narracja. Jeden z lepszych tekstów zbioru. Polecam.
"Głupiec" trzyma w napięciu od pierwszego do ostatniego zdania. Szczególnie, jeśli ktoś, tak jak ja, boi się gór. Bo przecież narrator, który jest uczestnikiem zdarzeń, wiedział od początku, że z tej wyprawy nie wszyscy wrócą żywi. Mówił, namawiał, radził, przestrzegał. Czy był tytułowym głupcem, czy może tak naprawdę to ktoś inny zasłużył sobie na to miano? Końcówka mnie zaskoczyła. Resztę można było w miarę przewidzieć, choć mimo wszystko czuło się ciarki na plecach. To oznacza tylko jedno – to jest naprawdę dobre opowiadanie.
Po nim zaś następuje chyba to najstraszniejsze, najbardziej upiorne, najmniej zrozumiałe... "Limes". Na końcu niby dowiemy się, o co chodziło, choć i tak nie w pełni. Lasik pozostawia tu pewne niedomówienia i to wielki plus. Każdy z nas może sobie sam wytłumaczyć, kim byli bohaterowie i co naprawdę się im przytrafiło. Jednak ucieczka z rezerwatu i śmierć kolejnych uciekinierów przeżywamy, jakbyśmy sami byli w tych mrocznych lasach. O zaufanie w tej grupie ciężko, bo przecież każdy może być nie tym, za kogo się podaje...
W "Joyeux Noel" znów spotykamy Floriana i Saisajela, bohaterów "Dieu le veut". Wyjaśniają się pewne niedomówienia... Teraz dowiecie się, czym jest dobre opowiadanie preapokaliptyczne. Prima sort!
W "Słonych Moczarach" Lasik znów wykorzystuje patent pisarza – dzięki temu równolegle poznajemy dwie historie. Pierwsza dotyczy pewnego dziennikarza-pisarza, który założył się z kolegą z pracy. Druga – tytułowych Słonych Moczar i mocy, jaką ma słowo pisane. Przewrotna, ale i mądra to opowieść, a jakby jeszcze tego było mało... pojawiają się w niej syreny! Bardzo mi się podobało.
Na koniec, znów nieujęty w spisie treści, tekst kończący historię Muru. W końcu dowiemy się prawdy. Prawdy? A może to jedynie przykrywka... Nie jestem taka pewna.
Jak wypada całość? Opowiadania są dość zróżnicowane, ale chyba wszystkie je łączy inne patrzenie na świat. Spojrzenie, które nie wyklucza istnienia magii. Czy coś jeszcze? Kilka z nich można rzeczywiście nazwać preapokaliptycznymi, ale uważałabym bardzo przed takim szufladkowaniem – szczególnie całego zbioru. Jak napisałam na początku – teksty są na wysokim poziomie, a niektóre dorównują nawet najlepszym utworom najbardziej cenionych pisarzy.
Literówki jakoś nie rzucały mi się w oczy i największym zarzutem wydania jest to, że nie uwzględniono w spisie treści opowiadań dotyczących Muru. Nie potrafię zrozumieć, jakimi przesłankami się kierowano.
Dodatkowym atutem książki są ładne ilustracje, choć mogłoby ich być więcej. Chętnie na przykład zobaczyłabym Floriana i Saisajela...
Ogólnie więc gorąco i szczerze polecam, Autorce życzę wielu sukcesów, a sama czekam na kolejne pozycje skreślone jej ręką.





Książka przeczytana w ramach Projektu:



Książka przeczytana w ramach Wyzwania:


Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

3 komentarze:

  1. Hmm...książka chyba nie do końca w moim stylu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cicho i zza kurtynki autorka powie, ze też by chętnie Florka i Saia zobaczyła i już tu i tam zaczęła sępić o obrazek i jeśli coś z tego wyjdzie, to będzie szczęśliwa. :) A tu i teraz dziękuje za ciepłe słowo <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Och, trzymam kciuki za sępienie :)

    OdpowiedzUsuń