Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

wtorek, 21 października 2014

Skazaniec. Na pohybel całemu światu! – Krzysztof Spadło

Wydawnictwo: Zielona Litera
Warszawa 2014
Tom 1cyklu
Oprawa: miękka
Liczba stron: 431
ISBN: 978-83-939204-2-6







Książkę tę wygrałam w fejsbukowym konkursie. Muszę przyznać, że latem miałam szczęście do różnych zabaw i, ku mej wielkiej radości, moja biblioteczka trochę się dzięki temu wzbogaciła. Tym bardziej więc cieszę się z tej powieści, ponieważ szczerze mogę napisać, że jest naprawdę z najwyższej półki. Autor, co jest w Polsce fenomenem, wydał pierwszy tom "Skazańca" niemal jednocześnie w formie papierowej, audiobookowej i ebookowej, a jakby tego było mało – nakręcił 10-minutowy film (o którym jeszcze na końcu recenzji).
Temat więziennictwa zawsze żywo mnie interesował. Nie powinno to dziwić, skoro jestem magistrem prawa i to raczej zdecydowanie karnistą. We Wronkach co prawda nigdy nie byłam (choć pochodzę z Poznania), ale miałam wątpliwą przyjemność "zwiedzić" zakład karny w Rawiczu. To, co zobaczyłam z pewnością  nie było do pozazdroszczenia i do dziś (mimo upływu ponad dekady) zachowałam tamten dzień w pamięci. Mam też świadomość, że dzisiejszym więźniom żyje się przynajmniej o jedno niebo lepiej niż tym, którzy w więzieniach przebywali w czasach II RP (nie wspominając już o czasach zaborów). A to o nich właśnie jest pierwszy tom trylogii.
Tyle tytułem wstępu. Przechodząc do meritum...
Akcja powieści rozpoczyna się w lipcu 1922 roku. Stefan Żabikowski zostaje przewieziony z aresztu do Centralnego Więzienia we Wronkach, gdzie ma spędzić resztę swojego życia. Smutna prawda, szczególnie dla młodego człowieka, który za kilka miesięcy ma obchodzić 22. urodziny. Cóż, jak zauważa jednak Ojczulek – więzień, o którym jeszcze napiszę – z "dożywociem" zawsze wiąże się czyjaś śmierć. Czyja? Nie wiemy, ponieważ Staszek, nazywany przez wszystkich Ropuchem, do ostatniej strony nie zdradza nam, jakim czynem zasłużył sobie na pobyt w tym straszliwym miejscu, na które składają się ceglane mury, druciane zasieki i uzbrojeni strażnicy. To on jest pierwszoosobowym narratorem – wszystkie wydarzenia widzimy jego oczami, słyszymy jakby z jego ust i... odczuwamy jego sercem.
"Sztuką jest poradzić sobie z własnymi demonami bez pomocy innych." Dlatego w więzieniu potrzebni są przyjaciele. Cóż, trudno mówić w tych warunkach o przyjaźni, a Ropuch dotkliwie i boleśnie się o tym przekona. Jeśli więc nie przyjaciel, to chociaż ktoś, kto wspomoże, kto wesprze raz na jakiś czas dobrym słowem, kto wysłucha twojej historii, podzieli się papierosem, albo podpowie, z kim warto ubić interes. Takich osób i we wronieckim więzieniu nie brakowało, choć Ropuszek musiał być bardzo ostrożny, komu powierza swe tajemnice. Szczególnie, że uwziął się na niego aspirant Teodor Szumski. Na nic czasami zda się poparcie u samego dyrektora zakładu, kiedy większość decyzji dotyczących dziesiątego oddziału jest w rękach aspiranta...
Światek przestępczy, którego przedstawiciele trafili za kratki jest zróżnicowany i bardzo, bardzo bogaty... w doświadczenie. Z twarzy nie wyczytasz, co kto uczynił, jak po okładce nie poznasz, czy książka jest warta przeczytania. Każdy kryje w sobie jakiś mroczny sekret, w końcu za nic nie trafia się do takiego okropnego miejsca. Można co najwyżej mieć pecha i dostać karę wyższą, niż się zasłużyło, ale cóż... sprawiedliwość może i jest ślepa, ale ludzie, którzy wydają wyroki mogą mieć w tym swój interes. Doskonałym przykładem takiego wypadku jest postać Cygana Boyko, który splamił się zwykłą kradzieżą, a skazany został za dywersję i przestępstwo polityczne...
W powieści co i rusz przewija się jakaś wzmianka o wydarzeniach w Polsce i na świecie, o których więźniowie w jakiś sposób się dowiedzieli, albo o których dużo, dużo później przeczytał Ropuch. Wszak miał sporo czasu... Zaraz, zaraz, ale skąd raczej biedny mieszkaniec Kalisza umiał czytać? Otóż, nie umiał. Miał talent do liczb i prawdziwy dar do pracy w drewnie, ale czytać i pisać nauczył się dopiero za kratkami. Jego nauczycielem był, wspomniany już przeze mnie, Ojczulek. Najstarszy więzień we Wronkach. Postać barwna i niesamowita. Nie chcę o nim za wiele pisać, by nie popsuć Wam lektury, ponieważ Ojczulek niejeden raz odegra niebagatelną rolę w życiu Staszka, a także i innych osadzonych. Szczególnie tych z oddziału dziesiątego, szczególnie wtedy, gdy zbliżają się Święta...
Barwna galeria postaci, pierwszoosobowa narracja, tragiczny bohater, do którego po prostu nie da się nie przywiązać, wciągająca historia i wspaniały język. Czegóż więcej może chcieć czytelnik? Może kilku literówek mniej, ale i te można jakoś przetrwać, kiedy w czasie lektury "Skazańca" zdajesz się wciągnięty w wir wydarzeń, czujesz niemal fizycznie bicie pałką, czy smród noszonego w metalowych wiadrach łajna. Od powieści nie sposób się oderwać, a ostatnie sto stron to już całkowity majstersztyk. I nawet zawalona kompletnie noc zdaje się niczym – w końcu więźniowie we Wronkach wycierpieli więcej. Owszem, nie zostali tam osadzeni za nic, ale za karę. Czy lektura "Skazańca" to kara? Zdecydowanie nie.
Obiecałam kilka słów i filmie, najlepiej chyba jednak będzie podać Wam po prostu link (https://www.youtube.com/watch?v=guW01-vA9RQ), pod którym możecie go zobaczyć. Warto. Ja natomiast z niecierpliwością czekam na drugi tom, którego premiera już za kilka dni.





Książka przeczytana w ramach Wyzwania:



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz