Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Miasto cieni – Michael Russell

Wydawnictwo: Sine Qua Non
Kraków 2015
Cykl: Stefan Gillespie, część 1
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 379
Tytuł oryginału: The City of Shadows
Przekład (z angielskiego): Marcin Kiszela
ISBN: 978-83-7924-266-5






Klimatyczna okładka, zaginiona kobieta oraz Gdańsk i Dublin lat trzydziestych XX wieku. Kryminał z historią w tle. Wielkie oczekiwania z mojej strony. Czy „Miasto cieni” je spełniło czy nie?
Wszystko zaczyna się od aresztowania pewnego niemieckiego doktora, który w Dublinie wykonuje nielegalne zabiegi aborcyjne. Właściwie tu historia mogłaby się zakończyć, ponieważ co do jego winy nie ma najmniejszych wątpliwości. Problem jest innego rodzaju. Doktora Kellera z komisariatu wyprowadzają funkcjonariusze Wydziału Specjalnego, po czym zawożą go na... uroczystą imprezę bożonarodzeniową, na której bawi się śmietanka towarzyska irlandzkich faszystów. Stefan Gillespie nie wie, co się wokół niego dzieje i postanawia dalej prowadzić śledztwo, od którego tak nagle został odsunięty. Podjęte działania zaprowadzą go w niebezpieczne rejony, w tym do Wolnego Miasta Gdańska, gdzie hitlerowcy, w tym Greiser i Forster, są przekonani, że w zbliżających się wielkimi krokami wyborach zdobędą zdecydowaną większość głosów, co pozwoli im na zmianę konstytucji i przyłączenie Gdańska do Rzeszy.
Organizacja, która uzbraja Żydów w Palestynie, podbijający Europę (jeszcze „pokojowymi metodami”) hitlerowcy, księża, którzy nie potrafią dotrzymać ślubów czystości, nielegalne aborcje, skorumpowani policjanci, morderstwa i rodzinna tragedia w domu Gillespiech. Wszystko to w trochę mrocznym, deszczowo-śnieżnym klimacie Irlandii i Gdańska lat 30. Czy można chcieć czegoś więcej? Można, ale o tym później.
Akcja toczy się w umiarkowanie szybkim tempie. Nie wlecze się, ale też nie pędzi niczym rakieta ziemia-powietrze. Czytelnik może poznać bohaterów, przyzwyczaić się do miejsc, które z nimi odwiedza, wczuć w klimat czasów. Na to wszystko starcza czasu, a jednocześnie nie sposób się znudzić licznymi dygresjami i spokojniejszymi scenami. Przykładem takich fragmentów są opowieści o domu rodzinnym Stefana i jego kilkuletnim synku, Tomie.
Niezależnie jednak od tempa, powieść Russela wciąga i trzyma w napięciu. Chce się koniecznie poznać rozwiązanie tych zagadek, które pojawiły się na jej początku. Nie mniej interesujące są wszystkie te, które napotykamy w trakcie czytania. Kiedy już bowiem wydaje się,  że Stefan i Hannah są bliscy odkrycia prawdy i postawienia winnych przed trybunałem... okazuje się, że nadepnęli komuś na odcisk, albo się pomylili, albo... tych „albo” jest całkiem sporo, a Autor nieźle sobie z nimi poczyna. W żadnym razie nie byłam w stanie przewidzieć zakończenia tego śledztwa, ani samodzielnie dojść do tego, kto zabił Susan i Vincenta. Wielki plus, bo niełatwo mnie tak całkowicie zaskoczyć.
„Miasto cieni” to jednak coś więcej niż tylko kryminał. To niesamowita opowieść o dwóch miastach, których już nie ma. Bo choć na mapach możemy bez problemu znaleźć zarówno Dublin, jak i Gdańsk, są to już zupełnie inne miejsca. Inni ludzie, inne nastroje, inne codzienne opowieści. Szczególnie w Gdańsku, który jest teraz nie tylko miastem polskim, ale miastem niemal całkowicie zbudowanym od nowa.  Czy chodząc ulicami któregoś z nich jesteśmy w stanie poczuć tamten klimat, usłyszeć tamte głosy, zrozumieć tamtych ludzi? Nie wydaje mi się. 
Powieść może być dla niektórych szokująca, czy nawet obrazoburcza z racji tego, w jakim świetle Russell stawia Kościół i poszczególnych księży. Trzeba jednak wziąć pod uwagę to, że opowiada historię zupełnie innych czasów, czasów, w których wielu widziało w Hitlerze wybawcę i wielkiego męża stanu, czasów, kiedy kobieta mimo wszystko miała niewiele do powiedzenia, jeśli nie zgadzała się całkowicie z mężczyzną... I bez wątpienia takie czarne owce się zdarzały również i w Kościele. Czarne owce... Dzisiaj tak łatwo szafować wyrokami i oceniać, nie znając sytuacji. Oby nam nigdy nie przyszło żyć w miejscach takich jak ówczesny Dublin czy Gdańsk.
Książka, jak widać powyżej, rozpoczyna nowy cykl. Gdzie następnym razem zawędruje Stefan Gillespie i jaką intrygę przyjdzie mu rozwikłać? Poczekamy, zobaczymy. 
Tymczasem słów kilka o wydaniu. Tu, niestety, jest zdecydowanie mniej kolorowo. Powiedziałabym, że wręcz robi się naprawdę mrocznie. Z czego to wynika? W dużej mierze z kiepskiego tłumaczenia. Nie czytałam oryginału, ale nawet bez tego widać mnóstwo niedociągnięć. Brak sprawdzenia tekstu, jego niespójność, poszarpanie. Najbardziej rzuca się to w oczy w dialogach. Poza tym redakcja i korekta przysnęły snem sprawiedliwego. Dawno już nie miałam w rękach książki, w której błędów było tyle, że po pierwszych kilku stronach przestałam liczyć, ponieważ nie starczyłoby mi palców rąk i nóg – moich i pozostałych domowników. Szkoda, bo potencjał powieści jest naprawdę wielki. Liczę na to, że kolejne części cyklu będą lepiej dopracowane, bo krew się we mnie burzyła i to nie dlatego, że ktoś próbował zabić Stefana, albo Hannah była śledzona przez gestapo, ale dlatego, że nie mogłam znieść tej gramatyki i literówek... natomiast bardzo chciałabym poznać dalsze przygody Stefana.
Na koniec więc jeszcze jedno słowo pochwały. Za dodatek zatytułowany „Opowieść o dwóch traktatach”, który znajduje się na końcu książki. Choć uważam, że lepiej by było umieścić go na początku, bo wiele wyjaśnia i przydaje się czytelnikowi nieobeznanemu z tematem (ja przeczytałam go na początku i był to naprawdę dobry wybór, gdyż przynajmniej cokolwiek wiedziałam o sytuacji politycznej w Irlandii). Choć wkradł się tam pewien głupi błąd związany z datami, to tekst ten jest niesamowicie pomocny.


 
 
 
 
Książkę przeczytałam dzięki życzliwości Wydawnictwa Sine Qua Non




Książka przeczytana w ramach Wyzwania:
 
 
 

2 komentarze: