Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Kolaborantka – Margaret Leroy

Wydawnictwo: Oficyna Gola
Głuchołazy 2013
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 398
Tytuł oryginału: The Soldier's Wife
Przekład (z angielskiego): Anna Wojtaszczyk
i Olga Wojtaszczyk
ISBN: 978-3-86380-103-8
 
 
 
 
 
Słowo „kolaborant” ma bardzo negatywny wydźwięk. Nic dziwnego, skoro oznacza ona nic innego niż osobę współpracującą z obcą, narzuconą władzą, a w szczególności z władzą okupanta. Okładka przekonuje czytelnika, że główna bohaterka jest taką właśnie osobą. Czy zgodziła się na współpracę dla zysku, z wygody, czy po to, by ratować kogoś bliskiego – tego nie wiemy. Staramy się nie oceniać, a jednak od razu gdzieś tam z tyłu głowy słyszymy jakiś ostrzegawczy dzwonek, który podpowiada, że kolaboracja jest zła. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że wielką winę za te myśli ponoszą tłumaczki, które przełożyły tytuł. Oryginalnie brzmi on bowiem „The Soldier's Wife”, czyli „Żona żołnierza” i jako taki ma głęboki sens (przeczytacie książkę, to zrozumiecie). Czy polski tytuł miał bardziej szokować? Nie wiem. Nie zgadzam się jednak z takim określeniem odnośnie Vivienne.
Wszystko zaczyna się w czerwcu 1940 roku. Guernsey jest jedną z Wysp Normandzkich i choć leży blisko wybrzeży francuskich to pozostaje własnością Korony Angielskiej. Wojna we Francji jest już właściwie przez Niemców wygrana, teraz rozpoczyna się Bitwa o Anglię. Hitler natomiast uznał, że umocnienie Wysp Normandzkich znacznie ułatwi mu osiągnięcie tego celu. Dlatego też niemieckie lotnictwo uderza, zrzucając bomby i siekąc z podniebnych karabinów. Ludność wyspy jest wystraszona i czuje, że rząd angielski zupełnie o niej zapomniał. Trzeba się ratować, trzeba uciekać, zanim wyspa zostanie odcięta od świata. Po wielu dniach rozmyślań Vivienne również postanawia wsiąść na pokład statku, który zawiezie ją do Anglii. Wszystko dla dobra i bezpieczeństwa jej córek – czternastoletniej Blanche, która marzy o wspaniałym, bogatym i modnym Londynie oraz czteroletniej Millie, która nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, co dzieje się wokół. Któż zresztą zdaje sobie sprawę?
Problem w tym, że Vivienne w ostatniej chwili zmienia zdanie i razem z najbliższymi zostaje uwięziona na wyspie na kolejne lata pod niemiecką okupacją. Na domiar złego jest świadkiem straszliwego ataku na port, a w sąsiednim domu zamieszkują... niemieccy oficerowie. Życie nie będzie usłane różami. Ba, nawet pięknie kwitnące w ogrodzie kwiaty przyjdzie stamtąd usunąć, by znaleźć miejsce na uprawę warzyw, gdyż odcięta od świata wyspa na wiele lat będzie musiała stać się samowystarczalna. 
Nie zdradzę wiele, gdy wspomnę, że Vivienne niespodziewanie odkryje uczucie do jednego z oficerów – wszak o tym czytelnik informowany jest już na okładce. Czy jednak rzeczywiście miłość Vivienne i Guntera jest zakazana? Przez jakie prawo?
Bohaterowie wykreowani przez Leroy są bardzo ciekawi, a ich rys psychologiczny zasługuje na pochwałę. Są prawdziwymi ludźmi, mają silne strony i słabości. Odkrywają w sobie uczucia i przekonania, które w czasie wojny wychodzą na powierzchnię częściej niż wczasach pokoju. 
Czy wzięcie tabliczki czekolady od niemieckiego oficera to już godzenie się na okupację? A co, jeśli tego oficera przyjmie się we własnej sypialni i to na dodatek nie jeden raz? Czy pomoc więźniowi obozu pracy to bohaterstwo, czy naturalny ludzki odruch?  Jak pogodzić miłość z nienawiścią? Wiele trudnych pytań. Bo „Kolaborantka” to nie tylko romans, o nie. Pytania o wierność złożonej przysiędze schodzą jakby na drugi plan, kiedy wokoło toczy się wojna. Czy w gruncie rzeczy Gunter i Kirył to tak różni od siebie ludzie?
Powieść napisana jest w pierwszej osobie, narratorem jest sama Vivienne, dzięki czemu poznajemy wiele jej przemyśleń. Jednocześnie opisuje wszystko w czasie teraźniejszym, co z kolei wzmacnia napięcie, a relacja staje się czytelnikowi jeszcze bliższa. Autorka nikogo nie ocenia. Pokazuje różne postawy wobec tego, co działo się w czasie II wojny światowej i to my – Ty i ja – musimy sami wyrobić sobie na ich temat zdanie.
Zakończenie książki nie jest ani pozytywne ani negatywne. Ot, życie. Dla jednych toczy się dalej, dla innych się skończyło. Gdzieś tam jest mała iskierka nadziei, że ci, którzy przetrwali, znajdą jeszcze szczęście. Trochę przewidywalne, ale i tak bardzo mi się spodobało.
Temat, który poruszyła Leroy nie jest łatwy. Jednocześnie ukazała go w trochę innym świetle, niż widziałam to w innych książkach. Bardzo dobrze – ilu obserwatorów, tyle wizji świata. Czy jest to książka łatwa w odbiorze? I tak i nie. Z jednej strony zmusza do zastanowienia i przystanięcia na chwilę, zrewidowania swoich opinii i przemyślenia, co ja bym zrobił na miejscu Vivienne (czy innego bohatera). Z drugiej jednak jest napisana pięknym językiem (tu duży plus dla tłumaczek) i w taki sposób, że niemalże się ją „połyka”. Czterysta stron przelatuje niczym tajfun i już się jest na ostatniej stronie.
Nie mam właściwie żadnych zastrzeżeń co do wydania – poza tytułem. Bardzo dobrze zredagowane, a na dodatek eleganckie i klimatyczne dzięki bardzo kobiecej szacie graficznej. Naprawdę gorąco polecam.



 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz