Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

środa, 16 maja 2012

Księżniczka - Andrzej Pilipiuk

Bractwo Drugiej (a może zgodnie z jego nomenklaturą, Pierwszej?) Drogi i łowcy wampirów to tylko niektóre przeciwności, z którymi muszą się borykać nasi bohaterowie.
Kraków, prywatne liceum dla dziewcząt, klasa maturalna. W ławce siedzi Monika – księżniczka żyjąca od tysiąca dwustu lat. Przy tablicy stoi Stanisława Kruszewska – lektorka francuskiego, która ma na swoim koncie ponad cztery stulecia doświadczeń. Na następnej lekcji będą mieć informatykę z jej kuzynką, Katarzyną, która wcześniej pracowała nad supertajnym projektem dla CBŚ (i nadal posługuje się swoim starym identyfikatorem, nie wspominając już o dojściach, jakie ma w służbach specjalnych). Kolejną godzinę spędzą, ucząc się od zagranicznego nauczyciela nauk przyrodniczych, którym jest nie kto inny, jak nasz poczciwy mistrz Michał Sędziwój z Sanoka – alchemik, który stworzył kamień filozoficzny i dał moc przedłużania życia między innymi Stasi (nie mówiąc już o tym, że zastąpił na tym stanowisku szalonego profesora, który chciał zatruć swe uczennice wirusem czarnej ospy po to tylko, by otrzymać za to pieniądze od Światowej Organizacji Zdrowia – za zlokalizowanie ryzyka). Oj, oj – któż to jeszcze przybędzie do tej naszej byłej stolicy?
Młody Węgier Laszlo chce w końcu zabić swego pierwszego wampira – tak, jak robili to jego przodkowie. Śledzi księżniczkę Stiepanowic już od jakiegoś czasu, jednak ciągle mu się wymyka. Tym razem nie popuści i stanie się prawdziwym pogromcą. Początkowo sam, później z pomocą starego Arminiusa Vamblery (prototyp Abrahama van Helsinga, sic!), który ma już na swoim koncie kilka krwiopijczych potworów (i, niestety, dwie tragiczne pomyłki).
Rzez w tym, że nasza śliczna blondyneczka nie zdaje sobie prawy z czyhającego niebezpieczeństwa, a zamachy, z których cudem chyba uchodzi z życiem zdają się nie być skierowane przeciwko niej. To jednak nie wszystko – ktoś szalony poluje na Sędziwoja. I to nie byle kto, ale stare Bractwo, które od wieków stara się zdobyć tajemnicę czerwonej tynktury i wiecznego niemal życia. Mają swoje sposoby, które nie są ani delikatne, ani dyskretne. Choćby walki na miecze w centrum Krakowa.
Nie zapomnijmy jeszcze o niesamowitym Golemie (kto nie wie, co to za ustrojstwo, niech doczyta, bo naprawdę warto) i ożywającej w podziemiach muzeum archeologicznego (sic!) mumii Mefer-Neczer Tota.
To także rewelacyjnie pokazane śledztwo – rany, że też policjanci w Polsce ukazywani są zawsze jako przygłupy. Jeśli by tak prowadzono wszystkie śledztwa i dochodzenia, to chyba mielibyśmy puste więzienia i zerowy problem z opłacaniem życia więźniom. W każdym razie – można się przy tych scenach naprawdę szczerze uśmiać i trzeba oddać autorowi, że pomysł miał genialny.
W „Księżniczce” więcej jest scen takich, jakie znamy z filmów akcji – tu wybuch w podziemiach Krakowa, tu walka na miecze i szable (mistrz nie znosi mieczy, polska szabelka jest dla niego oznaką patriotyzmu i przywiązania do tradycji, nie mówiąc już o tym, że okazuje się znacznie bardziej skuteczna), w końcu strzelanina, która naprawdę trzyma w napięciu i do końca nie jest pewne, która strona zwycięży. Porwanie Moniki przez łowców wampirów, którzy zamierzają ją zabić też, jakby przeniesione z dużego ekranu. Mniej takich okazji do szukania, jak w „Kuzynkach” (chociaż wątek dotyczący starej biblioteki rabina jest naprawdę wyśmienity). W każdym razie czy to dobrze, czy źle – trudno powiedzieć. Ja się cieszę, że nie jest to po prostu kalka pierwszego tomu – trochę inny styl pozwala się nie znudzić.
Zakończenie to prawdziwy majstersztyk – trzyma w napięciu właściwie do ostatniego zdania, a to już naprawdę niesamowite, zważywszy, że… Nie powiem, ale to ostatnie jest raczej sielskie, niż tragiczne – przynajmniej dla tych, którzy pozostali przy życiu.
Mniej literówek – muszę przyznać, ale nadal przynajmniej kilkanaście znalazłam. Na szczęście korekta nie przespała już kropek na końcach zdań. Jak w „Kuzynkach” – świetne ilustracje, które są naprawę ciekawym dodatkiem do całości. Piękna okładka – naprawdę na półce prezentuje się doskonale, chociaż osobiście do czytania wolę te w miękkich.

wtorek, 15 maja 2012

Kuzynki - Andrzej Pilipiuk

Młoda blondynka z grubym warkoczem pracuje nad tajnym komputerowym projektem dla CBŚ. Jej niemalże rówieśniczka jest lektorką francuskiego i nauczycielem wfu w jednym w krakowskich prywatnych liceów dla dziewcząt. Śliczna szesnastoletnia Serbka zostaje uratowana przez polski batalion KFOR przed niechybną śmiercią z rąk żądnych krwi albańskich oprawców. Co łączy te trzy nadzwyczajne kobiety i kim jest dziwny mężczyzna, który nosi się zgodnie z moda z przed stuleci i pojawia się jednej z krakowskich piwnic, by pić piwo z wielkiego kufla?
Oj dzieje się, dzieje. Tak się zaczytałam, że ledwie zauważyłam, iż sięgnęłam już po drugi tom, a w ciągu jednego dnia połknęłam chybcikiem 300 stron.
Niespodzianek co niemiara, zwrotów akcji wcale nie mniej. Wszystko napisane ładnym, ale współczesnym aż do bólu językiem. Wartka akcja, nietuzinkowe postaci, wybory, przed którymi stają też niełatwe. Powieść porywa i naprawdę nie można się od niej oderwać. Nawet burczenie w brzuchu nie przeszkadza, nie powoduje konieczności zajrzenia do lodówki – szkoda czasu na jedzenie, kiedy tyle się dzieje w naszym grodzie Kraka.
Pilipiuk świetnie buduje napięcie – nic dziwnego – w końcu jest jednym z najbardziej poczytnych autorów w Polsce, a takim się nie staje bez powodu. Jako archeolog z wykształcenia i historyk z zamiłowania nie szczędzi nam wielu ciekawostek z dziejów pradawnych – w tak ciekawy sposób, że chyba nawet osoby naprawdę nielubiące historii będą czuły satysfakcję. Opowieść snuje się w niesamowitym klimacie pełnym podchodów i badań, nie tylko alchemicznych. Warzenie piwa, wędzenie szynki, strzelanie z nagana, treningi z szablą,picie herbatki z samowaru na łące i próby zyskania większej ilości kamienia filozoficznego to tylko niektóre z atrakcji, na które natkniemy się na stronicach tej powieści.
Która z postaci przypadła mi najbardziej do gustu? Trudno powiedzieć, ponieważ wszystkie są na swój sposób wyjątkowe. Nawet antybohater, Dymitr, wywołał u mnie pewne pozytywne odczucia i to nie tylko dlatego, że mam chorą słabość do rosyjskich imion.
Podoba mi się bardzo, że akcja powieści dzieje się w Polsce. Co prawda Krakowa nie znam zupełnie (byłam tam przez dwa dni, w 1994 roku i nic nie pamiętam poza Dzwonem Zygmunta i ulewnym deszczem), ale to nadal bardziej nasze podwórko, niż np. Nowy Jork, czy Chicago (i znacznie łatwiej nadrobić braki w wiedzy topograficznej i zwiedzić te zakątki). Nawet, kiedy pojawiają się zagraniczni bohaterowie, to mają polskie korzenie, albo przynajmniej ich pobyt tutaj jest w stu procentach uzasadniony, choćby wcześniejszymi doświadczeniami. Bohaterowie są naturalni, mimo swoich niecodziennych zdolności – to nie tylko postaci zapisane na papierze. Są różni, jak różni są prawdziwi ludzie. Każde z całą masą ciekawych doświadczeń, niezależnie od tego, czy żyje od tysiąca, czy dwudziestu kilku lat.
No i mistrz Sędziwój – iście genialny i zacny człek. Pomagający mu dominikanie – nawet jeśli spotykamy ich tylko dwa, czy trzy razy i właściwie jedynie przez moment – tworzą wspaniały, nieco mroczny, klimat tajemnicy z przed wieków, pilnowanej skutecznie przed wrogami w klauzurze.
Cóż – olbrzymia, tłusta szóstka w dzienniku – taka, jaką zwykła stawiać Stasia  Kruszewska.
Minusy? Literówek sporo, brak kropek na końcach zdań razi w oczy. Korekta się nie spisała. Liczyć pozostaje, że w nowszym wydaniu te błędy poprawiono.
No i jeden podstawowy minus… Dlaczego tylko tyle stron??? Na szczęście są jeszcze dwa kolejne tomy. 
Warto również zauważyć, że Pilipiuk ma niesamowity dystans do samego siebie i środowiska, w którym żyje. Nie jeden raz w wesoły i trochę prześmiewczy sposób traktuje współczesną literaturę fantastyczną, której przecież jest jednym z głównych  autorów w Polsce. Nie podając oczywiście swojego nazwiska prześmiewa jeden ze swych największych tytułów samego siebie natomiast nazywając Grafomanem. Zazdroszczę takiego podejścia :)
Zmykam czytać ”Księżniczkę”.

Dla wtajemniczonych

3. Leksykon Fantastyki – Marta Makowiecka
7. Chmielewska dla zaawansowanych – Tadeusz Lewandowski
10. Przepiórki w płatkach róży – Laura Esquivel
12. Psy z Rygi – Henning Mankell
13. Biała Lwica – Henning Mankell
15.
Fałszywy trop – Henning Mankell
16. Piąta kobieta – Henning Mankell
17. O krok – Henning Mankell
18. Zapora – Henning Mankell
19. Niespokojny człowiek – Henning Mankell
21. Mówca umarłych – Orson Scott Card
22. Ksenocyd – Orson Scott Card

25.
Cień Endera – Orson Scott Card
26. Papieżyca Joanna – Cross Donna Woolfolk

28. Sieroty zła – Nicolas d’Estienne d’Orves
30.
Upadek Hyperiona – Dan Simmons
31. Endymion – Dan Simmons
32. Tryumf Endymiona – Dan Simmons
33.
I odpuść nam nasze winy – Romain Sardou
34. Okruchy Boga – Romain Sardou
35.
Nikt mu się nie wymknie – Romain Sardou
36. La Confession de Castel Gandolfo – Monsigniore Pietro de Paoli
37. Watykan 2035 – Monsigniore Pietro de Paoli

43. Zaksięgowani – Jakub Małecki

47. Mesjasze – Gyoergy Spiro
48. Krucjaty Północne – Eric Christiansen
49. Fundacja – Isaac Asimov
50. Druga Fundacja – Isaac Asimov
51. Fundacja i Imperium – Isaac Asimov
54. Narodziny Fundacji – Isaac Asimov
55. Preludium Fundacji – Isaac Asimov
56. Agent Fundacji – Isaac Asimov
57. Zagrożenie Fundacji – Gregory Benford
58. Tryumf Fundacji – David Brin
62. Katedra w Barcelonie – Ildefons Falcones
64. Niebo to miejsce na ziemi – Ake Edwardson
65. Skrzypce Hitlera – Igal Shamir
66. Wątpliwości Salaiego – Rita Monaldi, Francisco Sorti
67.
Jajko Salaiego – Rita Monaldi, Francisco Sorti
68. Czysta krew i filozofia – William Irwin, George A. Dunn, Rebecca Housel

70. Żelazna ręka Marsa – Lindsey Davis
71.
Miedziana Wenus – Lindsey Davis
72. Wykute w brązie – Lindsey Davis
73. Srebrne świnki – Lindsey Davis

77. Pocałunek łowcy – Marjorie M. Liu
78. Łaskawe – Jonathan Littell
79. Los utracony – Imre Kertesz
80. Nazywam się czerwień – Orhan Pamuk
81. Peanatema – Neal Stephenson
83. Persepolis. Historia dzieciństwa – Marjane Satrapi
85. Ślepowidzenie – Peter Watts
86. Lata z Laurą Diaz – Carlos Fuentes
87. Życie i los – Wasilij Grossman
88. Historia oblężenia Lizbony – Jose Saramago
90. Wciąż mnie prześladują – Jennifer Lee Carrell
91. Biblioteka cieni – Mikkel Birkegaard
92. Świadectwo Judasza – Rainer M. Schröder
93. Filary Ziemi – Ken Follett
94. Świat bez końca – Ken Follett
95. Człowiek z Sankt Petersburga – Ken Follett
100. Ikony PRL. Bohaterowie tamtych lat. – Jarosław Talacha
101. Oskarżona: Wiera Gran – Agata Tuszyńska
102. Amerykańscy Bogowie – Neil Gaiman
104. Pamięć Ziemi – Orson Scott Card
105. Magnetyzer – Konrad T. Lewandowski
111. Księga humoru PRL – Twoje Wydawnictwo (brak autora)
112. Biblioteka umarłych – Glenn Cooper
114. PRL na widelcu – Błażej Brzostek
115. Perfekcyjna niedoskonałość – Jacek Dukaj
118. W kraju niewiernych – Jacek Dukaj
119. Xavras Wyżryn i inne fikcje narodowe – Jacek Dukaj
120. Extensa – Jacek Dukaj
122.
Excalibur – Bernard Cornwell
123. Nieprzyjaciel Boga – Bernard Cornwell
124. Zimowy monarcha – Bernard Cornwell
125. Ostatnie królestwo – Bernard Cornwell
126. Tygrys – Bernard Cornwell
127. Mitologia germańska – Artur C. Szrejter
128. Krzyżowcy – Zofia Kossak-Szczucka
129.
Saga Sigrun – Elżbieta Cherezińska
130. Ja jestem Halderd – Elżbieta Cherezińska
131. Gra w kości – Elżbieta Cherezińska
132. Pani na Czachticach – Jozo Niznansky
133. Południca – Maria Rodziewiczówna
134. Żydówka Noemi – Jerzy Stegner
135. Technika malowania ikon – Guillem Ramos-Poqui
136. Błękitny chłopiec – Rakesh Satyal
137. Arabska pieśń – Aboulela Leila
138. Australia, moja miłość – Kasia i Marek Tomalik
140. Czerwona Gorączka – Andrzej Pilipiuk
143. Dzwon wolności – Andrzej Pilipiuk
147. Wirus Judasza – James Rollins
148. Lewa ręka Boga – Paul Hoffman
149. Dom sióstr – Charlotte Link
150. Czerwień rubinu – Kerstin Gier
151. Istoty ciemności – Kami Garcia i Margaret Stohl
152. Syrena – Tricia Rayburn
153. Strażnicy Veridianu. Tom 1. Straż – Marianne Curley
154. Ostatnie fado – Iwona Słabuszewska-Krauze
155. Anioły muszą odejść – Konrad T. Lewandowski
156. Zwiastuny burzy – Bernard Cornwell
166. Za worek kości – Lluis-Anton Baulenas
168. Tajemnica świętego Wormiusa – Jarosław Klonowski
169. Dni ciemności – Rainer M. Schröder
170. Attyla. Tom 1 – William Napier
171. Attyla. Tom 2 – Willima Napier
172. Pożegnanie z ojczyzną – Renata Czarnecka
175. Nocny burmistrz – Kate Griffin
176. Szaleństwo aniołów – Kate Griffin
177. 999. Ostatni strażnik – Carlo Martigli
178. W cieniu Pałacu Zimowego – John Boyne
179. Męczennik – Rory Clements
180. W przedwojennej Polsce. Życie codzienne i niecodzienne – Maja Łozińska, Jan Łoziński
181. Dziewczynka w zielonym sweterku – Krystyna Chiger, Daniel Paisner
182. Wszyscy Martwi Razem – Charlaine Harris
183. Tropiciel – Orson Scott Card
184. Gwałt – Joanna Chmielewska
185. Wezwanie Ziemi – Orson Scott Card
187. Lot ćmy – Ken Follet
188. Statki Ziemi – Orson Scott Card
192. Józefina – Sandra Gulland
193. Józefina i Napoleon – Sandra Gulland
194. Cesarzowa Józefina – Sandra Gulland
195. Zima świata – Ken Follett
196. Więzień nieba – Carlos Ruiz Zafon
197. Toskańska trattoria – Jenny Nelson
198. Czas honoru – Jarosław Sokół
199. Gra o tron – George R. R. Martin
200. Starcie królów – George R. R. Martin
201. Nawałnica mieczy: Stal i śnieg – George R. R. Martin
202. Nawałnica mieczy: Krew i złoto – George R. R. Martin
203. Uczta dla wron: Cienie śmierci – George R. R. Martin
204. Uczta dla wron: Sieć spisków – George R. R. Martin
205. Taniec ze smokami Część I – George R. R. Martin
206. Taniec ze smokami Część II – George R. R. Martin
207. Imperium Czerni i Złota – Adrian Tchaikovsky
208. Klęska ważki – Adrian Tchaikovsky
209. Krew modliszki – Adrian Tchaikovsky
210. Ścieżka Skarabeusza – Adrian Tchaikovsky
211. Morska straż – Adrian Tchaikovsky
212. Hołd dla mroku – Adrian Tchaikovsky



niedziela, 13 maja 2012

III WARSZAWSKIE TARGI KSIĄŻKI TUŻ PO

No i po Targach. Wszystkie mięśnie ciała mnie bolą, o stopach nawet nie wspominając. Cóż, bywa. Warto było jednak ponieść tę niewielką stratę i poświęcenie. Wynik świetny:
- 17 autografów (w tym znaczna część z dedykacjami)
- 6 rysunków (Rosińskiego, Baranowskiego, Polcha i... Pilipiuka)
- 8 nowych książek (ale była praca koncepcyjna, żeby to na półkach odpowiednio rozstawić - dopiero co skończyłam)
- 14 nowych zakładek (kurcze, uwielbiam zakładeczki)
- wspólnie z mężem 55 autografów
- cała masa ciekawych pomysłów i rewelacyjnych nowych osób, które poznałam.






Ból? Chyba tak naprawdę bolało najbardziej to, że nie starczyło kasy na wszystkie książki, które mi się podobały. Na przyszły rok przygotuję się lepiej finansowo. W końcu to były moje pierwsze Warszawskie Targi Książki :)

Jakie wrażenia? Świetna impreza, naprawdę nie zdawałam sobie sprawy z tego, że mamy w naszym kraju tak wiele wydawnictw. Wypuszczają na rynek wspaniałe pozycje, szkoda jedynie, że książka w Polsce powoli znowu staje się jakby dobrem luksusowym - ceny nie zachęcają do kupowania, a tych zachęconych skutecznie hamują w robieniu zakupów. Cudownie, że na Targach można było liczyć na zniżki - nawet do 40%! To naprawdę wiele dla takich moli książkowych, jak ja.
Szkoda tylko, że korytarze w PKiN są tak wąskie. Osoby chcące podziwiać stoiska i robić zakupy, czy też stać w dłuższych i krótszych kolejkach do autografów były skutecznie potrącane i przydeptywane przez tych, którzy gdzieś się spieszyli, ci ostatni natomiast równie skutecznie hamowani w dążeniu do swego celu przez tłumy stojące w kolejkach do autorów, bądź stoisk pełnych kuszących, pięknych i kolorowych okładek. Tłum niemiłosierny, który jednak napawa optymizmem - w Polsce nadal mamy ludzi, którzy kochają czytać :)
I tym optymistycznym akcentem zakończę, by wrócić do lektury "Kuzynek" Andrzeja Pilipiuka.

piątek, 11 maja 2012

III WARSZAWSKIE TARGI KSIĄŻKI

No dobrze - zgapiłam się, ale jeszcze nie jest za późno. Dzisiaj rozpoczęły się III Warszawskie Targi Książki. Więcej informacji pod adresem:
http://www.targi-ksiazki.waw.pl/informacje-ogolne/o-targach/

Królewskie Psy. Morrigan - Piotr Olszówka

„Cztery opowieści o Świecie, w którym potężna magia niczego nie naprawia ani nie psuje, piękne kobiety występują niezwykle rzadko, a nawet najdzielniejsi rycerze nie palą się do walki…”

I chyba to najlepsze podsumowanie, które powinnam zostawić na zakończenie, jednak wydaje się równie doskonałym wstępem.


„Morrigan” opisałam już wcześniej (zajrzyjcie trochę niżej – do postów kwietniowych) i nie zamierzam się powtarzać.
„Imię ojca” to 200 stron. Opowiadanie, czy może nawet krótka powieść… Gorzkie, właściwie bez możliwości dobrego zakończenia. Któryś z bohaterów musiał ponieść klęskę.
Rhoud-an, znany w Królestwie pod imieniem Rudy, chce udowodnić, że jego los zależy wyłącznie od jego decyzji i działań. Nikt nie będzie mu dyktował, co ma robić – a już na pewno nie mistrz Raffin-an Saiid. Problem w tym, że jego mistrz chce stoczyć w nim pojedynek, w którym zamierza polec i przekazać uczniowi (którego traktuje właściwie jak syna) swoją sławę i tytułowe imię. Jak pogodzić te dwa stanowiska? W idealnym świecie z pewnością znajdzie się rozwiązanie. Jednak ani Królestwo – brudne, śmierdzące i rozpasane, ani Wielka Ziemia – step zamieszkiwany przez Kurgów… nie leżał zbyt blisko utopijnych krain znanych nam z baśni o Królewnie Śnieżce, czy Pięknej i Bestii. O nie – daleko im do ideału.
„Imię ojca” to fascynująca podróż młodego mężczyzny, który właściwie całe życie spędził pod opieką Kurga (nie byle jakiego, bo Galloera, a takich chodzi po świecie zaledwie kilku), a teraz wraca do Królestwa i chce je poznać. Pomaga mu w tym rycerz zwany Grubym Psem, który pasuje go, tym samym wpisując w poczet rycerstwa. Jednak my odbywamy podróż z Rhoudem/Rudym, gdy towarzyszy mu kupiec, Paul z Schoenbergu. Każdy z nich ciekawy drugiego. To nie tylko podróż przez Królestwo, ale i w przeszłość Rudego, a jak się okazuje również i Paula. To przeszłe doświadczenia bowiem kształtują człowieka teraźniejszego. Widać tę myśl również w kolejnych opowiadaniach składających się na „Królewskie Psy”.
Jest tu mord na drogach i w bitwach, na które wyzywają się Kurgowie. Jest niespełniona miłość (a nawet nie jedna). Jest szacunek, któremu jednak przeciwstawia się chęć odnalezienia prawdziwego siebie i poczucia wolności. Jest zdziwienie drugim światem, który jest tak inny. Ani nikt tu nie osiągnie do końca swego celu, bowiem życie pisze nam swoje scenariusze, a my zawsze musimy ponosić konsekwencje swoich wcześniejszych decyzji i czynów. Rycerz Rudy i kupiec Paul uczą się siebie, uczą się, że świat nie jest prosty, a fakt, że sąsiedni lud postrzega go inaczej, nie oznacza, iż się myli. Wielka Ziemia jest skomplikowana i pełna tradycji i głębokiej wiary, a Królestwo wcale nie takie… królewskie. To wielka podróż do wnętrza człowieczeństwa.
Olszówka pisze swobodnie, nie hamuje swoich bohaterów, pozwalając się im wyżyć zarówno słowem, jak i mieczem. Widać w „Imieniu ojca” doskonałą znajomość autora w kwestii różnorakich broni i ich zastosowania. Nic dziwnego – wszakże sam prowadził sekcję szermierki tradycyjnej przy Krakowskim Klubie Szermierzy. Pokazuje nam świat oczami bohaterów, co jeszcze ubarwia jego poznanie. Prawdziwy majstersztyk.
W „Róży i mieczu” główną bohaterką jest Dobromiła z Ujścia, panna-rycerz. Nawet w Królestwie rzecz raczej niespotykana. Owszem – kolegom-rycerzom zaakceptowanie jej jako towarzysza broni nie przychodzi nawet nadmiernie ciężko, jednak reakcje w odwiedzanych przez nią wsiach nie należą do najprzyjemniejszych (chyba, że ktoś lubi, by na jego widok szeptać i spluwać, jednak nasza Miłka do takich cudów natury nie należy).
Mamy tu Królestwo i wielką Ziemię. Spotykamy jednego z głównych bohaterów „Imienia ojca” (o nie, nie zdradzę, którego, chociaż całkiem łatwo się tego domyśleć). Słyszymy o Morrigan i… Ogólnie – to opowiadanie wiąże pozostałe, udowadniając, że „Królewskie Psy” są jednolitą i przemyślaną dogłębnie całością.
Miłka próbuje się odnaleźć w tym dziwnym świecie, w którym każdy ma z góry przypisaną rolę. Mężczyźni są do wojaczki, a kobiety… no cóż – do rodzenia dzieci i garów. Zdarzają się jednak wyjątki – jak Dobromiła z Ujścia. Wdziewają zbroję, a ich orężem jest miecz, a nie kopyść. Zamiast uganiać się za mężczyznami w poszukiwaniu męża, szukają bitew i turniejów, zamiast pięknych sukien kupują broń. Jednak Miłka – mimo, że chce być traktowana, jak rycerz – potrafi o siebie zadbać (nawet, jeśli urodą nie grzeszy). Wszakże w ostateczności jest panienką z dobrego – nawet jeśli zubożałego – rodu. Co się jednak stanie, gdy zdradzi ją ukochana służąca i jaką w tym wszystkim rolę odegra magia? Zakończenie nie daje nam jasnej odpowiedzi, co się stało z Miłką – możemy się domyślać po jej łzach i decyzji podjętej praktycznie wspólnie przez przyjaciół-rycerzy – Roudana i Kelleta. Jednak pewności nie mamy.
Znów swego rodzaju opowiadanie drogi. Ten sam świat, taka sama konstrukcja wspomnieniowa, a jednak tak inna postać, że nie sposób się nudzić. Nie brak tu świeżości i atrakcyjności. Porywa, jak rwąca rzeka i nie sposób się od niej oderwać.
Osobiście opowiadanie – „Róża i miecz” podobało mi się jeszcze bardziej, niż „Imię ojca”.
W „Jeszcze raz Morrigan” dowiadujemy się w końcu, kim są tytułowe Królewskie Psy. Ciekawy pomysł, że dopiero tutaj. O czym jest to krótkie, w porównaniu z pozostałymi, opowiadanie? O miłości, która nie zna granic, o bezsensownej śmierci, która czyha na drodze nawet na najbardziej walecznych, o zemście, która każe najpierw działać, a później dopiero (o ile w ogóle) myśleć. I chyba również o zawiści – jak Artur nie chciał się z nami bawić w święto, bo nie byliśmy dla niego wystarczająco dobrzy, to my mu nie pomożemy, gdy śmierć jest blisko, bo i do pomocy pewnie nie jesteśmy wystarczająco dobrzy. Zwykłe ludzkie odruchy, które prowadzą do serii smutnych i bolesnych wydarzeń.
Muirre zabiła niewinnego żołnierza, który na dodatek wyzwolił ją spod władzy parszywego Guya. Ucieka i chowa się gdzieś w obcym domu w pobliskiej wsi. Nie chce umierać, a nie ma wątpliwości, że kolega-rycerz pomści zmarłego. Liczy na noc w suchym i ciepłym miejscu, ale na pewno nie spodziewa się tego dziwnego mężczyzny, który zechce ją chronić i kochać. Jak to u Olszówki jednak – nie liczcie na słodkie zakończenie w stylu „żyli długo i szczęśliwie”. Czy żyli? Tego Wam nie powiem. Zachęcam do lektury.
Podsumowanie ogólne? Powtórzę – okładka jest ładna, ale jakoś nie pasuje do klimatu „Królewskich Psów”. Czekam na kolejny tom i liczę, że będzie jakaś taka… mniej bajkowa, cukierkowa i myląca (jakkolwiek uwielbiam filetowe sukienki, nie tylko u księżniczek, wróżek i czarownic). Chętnie poczytam więcej i mam nadzieję, że teraz autor pokaże nam trochę więcej Psów.
Cieszę się ze słowniczka z tyłu – to rzadkość w dzisiejszych czasach, a bardzo pomaga. Tak, wiem, że mamy wujka Google i ciocię Wikipedię, jednak nie zawsze Internet jest w pobliżu. Ok. – mobilny, przez telefon. Ale zaglądanie do sieci, kiedy się czyta tak świetną literaturę, która na dodatek dzieje się w świecie nie znającym techniki komputerowej, to już lekka przesada, trochę niesmak i na pewno zabijanie klimatu. Dzięki więc za słowniczek, ponieważ przydał się kilka razy. I za rysunek przedstawiający budowę miecza również. I za to, że znalazłam bardzo mało literówek ;)

czwartek, 10 maja 2012

Półki z książkami zostały już zapełnione, przeprowadzka oficjalnie zakończona i mam teraz trochę czasu na nadrobienie zaległości czytelniczych. Do tego w tym tygodniu III Warszawskie Targi Książki - więc pewnie jeszcze przybędzie jakiś egzemplarz (już nawet mam jeden na oku). Do tego wczoraj pocztą otrzymałam "Mistrza i Małgorzatę" - nagrodę w konkursie Rebisu na recenzję ulubionej lektury szkolnej.

 http://www.rebis.com.pl/rebis/public/news/news.html?co=print&id=3092&instance=1000&lang=pl&parent=0

Poniżej fragment z biblioteczki, m.in. książki, których recenzje powinny się znaleźć na Dune Fairytales w najbliższym czasie. 

środa, 2 maja 2012

2012


Wielki Tydzień (nie w wymiarze religijnym – dla mnie Wielki). Zaczęło się od pożegnań, by w środę rano przenieść się ostatecznie i na dobre z Poznania do Janek. Następnego dnia – wernisaż Wojtka Siudmaka w Kielcach, a w piątek rano testy kompetencyjne w ramach rekrutacji do nowej pracy. Działo się, oj, działo – czas jednak nadszedł, by rozpocząć majówkę. Między grillowaniem, wygrzewaniem się na słońcu, które godne jest środka lata, a rozpakowwaniem dorobku życia… nareszcie chwila wytchnienia z książką. I to pozycją niebagatelną.
Wielki Tydzień poza tym, że jest również Tygodniem biblijnym, był również Światowym Tygodniem Książki i to z tej okazji Empik wydał tę… no właśnie – co? Zastanawiam się przez cały czas, czy można o niej powiedzieć – antologia. Chyba jednak zbiór opowiadań będzie określeniem nie tyle bezpieczniejszym i bardziej rozważnym, co adekwatnym. Nijak bowiem mogłam znaleźć temat łączący (można by się uprzeć, że jest to rok 2012, ale jednak w drugim opowiadaniu nie znalazłam żadnych faktów wskazujących na to, szczególnie, że dzieje się ono na przestrzeni zapewne dłuższej, niż jeden rok kalendarzowy) te pięć opowiadań, co wcale nie działa na niekorzyść tej pozycji.
Pięć opowiadań, pięciu utworów, pięć światów. Pokrótce o każdym z nich, by na zakończenie podsumować książkę jako całość.
Jacek Dehmel i jego „2012 – zdarcie tytanów” rozpoczyna przygodę z niesamowita polską literaturą. Genialny pomysł na historię. Krótko, zwięźle i na temat, a jednocześnie, chciałoby się powiedzieć, mistycznie. Jak to się stało, że bohaterowie sprzed wieków powstają z martwych i współczesne armie nie potrafią sobie z nimi poradzić? Która postać ze starych baśni i legend Est silniejsza? I jaką w tym wszystkim rolę odegra ekspert – Skrzypło Robert? Szokująca historia z jeszcze bardziej szokującym zakończeniem. Ciekawa konstrukcja i specyficzny język, który może się nie podobać i drażnić – mi jednak przypadł do gustu. Ogólnie – piątka… może nawet z plusem.
Małgorzata Kalicińska – „Przypadki sekatorowej K.” to ciekawie opowiedziana historia miłości, namiętności i porywów serca, które konkurują z przywiązaniem, lojalnością, zobowiązaniami i dotrzymywaniem obietnic. Gdy tytułowa bohaterka nawiąże romans zeznanym aktorem – wywróci do gór nogami nie tylko swoje życie. Czy senator będzie w stanie wybaczyć jej te zdradę i jak bardzo zmieni go ona wewnętrznie? Jeśli szukacie łatwych rozwiązań a la harlequin – tu takich nie znajdziecie. Trzymające w napięciu opowiadanie zaskakuje na wielu płaszczyznach. Musze jednak przyznać, że irytowała mnie trochę konstrukcja zapisu dialogów. Wkrada się tu czasami istny chaos nieraz wychodzą z tego nawet komiczne sytuacje, choć całości do komedii daleko, na ogół natomiast – łatwo się zgubić, co kto mówi i trzeba bardzo uważać, żeby pewnych kwestii nie włożyć w usta innego bohatera. Nie jest to rzewne romansidło, a jeśli zakręciła mi się pod koniec łezka, cóż… nie tyle z powodu rozczulenia, co dojrzewania głównego bohatera, który przecież do młodych już dawno nie należy. Ciekawe nawiązanie do klasycznej literatury - nie powiem, jakiego utworu konkretnie - szukajcie, a znajdziecie.
„Staruch” Rafała Kosika był jednocześnie przerażający i… tak łatwo było przewidzieć zakończenie, że byłam pewna, iż będzie inne, co trzymało jeszcze bardziej w napięciu. Przeczytałam niemal na jednym oddechu. Mądre, przemyślane i świetnie napisane opowiadanie o świecie, który sami sobie stworzyliśmy za kilkadziesiąt lat. Kim jest tytułowy staruch? To po postu starszy pan, który nie jest w stanie znieść emerytury w przyszłości, gdy smog utrudnia oddychanie i kondycja społeczeństwa jest już doprawdy nie do pozazdroszczenia. Jak wielu jemu podobnych cofa się w czasie, by dokończyć żywota w lepszym świecie. Problem? Młodzi nie chcą już więcej staruchów, od których uzależniła się gospodarka, który „zabierają ich powietrze”. Nie chcą staruchów, którzy la nich nie są już nawet ludźmi. Więcej nie zdradzę, powiem jedynie, że to nie piękna historia młodego mężczyzny, który jest inny od swoich rówieśników i traktuje „Starucha” lepiej. O nie. To gorzka i smutna historia o staczaniu się naszego społeczeństwa, o tym, jak straszliwy potrafi być człowiek człowiekowi. Mroczna wizja naszej starości, jeśli czegoś w sobie dzisiaj nie zmienimy. Ku przestrodze i przemyśleniu. Kosik pisze pięknie o rzeczach brzydkich i… rewelacyjnie się to czyta.
„Potęga wuzetki” Zygmunta Miłoszewskiego wzrusza i… prowadzi nas przez ostatnie pięćdziesiąt lat z życia Warszawy. Zaczyna się w roku 1962, by zakończyć zaledwie kilka miesięcy temu. Głównych bohaterów spotykamy równo co dziesięć lat – począwszy od oświadczyn, przez wszystkie kolejne ich rocznice. Piękna Warszawa, odbudowana z gruzów, pachnąca wiosną i świecąca neonami. Warszawa smutna i płacząca, szara i zmarznięta w czasie Stanu Wojennego. Warszawa znów odradzająca się, stolica państwa wstępującego do Unii europejskiej. I w końcu Warszawa dzisiaj – starszy pan zgodnie z obietnicą znów siada za stolikiem – niestety nie ma już dzisiaj wuzetek i jedyne, co może zamówić do tiramisu. To już jednak nie to samo ciastko – nie ma tej mocy, tej siły, tej potęgi. Świat się zmienia, ale serce na zawsze zostało zranione i trudno jest wybaczyć. Wzruszająca to mało powiedziane – ściska za serce, porusza jakieś nerwy, które nie tyle wyciskają łzy, ile zapierają dech w piersiach i odbierają zdolność mówienia. Niesamowita, urocza, mądra i… taka prawdziwa, że mogła się przytrafić każdemu. Kto wie – może prawdziwa? Niezależnie od tego – zapadająca w pamięć i zachęcająca, b czasem spojrzeć w przeszłość stolicy i okryć te urokliwe miejsca, które kiedyś były dla Polaków dumą i kojarzyły się z wolnością, zwycięstwem i chyba przede wszystkim z nadzieją „że teraz zawsze będzie już tylko lepiej i tylko piękniej”.
Piąte opowiadanie – to, na które cieszyłam się najbardziej – to „Złoty Dysk Azteków czyli trzej geniusze, blondynka i Gołąb na krańcu świata” Beaty Pawlikowskiej. Zawód. Lubię autorkę, nawet bardzo. Pisze przystępnie, a od kiedy słucham jej audycji radiowych – kiedy czytam, wręcz słyszę jej głos, tempo, w jakim zwykła opowiadać, akcenty, jakie kładzie w zdaniu. To ciekawe odczucia. Jednak tym razem się zawiodłam. Nie porwała mnie jej historia. Właściwie przemęczyłam ją – cztery dni mi to zajęło. Właściwie nie wiadomo, o co chodzi. Autorka nagle pojawia się w Meksyku razem z… Einsteinem, Kolumbem, Hitlerem i Sherlokiem… Jak? Nie wiedzą. Po co? Nie mają pojęcia. Jak to się skończy? Któż to wie – historia urywa się nagle znanym i powszechnie nielubianym stwierdzeniem – „ciąg dalszy nastąpi”. Nie – po tych czterech genialnych opowiadaniach, Pawlikowska wypadła marnie i trochę smutno mi, że tak musze napisać. Chętnie poproszę ją o autograf na zbliżających się targach książki, jednak zdecydowanie bardziej będzie mi zależało na wpisie Kosika w tej pozycji książkowej.
Wrażenia ogólne – pomijając, że nadal nie jestem pewna, czy wszystkie opowiadania można połączyć tytułowa data 2012 – pomysł rewelacyjny, tym bardziej, że książka kosztuje jedynie JEDEN grosz. Ładnie wydana, może trochę bym się przyłożyła do korekty, ale co tam – naprawę nie było wiele literówek, czego często nie można powiedzieć o bardzo drogich tomiskach. Mamy tu przekrój różnych gatunków – jest fantastyka, jest romans, jest opowiadanie prawie-podróżnicze, jest coś, co nazywam historyczną obyczajowością. Różni autorzy, różne gatunki, różne światy – a wszystkie na swój sposób porywają (może, gdyby Pawlikowska była pierwsza, czytałoby się ją znacznie lepiej?).
Idealna lektura na majówkę – inteligentna, ładnie napisana, zaskakująca i –wygodna. 144 strony wielkości A5, z miękką okładką – w sam raz do czytania na leżaczku, czy kocyku. Okładka poza tym ciekawa i taka… energetyzująca. Polecam gorąco, nawet po majówce.





wtorek, 10 kwietnia 2012

Pamiętnik - Nicholas Sparks



Książka pożyczona ponad osiem miesięcy temu, przeleżała cały ten czas na półce. Prawdopodobnie, gdyby nie przeprowadzka, która zmusiła mnie do porządków, nadal by tam czekała. Pamiętałam o niej, ale nie miałam nastroju. Dlaczego? Ponieważ kolega, który mi ją pożyczył powiedział, że to smutna, raczej dołująca historia. Nie miałam na nią specjalnie ochoty. Dzięki mu, że mi ją pożyczył. Biada za taką zachętę.
Okazało się, że to pięknie opowiedziana, wzruszająca i ciepła opowieść. Do tego stopnia, że te ponad 200 stron połknęłam na dwóch posiedzeniach. Rzadko się coś takiego zdarzało w ostatnim czasie.
Starszy pan wstaje rano i wędruje korytarzami domu spokojnej starości, w którym mieszka. Mija pielęgniarki i pokoje pozostałych mieszkańców, uśmiecha się, wita, ale nie przystaje. Idzie do kobiety, siada na fotelu i swymi – powykrzywianymi przez reumatyzm – palcami otwiera stary pamiętnik. Zaczyna czytać historię opisanej w nim miłości.
Skończyła się wojna, Noah wrócił do rodzinnej miejscowości i kupił stary dom, o którym marzył od dzieciństwa. Całkowicie poświęcił się jego odnowieniu, co zaowocowało napisanym do jednej z gazet artykułem. Los chciał, by gazeta trafiła także w ręce Allie – pięknej kobiety, która lada chwila wyjdzie za mąż za, robiącego oszałamiającą karierę, przystojnego adwokata, Lona. Jednak nie może zapomnieć o tym artykule, który opisuje miłość jej życia. Po prostu musi do niego jechać, raz jeszcze z nim porozmawiać, zobaczyć, czy jeszcze coś do niego czuje.
Poznali się czternaście lat temu. Pochodzili z zupełnie innych światów, ale coś zaiskrzyło. Ona miała piętnaście lat, on siedemnaście i miłość zawładnęła ich sercami. Jednak na drodze stanęli rodzice Allie i… przez czternaście lat dwa serca żyły samotnie. Co się stanie teraz? Noah kocha Allie bezapelacyjnie, jak jednak ta młoda kobieta ma wybrać, skoro swego narzeczona również darzy miłością? Kogo zostawi ze złamanym sercem?
Opowieść piękna i wzruszająca, chociaż prosta. Rozkwitające na nowo uczucie widzimy zarówno ze strony Allie, jak i Noaha. Chociaż przyznaję, że przez długi czas miałam wątpliwości, który z mężczyzn czyta swojej żonie pamiętnik. Miłość, o której pisze Sparks jest zwyczajna, codzienna, taka, jaką można naprawdę spotkać każdego dnia, a jednocześnie magiczna i pokonująca wszelkie granice. Może mają rację ci, którzy uważają, że powieść jest przygnębiająca ze względu na straszliwą chorobę, na którą zapadła w jesieni życia Allie. Ja jednak myślę, że jest bardzo optymistyczna – ponieważ nic, nawet Alzheimer – nie jest w stanie zwyciężyć głębokiego uczucia łączącego dwoje ludzi.
Jednocześnie to przepięknie pokazany świat pierwszej połowy dwudziestego wieku – lata trzydzieste, kiedy nastolatkowe się poznali i Ameryka tuż po wojnie. Czułam klimat tamtych dni, kiedy czytałam o niewielkim hoteliku, w którym zatrzymała się Allie i o farmie, która stała się życiem Noaha. Wszystko to stworzyło niezapomniany nastrój, który urzekł mnie nie mniej niż miłość głównych bohaterów. Rozkoszowałam się każdym akapitem.
Pod koniec musiałam robić sobie mniej więcej minutowe przerwy. Dlaczego? Żeby nie ryczeć, jak bóbr. Książka wciągnęła mnie do tego stopnia, że czytałam ją nawet w pracy. Wierzcie mi – głupio bym wyglądała w biurze cała zaryczana, także przerwy te były absolutnie konieczne.
Jeszcze jeden duży plus – listy, które pisali do siebie przez całe niemal życie. Więcej nie mogę zdradzić, ponieważ myślę, że każdy powinien mieć te chwile zwątpienia, czy pamiętnik czyta Noah, czy Lon – który z nich stanął z Allie na ślubnym kobiercu (ponieważ nie ma wątpliwości, że obaj szczerze ją kochali).

czwartek, 5 kwietnia 2012

Jak najbardziej subiektywnych słów kilka o Pyrkonie 2012




No dobrze – minęły dwa tygodnie, czas na podsumowanie Pyrkonu. Przyznaję, że trochę mi to zajęło, ale przeprowadzka i odejście z pracy zajmują znacznie więcej czasu, niż przypuszczałam. Ponadto – pozytywnie zakręcona i zdumiewająco natchniona – bardzo dużo napisałam w ciągu tych ostatnich dziesięciu dni.
Na dzień dobry kolejka… Normalka, zakręca, łączy się z drugą, znowu zakręca. Tłum ludzi (ostatecznie ponad 6 tysięcy konwentowiczów!!!). Ale jak zwykle jest wyjście – w kolejkach w głębi po kilka osób – po 10 minutach mam już identyfikator, pięknie wydany program i opaskę na ręce. Ludzie – rewelacja. W końcu ładna, czerwona (nie zielona, nie pomarańczowa) opaska z eleganckiego materiału. Noszę ją do dzisiaj z dumą i radością :)
Na pierwszy punkt programu nie zdążyłam (niestety jechałam prosto z pracy i trochę to zajęło w korkach), ale pozwoliło mi to rozeznać się w lokalizacjach. Dodatkowy budynek okazał się świetnym pomysłem – dzięki niemu rozładowano malusieńkie salki literacie i naukowe, zamieniając je na znacznie przestrzenniejsze. Przy okazji zwiedzania stoisk pełnych magicznych różności (Rany, jaki sobie cudowny zegarek z Drobin Czasu kupiłam w pierwszych 20 minutach Pyrkonu!), udało mi się spokojnie obejrzeć wystawę prac Rosińskiego, kiedy na konwencie było jeszcze umiarkowanie mało osób.
Pierwsza prelka – Diuna versus Nekroskop. „Diuna” czyli to, w czym w pewnym stopniu się specjalizuję (przebywając non stop z Mężem – nie ma innej opcji), natomiast „Nekroskop” to kompletna nowość. Z pewnością, gdyby nie Pyrkon, nawet nie wiedziałabym o tych 17 (sic!) tomach. Bardzo ciekawe podejście do tematu i próba odpowiedzi na pytanie, czy warto kontynuować te serie. Całkiem prawdopodobne, że o Nekroskopie jeszcze napiszę, kiedy się do niego dorwę, co mam w planach.
Sława – wierzeń Słowian odsłona trzecia. Jak zwykle rewelacyjna godzina z Wielebnym. Zawsze tak jakby o tym samym, a jednak za każdym razem inaczej i trochę o czymś innym. Notatki ze wszystkich trzech spotkań różnią się informacjami – w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Nie chodzi o nieścisłości, ale ciągle nowe ciekawostki dotyczące wierzeń naszych przodków… i nie tylko przodków.
Panel wydawców – chyba spodziewałam się czegoś innego, co wcale nie znaczy, że nie jestem zadowolona, że wzięłam w nim udział. Kilka ważniejszych wydawnictw, kilku reprezentantów rynku książki. Ciekawa dyskusja na temat tego, co i dlaczego się teraz sprzedaje i czy rzeczywiście mamy kryzys na rynku wydawniczym. Parę istotnych podpowiedzi dla kogoś takiego, jak ja – kto marzy o wydaniu własnej powieści, ale i spojrzenie jakby z drugiej strony lustra, na to, co się dzieje w Polsce i jakie rzeczywiście znaczenie ma podniesienie stawki VAT i – powolne, ale jednak – pojawianie się ebooków i audiobooków.
„Przekład w praktyce – czyli jak wygląda praca tłumacza” – prelekcja odwołana. Zastąpiona przez spotkanie z panem Łukaszem Śmiglem – zdecydowanie najbardziej udany punkt piątkowego programu. Młody autor, a także wydawca opowiedział nam, jak wydać swój debiut – na co zwrócić uwagę przy podpisywaniu umowy, jak się wypromować i ile tak naprawdę można na tym zarobić (pieniędzy i nerwów). Bardzo pozytywne skutki wywarła na mnie ta godzina – zajrzałam na jego stronke internetową, przeczytałam jego podręcznik pisania i nawet się zainspirowałam. Postanowiłam wypróbować moich sił i za radą pana Śmigla napisać kilka krótkich opowiadań. Zobaczymy, co z tego wyjdzie – na razie mam dwa.
Kolejny panel – o tworzeniu literatury dla dzieci i młodzieży – bardzo pouczający, szczególnie, że swego czasu zaczęłam powieść dla dzieci i nadal mam zamiar ją skończyć. Myślę, że uwagi, którymi podzielili się autorzy, bardzo mi się przydadzą.
Zmęczona, wypompowana, wsiadłam za kółko i pojechałam do domu. Z uśmiechem na ustach i w – zamykających się – oczach. Szczęśliwa, że wreszcie nastał Pyrkon, a już pierwszy dzień zaowocował w udane punkty programu i niespodziewane, acz wspaniałe zakupy.
Sobotę zaczęłam od odwiedzenia konwentowej księgarni – to taka moja niepisana świecka tradycja :) Na szczęście trochę – z pewnością nieświadomie – popierana przez twórców Pyrkonu, ponieważ zawsze o 10 rano w sobotę nie ma punktów programu, które by mnie zainteresowały, mogę więc pobuszować po sklepikach i stoiskach, póki jeszcze nie opustoszały. Kolejne 2 książki zakupione, do listy ‘must have’ co nieco dopisane. Udało mi się dostać kolczyki, za którymi chodziłam od kilku miesięcy. Rewelacja! To się nazywa udany poranek :)
Świat od cyrkla. Geometria i porządek w średniowiecznych głowach – pierwsza sobotnia prelekcja powaliła mnie na kolana. Zainspirowana, już zaczęłam dopisywać kolejny rozdział mojej powieści. Na dodatek, zainteresowałam się książką, na którą pewnie w innym przypadku nie zwróciłabym uwagi (o tym post niżej, patrz – „Morrigan” Piotra Olszówki).
Pana Piotra spotkałam również godzinę później na panelu „Seks w imię religii”, na którym – jak w temacie – rozmawiano o religijnym wymiarze stosunków. Interesująca dyskusja, jednak widziałam, że trochę ludzi się przeliczyło i wyszło w trakcie. Ja zostałam do końca.
Byle do świtu – historie harfą malowane to – wpisujący się w pyrkonową tradycję – koncert Basi Karlik. Maskotka znów dała czadu prezentując nam tym razem trochę nowych utworów, w tym kołysanek. Działają – dziękuję Basiu za te kilka minut snu, które na mnie zesłałaś w ten ciężki dzień :) To było piękne – jak zwykle w Twoim wykonaniu. Nie mogę się doczekać nowej płyty.
"Młot na Czarownice – fakty i mity związane z działalnością Świętego Oficjum" – świetny prelekcyjny debiut! Rzeczowo, na temat, ciekawie, z ładnie wykonaną prezentacją. Prelegentka wiedziała doskonale, o czym mówi, a jednocześnie potrafiła się przyznać, kiedy ktoś na sali przekazywał nam jakąś ciekawostkę, o której nie miała pojęcia. Bardzo ładnie poprowadzone. Dodatkowo – przepiękny strój :)
Kolejny panel, na którym nie mogło mnie zabraknąć – „Bohaterowie zbyt idealni”, czyli rozważań kilka nad tym, jak naturalnie opisać bohatera, by wydawał nam się bliski i… z krwi i kości. Jakich wpadek unikać i czy to dobry pomysł, by swe literackie postaci wzorować na znajomych. Ciekawe starcie dwóch spojrzeń na tę kwestię.
Na szczęście zmęczenie opanowało nie tylko mnie, ale również prelegenta z mojego ostatniego punktu programu i skończył niemal godzinę przed czasem. W normalnych warunkach może bym mu miała za złe, ale cóż – zasypiałam już i było mi strasznie głupio. Przepraszam – to naprawdę ja… Nawet nie byłam w stanie wrócić do domu i musiałam oddać Mężowi kluczyki do samochodu, bo bałam się, że zasnę za kółkiem.
Kiepska noc, zdecydowanie za krótka – jak ja nie cierpię tej zmiany czasu i dlaczego ona zawsze musi przypadać właśnie w czasie Pyrkonu???
Zaczynamy niedzielę od bardzo interesującej prelekcji pod wdzięcznym tytułem – Czym się różni Tyrion od Pigmeja, czyli przypadki medyczne w "Pieśni Lodu i Ognia". Sagi jak na razie jeszcze nie zaczęłam, ale jestem całkowicie zauroczona serialem i w planach zakupowych już jakiś czas temu uwzględniłam literacki pierwowzór. Świetnie przeprowadzona analiza różnych choróbstw i innych pokrewnych paskudztw na świecie i porównanie z bohaterami. Do tego stopnia udana prelekcja, że po wyjściu z niej zaczęłam się zastanawiać, co mi dolega…
Nowa słowiańska fantasy historyczna to moje kolejne spotkanie z Arturem Szrejterem (dlaczego w sobotę rano nie można już było kupić żadnej jego książki?). Krótkie wprowadzenie tym razem zaowocowało jednak dość burzliwą dyskusją na temat twórczości w tej gałęzi literatury. Kilka mądrych zagadnień do rozważenia, nadal nieosiągnięty cel ze zdobyciem autografu i kolejna pozycja na liście książek do przeczytania – „Dagome iudex” Z. Nienackiego.
Bardzo pozytywna niespodzianka – Kolonizacja obcych planet dla początkujących, czyli punkt programu, który wybrałam, ponieważ… nie było niczego innego. Dobrze się stało, gdyż… teraz mogę sobie wygenerować własną planetę :)
Nie opisałam tych punktów programu, które nie przypadły mi do gustu – idąc za rada pana Tomasza Kołodziejczaka (warsztaty pisania recenzji) i kilku innych osób, które radziły, by jednak personalnie na nikogo nie najeżdżać i pisać jedynie o tych ludziach/książkach/opowiadaniach (ja tu sobie robiłam małą nadinterpretację), które się podobają.
Wielkie dzięki organizatorom i wszystkim uczestnikom. Zainspirowaliście mnie w wielu dziedzinach i naładowaliście mi bateryjki na przynajmniej pół roku. Byle do Polconu, choć i tak marzę już o kolejnej Pyrce (może się jednak odważę poprowadzić jakąś prelekcję…).

środa, 4 kwietnia 2012

Morrigan - Piotr Olszówka



Na okładkę raczej nie zwróciłabym uwagi (ciekawe, czy jej autorem jest sam pan Olszówka, który przecież pięknie rysuje) – chyba ewentualnie, gdybym szukała powiastki dla siostrzenicy Męża (10-latki). Wcale nie znaczy to, że jest brzydka – po prostu nieśmiało zapowiada bajeczkę. Czy „Królewskie psy” są bajeczką? Trudno mi powiedzieć, ponieważ ich jeszcze nie czytałam. Dlaczego więc o nich piszę? Piszę konkretnie o jednym opowiadaniu wchodzącym w skład tej książki. Mianowicie o tytułowej „Morrigan”.
Czego się spodziewałam? Ciekawej średniowiecznej historii w świecie pełnym magii. Co otrzymałam? Zapierającą dech w piersiach opowieść drogi, w której nikt nie jest absolutne dobry i niewinny, ani też do szpiku kości przesiąknięty złem. Nawet straszliwa wiedźma, Pani Zemsty, Kochanka Ginących zaskakuje swoim szarym charakterem. I niech mnie piorun trzaśnie, jeśli kłamię, że nie mogłam się doczekać dalszej lektury, kiedy musiałam sobie zrobić przerwę w czytaniu.
Rzecz dzieje się… właśnie – gdzie? Mamy tu bowiem rycerza Huberta z Brodzidołków i jego mistrza Jakuba. Wędrujemy z wiedźmą Alą i docieramy do Łysej Góry. Jednak nijak ma się tutaj bogini celtycka, czyli tytułowa Morrigan. A jednak – nie razi to pomieszanie światów. Być może – nie mogę tego obiektywnie stwierdzić – pomogło tu wytłumaczenie samego autora na jednej z prelekcji, na które trafiłam.
Ok. – wiemy, że jest to fantasy, mamy rycerzy i czarownice, nasi bohaterowie wędrują, korzystając z pomocy rumaków. Średniowiecze? Można się domyślać, że rzecz dzieje się w jakichś równoległych do naszego świata wiekach średnich. Język? Teraźniejszy. I znów możnaby się zastanowić, dlaczego autor nie pokusił się o nadanie choćby samym rozmowom postaci troszkę archaiczności. Obawiam się jednak, że gdybyśmy mieli przeczytać „Morrigan” stylizowaną na średniowieczny polski – nie dałoby się tego zrobić jednym tchem, a zamiast przyjemności czytania, część z nas poświęciłaby przynajmniej drugie tyle czasu na ślęczenie nad słownikami. Ja bym tak na pewno zrobiła. Kto wie – może bym się nawet poddała. Nie przeżyłam „Chłopów”, nie toleruję Kochanowskiego i Reja – właśnie z tych powodów, że zamiast na jednym wdechu poznawać piękno przedstawionego świata, łamię sobie głowę nad każdym słowem, którego nie pojmuję. Owszem – Olszówka mógł napisać dialogi troszkę archaizując, a opisy pozostawić współczesne – chyba jednak nie podobałaby mi się taka papka. Zdecydowanie dobrze czytało mi się „Morrigan” w takiej formie, w jakiej została napisana.
Napisałabym więcej, gdybym była już po lekturze całości – do tematu z pewnością wrócę. Niestety, na razie trochę kiepsko z finansami i na zakup kolejnej książki muszę nieco poczekać. Na szczęście – mam co czytać J Nie ma jednak wątpliwości, że „Królewskie Psy” jeszcze tu powrócą, ponieważ zachwycił mnie ten świat.




czwartek, 15 marca 2012

Gra anioła - Carlos Ruiz Zafon




Piąte już moje spotkanie z prozą Carlosa Ruiza Zafona. Powieść, jak wszystkie jego dzieła, pełna tajemnic, intryg i więcej jeszcze magii, niż poprzednie (zdecydowanie więcej, niż “Cień wiatru”). Opasłe tomisko, które jest drugim jakby tomem zaplanowanej tetralogii.
Rzecz cała dzieje się jeszcze przed narodzeniem Daniela Sempere i spotykamy jego rodziców i dziadka. Nie oni jednak są tu głównymi bohaterami. Pierwszoplanową postacią, z resztą piszącą o sobie w pierwszej osobie, jest David Martin – młody i utalentowany człowiek, pragnący napisać książkę, która pozostanie w pamięci czytelników na zawsze. Odkąd bowiem pamięta – kocha książki. Tę miłośc rozbudził w nim nikt inny, jak właśnie stary Sempere – przemiły pan prowadzący od lat księgarnię, który zaprowadził go również do Cmentarzyska Zapomnianych Książek. Tam właśnie David odnajdzie księgę Lux Aeterna (czy może ona odnajdzie jego?). Tajemnicze inicjały autora, które są takie, jak Davida, dziwna treść księgi, dom z wieżyczką, który pewnego dnia kupi nasz bohater, a który okaże się własnością właśne zmarłego przed laty Diega Marlaski (autora Lux Aeterna) i mnóstwo tajemniczych postaci, które umierają, ale pozostają wiecznie żywe w pamięci oraz ten, który kusi… Adnreas Corelli... To on pewnego dnia, gdy David dowie się, że ma przed sobą już nie życia, zaoferuje mu napisanie dzieła życia i… uleczenie ze wszelkich dolegliwości oraz niebotyczną fortunę. Postaci, które są wyraziste, a jednoczesnie do końca niepoznane jest tu zbiorowisko przeogromne, acz nie przytłaczające. Mamy więc, poza wspomnianymi, Christinę Sagnier – wielką miłość Davida i Izabellę Gispert – jego uczennicę i pomocnicę, która pewnego dnia wyjdzie za młodego Sempere. Są tak różne, a jednak to one są w dużym stopniu wyznacznikami dla życia naszego bohatera i obie je darzy gorącymi uczuciami, do których nie zawsze potrafi się przyznać. Spotykamy też spadkobiercę wielkiej fortuny, Pedro Vidala, który zajął się Davidem po nagłej i tragicznej śmierci ojca chłopca. Vidal również marzy o tym, by napisać książkę, którą wszyscy pokochają. Spotykamy pana Barcelo, znanego już nam z “Cienia wiatru” i całe mnóstwo drugo- i trzecioplanowych bohaterów, którzy doprowadzają Davida na skraj szaleństwa.
To powieść o marzeniu i ambicji oraz o cenie, jaką trzeba za nie zapłacić. Bowiem David postanowi zaryzykować (zaufać byłoby zbyt mocnym słowem) i podjąć się wyzwania tajemniczego paryskiego wydawcy, Corellego i napisać dla niego nową Biblię. To zadanie jednak przerośnie młodego pisarza, ponieważ odkąd zaczyna pisać tę – jak ją nazywa – baśń dla dorosłych, zaczną się wokół niego dziać naprawdę dziwne i niewyjaśnione rzeczy, a trupów w tej powieści nie zabraknie.
„Nie kusi pana stworzenie opowieści, - pyta go ów wydawca - dla której ludzie gotowi będą żyć i umierać, dla której gotowi będą zabijać i iść na śmierć, poświęcać się i skazywać siebie na potępienie, oddawać dusze? Czy jest większe wyzwanie dla pisarza niż stworzenie obdarzonej mocą historii, która pozwoliłaby przekroczyć granice fikcji i przeistoczyć ją w prawdę objawioną?” – tymi właśnie słowami Corelli będzie zachęcał Davida do napisania dzieła jego życia. Kuszące? Z pewnością, szczególnie dla młodego jeszcze pisarza, który zasłynął z pisania powieści w odcinkach, „Tajemnice Barcelony”, a następnie całej serii o niemniej wdzięcznym tytule „Miasto przeklętych” (z resztą pod pseudonimem Ignatius B. Samson). David jednak nie jest tylko pisarzyną, który tworzy pod barcelońską publiczkę – ma większe ambicje. Cały czas ma w pamięci lekturę "Wielkich nadziei" Karola Dickensa, podarowanych mu z resztą swego czasu przez pana Sempere (którego trakował, jak swego ojca i szczerze podziwiał). Pisze więc swoją własną powieść, starając się udowodnić wszystkim, sobie, a chyba przede wszystkim ukochanej Christine, na ile naprawdę go stać. Jednocześnie wplątuje się w spisek z piękną dziewczyną i pomaga jej napisać powieść za swego przyjaciela Vidala. Ona to właśnie zostanie pewnego dnia wychwalona przez krytyków i wydana na szeroką skalę, ta natomiast, którą sygnował własnym nazwiskiem – skrytykowana i zapomniana, by pewnego dnia jej ostatni bodaj egzemplarz znalazł swoje miejsce na Cmentarzysku Zapomnianych Książek (nadal pozostaję pod całkowitym urokiem tego magicznego miejsca i mam szczerą nadzieję, że istnieje rzeczywiście i jakimś dziwnym zrządzeniem losu będzie mi dane do niego trafić).
Jak ułoży się jego związek z ukochaną i kim stanie się dla niego Izabella? Czy rozwiąże tajemnicę domu z wieżyczką i Andreasa Corellego? Czy Pedro Vidal pozostanie jego przyjacielem i czy uda mu się nawiązać kontakt z matką, która zostawiła go w dzieciństwie pod opieką ojca-nieudacznika? Czy napisze w końcu powieść swego życia? Wiele pytań, na wszystkie znajdziecie odpowiedzi na 600 stronach powieści “Gra anioła”. Porównanie z innymi dziełami Zafona? W “Grze anioła” powracamy do świata wykreowanego w “Cieniu wiatru”, aczkolwiek znacznie bardziej tajemniczego, magicznego i gotyckiego. Spotykamy niektórych bohaterów, tyle że we wcześniejszych latach ich życia. “Gra anioła” jest powieścią typowo dla dorosłych i z pewnością nikt nie zakwalifikuje jej jako literatury dla młodzieży, jak choćby “Marinę”, czy “Księcia mgły”, chociaż natężenie magii jest w nim bardziej zbliżone do nich właśnie niż do “Cienia wiatru”. Czy mi się podobało? Owszem, chociaż “Cień…” zrobił na mnie znacznie większe wrażenie. Nie drżałam tym razem, przelałam mało łez i sądzę, że w powyższej recenzji ominęłam kilka istotnych kwestii, które po prostu wyleciały mi z głowy. Oczywiście – “Gra anioła” jest napisana pięknie i poetycko, niemal baśniowo, jednak – mimo wszystkich tych dziwnych i niewyjaśnionych śmierci i postaci, co do których ma się cały czas wątpliwość, czy żyją, czy umarły, czy może są jedynie wymysłem chorego już umysłu Davida – brakowało mi trochę dreszczyku… Zakończenie… Kurcze – nie pojmuję. Dumam i dumam i nie wiem, o co w nim chodziło. Było tak zakręcone, nielogiczne, że nawet nie można go określić magicznym. W ogóle nie potrafię go połączyć z resztą opowieści, chociaż cieszę się, że autor postanowił wytłumaczyć historię dziwnego zdjęcia, które Christina przez całe życie trzymała na pamiątkę dnia, którego nie pamiętała. Domyślałam się go poniekąd, ale ta druga część jest dla mnie zagadką. Może kiedyś do niego dorosnę.
Na zakończenie jeszcze jeden cytat, który zapamiętam chyba do końca życia, ponieważ w stu procentach się z nim zgadzam: ”Ponoć niemal wszyscy adwokaci potajemnie marzą o tym, by porzucić swój zawód i zostać pisarzami...”. Dotyczy mnie, jako prawnika i wiem, że nie jestem odosobniona w tym marzeniu. Z resztą wiele zmagań Davida odczuwałam jako własne, ponieważ Wena Twórcza jest marudną i niewdzięczną przyjaciółką.

poniedziałek, 12 marca 2012

Saga Wielkich Rodów - Tom 1 - Tryptyk krwi (cz.11)

W ostatnich dniach matka całkowicie przestała zwracać uwagę na Paula, więc w ogóle nie wychylał się ze swojego pokoju. Nowa gra komputerowa, słuchawki na uszach i zero zainteresowania tym, że jego brat nadal się nie odnalazł. Udawał chorego, żeby nie musieć chodzić do szkoły, ale nawet tym stanem rzeczy specjalnie się nie przejęła. Zaczynał się już nudzić. Słyszał, że do matki ktoś przyszedł i postanowił posłuchać, o czym rozmawiają. Może wiedzą coś na temat Michaela. Nie zależało mu specjalne na powrocie brata, wiedział jednak, że będzie miał kłopoty, jeśli ktoś widział go tamtego popołudnia, gdy dał Michaelowi wycisk. Nic mu nie zrobią, ale matka go znienawidzi i wtedy nic już nie pomoże – straci ją na zawsze. Gdzie on się podziewa? Idiota! Doprowadzi tę kobietę do szaleństwa. Już on mu zleje skórę, jak tylko go zobaczy. Uchylił drzwi, żeby słyszeć rozmowę matki z dwoma dziwnymi mężczyznami. Z każdym kolejnym słowem usta otwierały mu się szerzej ze zdziwienia…
*
Fiodor został jeszcze u Sary. Alexander wrócił do hotelu sam i po długim, zimnym prysznicu zszedł do bufetu, by zamówić obiad. Jednak nie miał apetytu. Cały czas nie mógł uwierzyć w to wszystko, czego się właśnie dowiedział. Jego rodzina zawsze miała tajemnice – jednak były to tajemnice przed „obcymi”. Tajemnice w rodzinie? Jego matka umierała z rozpaczy, kiedy oddawała najmłodszą córkę na czyjeś wychowanie, wiedziała jednak, że to być może jedyna szansa, by Jana przeżyła.
Wrócił do pokoju, jednak nadal nie mógł opanować tych wszystkich uczuć, które nim zawładnęły – złości, litości, zazdrości, że Nikołaj o wszystkim wiedział, a także szacunku dla matki i Fiodora za ich poświęcenie. Zadzwonił do Magdaleny i zaproponował wspólną kawę. Nie chciał być sam. Nie dzisiaj.
Była w olbrzymim szoku, kiedy opowiedział jej przebieg rozmowy z Fiodorem. Właściwie nie był pewien, czy ma prawo jej o tym mówić, w końcu to była prywatna sprawa Fiodora i Sary. Jednak nie potrafił sam się uporać z natłokiem myśli.
- Sądzisz, że twój ojciec wiedział? – trochę niestosowne pytanie Magdaleny wprowadziło go w konsternację.
- Zapewne nie – odpowiedział, próbując wypić łyk kawy. – Jak widać nasza rodzina ma więcej tajemnic, niż można się było spodziewać, jednak znałem mojego ojca. Przeżyliśmy razem kilkaset lat. Właściwie nie wiem, co by zrobił. W końcu Jana była Nowicką, więc z pewnością kazałby ją otoczyć opieką, jednak co do losu Fiodora nie byłbym już taki pewny.
- Czyli to nie mogło mieć nic wspólnego z jego samobójstwem?
- Nie. Śmierć Juliana zabolała bardzo, a dobiła go jeszcze reakcja Nikołaja. To były powody.
*
Sara wyszła na chwilę do sklepu, poprosiła jednak Fiodora, żeby na nią zaczekał. Oto szansa dla Paula. Jeśli to była prawda – jakże niewiarygodna! – to przecież ten mężczyzna był nie tylko dziadkiem Sary i pradziadkiem Michaela. Był również jego pradziadkiem! Dlaczego nikt nie myślał o nim? Podszedł do Fiodora, przyglądając mu się bacznie i usiadł na fotelu. Nalał sobie herbaty i jeszcze chwilę się nie odzywał.
- Wiesz, że jesteś też moim pradziadkiem? Nie tylko mojego brata? – to pytanie, tak pełne żalu, zabolało Fiodora bardziej, niż mógł przypuszczać, jakby nigdy nawet nie przyszło mu to na myśl. – Dlaczego niby on jest ważniejszy ode mnie? Tylko dlatego, że może kiedyś uzyska pamięć czegoś, co działo się wieki temu? Jakie to ma teraz znaczenie, co? Ja też jestem twoim prawnukiem! – upuścił filiżankę na podłogę, rozlewając resztę herbaty i wybiegł z mieszkania, trzaskając drzwiami.
Fiodor siedział jeszcze sparaliżowany przez dobre kilka minut. Chłopak miał rację – wszyscy mówili tylko o Michaelu, zupełnie zapominając o istnieniu Paula.
*
Knut pozbył się już Chiary, a mały nawet nie odważył się o nic pytać. Oczywiście nie zamierzał informować gówniarza, co się stało z dziewczyną. Dosypał mu do kolacji środków nasennych, by pobrać krew i teraz chował do metalowej walizeczki sporej wielkości flakon pełen cennej substancji. Mike obudzi się za parę godzin, zupełnie nieświadomy, co się działo. Jedynie nieco osłabiony. Zje porządne śniadanie i obiad i będzie dobrze. A później już tylko pokazać się Magdalenie. Tak, żeby myślała, że popełnił błąd, że go nakryli. Alexander złapie się w tę pułapkę, jak mucha w lep. Dwa, góra trzy dni i będzie po Nowickich. A on będzie jedynym posiadającym ich DNA. Niech ten głupi kot cierpi i myśli, że wszystko, o co wałczył latami, przestało istnieć.
*
Fiodor nie wierzył, że to przypadek sprawił, iż Magdalena spotkała Knuta. To mogła być równie dobrze pułapka. Alexander zdawał się z nim zgadzać. Jednak ona nie chciała w to wierzyć. Jaki niby miałby powód, żeby ją zwodzić?
Fiodor i Alexander skończyli naradę. Zaryzykują. Nawet jeśli to pułapka – muszą spróbować odbić chłopca. Może rzeczywiście Knut stał się zbyt pewny siebie i popełnił błąd, pozwalając jej odkryć swoją kryjówkę.
Siedziała przed lustrem, szykując się do snu. Czy uda jej się w ogóle zmrużyć oczy? Czy którekolwiek z nich będzie spało tej nocy? Ktoś zapukał do drzwi.
- Proszę.
- Mogę, Magdaleno? Nie chciałbym przeszkadzać – powiedział Alexander, wchodząc.
- Co cię gnębi?
Rozmawiali dłuższą chwilę. Bał się, że nie uda im się uwolnić chłopca, że stracą go na zawsze. Po przeszło dwóch tysiącach lat rodzina przestanie de facto istnieć. Próbowała go pocieszyć, jednak nie znajdowała właściwych słów. Ciągle twierdził, że on się nie liczy, a ona starała się przekonać go, że to nieprawda.
- Połóż się i odpocznij – powiedział, wstając. – Czeka nas ciężki dzień.
- Alexandrze, – wyszeptała, chwytając go za rękę – obiecaj, że będziesz na siebie uważał. On jest ważny, ale ty też.
„Dla mnie” – pomyślała. Jak mogła wcześniej nie zauważyć, że czuje do niego coś więcej, niż powinna w stosunku do szwagra? Spojrzeli sobie prosto w oczy. Tak – on też ją kochał. Zaskoczenie niespodziewanym odkryciem ustąpiło miejsca namiętności – objął ją w pasie, przyciągając do siebie i gorąco pocałował. Przeszył ją dreszcz, gdy poczuła jak jego palce gładzą jej plecy i delikatnie zdejmują ramiączka błękitnej nocnej koszulki. Nie przestawał całować, a ona nie pozostała bierna. Pragnęła go całym sercem i ciałem. Świat mógłby się skończyć nawet jutro – ta noc była tego warta.
Po wspólnym śniadaniu udali się do kryjówki Knuta. Fiodor pozostał w hotelu i czekał na informacje od nich.
- Zostań tu, Magdaleno i czekaj na nas – znów ten rozkazujący ton, który tak ją początkowo irytował. Wiedziała jednak, że chce ją chronić. – Postaram się, żeby Mike wyszedł pierwszy. Ja pójdę zaraz po nim. Kiedy go zobaczysz, łap i biegnijcie do samochodu.
- Alex, proszę, uważaj na siebie – trzymała go za rękę i nie chciała puścić. – Obiecaj, że będziesz ostrożny.
- Nie martw się o mnie. Wszystko będzie dobrze – ucałował ją, jakby żegnał się na zawsze.
Poczuła dreszcz. Musi się udać. Nie może go stracić. Po tym wszystkim, co razem przeżyli, gdy zrozumieli, jak wiele dla siebie znaczą. Gdyby pozwolił jej tam wejść. Tylko ona widziała Knuta, ona i dzieci. Nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego.
*
Od chwili, gdy zniknęła Chiara, Mike czuł się samotny. Możnaby się spodziewać, że zacznie tęsknić za matką, jednak zupełnie wymazał ją z pamięci. Pamiętał jedynie doskonale Paula i chciał się zemścić. I na Alexandrze, który podobno zakazał Nikołajowi się z nim widywać. Tak przynajmniej powiedział Knut, a jemu wierzył.
Nagle usłyszał głosy na korytarzu. Może Knut odnalazł Chiarę. Jak wspaniale byłoby znów zobaczyć kuzynkę. Jednak nie poznał ich głosów. To był ktoś inny. Gość? Złodziej? Ktoś próbował wyważyć drzwi. Po chwili wypadły z zawiasów, głośno uderzając o podłogę. Zobaczył wysokiego, ciemnowłosego mężczyznę.
- Jestem Alexander – przedstawił się nieznajomy, wyciągając w jego stronę rękę. – Nie bój się. Chodź, zabiorę cię do mamy.
- Moja matka nie żyje, a ciebie nienawidzę i nigdzie z tobą nie pójdę! Jak Knut wróci… – nie zdążył dokończyć zdania. Poczuł jedynie nagły, chwilowy ból, a później już nic.
*
Knut miał nad Alexandrem olbrzymią przewagę – Magdalena wiedziała o tym doskonale. Jeśli się spotkają, Alex nie będzie go nawet w stanie zobaczyć. Mijały kolejne minuty, a oni nie wychodzili. Gdzie są? Chciała wejść do środka. Może będzie mogła jakoś pomóc. Zadzwonił telefon komórkowy – Fiodor. Odrzuciła połączenie. Odpowie mu, kiedy będzie po wszystkim. Bum!
Spojrzała na budynek, do którego wszedł Alexander – stał w płomieniach. „Bomba. Knut podłożył bombę.”
- Alex!!! – krzyknęła przerażona.




To już koniec pierwszej części "Tryptyku krwi", który jest pierwszym tomem "Sagi Wielkich Rodów". Mam nadzieję, że się Wam podobało i będziecie mieli ochotę przeczytać ciąg dalszy, kiedy uda mi się w końcu znaleźć wydawcę.

Szepty dzieci mgły i inne opowiadania - Trudi Canavan



Moje pierwsze zetknięcie z prozą australijskiej pisarki, Trudi Canavan okazało się wspaniałą przygodą. Jak już kiedyś wspominałam – raczej nie czytuję opowiadań, preferuję zdecydowanie formy długie (z resztą sama Canavan też takowe woli). Jednak dostałam jej opowiadania i pomyślałam, że to świetny początek, skoro mam już właściwie wszystkie jej powieści i jeszcze nie zaczęłam ich czytać.
Zbiór składa się z pięciu opowiadań, które są różne zarówno ze względu na tematykę (od klasycznej fantasy, przez science fiction, do opowiadania, które możnaby nazwać nawet lekkim horrorem), jak i formę (część napisana w trzeciej osobie, część w pierwszej, jest tu także pamiętnik i kronika wydarzeń) oraz czas i miejsce (niektóre dzieją się w świecie wyimaginowanym, część zaś we współczesnym nam.
Tytułowe opowiadanie „Szepty dzieci mgły” to ciekawa fantasy. Mamy tu pustynię, karawany i dworską sorę o imieniu Velarin Initha – czarodziejkę, która powinna bronić władcy, a zajmuje się ochroną kupców. Nosi w sobie żal i wstyd, ponieważ w niedalekiej przeszłości zdarzyło się coś strasznego, za co się wini i uważa, że wszyscy postrzegają ją właśnie przez ten pryzmat. Jest to opowieść o pozorach i wielkiej odwadze, a także skromności i poczuciu obowiązku, przedstawiona w zaczarowanym świecie. Kim są dzieci mgły? Tajemnicę tę rozwikłacie jedynie czytając opowiadanie, za które autorka otrzymała w 1999 nagrodę „Aurealis” (Australian Fantasy & Sciecne Fiction Award).
„Szalony Uczeń” to z kolei opowiadanie – najdłuższe w całym zbiorze – ze świata Czarnego Maga, z pewnością więc fanom Canavan się spodoba. Dla mnie to było pierwsze spotkanie z tym uniwersum i musze przyznać, że przypadło mi do gustu. Spotykamy ucznia maga, Tagina i jego siostrę imieniem Indria, która… boi się młodszego brata, który już w dzieciństwie bił ją i terroryzował, kiedy tylko coś szło nie po jego myśli. Jest mężatką, jednak do męża z pewnością nie zwróci się o pomoc, gdy brat – niespełna rozumu – wplącze ją w tragiczną historię, w której trup będzie się słał gęsto, a niewinni oddadzą – zabrane siłą – życie, by młodzieniec zyskał moc do czarowania. Czy Indria znajdzie w sobie siłę, by przeciwstawić się bratu, czy za wszelką cenę będzie go chroniła, nawet wiedząc, że stał się potworem? Historia jest opowiedziana w trzeciej osobie, widzimy ją jednak wyraźnie z perspektywy młodej kobiety, która powoli dostrzega u brata objawy choroby, która zżera go od wewnątrz, niszcząc przy okazji całą Kyralię. Ciekawym i bardzo przyjemnym przerywnikiem w akcji, która porywa nas z szybkością błyskawicy, są zapiski kronikarza Gilkena.
„Markietanka” to pełna tajemnic magiczna historia generała Reny’ego i jego markietanki (damy do towarzystwa, delikatnie nazywając jej zawód). Gdy wziął ją do swego namiotu, nie przypuszczał, że może być kimś wyjątkowym, o kim będzie myślał każdego dnia do końca życia. Jaką tajemnicę nosi w sobie piękna, jasnowłosa Kala i jaki ma to związek z polami pełnymi martwych żołnierzy oraz królem, któremu służy Reny?
„Przestrzeń dla siebie” to pamiętnik spisany przez młodą artystkę, która w swym domu znajduje… tajemniczy pokój, w którym czas rozciąga się i płynie w zupełnie innym tempie, niż na zewnątrz. Marzenie każdego z nas, a przynajmniej większości – mieć czas na wszystko, żyć w świecie, gdzie doba ma czterdzieści osiem godzin (albo i więcej). Autorka sama tłumaczy, że nigdy nie lubiła opowiadań, w których występowały różnorakie wehikuły czasu, ponieważ zawsze znajdowała w nich nieścisłości. Osobiście takie historie lubię, chociaż w niektórych rzeczywiście występują karygodne błędy. Bąbel czasu stworzony przez Canavan zdaje się być całkiem logiczny, chociaż jak się przekonuje bohaterka – ma również zgubne skutki. To opowiadanie o tym, jak wiele jesteśmy w stanie poświęcić dla sukcesu i spełnienia się. Ponieważ czas płynie nieubłagalnie, nawet w tajemniczym pokoiku i nie jesteśmy w stanie z tym faktem walczyć. Prawa natury są dla nas bezlitosne. „Przestrzeń dla siebie” sporo daje do myślenia, chociaż nie sądzę, bym kiedykolwiek przestała marzyć o takim właśnie pokoiku, w którym miałabym czas na wszystkie moje zainteresowania i spełnianie kolejnych marzeń. Czy jednak warto? Trudi Canavan nie odpowiada wprost na to pytanie – zostawia je jednak wyraźnie zadane i każdy musi sobie sam na nie odpowiedzieć.
Jak wspomniałam, mamy w zbiorze również opowiadanie na granicy horroru. „Biuro rzeczy znalezionych”… Spojrzałam na tytuł i zaczęłam się zastanawiać, czy takie miejsca mają w ogóle rację bytu w dwudziestym pierwszym wieku. Trudno mi uwierzyć, bym udała się do niego w przypadku, który spotkał Trinity – gdybym zgubiła parasolkę. Nawet, jeśli wiązało się z nią wiele ciepłych wspomnień. Z pewnością poszłabym do najbliższego sklepu i kupiła po prostu nową. Jednak nasza bohaterka jest do swojej czarnej parasolki na tyle przywiązana, że udaje się do biura rzeczy znalezionych. Jednak czarnych składanych parasolek jest tam zatrzęsienie, a ona swojej nie odnajduje. Wbrew radzie dozorcy tego przybytku, zabiera więc inną, ponieważ chce uniknąć zmoknięcia. Gdyby wiedziała, jak wiele trudności spotka ją z tego powodu, na pewno by sobie odpuściła i pobiegła do sklepu. Wiele czasu jednak zajmuje jej zanim zrozumie, że ulewne deszcze i szalone burze w miejscach, w których akurat ona przebywa są karą za „pożyczenie sobie” cudzej parasolki z drewnianą rączką w kształcie kaczej główki…
Wspaniałym ukłonem w stronę czytelników są notki od autorki po każdym opowiadaniu. Po krótce wyjaśnia, czym się inspirowała, jak pisała i dlaczego wybrała taką, a nie inną formę opowiadania. Już we wstępnie wyjaśnia również, co skłania ją do pisania opowiadań, ponieważ nie jest tajemnicą, że preferuje opasłe tomiszcza, w których może rozwinąć skrzydła.
Trudno mi powiedzieć, jak wyglądają inne wydania, jednak polskie jest przepiękne. Niewątpliwie jest to jednak z najładniejszych książek – jestem całkowicie zauroczona papierem, na którym książkę wydrukowano. Przypuszczam, że był to cel czysto marketingowy – opowiadania łącznie to zaledwie dwieście stron tekstu, a książka dzięki użyciu takiego papieru zdaje się być przynajmniej dwukrotnie grubsza. Jakiekolwiek jednak były przesłanki wydawcy – wyszło wyśmienicie. Dotykanie takiego papieru, przewracanie grubych stron sprawia niesamowitą przyjemność, której nigdy nie zastąpią żadne ebooki (choć jestem gorąca zwolenniczką obu form wydawania książek). Dziękuję za tę ucztę.
Jednym słowem – pełna tajemniczości i magii przygoda, która miała tylko jeden minus (powód, dla którego zazwyczaj do opowiadań nie sięgam) – skończyła się zdecydowanie za szybko. Mam nadzieje ten głód zaspokoić czytając jej magiczne trylogie.
Jeszcze tylko jedno – chciałam się podzielić cytatem, który bardzo mi się spodobał, a pochodzi z opowiadania „Markietanka”:
„- Vorl jest jak miecz, którego używa się i wyrzuca, kiedy się stępi. Doradcy są niczym zwoje albo księgi – korzysta się z nich wiele razy. Nie uderzysz wroga książką i nie pójdziesz następnie radzić się miecza, prawda?”

poniedziałek, 5 marca 2012

Tysiąc dni w Wenecji - Marlena de Blasi



Wzruszająca, mądra, ciepła powieść, która jednak nie zaspokaja głodu. Na szczęście są jeszcze dwie kolejne części.
Marlena de Blasi, amerykańska dziennikarka i krytyk kulinarny od lat podróżuje do Wenecji. Początkowo uprzedzona do miasta i niechętna Księżnej, jak zwykła nazywać to miasto na wodzie, ulega jej urokowi. Przyjeżdża co roku, by pisać artykuły, albo na wakacje ze znajomymi. Z pewnością jednak nie spodziewa się, że spotka tu miłość swego życia. Nie jest już nastolatką – ma dorosłe dzieci i byłego męża. Raz po raz przeprowadza się pomiędzy różnymi amerykańskimi miastami, tworząc sobie pełne barw i ciepłych tkanin gniazdka.
Pewnego wieczora siedzi przy stoliku restauracji, a kelner prosi ją do telefonu. Po drugiej stronie odzywa się miły męski glos, który pyta, czy się z nim spotka. Tak dla naszej bohaterki rozpoczyna się najważniejszy etap życia. On, Nieznajomy Wenecjanin, który okazuje się podobny do aktora Petera Sellersa, zakochał się rok wcześniej w… jej profilu.
Kilka godzin spędzonych wspólnie i gorące wyznanie miłości ze strony Fernanda sprawiają, że za swą ukochana poleci do Saint Louis i tam, po niedługim czasie, oświadczy się.
Banalne? Ależ nie. Kobieta po przejściach, rozwódka, która już dawno przestała wierzyć w miłość na nowo pozna te magiczną siłę. Jednak nie jest łatwo pozostawić za sobą wszystko, co znane i kochane i wyruszyć w podróż do Włoch – tym razem już na zawsze. Szczególnie, że Fernando nie mówi po angielsku, a jej słownictwo po włosku jest ograniczone raczej do kulinariów. Jednak są w sobie zakochani młodzieńczą miłością. Jak mówią pewnego dnia – kiedyś byli starzy, dzisiaj są młodzi. To uczucie i związek – jak każdy, pełen dni lepszych i gorszych, wiele ich nauczy. Przede wszystkim chyba odwagi i cierpliwości.
Wenecja to inny świat, nie tylko dlatego, że jest miastem na wodzie. Tutaj ludzie żyją innym rytmem, według innych zasad. Wszystko tutaj dzieje się wolno, piano, pianissimo. Zakupy, remonty, załatwianie pozwoleń do ślubu. Każdy to rozumie. Każdy poza Amerykanką, która musi się wszystkiego uczyć od nowa. Narzeczony, a później mąż – nie zawsze jej to ułatwia.
Powieść daje sporo do myślenia, szczególnie osób, którzy przywiązują się do miejsc i ludzi. Mówi o odwadze postawienia wszystkiego na jedną kartę i zaryzykowania właściwie całym życiem. Ponadto to cudownie przedstawione miasto, pełne nieznanych zakamarków i urokliwych budynków. Plac świętego Marka, Pałac Dożów i liczne kościółki, przed którymi ludność miasta ucztuje z okazji różnorakich świąt. Targ, na którym bohaterka robi zakupy i zaprzyjaźnia się ze sprzedawcami. Pływająca Wenecja urzeka na stronicach tej książki tak samo, jak opisy przeróżnych pyszności przyrządzanych przez naszą bohaterkę, bądź też spożywanych przez nią w rozlicznych restauracyjkach. Z resztą na końcu książki znajdziemy nawet kilka przepisów, które – myślę – warto wypróbować.
Ogólnie – urocza, przyjemna w czytaniu, ale mądra i dająca do myślenia powieść, która zachwyca tak krajobrazem, jak i zapachami (nie tylko z kuchni). Ja już nie mogę się doczekać, co też nasi zakochani będą robili po przeprowadzce do wiejskiego domku w Toskanii.