Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

piątek, 7 lutego 2014

Krakatit (tom I) – Karol Čapek

Wydawnictwo: Wyd. Bibljoteki Dzieł Wyborowych
Warszawa 1926
Okładka: twarda
Liczba stron: 157
Tytuł oryginału: Krakatit, tom I
Przekład (z czeskiego): Władysław Mergel
ISBN: brak




Ciężko będzie zrecenzować tę powieść. Choćby dlatego, że trafiłam na wydanie dwutomowe. Pierwsze, które się w Polsce ukazało. Co ciekawe, wszystkie pozostałe są jednotomowe. Wygląda na to, że również czeski oryginał był jednotomówką i tylko u nas ukazało się takie tłumaczenie w dwóch tomach. Można to wytłumaczyć tym, że ukazała się ta powieść dzięki Wydawnictwu Bibljoteki Dzieł Wyborowych, czyli w prenumeracie gazetowej. Można to porównać do dzisiejszych serii wydawanych np. przez Wyborczą. Średniej jakości, choć w ładnych okładkach. A że książeczki nie mogły być zbyt grube, podzielono powieść na dwie części (przy okazji zarabiając podwójnie). Trudna jest więc ta recenzja, ponieważ przeczytałam jedynie tom pierwszy i omówię w związku z tym, jakby tylko... połowę powieści. Tym trudniej, że do drugiej części raczej nie zajrzę...
"Krakatit" to powieść przez ówczesnych przyjęta bardzo pozytywnie, zresztą jak większość dzieł Čapka. Nie wiem, czy to kwestia minionych dziewięciu dekad (powieść bowiem datowana jest w Czechach na rok 1924), czy tylko ja... jednak za żadne skarby nie mogłam znaleźć w tym, co czytałam tego, o czym słyszałam. Więc nie odnalazłam tu bogactwa języka, a jedynie jakiś straszliwy bełkot. Nie było wzniosłych idei i ważnych kwestii, a jedynie jakieś kiepskawe romansidło przecinane co rusz koszmarnymi (w każdym tego słowa znaczeniu) scenami widziadeł wszelakich. Abstrakcja goniła tu abstrakcję, przesyt słów denerwował, liczne błędy tego wydania nie poprawiały odbioru. Jednym słowem – nie sięgam po drugi tom, bo chyba nie zniosę powtórki z imprezy...
Być może, gdybym przeczytała całość, byłoby trochę inaczej. Może rzeczywiście dalszy ciąg jest lepszy. Są tam te wzniosłe idee i trudne pytania egzystencjalne. I ta fantastyka, której w pierwszym tomie szukać ze świecą, a i tak nie bardzo się znajdzie. Choć przyznam, że kusi trochę, bo chciałabym się dowiedzieć, jak się to wszystko skończy. może więc skuszę się jeszcze kiedyś na... obejrzenie ekranizacji ( z lat czterdziestych bodajże).
Żeby jednak nie było, pokrótce o czym traktuje powieść (czy też jej pierwsza połowa). Od pierwszej strony spotykamy chemika Prokopa. W jego pracowni wydarzył się jakiś wypadek, który spowodował, że został on ranny. Tułając się po ulicach Pragi, w drodze do domu spotyka swego dawnego kolegę z wydziału, Tomesza. Jurek postanawia zaopiekować się rannym i gorączkującym kolegą, wykorzystując jednocześnie sytuację i "wykradając" mu pomysł na stworzenie tytułowego Krakatitu. Czego? Substancji wybuchowej o wielkiej mocy, która może zmienić oblicze świata. Zapowiada się ciekawie? Owszem. Szkoda, że dalej jest tylko coraz gorzej. Tomesz znika, a Propkop, po odzyskaniu jako tako świadomości rusza w jego poszukiwaniu i trafia do jego rodzinnego domu. perypetie romansidłowe pominę milczeniem. Katastrofa! Dalej w poszukiwaniu niedobrego Jurka Tomesza wyruszy Prokop za niejakim panem Carsonem i stanie się swego rodzaju więźniem.
Ze strony na stronę jest coraz gorzej. chciałabym napisać o jakichś przebłyskach, ale był tylko jeden. Gdzieś w połowie, kiedy Prokopowi przypomniało się w końcu, że wynalazł Krakatit. Tyle. Alles, Wszystko. All. nic więcej... Szkoda, bo rzeczywiście początkowy pomysł wydawał się fascynujący.
Niestety wydanie, na które trafiłam również pozostawia wiele do życzenia. Błędów jest sporo i nie chodzi mi o to, że możecie spotkać zapis typu "niema". Wówczas tak się to zapisywało i owszem. Jednak literówek pojawia się naprawdę sporo. Druk jest bardzo ścisły, interlinia maleńka, zdania są ściśnięte. Choć książka jest dość cienka i niewielkich rozmiarów, de facto treści jest w niej bardzo dużo. Za dużo. Oczy bolą, wodolejstwo panuje, przegadanie straszliwe. Cóż, ja nie polecam, możecie jednak czytać na własną odpowiedzialność.
Być może po prostu do tego nie dorosłam...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz