Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

poniedziałek, 31 marca 2014

Fausteria (powieść antyhagiograficzna) – Wojciech Szyda

Wydawnictwo: Narodowe Centrum Kultury
Warszawa 2012
Seria: Zwrotnice Czasu. Historie alternatywne, tom VII
Oprawa: twarda
Liczba stron: 280
ISBN: 978-83-61587-82-8




Coraz częściej spotykam się ze zdaniem, że w literaturze fantastycznej nie ma miejsca na religię. Zaznaczyć jednak należy na samym wstępie, że osoby, które się w ten sposób wypowiadają, mają na myśli jedynie chrześcijaństwo – wszelkie inne wierzenia (greckie, rzymskie, czy ostatnio popularne nordyckie i słowiańskie) zdają się nie mieścić w tej kategorii. Wręcz przeciwnie – są bardzo mile widziane, doceniane i rozpowszechniane. Z drugiej jednak strony, gdy przyjrzeć się fantastyce, zarówno współczesnej, jak i nieco starszej, trudno dojść do takiego wniosku. Religia całkiem często pojawia się na stronach ważnych tekstów literackich, które powszechnie zaliczane są do fantastyki. Ot, choćby "Diuna" Franka Herberta, czy "Koniec dzieciństwa" sir. A.C.Clarke'a. Również na naszym rodzimym rynku nie brakuje przykładów. Jednym z nich jest właśnie "Fausteria" Wojciecha Szydy, wydana przez Narodowe Centrum Kultury, jako siódmy tom cyklu "Zwrotnice czasu. Historie alternatywne".
Jednak "Fausteria" to coś znacznie więcej niż powieść religijna, czy fantastyczna. Zresztą można się poważnie zastanowić nad włożeniem jej do szufladki z napisem "fantastyka". Jeśli bowiem odjąć elementy historii alternatywnej, zdaje się po prostu świetną historią obyczajową. Wizje Fausty można przecież łatwo wyjaśnić chorobą. A jednak... Przychylam się do tego, by "Fausterię" określać jako powieść fantastyczną.
Fausta Blachnicka, główna bohaterka, wokół której działają wszystkie siły wszechświata, to początkowo zwyczajna dziewczyna szukająca swego miejsca na ziemi (konkretnie w moim kochanym Poznaniu). I to bardzo, ale to bardzo starająca się odżegnać od niewdzięcznego imienia, które nadali jej rodzice. Na dodatek to, jak sama o sobie mówi, jedynaczka "pobliźniaczka". Domu Fausty szczęśliwym raczej nazwać nie można, a za nią ciągną się jak smród za skunksem: dziwaczne imię bardziej pasujące do jakiejś zakonnicy, niż do artystki-plastyczki oraz spoczywająca w grobie Laura – siostra bliźniaczka, która umarła zaraz po narodzinach. Czy na pewno tak miało być? A może... Może to Laura powinna była przeżyć, a grób był przeznaczony na miejsce wiecznego spoczynku Fausty?
Fausta... Imię dziwaczne i niespotykane. Może się stać wizytówką kontrowersyjnego artysty, ale w szkole raczej nie przysparza dziecku popularności. Chociaż w gruncie rzeczy Fausta aż takiej traumy nie powinna mieć, ponieważ nikt jej specjalnie nie dokuczał. Imię najbardziej przeszkadzało jej samej i to ona, w swoich własnych oczach, widziała je jako ośmieszające. Walczyła z tym od samego początku, aż w końcu zaczęła się podpisywać Fautheria. Później FFF – Faustheria, Femme Fatale. Szósta litera alfabetu. 666. Imię Szatana. Nic bowiem w powieści Szydy nie dzieje się przypadkowo, a przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Napotkanie na Sarto, który ponoć widział samego Księcia Ciemności, dziwne i przez długie lata niewytłumaczalne wizje samej Fausty, jej fascynacja diabłem i okultyzmem. Wspaniale grafiki przedstawiające diabły, nietuzinkowe karty tarota... Wszystko to prowadzi ją do smutnego końca. Doktor Faust ma na nią taki sam wpływ jak święta Faustyna Kowalska, do której Fauta jest nawet wizualnie podobna. Gdy do tego dziwnego równania dodamy jeszcze jej patrona i nauczyciela akademickiego, Mielcara, który kusi nie gorzej niż sam szatan... koło zdaje się zamykać. A jednak, nie do końca...
Boże Miłosierdzie zdaje się odgrywać największą rolę w tej całej antyhagiograficznej opowieści, w której jest co jakiś czas przytaczane, a jednak ani razu dobrze opisane, wyjaśnione, poznane. Bo cóż ono właściwie ma za znaczenie dla młodej, zbuntowanej artystki, która święci przedwczesne trumfy dzięki swoim wizjom diabła?
Szyda nie poprzestaje jednak na opisie dziwnych "przygód" Fausty. Pokazuje nam równoległy świat, w którym Polska nie odzyskała wolności, kiedy narody świata pokonały Niemców w II wojnie światowej. Polska stała się kolejną Republiką Rad. Po poznańskich ulicach krążą patrole milicji, po lasach ukrywają się niedobitki partyzantów, którzy ukryli się wśród zasypanych śniegiem drzew po nieudanym zrywie narodowowyzwoleńczym... Gdzie w tym wszystkim znajdzie się miejsce dla Fausty? A może to nie ona przeżyła poród w tej równoległej rzeczywistości? Dlaczego komuniści zwyciężyli, co przedstawia tajemniczy obraz, którego się tak obawiają i dlaczego tak ważna zdaje się godzina... 21:37? Mnóstwo pytań i jedna, prosta odpowiedź, której nie zdradzę.
Autor stawia w swej powieści wiele trudnych pytań. Czym jest Miłosierdzie Boże i co by się stało, gdyby świat nie usłyszał o świętej Faustynie Kowalskiej? Co to właściwie znaczy być Polakiem, czym dla nas dzisiaj jest Polska? Gdzie znajdują się granice pomiędzy dobrym smakiem, obrazą uczuć religijnych, a artystyczną wizją? Jaki tak właściwie jest stan dzisiejszej młodzieży studiującej, w szczególności na uczelniach artystycznych i jak na sztukę wpływa komercjalizacja i wulgaryzacja wielu pojęć, które dotychczas stały na swoistym piedestale? Okultyzm i satanizm przenikają się nawzajem z głęboką wiarą, a sceny opisujące twórczą, szaleńczą pracę Fausty nad jej cyklem diabelskim przerywane są co jakiś czas cytatami z "Dzienniczka" świętej Faustyny.
Na kolana powaliły mnie kolejne sceny opisujące przedstawienie (odegrane w ramach Festiwalu Malta), napisane i zagrane przez Faustę i jej koleżankę, Absurdalinę. Choćby dla samego tego fragmentu "Fausterię" bym polecała. Choć i gdyby go nie było, powieść jest naprawdę warta przeczytania.
Bardzo podoba mi się to, że Szyda nie ograniczył się tylko do przedstawienia Fausty jako studentki na poznańskiej ASP. W powieści napotkamy liczne odwołania do sztuki z różnych okresów. Żałowałam, że rozpoczęłam lekturę w autobusie i nie mogłam na bieżąco oglądać reprodukcji dzieł, o których wspominal.
Czytałam powoli i dość długo, nawet jak na mnie. Nie jest to łatwa lektura, nie polecałabym jej komuś, kto ma akurat ochotę na coś lekkiego i przyjemnego. Jednak jeśli poszukujesz książki mądrej, dobrze napisanej, na wysokim poziomie merytorycznym, na dodatek takiej, która na długo zapadnie w pamięć i zmusi Cię do dalszego poszukiwania – "Fausteria" jest dla Ciebie.
Jeśli chodzi o samo wydanie – twarda oprawa z ciekawą grafiką, ładna wklejka, grube strony. Same plusy. Błędów nie ma zbyt wiele. Miałam w pewnych momentach wrażenie, że redakcja przysypiała przy pewnych fragmentach. Wszystko było idealnie, potem nagle jakieś dwie strony, na których były ze trzy literówki, kolejne pięćdziesiąt stron bez błędów i znowu ze dwie strony z kilkoma. Jednak ogólna ocena wypada bardzo dobrze i nawet te kilka literówek w żaden sposób nie było w stanie popsuć mi prawdziwej literackiej uczty.







1 komentarz: