Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

wtorek, 4 marca 2014

W nieznane Światy. Powieść fantastyczna – Władysław Umiński

Wydawnictwo: Nakładem Księgarni Polskiej
Kazimierza Grendyszyńskiego
Petersburg 1895
Oprawa: twarda
Liczba stron: 239
Ilustracje: Ksawery Pillati
ISBN: brak (książka oryginalna z XIX wieku)







Na samym początku chciałabym zwrócić Waszą uwagę, że grafika, którą widzicie z boku to nie okładka. Dość wyraźnie to widać, jednak, gwoli perfekcyjności... Okładka jest brzydka, szaro-buro-zielono-nie-wiadomo-jaka. Ot, stara, ponad stuletnia twarda tektura, wcale niczym nie zachęcająca. Powieść została jednak zilustrowana pięknymi grafikami Ksawerego Pillatiego i oto możecie podziwiać jedną z nich. 
Co jeszcze ważne, w kolejnych wydaniach powieść występuje pod tytułem "Na druga planetę" i łatwiej ją w ten sposób odnaleźć i zdobyć.
Historia została napisana w roku 1894, o czym traktuje notka w ostatnim przypisie. Wydana rok później i to właśnie wydanie wpadło w moje łapki. Czytając ją trzeba więc mieć na względzie poziom wiedzy technicznej i ogólnej – tak pisarza, jak i potencjalnego czytelnika. Nie wolno również zapomnieć o tym, że pisało się książki inaczej, kładąc nacisk na nieco inne zagadnienia. Styl i język tej konkretnej powieści są jednak bardzo przystępne dla czytelnika XXI wieku, co można zaliczyć jako wielki plus. Szczerze mówiąc, kiepska jestem jeśli chodzi o nauki ścisłe – należę do gatunku osób współcześnie nazywanych humanistami (proszę nie mylić z humanistami okresu Odrodzenia). Wstyd się być może przyznać, ale mimo moich 31 lat, które wykazuje dowód osobisty nadal nie rozumiem, w jaki sposób działa zegarek, nie potrafię przeliczać kilometrów na mile, ani też nie mam pojęcia na temat zależności faz Księżyca i pływów wód (choć mam całkiem sporo innych zalet)... Stąd nawet wiedza XIX-wiecznych naukowców jest dla mnie ciekawa i całkowicie mnie pochłania i zadowala, jednocześnie nie będąc zbyt trudną do objęcia, szczególnie kiedy zważyć, że zupełnie nie rejestruję liczb. Możecie do mnie mówić i mówić, a ja ich po prostu nie usłyszę, stąd... mam wiele problemów, ale to nie temat tego posta.
Kończąc jednak te wycieczki okołoosobowe, wróćmy do powieści. Czy to science fiction? W dzisiejszym tego słowa znaczeniu, niekoniecznie. Powieść fantastyczna – jak podano w podtytule – jest bardziej adekwatna. Zaczynamy bowiem od budowy niesamowitej lunety, której soczewka mierzyć ma aż dwa metry. Dla ówczesnych coś po prostu niebywałego. Po cóż ona, dowiadujemy się chwilę później. I już tu pojawia się ciekawy zabieg, polegający na wprowadzeniu antybohatera-dziennikarza i jego (niezbyt uczciwego, acz bardzo nowoczesnego jak na owe czasy i kończącego się sukcesem) śledztwa dziennikarskiego. Bardzo duży plus dla Autora. Zostajemy zalani falą różnych matematyczno-fizyczno-astronomicznych danych, przeliczeń i tym podobnych, kiedy słuchamy rozmów i rozmyślań głównych bohaterów. 
Później charakter powieści znacznie się zmienia. Z fantastycznej staje się ona bardziej książką przygodową. W niektórych momentach miałam wrażenie, jakbym wróciła do czasów dzieciństwa, kiedy to zaczytywałam się w serii o Tomku, autorstwa Szklarskiego. Przez ponad połowę opowieści oglądamy bowiem ciekawe krajobrazy, podziwiamy florę i faunę, obserwujemy zjawiska zachodzące na niebie (nieuzbrojonym w lunetę okiem). Spotykają nas różne, niekoniecznie przyjemne, przygody w dziczy, a także niedźwiedź i głęboka rozpadlina, w której dwie osoby zostają uwięzione. Dopiero pod sam koniec znów mamy okazję do zasmakowania tego, co dzisiaj nazywamy fantastyką naukową.
Czy mi się podobało? Owszem, choć przyznaję, że powieść mnie nie porwała. Chyba jednak liczyłam na coś trochę innego, to już jednak nie jest winą pana Umińskiego, że nie do końca odczytał przed ponad stu laty, jakie mam oczekiwania. Cieszę się jednak bardzo, że powieść ta do mnie trafiła, ponieważ poziom naukowości, jaki w niej znajdujemy, jest idealny dla mojego poziomu wiedzy naukowej. Pod tym względem mogłabym żyć w sławnym wieku stali i pary.
Znalazłam kilka literówek. Trochę za dużo, jak na tak cienką pozycję, ale wybaczam – wszakże w roku 1895 całą korektę i redakcję tekstu wykonywali naprawdę ludzie. Pamiętajmy, że nie mieli komputerów, specjalistycznego oprogramowania i tego wszystkiego, czym dzisiaj dysponują wydawnictwa. Zatem i tak nie jest źle.
Polecam? Polecam. Nie nastawiajcie się jednak na wielkie sf XIX, gdyż możecie się sromotnie zawieść!




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz