Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

środa, 25 lutego 2015

Tropiciel – Vladimir Wolff

Wydawnictwo: WARBOOK
Ustroń 2015
Oprawa: miękka
Liczba stron: 317
ISBN: 978-83-64523-24-3










Wszystko zaczyna się dość niewinnie. Francuska ambasada w Moskwie, raut trwa w najlepsze. Leje się wino, ważne osobistości dyskutują, wokół nich kręcą się ponętne towarzyszki. To świat wyższych sfer, politycznej śmietanki towarzyskiej. Rafał Kostrzewa trafił tu trochę przez przypadek, w zastępstwie przełożonego, w ostatniej niemal chwili został poinformowany o tym, że ma się pojawić na przyjęciu. Oczywiście, to zaszczyt dla niego, możliwość wybicia się ponad przeciętność. Szansa. Szkoda, że nie dożyje wschodu słońca...
Akcja powieści w większości dzieje się na terenie III RP, choć i do Rosji się na jakiś czas przeniesiecie. Polski dyplomata zamordowany (a wcześniej torturowany) na terenie sąsiedniego państwa, z którym stosunki polityczne nie układają się najlepiej to nie jest to, o czym marzą funkcjonariusze ABW. Współpraca z Rosjanami też nie jest ich największym marzeniem, szczególnie zważywszy na to, że mają już niezbyt miłe doświadczenia w tej kwestii. Cóż, tym razem nie będzie łatwiej i przyjemniej. Czy komisarz Kropotkin nie chce pomóc, czy nie potrafi, dowiecie się w trakcie lektury. 
Śmierć Rafała nikogo specjalnie nie obeszła. Śmierć dyplomaty to zupełnie inna sprawa. Nagle na scenie pojawia się dodatkowa osoba – Matt Pulaski, były wojskowy US Army. Właściwie nie jest spokrewniony z denatem, choć losy ich rodzin gdzieś w przeszłości były bardzo połączone. Dlaczego właściwie przylatuje i po co polskim funkcjonariuszom ten konsultant? Początkowo jest to niejasne, szybko jednak odkrywamy, że to Matt będzie grał pierwsze skrzypce i bez niego śledztwo utknęłoby w martwym punkcie na samym początku i prawdopodobnie (a nawet z pewnością) trafiło do spraw niezamkniętych (po angielsku nazywanych "cold cases").
Powieść trzyma w napięciu od trzeciej do ostatniej strony, a na końcu robi się już naprawdę gorąco. Chociaż trzeba przyznać, że Autor początkowo buduje to napięcie powoli. Zaczyna od nie najlepszej sytuacji politycznej między sąsiednimi krajami, od zabójstwa samotnego dyplomaty, po którego ciało zgłasza się jedynie polski rząd, bo bliskich brak. Od niezbyt udanej współpracy pomiędzy mundurowymi dwóch państw. Kreśli przed nami szkic politycznej powieści, która nagle – niczym za pojawieniem się magicznej różdżki, którą w tym przypadku jest Matt – zmienia się w sensacyjno-kryminalną pogoń za cynglami rosyjskiej mafii i tajemnicą głębokiej PRL, która mogłaby wstrząsnąć opinią publiczną niejednego państwa. 
Fantastyczne połączenie polityki i historii z barwnymi opisami pogoni niczym z najlepszych amerykańskich produkcjach filmowych (a przecież tylko na trasie Jelenia Góra – Kowary), strzelaniny, zabójcze ostrza, tajne dokumenty, świetnie wyszkoleni ludzie, a na szczycie tego przepysznego i wybuchowego tortu... bomba atomowa. Po prostu majstersztyk.
Autor genialnie wykreował głównego bohatera. Postać Matta jest realistyczna, pełnokrwista, intrygująca. Jego przeszłość, przeszkolenie, doświadczenia, jakie nabywał przez lata to tylko wierzchołek góry lodowej. Już trochę mniej przekonywała mnie Oliwia, za to rewelacyjnie spisały się osoby "grające na dwa fronty". Ten zdradził, tamten zakombinował, ten znowu okazał się kimś zupełnie innym. Powstające dzięki temu zwroty akcji były znakomite i zaskakujące. Przyznaję, że co chwilę byłam zaskakiwana, tak samą akcją, jak i tymi bohaterami właśnie.
Nie mam pojęcia ile prawdy jest w tej tajnej akcji przeprowadzanej za czasów Gierka, która stała się główną osią powieści. Chętnie bym się jednak dowiedziała czegoś więcej na ten temat. Albo... przeczytała kolejną powieść, w której przedstawiono tamte czasy i zdarzenia. Oczywiście pióra Wolffa.
Fantastycznym wręcz pomysłem było również stworzenie tropiciela, który... tropił innego tropiciela. W pewnej chwili zgłupiałam, a panowie robili między sobą naprawdę niezłe podchody. Może i Wy zapytacie pod koniec, kto tak właściwie był tytułowym tropicielem...
Autor posługuje się żywym, bardzo przystępnym językiem, który wpada w ucho, czy oko. Sprawia to, że czytanie jest naprawdę czystą przyjemnością. Jeśli dodać do tego bardzo udaną korektę, to otrzymujemy książkę najwyższej klasy. I jeszcze ta wspaniała okładka, której wszystkich zalet nie jesteście w stanie dojrzeć na zdjęciu powyżej.
Jeśli mam się czepiać, to znalazłam jeden błąd, którego pewnie większość i tak nie zauważy...





Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu WARBOOK




Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz