Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

czwartek, 22 listopada 2012

Walka światów - Henri Allorge

Wydawnictwo: Biblioteka Iskier Książnica-Atlas
Lwów-Warszawa 1928
Oprawa: twarda
Liczba stron: 164
Przekład: Włodzimierz Topoliński
Ilustracje: Stefan Norblin
ISBN: brak (w owym czasie numerów tych nie nadawano)




Niesamowita, nietuzinkowa, zaskakująca. To tylko kilka określeń, które przychodzą mi na myśl, kiedy mam powiedzieć (czy napisać) coś o „walce światów” Henri Allorge’a.
To historia zupełnie inna, niż wszystkie, które dotychczas znałam. Możnaby się przecież domyślać, jak będzie wyglądała powieść o Marsjanach, a tu… niespodzianka.
„Walka światów” ma zaledwie 164 strony, jednak przez jedną trzecią objętości, nie mamy zupełnie pojęcia, o czym traktuje. Przynajmniej z treści nie możemy tego wywnioskować.
Otóż poznajemy głównego bohatera, Nikodema Azarda, nazywanego przez autora po prostu Nikiem. Ten niesamowity człowiek, który para się po trosze matematyką, astronomią i sztuką, a także przyjaźni się serdecznie ze swym zwierzyńcem: gęsią Dziubą, kotką Lubą, krukiem Czarusiem i psem Madejem przysporzy nam wiele radości. Jest bowiem postacią tak niesamowitą i ciekawą świata, jak rzadko który chyba bohater literacki. Niczego się nie boi, gotów jest dla nauki poświęcić naprawdę wiele, a jeszcze więcej dla ratowania swej kuzynki i być może przyszłej małżonki, która – zgodnie z jego imaginacją – z pewnością jest piękna.
Przemierzamy z nim początkowo jedynie trasy z Paryża do jego „Swawolnego Zakątku”, który jest miejscem nadzwyczajnym, później jednak przyjdzie nam z nim wsiąść na pokład statku i podążyć za zaginionymi transatlantykami.
Marsjanie, czy też raczej Areanthropowie pojawią się dopiero w okolicy pięćdziesiątej stronicy, by zadziwić swym wglądem i zachowaniem. Jakie są ich cele? Co zrobią z naszą planetą i jej mieszkańcami oraz czy ludzkość będzie ich potrafiła przekonać, że powinna dostać swą szansę? Wszystkiego dowiecie się czytając tę wyśmienitą historię francuskiego autora.
Dodatkowym atutem jest tłumaczenie – moim zdaniem genialne i urocze. Typowe dla początków dwudziestego stulecia, z temi wszystkiemi pięknemi wyrazami, czarującemi postaciami i zaskakującemi historiami. Język polski był wówczas doprawdy fascynujący i aż łezka się w oku kręci, gdy się go spotyka. Co prawda nie jestem w stanie stwierdzić, jak się spisała korekta, ponieważ mnóstwo wyrażeń dziś pisanych osobno, w tamtym czasie pisano razem i odwrotnie, w związku z czym zamilknę. Jedną literówkę znalazłam, co do reszty – nie mogę się wypowiedzieć.
Wspaniałym dodatkiem do tej historii są ilustracje Stefana Norblina (znanego polskiego artysty plastyka, malarza, ilustratora i plakacisty tamtych czasów) – dodają opowieści dreszczyku. Szczególnie mocno oddziałuje (oddziaływa?) ilustracja, która znalazła się również na okładce. Czy tak wygladają właśnie ludzie z czerwonej planety? Cóż, odpowiedzi na razie nie poznaliśmy, jednak zdecydowanie bardziej podoba mi się ta wizja od klasycznych zielonych ludków z antenkami na głowach, a troje oczu Areanthropów budzi grozę.
Jestem w stanie uwierzyć, że „walka światów” czytana w latach dwudziestych, czy nawet trzydziestych była w stanie czytelnika przestraszyć, choć dzisiaj bardziej śmieszy, Nie w sposób prześmiewczy – po prostu jest ciepłą i przyjemną opowieścią, która raczej większej grozy nie budzi. Wszakże historii o atakujących nas kosmitach znamy aż za wiele, a nasze poczucie estetyki i bariera strachu zostały znacznie przesunięte przez ostatnie dziewięćdziesiąt lat. Mimo to gorąco polecam tę pozycję, ponieważ – mimo swej niezaprzeczalnej wiekowości – jest powiewem świeżości.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz