Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

środa, 29 kwietnia 2015

Bractwo nieśmiertelnych – Vladimir Wolff

Wydawnictwo: WARBOOK
Ustroń 2015
Oprawa: miękka
Liczba stron: 332
ISBN: 978-83-64523-31-1







Niezmiernie ucieszyłam się, gdy dotarły do mnie wieści, że szykuje się ciąg dalszy przygód (a właściwie zupełnie nowa przygoda) znanego czytelnikom z "Tropiciela" Matta Pulaskiego. Czy "Bractwo nieśmiertelnych" jest równie dobrą lekturą, jak "Tropiciel" i z jakim przeciwnikiem tym razem będzie się musiał zmierzyć amerykański agent, którego ojciec jest Polakiem, a matka Indianką? Przekonajcie się sami.
Dziwiłam się przez pierwsze pięćdziesiąt stron, ponieważ o Pulaskim ani widu, ani słychu. Pojawia się bodaj na stronie 53. Dopiero? Dlaczego tak? Jak to, przecież jest głównym bohaterem, może już nie tytułowym, ale jednak. Otóż, choć Matt jest w nowej powieści Wolffa bardzo ważny, to chyba jednak nie on gra tu pierwsze skrzypce. Szczerze mówiąc, podoba mi się taka zmiana, taki powiew świeżości. Szczególnie, gdy wziąć pod uwagę niesamowite upały, jakie panują w Polsce i z jakimi przyjdzie się bohaterom zmierzyć. A upalne powietrze i niespełniające się prognozy zwiastujące ochłodzenie to jedynie drobiazg przy aferze, jaka właśnie wybucha na terenie III RP. Południowoamerykański kartel narkotykowy wysyła tu swoich ludzi, którzy – powiedzmy sobie szczerze – nie stronią od "towaru", który powoduje u ludzi wzrost sił fizycznych, daje im więcej wiary w siebie i czyni naprawdę niebezpiecznymi, niebojącymi się niczego wojownikami. Atak zombie, o którym wspomniano na tylnej okładce, na szczęście nie jest rzeczywisty, bo gdyby był, powieść straciłaby pewnie sporo w moich oczach. Nie mogę pojąć tej fascynacji zombie, a tym bardziej wpychania ich w lektury gdzie popadnie. Trochę się przestraszyłam, kiedy czytałam tę okładkową zajawkę, ale żadnych bezmózgich potworów nie było.
Zacznijmy jednak od początku. Po aferze opisanej w "Tropicielu" Oliwię przeniesiono do Krakowa. Nie jest z tego powodu szczęśliwa, nudzi się biurową pracą i marzy o jakimś konkretnym zadaniu. Do tego wciąż jest zła na Matta i zawiedziona tym, że zerwał z nią kontakt. Kiedy więc natrafia, zupełnie przez przypadek, na nie do końca dla niej oczywistą i naturalną śmierć obcokrajowca, zaczyna węszyć. Z pewnością nie przypuszcza, że ma to jakikolwiek związek z okrutnym morderstwem starego profesora, który był znanym i poważanym ekspertem zajmującym się historią i kulturą Inków. Jego największym marzeniem było odnalezienie pewnego inkaskiego skarbu i odczytanie kipu. Kipu? Cóż to takiego? Możecie, oczywiście, sprawdzić w encyklopedii i prawdopodobnie coś niecoś się dowiecie. Ja jednak doradzam sięgnięcie po "Bractwo nieśmiertelnych". Chociaż encyklopedia to wspaniała księga wiedzy, najnowsza powieść Wolffa jest z pewnością bardziej zjawiskowa i przepełniona akcją.
Wydawnictwo reklamuje książkę, twierdząc, że znajdziecie w niej: "Królewskie skarby, tajemnice i trupy. Dużo trupów". Zapewniam Was, że nie przesadza z tym opisem. Trup ściele się tu tak gęsto, że ani czytelnik, ani bohaterowie nie są w stanie ich zliczyć. Przyznać też należy, że całkiem sporo z tych, którzy ostatecznie przechodzą do następnego świata, umrze śmiercią naprawdę okrutną, której opis przysparza czasem dreszczy i powoduje odruch wymiotny.
Matt i Oliwia znów starają się rozwikłać tajemnicę sprzed lat (jak również wieków). Podróżują po Polsce, a nawet po odległych rubieżach Ameryki Południowej. Ich przeciwnik jest sprytny, bogaty i szanowany przez wiele ważnych osobistości. I bardzo, naprawdę bardzo niebezpieczny. Ma cel, marzenie, które napędza go do działania. Nie podda się za żadne skarby. Cóż, że musi na rzeź wysyłać dziesiątki swych ludzi. Cel wszakże uświęca środki, a "tron" inkaskiego króla wciąż, od wieków, pozostaje nieobsadzony.
Spisek, tajemnica, niespodziewana zdrada. Wielkie indiańskie skarby zrabowane przez Europejczyków i znane jedynie nielicznej garstce pasjonatów kipu. Pościgi, strzelaniny, narkotyk, którego działanie jest Polakom zupełnie nieznane, a którego efekty można określić jako naprawdę niesamowite (wyobraźcie sobie takich kolumbijskich czy boliwijskich berserkerów) i do tego bohaterowie, do których czytelnik zdążył się już w pewnym stopniu przywiązać w czasie lektury "Tropiciela". Każdemu, kto czytał wcześniejsza powieść Wolffa i ta przypadnie do gustu, choć jest w nieco innych klimatach i nie mam tu na myśli jedynie pogody.
Dobra korekta (bodaj trzy literówki) i redakcja, do tego intrygująca okładka, czego chcieć więcej? Otóż zakończenia, które by mnie porwało. Tym, które zaoferował Autor zdecydowanie się zawiodłam. Jakby już mu się skończyły pomysły, a czas gonił, by powieść oddać do wydawnictwa, więc poszedł na łatwiznę.  Poza tymi ostatnimi kilkoma stronami książka jest rewelacyjna.








Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu WARBOOK

Książka przeczytana w ramach Wyzwania:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz