Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło


Moja recenzja została zamieszczona na okładce powieści "Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy" Erin Hunter

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – "Niewidzialna korona"

sobota, 18 stycznia 2014

Promując siebie i literaturę

Kochani, zanim pojawi się tu kolejna recenzja (już dzisiaj, już niedługo), chciałabym się... pochwalić? Po prostu podzielić z Wami ciekawostką. 
Otóż w czym rzecz. Wywiady z gwiazdami to rzecz popularna i raczej nikogo nie dziwi. Celebryci opowiadają o swoim życiu, o przyjaźniach, o romansach, o stanie kont. Czasem o swoich problemach, nieraz o rzeczach naprawdę ważnych. Niektórzy biorą udział w różnych akcjach społecznych, niosąc pomoc innym. Do tego jesteśmy przyzwyczajeni.
Tym dziwniejsze więc może się wydawać, że ktoś zechciał przeprowadzić wywiad ze mną. W końcu niczego jeszcze nie wydałam, z niczego jakoś specjalnie nie zasłynęłam. A jednak... Okazuje się, że niektórzy uważają mnie za ciekawą osobę i bardzo mi to pochlebia. Nie, nie zamierzam wpaść w samouwielbienie. Wiele ciężkiej pracy przede mną, gdyż teraz nabrałam dodatkowej mocy, Cóż, co innego tonie spełnić własnych oczekiwań, a co innego powiedzieć o swoich planach i potem się z nich nie rozliczyć. A powiedziałam w sieci, więc trochę ludzi ma okazję się o nich dowiedzieć.
Cieszy mnie, że ktoś jeszcze chce przeprowadzać wywiady ze zwykłymi ludźmi. Że nadal liczy się słowo obywatela nieznanego, co wcale nie znaczy pospolitego. Każdy z nas ma coś do powiedzenia, każdy jest w pewien sposób ważny. Ja też się tak poczułam... nie będę temu przeczyć. Przez jedno krótkie popołudnie chodziłam napuszona z dumy, jak ten paw. A co, raz można. Teraz wracam do pracy, a Was zapraszam do przeczytania wywiadu, którego udzieliłam na: http://pomia.pl/component/content/article/248-aktualnosci/wywiady/2279-wywiad-ewa-skalec



niedziela, 12 stycznia 2014

Pułapka Tesli – Andrzej Ziemiański

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2013
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 295
ISBN: 978-83-7574-886-4





To moje pierwsze spotkanie z Ziemiańskim. Jak wypadło? Bardzo pozytywnie. Co mnie skłoniło do sięgnięcia po tę książkę? Dwa elementy. Po pierwsze (choć naprawdę było to drugorzędne) – urzekająca okładka. Po drugie (i najważniejsze) – tytuł, w którym wymienione jest nazwisko Tesli. Kto nie wie, kim był Nikola Tesla, niech szybko sięga po książki, albo chociaż poświęci chwilę na przeczytanie jego biografii na Wikipedii. Warto, naprawdę. ja postacią serbskiego wynalazcy jestem zachwycona już od kilku lat i kiedy tylko dowiaduję się, że w jakiejś książce się pojawia, muszę ją przeczytać. Tak samo jest z filmami i serialami – po prostu muszę je obejrzeć, nawet, jeśli biedny, zapomniany przez nam współczesnych Nikola, jest tam tylko "przelotem". Trudno wytłumaczyć to przyciąganie i myślę, że to nie miejsce na takie wywody. Grunt w tym, że dzięki postaci tego geniusza miała okazję zapoznać się z ciekawą twórczością Ziemiańskiego. Może nawet przekonam się w końcu do jego sztandarowej "Achai"...
Na zbiór składa się zaledwie pięć tekstów, a objętość całej książki to niecałe 300 stron. Szkoda, bo chciałoby się więcej. Czuję pewien niedosyt.
Bardzo spodobało mi się pierwsze opowiadanie pod tytułem "Polski dom". I choć gdzieś w połowie tego króciutkiego (niecałe 10 stron) tekstu domyśliłam się już zakończenia, to nadal bardzo mi się podoba. chciałabym wiedzieć, że jeśli mojej rodzinie przydarzy się kiedyś zagubić w nieznanej okolicy, z chorym dzieckiem i beż żadnej możliwości powrotu do cywilizacji – na naszej drodze pojawi się taki hrabia Bartkowski i ugości nas, zgodnie z polską gościnnością, w swym pałacyku, zameczku, czy choćby przybudówce dla służby, bylebyśmy nie stali w deszczu i nie zamarzali na śmierć.
Drugi tekst może być dla niektórych wstrząsający. Jako że przypomniał mi w pewnym sensie opowiadanie Michała Gacka ("Pora karmienia" w zbiorze "Kronika koszmarów"), to zrobił trochę mniejsze wrażenie. Mimo wszystko jednak uważam go za bardzo ciekawe opowiadanie – trochę kryminał, trochę thriller, w polskiej, a dokładnie wrocławskiej rzeczywistości, z ciekawym zakończeniem. Tu rzec należy, że Ziemiański pisze ciągle o Wrocławiu, sprowadzając swe ukochane miasto do roli jednego z bohaterów, a nie tylko tła dla historii. Bardzo o ciekawy zabieg i dodaje tekstom Ziemiańskiego smaczku. Szczególnie z pewnością docenić go mogą mieszkańcy tego pięknego miasta. O czym jest "Wypasacz"? O mężczyznach i kobietach. O straszliwym sekrecie, który ma być dowodem na prawdziwą miłość. O trudnych wyborach i sposobie, w jaki można określić, kto jest piękny, a kto nie. Nie wszystko jest w tym świecie takie jasne i oczywiste, jakby tego sobie życzyli kreatorzy mody i ikony stylu.
"Pułapka Tesli", czyli opowiadanie, z którego tytuł zaczerpnął cały zbiór... Moim zdaniem najlepsze i to nie tylko dlatego, że w końcu pojawia się w nim sam wynalazca. Czytając je oglądamy niejako dwa światy. Współczesny Wrocław i Darka, który dostał nietypowe zlecenie – zabić człowieka, który zmarł przed siedmioma dekadami. pomagać mu będzie (choć czy na pewno?) piękna Lucy. Druga rzeczywistość to czasy wielkich wynalazków – podsłuchamy liczne rozmowy Edisona, Bella i Marconiego, którzy spiskują przeciw Tesli. Spotkamy też i Serba, który buduje wielka wieżę i marzy o dokonaniu odkrycia, jakiego nikt jeszcze sobie nie wyobrażał. Czy się powiedzie? Czy ktoś to zauważy i jakie będą skutki? Czy rzeczywiście każdy z nas ma swoją aurę, coś, co można zmienić? I jaki w tym wszystkim udział będzie należał do Darka? Fantastyczne opowiadanie z równie genialnym zakończeniem. 
"Chłopaki, wszyscy idziecie do piekła" to zdecydowanie najsłabszy element tego zbioru. Zapowiada się ciekawie, potem jest całkiem dobrze, aż nagle jakiś kompletny spadek, po czym zakończenie, które niczego nie wnosi, niczego nie tłumaczy, niczego nie... kończy. Zupełnie go nie pojęłam. Znów jesteśmy we Wrocławiu, ale w przyszłości. Niezbyt dalekiej, mam nadzieję jeszcze chodzić po Ziemi, choć wolałabym, by mój świat na emeryturze wyglądał nieco barwniej. Krzysiek Walicki z pewnością nie sądził, że cały czas jest chroniony przez parę doskonale wyszkolonych ludzi, którzy gotowi są na wszystko, byle tylko włos mu z głowy nie spadł. Kiedy pozna rodzeństwo, Majkę i Maćka Śleszyńskich, wszystko się zmieni. Dowie się, że jego udziałem jest Przeznaczenie przez naprawdę wielkie P. Przepowiednie, które znają Majka i Maciek ukazały się na długo zanim Krzysiek miał się pojawić na świecie. Cóż z tego? Czy przyjmie ich pomoc, czy nią gardzi? Czy przeznaczenie jest nieodwołalne, czy może jednak przyszłość można zmienić? Ziemiański stawia ciekawe pytania i naprawdę bardzo szkoda, że nie udaje mu się tego lepiej rozwiązać.
Na zakończenie takie troszkę cpeery, trochę a'la "Incepcja", trochę jakby gry komputerowej... Czyli "A jeśli to ja jestem Bogiem?" – opowiadanie o leczeniu psychiatrycznym, choć przez architekta, w klinice prywatnej, do której trafiają tylko ludzie z naprawdę pełnymi portfelami (a właściwie kontami, na których jest wiele zer poprzedzonych inną cyfrą). Może i słowo leczenie nie jest tu odpowiednie, bo nie o to w tym wszystkim chodzi. Bardzo dobry pomysł, by pokazać moc snów, by zadać ważne pytania, czy śniąc jesteśmy nadal sobą i... co się dzieje z naszymi snami, kiedy się obudzimy. Ciekawie stworzone postaci, wartka akcja i wspaniale, plastycznie oddane mary senne. Opowiadanie naprawdę godne polecenia.
Co do całości. Można dopatrzeć się elementu wspólnego, czy też wspólnego bohatera – Wrocławia. Czy jednak można "Pułapkę Tesli" nazwać antologią? Nie posuwałabym się aż tak daleko. To bardzo udany zbiór, który przypadł mi do gustu. Pozwolił zastanowić nad kilkoma ważkimi sprawami, jednocześnie dostarczając rozrywki. Trochę przestraszył, trochę rozbawił. Jestem zadowolona, choć... Pilipiuka Ziemiański nie pobije.
Ładnie wydana, jak przystało na Fabrykę słów, choć bez ilustracji, a może by się przydały. Dobrze zredagowana. Czegóż więcej chcieć? Kolejnych opowiadań na wysokim poziomie...




Książka przeczytana w ramach Wyzwania

Książka przeczytana w ramach Wyzwania

sobota, 11 stycznia 2014

Jantar i Słońce – Joanna Terka

Wydawnictwo: Astra
Łódź 2008
Oprawa: Miękka
Liczba stron: 217
ISBN: 978-83-89727-37-4



Przeczytanie tej książki zaproponowała mi sama Autorka. Nieczęsto się to zdarza, więc z chęcią przystałam. Zresztą już w zeszłym roku postanowiłam się otworzyć na to, po co normalnie wcześniej sama nie sięgałam i muszę przyznać, że bardzo pozytywnie się zaskoczyłam i to kilka razy. Oczywiście były też błędy, ale takie życie. 
Dlaczego sama bym po tę powieść nie wyciągnęła moich librofilskich (ojej, jakie mi słowotwórstwo wyszło...) łapek? Okładka. Niby powiedzenie znane już z czasów naszych prapradziadów mówi wyraźnie, by książki po okładce nie osądzać, a jednak... Cóż, jestem tylko człowiekiem. Okładka mi się nie podoba – mam wrażenie, że to polska manga. Nie mam absolutnie nic przeciwko temu gatunkowi, kiedyś byłam wielką fanką, jednak nie tego teraz szukam. Na szczęście to jedynie okładka, w środku zaś wiele stron opowieści. Opowieści ciekawej, która wciąga, choć początkowo wydaje się bardzo prosta.
W gruncie rzeczy samo założenie nie jest jakieś wielce skomplikowane. Jantar należy do rasy Kromelian. Pewnego dnia odkryli oni, że wszelkie kataklizmy i klęski żywiołowe, które przytrafiają się ich ukochanej planecie spowodowane są... tym, co dzieje się na bliźniaczej Ziemi. Wysłali więc statek pełen najlepszych agentów, którzy wysyłani są na Ziemię z misją... zabicia ludzi, którzy mają wyrządzić obu planetom "krzywdę". Proste? Raczej tak. Jantar jest najlepsza agentką i dotychczas wszystkie miejsce wypełniała na medal. Coś się jednak zmieniło. Zakochała się w... swojej ofierze. Teraz staje przed Radą i wie, że spotka ją surowa kara. Nie to jest jednak najtrudniejsze do zniesienia. Co się stanie z ukochanym Marcusem i... Dalej nie zdradzę.
Różnice czasu pomiędzy Ziemią a statkiem Kromelian są kolejnym powodem licznych problemów, a właściwie również powodem tego największego. Jantar nie wie już, komu może ufać, a kto ja zdradzi. Choć tak naprawdę to ona zdradza... swój lud, swoją planetę. Z miłości do mężczyzny. I z jeszcze jednego ważnego powodu, którego nie zamierzam Wam wyjawiać, by nie psuć frajdy z czytania. Frajdy naprawdę sporej.
Autorka pisze prosto, ale bardzo malowniczo. Czułam się, jakbym oglądała barwny film, widziałam twarze bohaterów, szczególnie Jantar, która ma nieprawdopodobne zdolności), czułam delikatną morską bryzę. Ta plastyczność jest olbrzymim plusem powieści. Odwiedzamy Marsylię, Norwegię, statek Kromelian, a każde z tych miejsc zapada w pamięć.
Choć w powieści jest kilka wątków, które nie zostały do końca wyjaśnione, choć znalazłam parę nieścisłości, które zaburzają logikę i czasoprzestrzeń, a w całej tej science-fiction tak naprawdę niewiele jest elementów science... "Jantar i Słońce" wciągnęła mnie całkowicie. Przeczytałam za jednym zamachem i chciałam od razu jeszcze. Na szczęście Autorka pisze ciąg dalszy, a pierwsze rozdziały drugiego tomu można przeczytać na jej fanpage'u.
Co ciekawe, powieść ta może nie jest najwyższych lotów, a jednak czyta się rewelacyjnie i... nie zapomina po pięciu minutach. Mamy tu bowiem spisek, pościgi, miłość, przyjaźń i wielkie tajemnice. Wszystko, czego potrzeba, kiedy za oknem szaro, buro i zimno. Polecam, mimo kilku błędów (mam nadzieję, że zostaną one usunięte w planowanym drugim wydaniu).



Za książkę dziękuję Autorce




Książka przeczytana w ramach Wyzwania
 

piątek, 10 stycznia 2014

To, co zostało – Jodi Picoult

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Warszawa 2013
Oprawa: Miękka
Liczba stron: 558
Przekład (z angielskiego): Magdalena Moltzan-Małkowska
Tytuł oryginału: The storyteller
ISBN: 978-83-7839-604-8



Jodi Picoult jest bardzo poczytną autorką, której książki przetłumaczono już na 34 języki. W samej tylko Polsce znaleźć można na półkach księgarskich aż 23 tytuły. Jak to się więc stało, że wcześniej na nią nie trafiłam? Proste. Przyklejono jej etykietkę "Kobiety to czytają!", która mnie szczerze zniechęca do wszystkiego. Nie cierpię takiego szufladkowania, szczególnie, że często książki, które są polecane kobietom to niezbyt wysokich lotów romansidła. Da się je przeczytać, choć nie wszystkie, ale od razu się o nich zapomina i zalegają jedynie na półkach. Jestem więc bardzo zadowolona, że dostałam taki właśnie prezent na imieniny, gdyż sama bym pewnie w ogóle na tę półkę w księgarni nie spojrzała. 
Biorąc w rękę powieść amerykańskiej autorki raczej nie spodziewam się, że będę czytała (przynajmniej w dużej mierze) o... Polsce. Muszę przyznać, że mnie to zaskoczyło, a jednocześnie bardzo ucieszyło. i to chyba jedna z niewielu spraw, które w czasie lektury tej powieści rzeczywiście cieszą. Bo jakże cieszyć się, gdy czytamy o losach Minki, żydowskiej dziewczyny z Łodzi, która wraz z rodziną trafia do getta, a później snuje się od jednego obozu koncentracyjnego do drugiego? Jakże cieszyć się, gdy pewnego dnia starszy pan z sąsiedztwa prosi Sage o to, by pomogła mu umrzeć? Jak cieszyć się, kiedy twój przyjaciel przyznaje się, że był esesmanem, zabijał ludzi, mordował niewinnych? Cieszyć się? O, nie? Zapomnieć? Wybaczyć? Pomóc? A jeśli... Czy to będzie pomoc, czy po prostu morderstwo? Czy będzie oznaczać wybaczenie, czy będzie zwykłą zemstą, aktem nienawiści? "To, co zostało" jest powieścią bardzo złożoną, próbującą odpowiedzieć na wiele trudnych pytań, z którymi przyszło się zmierzyć każdemu czytelnikowi. Och, nie chciałabym nigdy stanąć na miejscu Sage i musieć podjąć takie decyzje, jakie były jej udziałem.
Po kolei jednak.
Sage ma swoje własne życiowe problem. Straciła oboje rodziców, z siostrami utrzymuje sporadyczny kontakt. Czuje, że obwiniają ją o śmierć matki, w związku z czym raczej stara się ich unikać. Poza tym ma na twarzy blizny i to chyba jej największy problem. Wszystkie problemy kładzie na karb śmierci mamy, z którą to śmiercią poradzić sobie nie potrafi. Unika ludzi, pracuje w nocy (jako piekarz i prace tę szczerze kocha), spotyka się z żonatym facetem (pracującym w zakładzie pogrzebowym), bo nie wierzy, że ktoś normalny,wolny i przystojny mógłby się nią zainteresować. Zwykła zakompleksiona młoda kobieta z kilkoma niestandardowymi wspomnieniami. Od trzech lat chodzi na spotkania grupy terapeutycznej. Liczy, że pomoże jej to pogodzić się z odejściem matki. Tam właśnie pewnego dnia poznaje Josefa – starszego pana z sąsiedztwa, który przez wiele lat uczył w szkole i jest bardzo lubianym i szanowanym człowiekiem. Powoli się zaprzyjaźniają, bo przecież Sage nie tak łatwo nawiązać znajomość. Wygląda na to, że wszystko teraz ułoży się w miarę dobrze, aż pewnego dnia... Joseph prosi dziewczynę, by pomogła mu umrzeć. Wstrząśnięta dziewczyna próbuje pojąć, jakimi kieruje się przesłankami. Josef niczego nie chce ukrywać. W przeszłości był esesmanem, brał udział w masowych mordach na ludności żydowskiej. Liczy na wybaczenie i odejście w spokoju. Dlaczego Sage? Ponieważ i ona jest Żydówką (a przynajmniej jej rodzice byli Żydami, choć ona odcięła się od wiary przodków). 
Opowieść Josefa jest o tyle wstrząsająca, że przecież, jak każdy z nas, był kiedyś zwykłym dzieckiem, nastolatkiem. Miał rodziców, brata, ładny dom. Szkołę, za którą nie przepadał. Jak tysiące niemieckich dzieciaków w tamtych czasach dał się wciągnąć w nazistowską machinę śmierci. Co się stało, co go odmieniło? Czy każdy z nas mógłby, jak on..? Wstrząsające wyznanie...
Sage jednak nie wierzy. To niemożliwe. Zresztą nawet, gdy podzieli się swym problemem z najlepszą przyjaciółką i jednocześnie pracodawcą... Któż mógłby w to uwierzyć? Policja? FBI/ Nie, nikt nie daje wiary jej słowom. Wszakże kto słyszał o zbiegłym naziście, który nagle, niespodziewanie i zupełnie bez powodu przyznaje się, że mordował setki, tysiące bezbronnych istot? W końcu zostaje skierowana do Wydziału Praw Człowieka i Specjalnych Spraw Karnych Departamentu Sprawiedliwości., konkretnie zaś do Leo Steina. teraz dopiero zacznie się prawdziwe "śledztwo". Jednak i tu możecie się zdziwić, gdyż zamiast wielkiego, rozdmuchanego procesu, sali sądowej, dziesiątków dziennikarzy i kilku świadków mamy... jednego świadka. Minkę, babcię Sage. Minkę, która opowie swoją historię, nawet nie wiedząc, do czego zmierza jej wnuczka. Nawet historia Josefa zostaje przyćmiona tym, co ma do powiedzenia Minka. Życie w getcie, obozy koncentracyjne... Ciągła walka o przetrwanie, o życie, a czasem "tylko" o godną śmierć. Mika opowiada bez oceniania. Nie wszyscy Niemcy byli źli, nie wszyscy Polacy, nie wszyscy Żydzi to nieskazitelne postaci godne bycia wzorem dla następnych pokoleń. Człowiek jest człowiekiem, niezależnie od koloru skóry, włosów, czy długości nosa. Niezależnie od wyznawanej wiary i języka, jakim się na co dzień posługuje. I to chyba najważniejsza lekcja płynąca z tej opowieści.
Niektórym może się więc wydać, że uczucie, które pojawia się pomiędzy Sage i Leo jest błahe, bezsensowne, że przy tych wszystkich upiornych wydarzeniach, o których wcześniej pisze, Picoult za wszelką cenę chce uczynić te powieść lżejszą, bardziej przystępną, bardziej pop... Ja jednak mam zupełnie inne zdanie. Dzięki temu, że połączyła ważne tematy (Holokaust, wybaczenie, zapomnienie) z prozą codziennego życia (romans z żonatym mężczyzną, odsunięcie się od sióstr, ukrywanie przed ludźmi swojej blizny) sprawia, że powieść staje się jeszcze bardziej wiarygodna. nie jest bowiem poematem o grozie i okrucieństwie, ani o wielkich czynach i ogromnej odwadze, chęci życia milionów gnębionych i tępionych przez hitlerowców ludzi. To opowieść o życiu, o wszelkich jego przejawach. O tych jasnych dniach i ciemnych nocach, a czasem, ciemnych dniach w popiołach z krematorium i jasnych nocach w piekarni. Picoult udało się połączyć dwa światy (a właściwie trzy, bo mamy jeszcze przecież Anię i Aleksandra) w jedną całość i nie zrobić przy tym zbyt wielkiego zamieszania. Wszystko się uzupełnia. Jeden umiera, drugi się rodzi. A ludzie? Ludzie niestety nie zawsze uczą się na błędach z przeszłości... Świat niczego się nie nauczył. Rozejrzyj się. Nadal mamy czystki etniczne. (…) Byłam pewna, że przeżyłam po to, aby coś takiego nigdy już się nie zdarzyło, ale chyba się myliłam. Bo to wciąż się dzieje, Sage. Każdego dnia, wyznaje z troską Minka.
No właśnie – Ania i Aleksander. Wspaniały pomysł na wplecenie tych bohaterów, niebanalna opowieść o upiorze, który ma przecież ludzką twarz. O tym, że ludzie zawsze boją się nieznanego. Na dodatek przez mniej więcej połowę książki nie wiadomo, kim naprawdę są Ania i Aleksander, a kiedy już się tego dowiadujemy... Nie zdradzę, ale ja byłam zaskoczona i bardzo mi się takie rozwiązanie spodobało.
Czytałam książkę przez całą noc, aż zrobiła się piąta. Gdyby teraz było lato, kończyłabym ją kiedy już jest jasno. Nie mogłam się oderwać. Tłumaczyłam się sama przed sobą (korzystając z mojego najlepszego, niezawodnego kłamstwa), że jeszcze tylko do końca rozdziału, jeszcze tylko strona, może jeszcze tylko ten krotki fragment o Ani, jeszcze tylko... I już tak do końca, przez ostatnie sto stron. Nie żałuję zakończenie wbiło mnie w poduszkę i nadal jeszcze (po tygodniu) przyprawia o dreszcze.
Uwagi do samego wydania? Nie rozumiem polskiego tytułu. Nie rozumiem go w ogóle. Ani jego sensu, ani tego, dlaczego tłumacz go sobie wymyślił, zamiast po prostu przetłumaczyć ładny tytuł oryginału. Tyle minusów, więc chyba nie macie wątpliwości, że warto, prawda?


wtorek, 7 stycznia 2014

2013 za nami, czyli podsumowanie czas wykonać

Zbierałam się, zbierałam, trochę już dni upłynęło, kiedy spojrzeć w kalendarz stojący nad biurkiem. Chyba już czas, moi Mili, choć ciężko jakoś, bo zupełnie nie wiem, od czego zacząć, tyle się działo...
To może tak:
W 2013 przeczytałam 80 książek (nie liczę tych, które zaczęłam, ale nie skończyłam). Razem wyszło tego 23.171 tysięcy stron. Dużo? Mało? Nie wiem. W tym roku zamierzam przeczytać więcej.
Nawiązałam współpracę z wydawnictwem Sowa. Dzięki ich uprzejmości zrecenzowałam dla Was trzy książki, w tym "Tajemnice Pigalonii", której recenzja była otwierana przez Was najczęściej. Poza tym również dwoje autorów poprosiło mnie o recenzje swoich książek: Michał Gacek i Joanna Terka. O pozycjach podesłanych przez Michała mogliście czytać już w 2013, powieść Joanny Terki znajdzie się na blogu lada dzień. 
Miałam okazję spotkać, ugościć i spędzić kilka godzin na rozmowie z autorem znanym na całym świecie, współautorem świata Diuny, piszącym również w universum Supermena, czy Star Wars... Kevinem J. Andersonem. 
Najfajniejsze książki? Te, które najbardziej zapady w pamięć, a przeczytałam je w 2013? Trochę tego jest. Choćby "W otchłani Imatry" Ławrowa, "Korona śniegu i krwi" Cherezińskiej, "Zima świata" Folleta, wspomniane "Tajemnice Pigalonii" Renerta, cały cykl Grzegorczyka o księdzu Groserze, "Ostatni wróg" Pipera (wchodzący w skład antologii "Złoty wiek SF"),, czy "Carska manierka" Pilipiuka. Najsłabsze? "Dziewiąty legion" Sutcliff (nie mój przedział wiekowy), "Czas Horusa" Abnetta (zdecydowanie nie moja bajka), "Syberia 2012. Dziennik podróży" Dlabogi (z powodu braku redakcji, roiło się od błędów) i "Lato Duńczyków" Peters (za duże oczekiwania po przeczytaniu kolejnego tomu cyklu).
W 2013 roku napotkałam na swej literackiej drodze dzieła takich autorów jak H. Beam Piper i Jan Grzegorczyk. To moi całkowici faworyci tego roku. Dochodzą do grupy moich ulubionych autorów. 
Blog? Ukazało się 79 postów. Niezbyt wiele, muszę przyznać. Nie będę się tłumaczyć brakiem czasu, tym, że miałam sporo tłumaczeń (dla wydawnictw: Solaris oraz Dobre Historie). Po prostu... ruszyłam w końcu z kopyta z projektem drugiego bloga, któremu w tym roku poświęciłam znacznie więcej czasu i nie żałuję. W końcu wyszło całkiem dobrze i jestem zadowolona z tego, jak obecnie wygląda Dla każdego... coś dobrego (http://fairyliterature.blogspot.com/)
Dune Fairytales zyskał nowych obserwatorów, cały czas reklamuję go na facebooku. Założyłam fanpage, ale przyznaję bez bicia – nie wykorzystałam tego potencjału i teraz zamierzam nadrobić (dzisiaj zaczęłam, zobaczymy, co z tego wyniknie).
Komentowaliście niewiele. Zaledwie 29 komentarzy przez cały rok, co daje niewiele ponad 2 miesięcznie. Smutno, bo zdarza się całkiem często, że wrzucam na fejsa informację o nowej recenzji i tam właśnie dostaję komentarze, a nie na blogu. To się zupełnie mija z celem i na razie jeszcze nie obmyśliłam, jak to zmienić. Ale myślę, myślę usilnie i w końcu  na jakiś genialny patent trafię.
To chyba tyle z podsumowań. Nie brałam w 2013 roku udziału w żadnych wyzwaniach literackich, dopiero gdzieś w połowie roku je odkryłam, w związku z czym podjęłam się dwóch teraz. Pozostaje liczyć na to, że i w 2014 trafię na fantastyczne lektury, podołam zadaniom, a Wy chętnie będziecie się zapoznawać z recenzjami i... może w końcu brać udział w dyskusjach na temat książek. Na blogu, a nie fejsie...


Zmierzch Orła – Frank S. Becker

Wydawnictwo: m
Kraków 2010
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 480
Przekład (z niemieckiego): Janusz Jurczyński SDB
Tytuł oryginału: Der Abend der Adlers
ISBN: 978-83-7595-154-7





Jak wiecie, a może i nie wiecie, dostaliśmy z Michałem z okazji ślubu książkę Franka S. Beckera pt. "Cena purpury". Recenzje do niej możecie zresztą znaleźć pod niżej opublikowanym linkiem. Dopiero jednak po zakończeniu lektury dowiedziałam się, że jest to właściwie drugi tom, dalszy ciąg przygód bohaterów. Spieszę więc powiadomić Was, ze ten pierwszy tom również za mną, a być może przed Wami. 
Przyznaję, że "Zmierzch orła" podobał mi się jeszcze bardziej. Może dlatego, że już wiedziałam, czego mogę się spodziewać. I nie chodzi o to, że znałam ciąg dalszy. Szczerze mówiąc, choć trochę wstyd, niezbyt wiele z "Ceny purpury" zapamiętałam, poza jakimiś głównymi watkami i postaciami. 
O czym to? Akcja dzieje się w okresie od 259 do 275 roku po narodzinach Chrystusa. Rzym chyli się powoli ku upadkowi. Wieczne miasto co i rusz napadane jest przez okolicznych (i nie tylko) barbarzyńców, najczęściej przez grasujących tu i tam Germanów. Możecie się jednak zawieść, jeśli liczycie na jakieś wielkie bitwy. Becker opowiada historię pojedynczych ludzi. Ludzi zamieszanych w wielką historię, mających na nią pewien wpływ, ale nieznanych z kart podręczników do historii. Owszem pojawią się na stronicach jego powieści kolejne imiona rzymskich cesarzy, najczęściej jednak po to tylko, by poinformować o ich zgonie (prawdopodobnie niezbyt naturalnym i raczej niespowodowanym starością, a spiskiem i walką o władzę).
Głównym bohaterem jest Flawiusz, które poznajemy jako dzieciaka, by właściwie po jednym rozdziale ujrzeć go w wieku młodzieńczym. Odtąd towarzyszymy jego życiu przez dobrą dekadę. Podróżujemy z nim wzdłuż i wszech Europy i Azji. Odwiedzamy Rzym, Babilon, Palmirę. Docieramy z nim do Persji. Po cóż? Czy naprawdę młodzi szlachetnie urodzeni Rzymianie nie mieli co począć ze swym życiem?
Flawiusz postanawia zdobyć majątek i pozycję. Przede wszystkim jednak marzy o tym, by odnaleźć swych rodziców. Piękną Germankę, Brygidę i dowódcę rzymskich legionów, Primusa. Oboje "Zapodziali się" gdzieś, kiedy był jeszcze małym chłopcem. Nie, żeby miłość wuja Juliusza mu nie wystarczała, jednak brak informacji o tym, co spotkało rodzicieli wywołuje jątrzącą się ranę, dziurę ziejącą pustką. A wiadomo, że akie dziury najlepiej jest po prostu zalepić...
Na swej drodze spotyka Flawiusz wielu ludzi – jak to w życiu bywa niektórzy staną się przyjaciółmi do przysłowiowej grobowej deski, inni zdradzą, oszukają, pojma w niewolę. Nie wszystko jednak, co na pierwszy rzut okaz wydaje się złe, takie musi być. Bo w czasie niewoli można spotkać dobra duszę, a w czasie tryumfu... Cóż, życie.
Najbardziej polubiłam Aqmat i to wcale nie dlatego, że znałam ja z dalszego ciągu historii. Dziewczyna przedstawiona na kartach "Zmierzchu orła" jest fantastyczną osobą. Sama nie pogardziłabym taka przyjaciółką. Gdy dodać do tego czasem trochę ciapowate zachowania Flawiusza, to nie wiem, co on by bez niej zrobił ze swym życiem. Druga postacią, którą bardzo sobie upodobałam był Ulixes – w pewnym stopniu nauczyciel, mentor, wzór cnót wszelakich, choć i on miał swoje sekrety i brudne porachunki. Jednak był tak ludzki, że aż czasami wydawało mi się, że wychodził z kart powieści po to tylko, by ze mną porozmawiać.
Spiski w schyłkowym okresie Imperium rzymskiego były chlebem powszednim, a Flawiusz i jego bliscy zostali wmieszani w niejeden z nich. Intrygi, zdrady, miłość, wielka historia w tle, ciekawi bohaterowie. Czegóż więcej chcieć? Powieść napisana tak, by wciągnąć nas w wir wydarzeń, przy okazji ma ładną okładkę i naprawdę dobra redakcję. Mogę Wam ją z czystym sercem polecić.




Frank S. Becker na Dune Fairytales:


Książka przeczytana w ramach Wyzwania

Burza. Ucieczka z Warszawy '40 – Maciej Parowski


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Poznań 2013
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 470
Ilustracje: Krzysztof Gawronkiewicz
ISBN: 978-83-7785-218-7



Macieja Parowskiego poznałam kilka lat temu – kiedy zaczęłam jeździć na konwenty fantastyczne i ogarniać jako tako polski fandom. Poznałam to chyba jednak za wielkie słowo. Spotkałam go, wysłuchałam kilka razy, zamieniłam parę słów. Dopiero z biegiem czasu zaczęło do mnie docierać, że to nie "autor jednej powieści", jak kiedyś o sobie powiedział, ale postać wyjątkowa i mająca naprawdę wiele do powiedzenia, szczególnie w temacie polskiej fantastyki. Pisarz, krytyk, felietonista, współtwórca komiksów, a przede wszystkim chyba redaktor pism takich jak "Fantastyka", "Nowa Fantastyka", czy "Czas Fantastyki" od ponad czterdziestu lat ma MOC kreowania polskiego rynku wydawniczego – tego, co czytamy: jakich autorów i jakie ich utwory. To postać nietuzinkowa i ważna... Dlaczego więc "Burza..." trafiła na moją półkę dopiero teraz, skoro pierwsze wydanie pojawiło się już niemal cztery lata temu? Otóż... w końcu zmądrzałam i mnie oświeciło. W końcu też nadarzyła się ku temu odpowiednia okazja i zamówiłam sobie taki właśnie prezent. Czy jestem nim usatysfakcjonowana? Przeczytajcie, a się dowiecie. 
Właściwie problem mam z tym, od czego zacząć. "Burza..." to nie po prostu kolejna książka, którą przeczytałam. To dzieło nadzwyczajne, bardzo złożone, zarówno w części fabularnej, jak i graficznej. wymagające sporego skupienia w czasie czytania, sporego obeznania w temacie dwudziestolecia międzywojennego i początków II wojny światowej. Nie chodzi jedynie o politykę, ale i kulturę, światopoglądy, ogólny styl życia. Ta złożoność  i wielość tematów lektury nie ułatwia, ale sprawia, że każde zdanie, każda strona to prawdziwa uczta intelektualna.
Może więc troszkę o treści i bohaterach. Z samego tytułu można wywnioskować, że akcja rozgrywa się w Warszawie w roku 1940. Dotyczy... No właśnie. Tytuł też trochę przewrotny, choć nie do końca. Częściowo prawdziwy, częściowo nie. Jak cała powieść. Jak, zresztą, przystało na dobra historię alternatywną. By za wielkiego rąbka tajemnicy Wam nie uchylić, a jednak zachęcić: owszem, Warszawa, tak – rok 1940. Ucieczka? Jest, ale nie taka, jakiej się spodziewacie. Niemcy tryumfujący, podbijający kolejne europejskie państwa. ZSRR nacierający ze Wschodu. Polski brak na mapach... Zaraz, zaraz. To nie tak. Wielki jasnowidz, Ossowiecki, pomylił się w swych czarnych wizjach. Ku pokrzepieniu serc – Polska zwyciężyła. Ku pokrzepieniu? No dobrze, nie przesadzajmy. W każdym razie Hitler zdyskredytowany, właśnie udaje się na wygnanie na Elbę, a odprowadzają go tam polskie niszczyciele "Burza", "Grom" i "Błyskawica". Jakże denerwujące są ich nazwy dla ex-fuhrera. Wszakże to właśnie burze z piorunami i wielkie ulewy sprawiły, że Polacy zwyciężyli w tym starciu. Przeprowadzili swój własny Blietzkrieg i stały się prawdziwą potęgą. Elba... Dziękuje Autorowi za te Elbę, choć serce trochę smuci się, że w jakiś sposób porównał Hitlera do, jakże przeze mnie uwielbianego, Napoleona.
Pokrzepienie serc? chyba jednak niekoniecznie. Wszakże zwycięzcy nie mają pojęcia, co by się mogło stać, gdyby przegrali. Oni żyją w swoim świecie, swojej rzeczywistości i jedynie niektórzy z nich są w ogóle w stanie wyobrazić sobie inny scenariusz jesieni 1939 roku. I te scenariusze są bardzo ciekawe. Spostrzeżenia tych właśnie bohaterów to oczko puszczone przez Parowskiego do ważnego i zorientowanego czytelnika. A już jego porównanie Pałacu Nauki i Kultury w Warszawie – który, nota bene nigdy w tym świecie nie powstanie, jako że Stalin za chwilę, lada moment upadnie i nigdy jego wpływy nie dotrą do naszej stolicy – do jakiegoś monstrum będącego skrzyżowaniem "kremlowskich wież z nowojorskim drapaczem chmur i szopką krakowską"... Wisienka na torcie czekoladowym z kremem maślano-waniliowym. Pyszne!
To wielkie zwycięstwo nie było zasłużone. To zwykły zbieg okoliczności. Jakieś jedno maleńkie wydarzenie z czasów przed wojną, które pozwoliło na uzyskanie troszkę większych możliwości. Kilka drobnych zmian, które prawdopodobnie do niczego by nie doprowadziły, gdyby nie wystąpiły równocześnie. no i te deszcze. A jednak, trudno się nie cieszyć, kiedy się wygrywa wojnę, kiedy się staje potęga. Szczególnie, gdy ma się na uwadze to, że Polska swego czasu taką potęgą w Europie była. Szczególnie pamiętając o tych ponad stu dwudziestu latach pod zaborami. Och, jakże się cieszą Polacy. Jakże chce im się żyć.
Warszawa. Stolica zwycięzców. Jesteśmy świadkami kongresu, na który zjeżdżają się obywatele – i to nie byle jacy – różnych państw. Na kartach książki spotkamy Witolda Gombrowicza, Witkacego, Ilję Erenburga, George'a Orwells, Arthura Koestlera, Alberta Camus, Bernarda Montgomery'ego, Edwarda Rydza-Śmigłego, Stanisława Sosabowskiego i... och, wielu innych, np. Alfreda Hitchcocka, Karola Wojtyłę, Marlenę Dietrich, Ingrid Bergman, Andrzeja Wajdę i bohaterów "Kamieni na szaniec". Wielość postaci może na początku trochę męczyć, jednak po kilku pierwszych, krótkich rozdziałach, docenicie ją i to bardzo.
Parowski wykonał kawał naprawdę dobrej rzemieślniczej roboty, a do tego wykonał to w iście artystyczny sposób. Prawdziwe małe arcydzieło. Zresztą nie takie małe, bo książka jest całkiem dużych rozmiarów, na dodatek bardzo ciężka, w dosłownym tego słowa znaczeniu. 464 strony wspaniałej lektury, do tego dość wyczerpująca i inspirująca bibliografia. duża czcionka. Grafiki pochodzące z komiksu "Burza" autorstwa Parowskiego i Gawronkiewicza. Mapa... Świetny pomysł z tą mapą, choć to jednak nie do końca mapa ucieczki z Warszawy. Mimo wszystko jednak bardzo udany dodatek, z którym proponuje zapoznać się na samym początku lektury, który polecam mieć pod ręką przez cały czas czytania, a który okazuje się również bardzo dobrym przypomnieniem i uzupełnieniem po zakończeniu ostatniego zdania. Przyznaję, że "Burza...' jest dopracowana do najdrobniejszego szczegółu, z wielką pieczołowitością. Nie ma się chyba jednak co dziwić – samo pisanie autorowi zajęło dwadzieścia lat życia, można (i trzeba) było więc poświęcić czas i moce przerobowe, by dzieło to wyglądało zacnie.
Dla Parowskiego wygrana w wojnie to jednak przede wszystkim pretekst do pokazania różnych osobowości. Bo "Burza..." to nie powieść o tym, jak to Polacy wspaniale zwyciężali na frontach i jak bardzo na to sobie zasłużyli. Nie ma tu wielkiego bohaterstwa, brakuje tu pompatyczności, rozmów o prawdziwym patriotyzmie, rozlewu krwi za ojczyznę. Tego się nie spodziewajcie, gdyż sromotnie się zawiedziecie. Jeśli jednak macie ochotę poznać punkt widzenia ważnych dla dwudziestolecia międzywojennego postaci na temat tego, co się liczy, kiedy panuje pokój, jeśli chcecie dowiedzieć się, kim mogli stać się ludzie odgrywający ważką rolę w działaniach II wojny światowej (a którzy tej roli nie odegrali, bo historia nie dala im takiej szansy)... to jest właśnie powieść dla Was. Bo wygrana wojna z Niemcami oznacza nie tylko brak obozów zagłady, brak cyklonu B, powstania w getcie... Oznacza również brak "Kamieni na szaniec", "dzienników" Gombrowicza, "Popiołu i diamentu". Oczywiście przeliczanie dziel literatury na ludzkie życia wypada... delikatnie mówiąc okrutnie, a jednak coś w tym jest i to coś Parowski zauważa. Bo czy, skoro nie stracił w wojnie ojca, Karol Wojtyła zostanie kapłanem, a później wielkim polskim papieżem 9świętym po zaledwie 9 latach od śmierci)?
W tym wszystkich ważne jest także połączenie bohaterów rzeczywiście występujących w naszej historii i tych fikcyjnych, stworzonych przez Autora. Najważniejszym z nich jest Antoś Powstaniec. Postać tak nietuzinkowa i tak dramatyczna, jak żadna inna na stronach tej powieści. Więcej o nim nie mówię, gdyż musicie go poznać osobiście. Poza tym Parowski świetnie poradził sobie z delikatnymi "przebitkami" naszego świata. Są widoczne, odgrywają pewną rolę, ale są jednocześnie delikatne, w żaden sposób nie można ich nazwać nachalnymi. Mistrzowski precyzja i wielki talent.
Jest jeszcze jeden bohater, o którym nie sposób nie wspomnieć, nawet jeśli na sam koniec. To Warszawa. niezburzona, choć trochę gruzów można w niektórych dzielnicach znaleźć. buzująca życiem, pachnąca wiosną, zwycięska stolica, jakiej nie znamy.
Jeśli chodzi o samo wydanie. Oceniam je bardzo wysoko. Błędów przez większość powieści nie znajdowałam dużo, dopiero na ostatnich mniej więcej 60 stronach zaczęło się ich trochę pojawiać, co tym bardziej denerwowało, że wcześniej ich nie było. Zupełnie, jakby ktoś zasnął przy redakcji tekstu. Ostatecznie naliczyłam ich 9, co nie jest jakimś strasznym wynikiem, mimo to szkoda, bo zaburza moją super wysoką ocenę całości.
Dla tych zaś, którzy za historią nie przepadają, którzy historii alternatywnej nie lubią, którzy do kultury za wielką miłością nie pałają... "Burza..." to nie tylko dramat, obyczajówka i fantastyka. To także powieść akcji, w której znajdziecie spiski międzynarodowe, zakazaną miłość i seanse spirytualistyczne. Wszystko, co przełom lat '30 i '40 ubiegłego stulecia miał najlepszego.
Gorąco, naprawdę gorąco polecam!


Książka przeczytana w ramach Wyzwania

Książka przeczytana w ramach Wyzwania





niedziela, 5 stycznia 2014

Plany na 2014

Powinnam zacząć od podsumowania 2013 roku, ale że leżę w łóżku i umieram, to jednak najpierw podzielę się z Wami moimi czytelniczymi planami na ten roczek. Oczywiście lista jest na dzień dzisiejszy, z pewnością dojdą jeszcze jakieś pozycje. Najważniejsze, by żadnej z tych, które się już na liście znalazły – nie pominąć. Oto moja lista:

Jodi Picoult – To, co zostało
Andrzej Ziemiański – Pułapka Tesli
Joanna Terka – Jantar i Słońce
William Cameron-Menzies – Rok 2000
Juliusz Kaden-Bandrowski – Generał Barcz
Tadeusz Breza – Mury Jerycha
William Golding – Władca Much
Stieg Larsson – Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet
Stieg Larsson – Dziewczyna, która igrała z ogniem
Stieg Larsson – Zamek z piasku, który runął
Marianne Fredriksson – Arka Noego
Patrick Rothfuss – Imię wiatru
Peter V. Brett – Malowany człowiek
Ake Edwardsson – Taniec z aniołem
Zofia Kossak-Szczucka – Krzyżowcy (tom III)
Zofia Kossak-Szczucka – Krzyżowcy (tom IV)
Michaił Bułchakow – Mistrz i Małgorzata
Gabriel Garcia Marquez – 100 lat samotności
Jerzy Żuławski – Na srebrnym globie
Rakietowe szlaki, tom 1
Rakietowe szlaki, tom 2
Złoty wiek SF. Antologia, tom 2
Victor Hugo – Nędznicy tomy 2
Victor Hugo – Nędznicy tomy 3
Victor Hugo – Nędznicy tomy 3
Marina i Siergiej Diaczenko – Szrama
Marina i Siergiej Diaczenko – Następca
Marina i Siergiej Diaczenko – Awanturnik
Jarosław Sokół – Czas honoru. Przed burzą
Jarosław Sokół – Czas honoru. Pożegnanie z Warszawą
Andrzej Pilipiuk – Oko Jelenia. Drewniana twierdza
Andrzej Pilipiuk – Oko Jelenia. Pan wilków
Andrzej Pilipiuk – Oko Jelenia. Triumf Lisa Reinicke
Andrzej Pilipiuk – Oko Jelenia. Sfera Armilarna
C.J. Sansom – Alchemik
C.J. Sansom – Komisarz
Mor Jokai – Złoty człowiek
Andrzej Chibowski – Kapłańska odyseja
Bruno Schulz – Sklepy cynamonowe
Hanna Krall – Zdążyć przed Panem Bogiem
Stefan Żeromski – Na probostwie w Wyszkowie
Jacek Piekara – Płomień i krzyż
Jacek Piekara – Ja Inkwizytor. Wieże do nieba
Jacek Piekara – Ja Inkwizytor. Dotyk zła
Jacek Piekara – Ja Inkwizytor. Bicz Boży
Jacek Piekara – Sługa Boży
Jacek Piekara – Młot na czarownice
Jacek Piekara – Miecz aniołów
Jacek Piekara – Łowcy dusz
Brian Herbert i Kevin J. Anderson – Dżihad Butleriański
Brian Herbert i Kevin J. Anderson – Krucjata przeciwko maszynom
Brian Herbert i Kevin J. Anderson – Bitwa o Korrin
Brian Herbert i Kevin J. Anderson – Zgromadzenie żeńskie z Diuny
Brian Herbert i Kevin J. Anderson – Mentats of Dune
Brian Herbert i Kevin J. Anderson – Ród Atrydów
Brian Herbert i Kevin J. Anderson – Ród Harkonnenów
Brian Herbert i Kevin J. Anderson – Ród Korrinów
Frank Herbert – Diuna
Brian Herbert i Kevin J. Anderson – Paul z Diuny
Brian Herbert i Kevin J. Anderson – Wichry Diuny
Frank Herbert – Mesjasz Diuny
Frank Herbert – Dzieci Diuny
Frank Herbert – Bóg Imprerator Diuny
Frank Herbert – Heretycy Diuny
Frank Herbert – Kapitularz Diuną
Brian Herbert i Kevin J. Anderson – Łowcy Diuny
Brian Herbert i Kevin J. Anderson – Czerwie Diuny
E.L. James – Nowe oblicze Greya
Nate Kenyon – Diablo. Zakon
Theophile Gautier – Awatar

Ponadto, jak możecie zobaczyć z boku, podjęłam się dwóch wyzwań. 

Jedno z nich polega na przeczytaniu i zrecenzowaniu przynajmniej jednej książki z szeroko pojętej fantastyki w ciągu miesiąca (http://magicznyswiatksiazki.pl/czytam-fantastyke-2014/#comment-45081)

Drugie zaś na tym, by przeczytane książki, ułożone w stosik, osiągnęły pułap tylu centymetrów, ile mierzę (http://dzosefinn.blogspot.com/2013/12/1-przeczytam-tyle-ile-mam-wzrostu_29.html?showComment=1388853600997#c6403129900650774802)

Trzymajcie kciuki! A może i Wy macie ochotę na podjęcie wyzwania?


czwartek, 2 stycznia 2014

Carska manierka – Andrzej Pilipiuk

Wydawnictwo: Fabryka słów
Lublin 2013
Oprawa: miękka
Liczba stron: 347
Ilustracje: Piotr Dismas Zdanowicz
ISBN: 978-83-7574-905-2



Nie ma co się powtarzać, jak bardzo lubię prozę Pilipiuka. Ani o tym, że Fabryka słów wydaje jego książki w eleganckiej, naprawdę fantastycznej szacie graficznej, w pięknych okładkach i często z tasiemkową zakładką. Nie ma się co powtarzać, przechodzę więc szybko do meritum, szczególnie, że jest ono smaczne, jak piernik z kremem, porywająca, jak sylwestrowe tany i magiczna jak latający zaprzęg Świętego Mikołaja. 
"Carska manierka" to zbiór ośmiu opowiadań. można by powiedzieć, że niewiele, zazwyczaj było więcej. Nie narzekam jednak. po pierwsze dlatego, że są rewelacyjne, po drugie dlatego, że aż pięć z nich jest o Robercie Stormie – moim ulubionym Pilipiukowym bohaterze. Już samo to sprawić b mogło, by "Carska manierka" stała się moim ulubionym zbiorem opowiadań. Jednak, gdy dodać do tego naprawę wysoki poziom i świetnie dopracowane teksty, to ona jest najlepszym zbiorem Pilipiuka, jaki miałam w rękach (a nie czytałam jeszcze tylko "Czerwonej gorączki"). Dodajmy do tego jeszcze tylko najpiękniejszą okładkę, jaką (to moje zdanie, możecie się z nim nie zgadzać) Fabryka słów wypuściła i macie już idealny prezent dla mnie. Z tym, że już go dostałam, musicie więc pomyśleć o czymś innym.
Skoro tym razem zaczęłam od ogółów to dokończę o nich, zanim przejdę do konkretnych tekstów. Bardzo dobra korekta, choć tego można się było spodziewać. jak zwykle w Fabryce – wygodna wielkość, trwała oprawa, na grzbiecie której nie widać śladów po czytaniu, idealna czcionka, papier w kolorze śmietany (dobrze się czyta przy sztucznym oświetleniu, ponieważ światło nie odbija się za mocno od kartek i oczy nie bolą). jedynie ilustracje nie powaliły mnie, tym razem, na kolana. Cóż, nie można mieć wszystkiego, a przecież książkę tę zamówiłam sobie ze względu na teksty literackie, a nie ich graficzną oprawę.
Zaczynamy więc od pierwszej sprawy, którą zajął się Robert Storm, jeszcze zanim wybrał kierunek studiów i stal się słynnym poszukiwaczem historycznych zagadek. Opowiadanie ma tytuł "Manierka" i nikogo chyba nie zdziwi, że traktuje o poszukiwaniu carskiej manierki. Choć nie do końca. Pilipiuk potrafi opowiadać długo i treściwie, daje nam pewne wskazówki choćby i samym tytułem), a jednak snuje opowieść o czymś innym, pokrewnym, bliskim, już prawie, ale jeszcze nie. aż dochodzi do tej manierki, do tej tajemnicy, która zawarł w tytule i daje nam jej smakować, jak wisienkę na pysznym torcie. Poza historyczną zagadką spotkamy tu bandziorów-łowców skarbów, poszukiwanie złota niczym w USA, prorocze sny o dawno nieżyjącym carskim oficerze... Pyszności. No i sama postać Roberta, który jest tu narratorem pierwszoosobowym, ze wszystkimi jego dygresjami i życiowymi przemyśleniami, rozterkami miłosnymi i całym tym przeciekawym, genialnym w każdym calu bagażem tego bohatera, który wybiera się na swe pierwsze poszukiwania po to, by ocalić przed zburzeniem pewną starą warszawską kamienicę.
"Czarne parasole" trzymają w napięciu do ostatnich zdań. Mamy tu niebanalną tajemnice, którą przyjdzie rozwiązać Robertowi w ramach pomocy koledze-policjantowi. Dlaczego młody i utalentowany fotograf został pobity przez starego Żyda (i to na dodatek nietypowym narzędziem)? Gdzie odkrył przedwojenne fotografie Bełżca? Jaki sekret kryją w sobie te zdjęcia i dlaczego Robert chciałby się z nim zamienić, choćby na chwile, choćby na kilka minut? przyznaję, że nie udało mi się w żaden sposób dojść do wniosków, które okazały się rozwiązaniem tej zagadki kryminalnej. Pilipiuk znów mnie całkowicie zaskoczył.
"Na dnie mogiły" przeraża... Nadal czuję na plecach delikatne mrowienie, kiedy wspominam (a przeczytałam tydzień temu) o bractwie zwanym domem Czterech Liści i ich magicznych poszukiwaniach. Czarne moce zapolowały na biednego Roberta i postawiły go w takiej sytuacji, że cokolwiek by nie uczynił – byłoby źle. Jaka więc drogę wybierze i czy uda mu się jednocześnie odkryć historyczną prawdę z nutką czarnoksięstwa, a jednocześnie wybrnąć z tarapatów bez większego uszczerbku na zdrowiu i honorze?
Dlaczego za posiadanie tytułowego albumu grozi śmierć? Kto ściga ich kolejnych właścicieli i kto ich eliminuje? Czy Robert znajdzie w sobie odwagę, by postawić się policji i postawić wszystko na jedną kartę, byleby tylko ocalić ów album? Tajemnice, jakie kryją znajdujące się w nim zdjęcia, mogłyby wstrząsnąć naszym światem. Może więc ci, którzy starają się utrzymać jego istnienie w tajemnicy maja swoje racje. Kolejne opowiadanie, które trzyma w napięciu do samego końca, który jest równie zaskakujący, co ostatnia śnieżna Wielkanoc. Jedno z lepszych opowiadań suspensu.
Ostatnie strony z Robertem to opowiadanie pod tytułem "Miód umarłych". Jak dobrze, że Stormowie są wielką rodziną i w swych szeregach mają człowieka od wszystkiego. Nie, nie jednego. po prostu każdy zawód niemalże ma tu swego przedstawiciela. Znajdzie się więc i pszczelarz, który wprowadzi Roberta – i przy okazji nas – w arkana tajemnic dotyczących... trzmieli i miodu 9czy raczej syropu), który wytwarzają. Co to ma wspólnego z zagadkami historii, rozkopywanymi grobami powstańców styczniowych i wielkim skarbem? Przeczytajcie i dowiedzcie się sami.
W "Śmierci pełnej tajemnic" spotykamy ponownie doktora Skórzewskiego. Żyje w Warszawie, nie został mu już nikt. Sandro zginął. czy jednak na pewno? Po kilku latach nagle przychodzi wiadomość, że krewniak żyje, choć ciężko powiedzieć, żeby miał się dobrze w sowieckiej Rosji. Skórzewski jak to Skórzewski – rzuca wszystko, pakuje się w kolejne tarapaty i pędzi do wroga, by spotkać i oswobodzić jednego ocalałego z rodziny. Nie przyjdzie mu to łatwo, napotka wiele niebezpieczeństw i spojrzy śmierci prosto w oczy. Choć nie tylko on. Największą bowiem tajemnicę pozna Sandro... Przy tym wszystkim będziemy będziemy mogli uczestniczyć w zjeździe sekty chłystów i przeżyć... śmierć Lenina.
"Tajemnica Góry Bólu" to moim zdaniem najsłabsze opowiadanie tego zbioru. dobre, ale nie tak dobre, jak pozostałe. Wydawac by się mogło, że będzie rewelacyjne – w końcu taki piękny temat, jak poszukiwanie Arki Noego, do tego Pilipiuk, Paweł Skórzewski i Sandro... A jednak. trochę przydługawe opisy podróży, trochę nudnawe kilka stron. Poza tym – całkiem ciekawy pomysł, dobra realizacja. Mogło być lepiej, ale przecież nikt nie może zawsze dawać z siebie dwustu procent normy.
Kończymy ten zbiór genialnym opowiadaniem pod tytułem "Rehabilitacja Kolumba". jak to możliwe, że nazwisko tego znanego żeglarza jest największym światowym przekleństwem? I skoro wszyscy maja go za wcielenie demona, który zrujnował Ziemię i sprawił, że wysycha, a życie na niej powoli ginie... czy można go zrehabilitować? Takie zadanie dostaje biedny Marek. Nagroda? Ręka ukochanej dziewczyny, jest więc o co walczyć. Odkrycia, których dokona mogą wstrząsnąć całym znanym światem, tak jak przed wiekami wstrząsnął jego posadami niechlubny Columcus. Czy uda mu się i na jakie przeciwności napotka. Naprawdę bardzo dobrze napisane steampunkowe opowiadanie. I te aeroplany... rozmarzyłam się. Gorąco polecam.




Andrzej Pilipiuk na Dune Fairytales:

Edgar Allan Poe... non omnis moriar

Kochani, pojawiła się bardzo ciekawa akcja promująca życie i twórczość Edgara Allana Poe. Zapraszam do uczestnictwa na: