Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

piątek, 28 października 2011

Hobbit, czyli tam i z powrotem - J.R.R. Tolkien




Kupiłam książkę osiem lat temu – na fali lekkiej fascynacji filmową wersją „Władcy pierścieni”. Jednak dopiero teraz udało mi się książkę przeczytać (nie do końca z mojej winy trwało to tak długo – po prostu zaraz po kupieniu, pożyczyłam ją i odzyskałam dopiero całkiem niedawno).
Czy mi się podobała? Trudno powiedzieć. Początek mnie zawiódł, ale powtarzałam sobie, że akcja się rozkręci. Miałam rację – kiedy Bilbo wraz z drużyną byli już w podróży zaczęło mi się podobać. Później znów jakoś powiało nudą i dość długo się męczyłam, czytając. Jednak końcówka mi się spodobała i ogólnie – po dwóch tygodniach zmagań – pokonałam te trzysta stronic.
Chyba po prostu liczyłam na za wiele, bo raczej trudno powiedzieć, że nie dorosłam do… bajki dla dzieci. Planuję zabrać się do „Władcy…”, ale chyba już nie w tym roku. Z niecierpliwością czekam na film o hobbicie Bilbo i jego wielkiej przygodzie – ciekawa jestem, jak bardzo będzie przypominał to, co sobie wyobraziłam.
Trudno podsumować książkę, co do której ma się tak mieszane uczucia. Może jestem na nią za stara? Może po prostu opowieść o przemiłym hobbicie i drużynie składającej się z krasnoludów próbujących odzyskać skradziony przez smoka skarb nie jest dla mnie wystarczająco pociągająca. Po prostu brakowało mi tam dreszczyku emocji, który czuję czytając wiele innych pozycji. I chyba trochę jeszcze elfów. Myślałam, że będzie ich więcej, że odegrają poważniejszą i bardziej pozytywną rolę. Chyba rzeczywiście się przeliczyłam. Dobra lekcja – nie liczyć na za wiele – lepiej się pozytywnie zaskoczyć, czytając.
Jednak i tak cieszę się, że w końcu przeczytałam „Hobbita…”. Głupio tak jakoś go nie znać i teraz czuję się wewnętrznie bogatsza.

2 komentarze:

  1. Ajaj, nie wiem, jak można nie lubić "Hobbita". :P Wychowałam się na tej książce (tej i na Muminkach), uwielbiam ją i kiedy ostatnio sobie ją odświeżyłam (bo film, a jakże^^), stwierdziłam, że wciąż uwielbiam ją tak samo. :)
    Na początku jest ofkoz dziecinnie i lekko, ale - w moim odczuciu - wszystko się zmienia, kiedy bohaterowie wkraczają do Mrocznej Puszczy. Od tego momentu robi się nieco poważniej, a już późniejsza Bitwa Pięciu Armii to w ogóle całkiem na serio i niczego dla dzieci w tym nie widzę... To, jak bohaterów zmienia żądza złota, jak sam Thorin traci rozum - to jest niesamowite.
    Ale może faktycznie pierwsze czytanie należy mieć wcześniej, kto wie. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Masz rację - chyba należy "Hobbita" czytać w wieku nieco... innym, niż zdarzyło się mi. Natomiast film bardzo mi się spodobał, a "Misty Mountains Cold" okazało się utworem roku. Teraz codziennie rano budzi mnie pieśń krasnoludów :D

    OdpowiedzUsuń