Fragment mojej recenzji został umieszczony na okładce powieści "Skazaniec. Z bestią w sercu" Krzysztofa Spadło

Fragment mojej recenzji „Korony śniegu i krwi” został umieszczony na okładce powieści Elżbiety Cherezińskiej – „Niewidzialna korona” (wyd. Zysk i S-ka)

wtorek, 18 października 2011

Koniec pieśni - Wojciech Zembaty


Opis z tyłu okładki:
„Dwa światy.
Jeden przedmiot, który zdecyduje o ich losach.
Prawdopodobnie jedna z najlepszych powieści fantasy 2011 roku. Brytania, rok 537. Legendarny król Artur ginie w bitwie pod Kamlann. Atak Germanów rozpoczyna krwawą zagładę cywilizacji Brytów. Wśród wojennej zawieruchy wędruje Bedevir, rycerz i były giermek Artura. Wie, że ostatnią nadzieją Brytów jest torq - naszyjnik obdarzony niezwykłą mocą.
Współczesna Warszawa. Do psychologa Łukasza Klimkowskiego przychodzi Igi, zagubiony chłopak, prześladowany przez demony. Wkrótce dokona bestialskiego mordu, który trafi na pierwsze strony gazet. W jego rękach znajdzie się niezwykły naszyjnik. Co się stanie, gdy skrzyżują się losy tych dwóch światów?
Otwórz wrota do legendarnej krainy.
Wejdź w świat, którym rządzi stal mieczy i krwawe obrzędy druidów. Poznaj koniec pieśni.”

Zachęcający? Mnie zainteresował i postanowiłam sprawdzić. Oto, co mogę powiedzieć o książce Koniec pieśni:
Powieść w 200% zakręcona. Przyznaję, że czytając ją, wielokrotnie pytałam „co autor brał?” i żeby nie było – od razu dodawałam: „ja też chcę”. Doprawdy byłam w szoku, a ostatnimi czasy niełatwo mnie zszokować, czy choćby zaskoczyć.
Już sam pomysł, by połączyć wczesnośredniowieczną Anglię po śmierci legendarnego króla Artura i współczesną Warszawę – rewelacja. Umieszczenie wśród przeszklonych drapaczy chmur naszej polskiej stolicy celtyckich druidów? Dlaczego nikt wcześniej na to nie wpadł? Olbrzymi ukłon w stronę pana Zembatego.
Zaskakująca naprawdę na każdej stronie, w inteligentny sposób łączy różne – na pozór niepasujące do siebie – światy, przedstawia ciekawe i skomplikowane postaci, nad charakterystyką których autor musiał spędzić sporo czasu. Widać również, że jest człowiekiem oczytanym – często delikatnie nawiązuje do literatury. Dziękujemy z mężem również za wspomnienie naszej ukochanej „Diuny”.
Książka wciąga, nie można się od niej oderwać – czytałam w domu, w autobusie, w tramwaju, na parkingu (w oczekiwaniu na kierowcę samochodu – kolegę, który mnie podrzucał z pracy) i na przystankach komunikacji miejskiej.
Minusy? Chyba tylko dwa… Pierwszy – skończyła się (tak nieoczekiwanie, że po miesiącu nadal pozostaję w szoku, sic!). Drugi – w życiu nie widziałam tyle literówek w wydanej już książce. Korekta (delikatnie mówiąc) zawiodła, mam nadzieję, że się poprawią lub autor zmieni wydawnictwo przy kolejnych swych powieściach, na które z niecierpliwością czekam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz